niedziela, 22 stycznia 2017

Leszek Herman „Latarnia umarłych” Ocena: 1/6



MUZA STRZELA SOBIE W STOPĘ
         Ten dylemat moralny musiał kiedyś się pojawić: czy mam prawo oceniać książkę, i to ekstremalnie źle, jeśli nie doczytałam jej do końca? Trudno, niech będę zołzą. Jako recenzent samozwańczy i niezależny udzielam sobie zgody warunkowej, a ty, drogi czytelniku, możesz mnie za to potępić albo wyrazić swoje votum separatum. Najpierw jednak spróbuj doczytać ten tekst do końca. To tylko jedna strona, nie sześćset, jak w przypadku „Latarni umarłych”.
         To książka o rozmiarach cegły gotyckiej. Napisać tyle w ciągu roku – oj, niełatwo. Jeśli Leszkowi Hermanowi się udało, to znaczy, że ma wielką łatwość w wylewaniu słów i układaniu ich w zdania. Łatwością tą napawa się tak bardzo, że zupełnie go nie obchodzi, czy to, co jemu sprawia tak wielką satysfakcję, zainteresuje również czytelnika. Nie ma też kompletnie pojęcia jak się buduje napięcie i konstruuje intrygę.
         Zobaczcie sami, jak się to rozwija. Prolog, rok 1941. Małe nadmorskie miasteczko. Najpierw poznajemy zasady łowienia dorsza na Bałtyku i zaznajamiamy się z ekipą rybaków. Potem pojawia się pan hrabia, który udaje się na przejażdżkę konną po swych włościach, zamartwiając się po drodze niedomykającym się oknem w przypałacowej wieży. Potem stary człowiek wspina się po schodach zamku, wspina się wspina i nic. Pojawia się kolejny nowy bohater i wątek – młody mężczyzna otwiera swój sklepik w rynku i rozmyśla o spotkaniu z ukochaną. Może to on odegra wreszcie jakąś rolę? Nie. Mamy nową bohaterkę: w Mariackim kościele: stara kobieta myje posadzkę i zachwyca się jak „słońce, przedzierając się przez szklane meandry, rzuca na posadzkę kościoła kolorowe refleksy”. I wszystko to po to, aby w końcu wielki podwodny wybuch pochłonął dopiero co poznaną ekipę rybaków i pozbawił okien wszystkie domy w miasteczku. Oprócz rybaków nikt nie zginął, ale okno hrabiego wypadło i zniszczyło daszek. Macie już dość?
         Nie ma tak dobrze. Jedziemy dalej. Czasy współczesne. Dwóch mało rozgarniętych tajemniczych kłusowników wędruje po bagnistym lesie. Autor roztacza przed nami wizję złowrogiego lasu, przez który biegnie linia kolejowa „a przejeżdżający czasem tędy pociąg wypełniał podmokłe łęgi złowieszczym turkotem, strasząc przemykającymi wśród drzew oczami świateł”. Kłusownicy wędrują, wędrują i wędrują, żeby w końcu odnaleźć w bagnach zwłoki.
         Przechodzimy wreszcie do rozdziału pierwszego, znów czasy współczesne, więc może w końcu coś zacznie się dziać? Chcielibyście. I znów ta sama, wielowątkowa narracja wystawiająca cierpliwość czytelnika na ogromną próbę, znana nam już z prologu.
         Na rosyjskim kutrze rybackim, który czegoś poszukuje na Bałtyku poznajemy nowego bohatera – Artioma - o rosyjskim rodowodzie.
         Następnie zapoznajemy się szczegółowo z niezwykle pasjonującą walką polskiego architekta Igora z bezdusznością organu wydającego pozwolenie na budowę i odkrywamy różnicę między sygnaturką, wieżyczką, a elementem instalacji technicznej.
         Na Bałtyku pojawia się kolejna łódź, z kolejną ekipą której oczywiście niczego się nie dowiadujemy, oprócz tego, że jest niezwykle tajemnicza.
         Macie już dość? Ja też. To nie koniec, ale oszczędzę wam dalszych opisów. Fakt, że dalej pojawia się dziennikarka, która wpada na dobrze zapowiadający się trop afery z czasów II wojny światowej niczego w narracji nie zmienia. Akcja wcale nie przyśpiesza, bo autor wysyła dziennikarkę na wycieczkę na Węgry, gdzie obowiązkowo razem z nią musimy nacieszyć się pięknem Budapesztu i delektować obiadem nad brzegiem Dunaju (po co? po co? po co?).
         Przez sto pierwszych stron powieści pojawia się czternaście (sic!) nowych wątków i jeszcze więcej bohaterów, ale tak naprawdę niczego konkretnego się nie dowiadujemy, bo przecież wszystko ma być „tajemnicze”. Tylko, że to zupełnie tak nie działa w percepcji czytelnika. To nie takie proste, że im więcej tajemnic, tym lepiej. Są granice, których Leszek Herman nie wyczuwa zupełnie.
         Tak źle napisanych książek w dzisiejszych czasach, przy wszechogarniającym selfpublishingu jest całkiem sporo, ale naprawdę dziwi, że poważne skądinąd wydawnictwo MUZA pozwoliło sobie na taką wpadkę. Autor dał się przecież poznać w poprzedniej książce. To, że pierwsza powieść autora dobrze się sprzedała, założyło chyba redaktorom klapki na oczy. A przecież już w „Sedinum” doskonale było widać, jak wielkie autor ma skłonności do wodolejstwa. Ale tam przynajmniej akcja od samego początku ruszyła z kopyta, więc dało się dobrnąć do zakończenia, zwłaszcza, że sam temat odkrywczy i niezwykle ciekawy. Czytałam „Sedinum” w czytniku, więc nie miałam świadomości, jaka to cegła. W pewnym momencie pomyślałam sobie, że chyba już czas, żeby wszystko zmierzało do zakończenia. Krótkie spojrzenie na licznik. Co? Dwadzieścia pięć procent? Wtedy, jak już się wciągnęłam - domęczyłam do końca. Teraz - nie dam rady. Dopiero na 99 stronie znalazłam pierwsze zdanie, które by mnie do tego zachęciło. Za późno.
         Jeszcze bardziej irytująca niż sama książka jest polityka wydawnictwa, kreująca autora na „mistrza powieści sensacyjnej”.  SEN-SA-CYJ-NEJ! Odnaleźliście jakiś element sensacji w tym, co powyżej streściłam? Pan Leszek Bugajski z „Wprost” napisał nawet, że Leszek Herman jest polskim Danem Brownem. Albo pan Bugajski nie przeczytał nigdy w życiu żadnej powieści Dana Browna, albo tak jak ja, nie był w stanie dokończyć „Latarni umarłych”. Dana Browna (pomijając szablonowość jego powieści) czyta się tak, że pośliniony palec już wisi w powietrzu, żeby przewrócić kartkę i dowiedzieć się, co jest na następnej stronie. Czytanie Leszka Hermana to jak podróż ze Shrekiem do Zasiedmiogórogrodu. Ciągle ma się ochotę pytać „daleko jeszcze?”
         Tak czy inaczej, nawet recenzent „Wprost” nie uczyni marnego pisarza autorem światowych bestsellerów. Ciekawe, czy teraz mu wstyd. Recenzentowi, oczywiście.

sobota, 21 stycznia 2017

Boris Akunin „ Młokos i diabeł”/”Cierpienie złamanego serca” Ocena: 4/6



SPOSÓB NA GRYPĘ
         Nowy cykl Akunina o rosyjsko-niemieckiej walce wywiadowczej w czasach I wojny światowej odnotowuję właściwie tylko dla porządku, żeby nie zapomnieć, że przeczytałam.
         Cykl wprawdzie nowy, tak jak i sympatyczny bohater, ale poza tym wszystko tu jest takie, jak zwykle. Przyzwoity poziom, dobrze przemyślana intryga, ładny historyczny kostium i niezawodne poczucie humoru (takie dworowanie sobie z ojczystego kontrwywiadu w naszym kraju dzisiaj na pewno nie uszłoby autorowi bezkarnie; tutaj, oczywiście, następuje symbol uśmiechniętej buźki).
         To lektura z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych, akurat w sam raz, gdy człowiek leży rozłożony grypą i nie ma siły na bardziej skomplikowane łamigłówki umysłowe. Kiedy jednak maligna przechodzi, chęć przeczytania kolejnych odcinków również gdzieś odpływa. Chyba jednak poczekam, aż autor powróci do intryg trochę bardziej wyrafinowanych, na miarę przygód Fandorina.

środa, 18 stycznia 2017

Dariusz Pawłowski „Czarna samica kruka. Lot nad krawędzią świadomości…” Ocena: 1/6



SAMICA WILKA WYJE
         Tę książkę autor polecił mi osobiście, wysyłając maila. Odważny – myślę sobie – bo przecież nie oszczędzam polskich autorów. Nie zniechęcił mnie więc tytuł (a przyznajcie, miał prawo) i zaczęłam poszukiwania. O dziwo, choć książka została wydana jakiś rok temu – nie występuje w formie e-booka. Małe utrudnienie, ale cóż, jak się powiedziało „a”… Książki nie można też jednak dostać w stacjonarnych księgarniach. No dobrze, rozumiem, małe wydawnictwa mają słabą siłę przebicia. Ale od czego niezawodne Allegro? Jest. Zakupiłam. Przyszła paczka. Przeczytałam.
         Dlaczego o tym piszę? Na pewno, drogi czytelniku już czujesz pismo nosem. Jeśli włożyłam aż tyle wysiłku, aby kupić książkę, to nie ma rady – wypada ją przeczytać. Przerywałam lekturę kilka razy i uwierzcie – naprawdę trzeba było się zmusić, aby doczytać do końca.
         Nie przekonały mnie postaci detektywów – niby ich dwóch, a tak samo mówią, tak samo się zachowują, są tak samo nudni i bezbarwni. Więc po co dwóch? Nie lepszy jeden, ale z jajami?
         Kompletnie nie przekonały mnie dialogi: sztywne, papierowe, zapychacze kartki papieru. „- Niech pan złapie tego bydlaka, który mu to zrobił! – Zapewniam panią, że ja i moi koledzy, zrobimy wszystko, co w naszej mocy. Złapiemy mordercę.” I wszystko mniej więcej w ten sam deseń, jak w szkolnym opowiadaniu. A poza tym, widzieliście kiedyś glinę z wydziału zabójstw, który mówi „ojejku”? To mógłby być zresztą fajny pomysł na bohatera – taki elegancik językowy, który nigdy nie używa słowa „kurwa”, gdyby potraktować tę postać z przymrużeniem oka, ale akurat poczucia humoru w „Czarnej samicy…” nie znajdziecie nawet przy pomocy mikroskopu.
         Nie chce się tego czytać, bo autor prawie od początku wszystko podaje na tacy. Przez kilka pierwszych rozdziałów jeszcze daje się jakoś śledzić intrygę, ale kiedy rozpoczyna się narracja mordercy od razu wiemy, że jest to patologiczny, bestialski psychopata, który mści się za „trudne dzieciństwo”. Pomijając już schematyczność takiej postaci, wałkowanej w literaturze gatunku wiele razy, to przecież nie można w połowie książki odkrywać wszystkich kart i powtarzać dalej tych samych motywów, bo jaki jest sens czytania do końca? No chyba, że  zakończenie wywraca wszystko do góry nogami, ale to nie ten przypadek. Tutaj jest to jest spoiler odautorski, czyli w kategorii podstawowych błędów dobrze znane zjawisko.
         Akcja ślimaczy się również dlatego, że autor, zupełnie bez powodu prawie każdej epizodycznej postaci dorabia jakiś życiorys. Naprawdę, to nie ma najmniejszego znaczenia i czytelnika to nie obchodzi, w jaki sposób facet który pojawia się na pięć minut, żeby odnaleźć zwłoki i zaraz potem znika poznał swoją żonę i że bardzo ją kocha. Kolejny zapychacz.
         Więc jak już wiemy, kto morduje, to pozostaje jeszcze kwestia – jak go złapać. I tutaj nasi policjanci wykazują się genialnym wręcz sprytem. „Podwojono liczbę patroli, którym wydano polecenie, aby starały się być jak najbardziej widoczne. (…) Każdego, kto wydałby się im podejrzany, miały legitymować pod pierwszym lepszym pretekstem.” Prawda, jakie to proste? Dodam, że akcja dzieje się w dwumilionowej Warszawie, a policja nie ma pojęcia, gdzie morderca mieszka. Na jego trop wpadają oczywiście przypadkiem. I kiedy już wiedzą, gdzie się zaszył i mają świadomość, że facet jest bestią, przy której Hannibal Lecter to dzidziuś z piaskownicy, jadą na akcję jak na wczasy w Wiśle. Nietrudno przewidzieć, jakie będą konsekwencje.
         Nad czarną samicą kruka, która krąży nad wszystkim i pełni podobną rolę, jak kaszalot w „Królu” Twardocha (recenzja z października 2016), czyli jest kiczowatą metaforą wszechpotężnego zła, już nie mam siły się pastwić. Musiałabym się zamienić w samicę wilka i zawyć.
         Przeczytałam na okładce, że jedną z największych pasji autora są podróże, kolarstwo górskie i biegi przełajowe. Drogi panie autorze – a więc ma pan jakiś cel w życiu. Proszę się na tym skupić i nie pisać więcej. Czytelnicy będą panu wdzięczni.

niedziela, 15 stycznia 2017

Daniel Dan „Czerwony kapitan” Ocena: 2/6


STARE PRZYGODY PANA SAMOCHODZIKA
         Naprawdę żałuję, że moje pierwsze spotkanie ze słowackim kryminałem skończyło się tak wielkim rozczarowaniem. Tym bardziej szkoda, bo tak dobrze się to zapowiadało. Niezłe wejście, fajne, barwne postaci detektywów, specyficzny „czeski humor”, chociaż słowacki, no i bulwersujący temat, którego w Polsce nikt jeszcze w powieści nie odważył się poruszyć – współpraca najwyższych władz kościelnych z bezpieką. Akcja dzieje się na początku lat 90-tych ubiegłego wieku, tuż po transformacji ustrojowej, klimat jak z „Psów” Pasikowskiego – nowi i starzy policjanci, nawet jeśli pozytywnie zweryfikowani, to nigdy nie wiadomo, czy można im ufać. Przyznajcie sami - można sobie było zaostrzyć apetyt. Aż tu nagle…
         Aż tu nagle, ni z gruchy, ni z pietruchy wyskakuje królik z kapelusza. Kiedy wydawałoby się, że wszystko zmierza do szczęśliwego rozwiązania niespodziewanie pojawia się… skarb Templariuszy. Tak! Dokładnie ten sam motyw z którym mieliście już do czynienia w stu piętnastu powieściach, poczynając od przygód Pana Samochodzika, a na wyczynach Roberta Langdona kończąc. Gdyby jeszcze ten do bólu zgrany temat podany był w jakiś strawny sposób, może jeszcze dałoby się to znieść. Ale autor po prostu przerywa narrację, żeby wpleść w książkę tasiemcowy wykład o historii zakonu. Nie pomógł nawet rewelacyjny, jak zawsze Maciej Stuhr (książkę tę miałam okazję poznać w wersji audio) – ponad godzinny wykład,  nawet w mistrzowskiej interpretacji ciągnął się jak okupacja Sejmu przez posłów opozycji i tak samo skończył – nijako.
         Na podstawie tej książki powstał film. Mam nadzieję, że scenarzyści mieli na tyle oleju w głowie, żeby przynajmniej w filmie dać spokój Templariuszom. Jakoś jednak zupełnie nie mam ochoty, żeby to sprawdzić.

czwartek, 15 grudnia 2016

Wojciech Chmielarz „Osiedle marzeń” Ocena 4/6



DO NIEZOBACZENIA W NASTĘPNYM ODCINKU
         Z głębokim żalem donoszę, że Wojciech Chmielarz dołączył do niechlubnego grona polskich pisarzy kryminalnych, którzy w swoich powieściach stosują techniki zaczerpnięte z telenoweli. Maniera ta szerzy się wśród naszych twórców w sposób zatrważający i sama już nie wiem, czy to po prostu znak czasów, bo wszyscy dzisiaj idą na łatwiznę, czy może ze mną jest coś nie tak, bo wymagam zbyt wiele?
         W przypadku Wojciecha Chmielarza mój żal dlatego jest tak głęboki, że do tej pory uważałam go za bardzo rzetelną firmę. Trzy poprzednie książki z Jakubem Mortką postawiły poprzeczkę bardzo wysoko. W „Osiedlu marzeń” też przez długi czas wydawało się, że ciężko będzie napisać ciekawą recenzję, bo o czym tu pisać, kiedy wszystko jest tak solidnie przemyślane i niemal wzorcowe? Są zmyły, zwroty akcji, ciekawe watki poboczne i nagle… koniec. Autor wprawdzie łaskawie wyjaśnia nam, kto zabił (niestety, pomimo podrzucania wielu mylnych tropów nie jest to zaskoczeniem, z powodu niefortunnych sformułowań zawartych w prologu), ale aż trzy niesłychanie ważne, kryminalne wątki pozostawia bez zakończenia. Kto kogo zamordował nad Wisłą i dlaczego? Kto jest wtyką w policji? Co było na zdjęciach Zuzanny?
         Ależ drogi czytelniku, nie wściekaj się, że tego nie wyjaśniłem – już słyszę w głowie głos autora. Dowiesz się wszystkiego w następnym odcinku. Tylko że, drogi panie autorze, zanim pan wyda kolejną książkę, to ja już przeczytam pewnie ze trzydzieści innych, i zabij mnie, ale dawno wyrzucę z pamięci, jak się „Osiedle marzeń” skończyło (a raczej – nie skończyło). Powieści kryminalnych nie czyta się przecież po to, żeby wysnuć z nich przesłanie na całe życie. Na pewno będę jednak pamiętać, jakeś pan mnie zrobił w balona i zostawił z ciekawością niezaspokojoną. Katarzyna Bonda robiąc to samo w „Okularniku” skutecznie mnie zniechęciła do przeczytania „Lampionów”.
         Być może jestem w mniejszości, a wierni czytelnicy poczują się takim manewrem wręcz zachęceni i z niecierpliwością będą czekać na kolejny tom? Mnie jednak takie zabiegi bardzo źle się kojarzą. To taka polityka wielkich korporacji: jak już złapaliśmy klienta, to go mamy i nie musimy się wysilać. Nowemu damy rabat 50%, a staremu wystarczą życzenia na Święta. W imieniu starych klientów dziękuję za życzenia.

czwartek, 8 grudnia 2016

Robert Bryndza „Dziewczyna w lodzie” Ocena: 5/6


KIEDY SKROMNOŚĆ POPŁACA
        Nazwisko Bryndza zabrzmiało całkiem swojsko. Ale nie, zmyła, to nie polski debiutant z Podhala, na którego należałoby zwrócić uwagę. Jakimś rykoszetem wpadła mi do ucha informacja, że autor mieszka na Słowacji. Dobrze, myślę sobie, nareszcie jakaś świeżość, po tych wszystkich Norwegach i Szwedach. Kolejna skucha. Autor urodził się w Wielkiej Brytanii, a akcja „Dziewczyny w lodzie” rozgrywa się w stolicy Zjednoczonego Królestwa. No tak, napisał po angielsku, londyńskie realia zawsze dobrze się sprzedają, nic dziwnego, że powieść trafiła na listy bestsellerów.
        Skąd ten sarkazm? Książka jest bardzo przyzwoicie napisana. Jak na debiutanta, to w ogóle świetnie. Wciągająca akcja, żadnego przynudzania, smaczki z wielkiego świata, zakończenie zaskakuje. Nawet upierdliwy recenzent nie bardzo będzie miał się do czego przyczepić (może dlatego, że nie zna na tyle dobrze angielskich realiów). Ale… mam wrażenie, że wszystko to już gdzieś było. I znów odrobina promocji (zupełnie jak w przypadku „Dziewczyny z pociągu”, nomen omen) wynosi książkę poprawną, a nawet dobrą na niepotrzebnie wysokie szczyty, co sprawia, że oczekujemy czegoś więcej, a dostajemy to, co zwykle, więc jesteśmy rozczarowani.
        Dlaczego więc oceniam tę powieść tak wysoko? Przyznam się szczerze, że to piątka naciągana. Autor najpierw ujął mnie tym, że w posłowiu poprosił czytelników o przesyłanie krytycznych uwag, a potem rozbroił zupełnie pisząc, że „czyta każdą wiadomość i zawsze odpisuje”. Nawet jeśli to już nieprawda (autor nie przewidział, zdaje się, aż tak dużego sukcesu książki, więc pewnie się z odpisywaniem na maile nie wyrabia), to i tak intencje zacne. Bierzcie przykład, drodzy polscy autorzy.

piątek, 2 grudnia 2016

Joanna Opiat-Bojarska „Niebezpieczna gra” Ocena: 4/6

PSYCHOLOG WŁAMYWACZ
        Upierdliwy recenzent jest gorszy od Tatarzyna. Ale jak recenzent ma się nie złościć, kiedy czyta kolejny polski kryminał, który niby jest w porządku, ale jednak nie do końca. Fajnie się czyta, intryga najpierw przyzwoicie zakręcona, a potem  ładnie wyprostowana, pomysł wyjściowy ciekawy (w tym wypadku amnezja niedoszłej ofiary zabójstwa), ale jednak pojawiają się błędy, niesłychanie łatwe do wyeliminowania, a jednak przeoczone przez autorkę. Nie są to na szczęście błędy z gatunku „zęby bolą”, tak jak u Remigiusza Mroza, ale jednak pozbycie się ich sprawiłoby, że mogłabym z czystym sumieniem polecić tę książkę wielbicielom gatunku. A tak – znowu muszę się czepiać.
        Aż mi się wierzyć nie chce, że wśród wszystkich tych, którym autorka złożyła serdeczne podziękowania za pomoc przy pisaniu książki nie znalazła się ani jedna osoba, która nie zwróciłaby jej uwagi na potknięcia. Dlaczego takie rzeczy nie zdarzają się (no dobrze, zdarzają, ale sporadycznie) u Szwedów, Anglików czy Francuzów? Czy u nas redaktorzy są redaktorami tylko z nazwy? Czy autorzy tak bardzo przekonani są do swojej racji, że nie dadzą sobie przetłumaczyć, że tu i ówdzie przydałyby się zmiany? Nie piję tu, broń Boże, do Joanny Opiat-Bojarskiej, bo nie mam żadnych podstaw ku temu, tak ogólnie tylko wylewam żale, bo akurat się nazbierało.
        No więc o co się czepiam? Kochana autorko! Sama posłuchaj jak to brzmi: atrakcyjna, młoda pani psycholog włamuje się do mieszkania handlarza dziełami sztuki, a raczej pasera, powiązanego mocno ze światem przestępczym, używając do otwarcia drzwi wsuwki do włosów. Kiepsko, co? Facet, który przechowuje w domu przedmioty wielkiej wartości miałby mieć tak tandetny zamek? Włamująca się kobitka jest cudotwórcą? No naprawdę, już prędzej bym uwierzyła, że drzwi były otwarte, bo na przykład, rzeczony paser został wcześniej uprowadzony.
        Druga rzecz niby drobna, ale istotna. Piętnastoletnia dziewczynka pod żadnym pozorem, nawet dwadzieścia lat temu nie mogłaby trafić na noc na policyjny „dołek”. Od tego są Izby Dziecka. Żyjemy wciąż jeszcze w cywilizowanym kraju (chyba). Cały ten wątek zresztą jest niepotrzebnie rozdmuchany. Ani nie widać, żeby traumatyczne przeżycie wywarło jakiś wpływ na bohaterkę, ani sprawca przestępczego czynu nie został ukarany. I proszę mi tu nie tłumaczyć, że to się wyjaśni w następnym odcinku. Powieści kryminalne to nie serial telewizyjny. Läckberg i Marklund też piszą serie, a takich numerów nie robią. I jedną i drugą zaczęłam czytać od środka i zupełnie mi to nie przeszkadzało. Warto brać przykład z fachowców i trzymać się podstawowej zasady: czytelnik może najpierw sięgnąć po ostatnią książkę z serii, a potem po pierwszą i nie powinien tego nawet zauważyć.

sobota, 26 listopada 2016

Mariusz Czubaj „R.I.P.” Ocena: 4/6


DAJCIE MI GŁOWĘ MARIUSZA CZUBAJA
        Syd Field, guru amerykańskich scenarzystów na jednym z wykładów w Warszawie powiedział kiedyś, że jeśli przez pierwsze dziesięć minut filmu nie zorientujesz się, o co w nim chodzi, możesz przestać go oglądać. Mariusz Czubaj zapewne nie słyszał nigdy tego zalecenia, bo przez cały prolog robi wszystko, żeby zniechęcić czytelnika do dalszego czytania (i proszę mi tutaj nie protestować, że film i książka, to nie to samo) . Cały ten wstęp służyć ma, jak się domyślam, „zagęszczaniu atmosfery zagrożenia”, ale wywołuje zupełnie odwrotne skutki. Skoro przez cały czas nie wiemy ani o kogo chodzi, ani co się dzieje, ani dlaczego, opowiadana historia w ogóle nas nie obchodzi. Jak mam się wciągnąć w akcję, kiedy przez cały czas zastanawiam się, co autor chciał powiedzieć? Dlatego, jeśli sięgniecie po tę książkę, radzę ominąć prolog (albo przewinąć na szybkich obrotach, jeśli mi nie ufacie), bo nie ma w nim nic, bez czego nie można by się obejść i co nie zostałoby wystarczająco wyjaśnione w dalszej części powieści. Na szczęście, dalej jest już dużo lepiej.
        Historia opowiedziana jest w konwencji czarnego kryminału, o westernowym, jak wyjaśnia autor w posłowiu charakterze. Jeżeli tak jak ja (i bohater powieści, więc pewnie również i sam autor) jesteście fanami Jacka Reachera, będziecie wiedzieć, do czego to musi prowadzić. Ale przecież, za to kochamy Jacka.
        Narracja (poza tym nieszczęsnym prologiem) prowadzona jest bardzo sprawnie, wszystkie wątki precyzyjnie się przeplatają i uzupełniają, nad każdym „i” postawiona jest kropka. Nawet to, że nie do końca wyjaśniona jest tożsamość mordercy - nie przeszkadza. W tym akurat wypadku zgadzam się z Mariuszem Czubajem – czasami nie wszystko należy podawać czytelnikowi na tacy.
        I mogłabym nawet odpuścić autorowi ten nieudany wstęp i ocenić tę książkę na pięć z minusem, gdyby nie jeden element układanki, który w całej tej historii najbardziej uwiera. Dlaczego tak bezwzględny i łebski mafiozo, kiedy dostaje w worku „głowę Alfreda Garcii”, tak łatwo daje się podpuścić dostawcy przesyłki i obdarza go całkowitym zaufaniem? Zupełnie w to nie wierzę. Nawet Jackowi Reacherowi by to się nie udało.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Bartosz Szczygielski „Aorta” Ocena: 4/6


DLACZEGO?
        Przez dziewięćdziesiąt pięć procent książki (wybaczcie tę chirurgiczną precyzję, ale tak to jest, kiedy się korzysta z czytnika) miałam szczerą nadzieję, że będę miała okazję skomplementować debiutanta, wyrażając nadzieję, że dołączy do panteonu naszych twórców kryminalnej literatury i zdetronizuje jej aktualnych liderów. Chciałam wypomnieć tylko drobiazgi – trochę schematycznego głównego bohatera (zgorzkniały gliniarz przed czterdziestką, po zawodowych przejściach, z żoną, która, jak w amerykańskich filmach obraża się, że mąż poświęca jej zbyt mało uwagi) i redakcyjne błędy, które łatwo zwalić na niedopilnowanie przez wydawcę (bohaterowie książki mają prawo używać wulgaryzmów, ale redaktor powinien uświadomić autorowi, że wulgaryzmy odautorskie są po prostu żenujące).
        Co spowodowało, że zmieniłam zdanie? Rzecz jasna – zakończenie, czyli to, co w polskich powieściach kuleje najczęściej.
        Szczygielski posługuje się swobodnie barwnym językiem, buduje krwiste, ciekawe postaci, sprawnie prowadzi wątki, buduje klimat tajemnicy i trzyma czytelnika w napięciu. Ale po co to wszystko, kiedy końcówka nie przynosi czytelnikowi żadnej satysfakcji? I nie chodzi mi wcale o ten motyw z żoną, wypisz wymaluj jak z jednej z powieści Lemaitre’a (nie ostrzegam, że to spoiler, bo naprawdę tylko wtajemniczeni domyślą się o co chodzi). Co z tego, że dowiadujemy się, kto zabił, skoro nie znajdujemy odpowiedzi na pytanie – „dlaczego?”. Wyjaśnienie autora uważam za niewystarczające, ponieważ nie jest podbudowane rzetelną analizą psychologiczną. Wiem, że autor potrafiłby to zrobić, do psychologii pozostałych postaci nie mam zastrzeżeń. Psychologia mordercy jest najbardziej niedopracowana.
        Pytanie „dlaczego” pojawia się zresztą w innych kontekstach: dlaczego jeden z policjantów zastrzelił podejrzanego?, dlaczego w końcu Marta kreśliła te grafy?, naprawdę, tylko żeby szybciej przenosić się z miejsca na miejsce? (ten wątek zupełnie niczego nie wnosi, oprócz tego, że autor popisuje się znajomością matematyki), dlaczego, skoro była tak inteligentna i twarda, nie znalazła innego sposobu, żeby się uwolnić? Im więcej takich niewyjaśnionych „dlaczego?” w powieści kryminalnej, tym bardziej czytelnik czuje się zawiedziony.
        Nie skreślam Szczygielskiego, broń Boże. Daję mu duży kredyt zaufania. Potencjał ma spory i mam nadzieję, że nabierze doświadczenia i będzie potrafił je wykorzystać. Do panteonu jednak jeszcze droga daleka.

wtorek, 8 listopada 2016

Gillian Flynn „Zaginiona dziewczyna” Ocena: 5/6


NIEHOLLYWOODZKIE ZAKOŃCZENIE
        Dokładnie przez połowę książki – całą pierwszą część - zastanawiałam się, co takiego zobaczyli w tej historii w Hollywood, że zdecydowali się na ekranizację. Opowieści o zaginięciach z natury rzeczy muszą być sztampowe. Są tylko dwie opcje: pierwsza – „zaginiony” ucieka, bo ma wszystkiego dość i pozoruje zaginięcie, a nawet własną śmierć, bo z różnych powodów tak mu wygodniej, i druga – zaginiony zostaje zamordowany, albo gdzieś przetrzymywany i trzeba odkryć, kto i dlaczego to zrobił. Nie mówię tu o historiach typu „porwanie dla okupu”, bo to zupełnie inna kategoria.
        W drugiej części, kiedy ślimacząca się akcja wykonała zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i nareszcie zaczęła wciągać jak trzeba, powody przeniesienia książki na ekran stały się oczywiste – sztampowa z pozoru historia została ujęta w zupełnie niekonwencjonalny sposób. I od razu pojawiła się ciekawość – jak oni to zrobili? W książce, przynajmniej w jej pierwszej połowie mnóstwo istotnych informacji przekazanych jest literackim, zupełnie nieprzekładalnym na ekran tekstem. „Już nie kochałem własnej żony” łatwo napisać, ale tylko scenarzysta wie, ile się trzeba namęczyć, żeby przełożyć na obraz to, co pisarz skwitował jednym zdaniem.
        Może nie powinnam oglądać filmu zaraz po przeczytaniu książki, może nie warto było tak bardzo wierzyć w potęgę amerykańskich scenarzystów. Niełatwo ogląda się film, kiedy wiadomo jak się skończy. Chociaż, to akurat w Hollywoodzie zupełnie nie jest regułą. Pamiętacie „Firmę” według Grishama? W filmie zupełnie inne zakończenie niż w powieści. I nie mówcie, że tak czy inaczej happy end, bo to jednak różnica, czy bohater cieszy się skromnym życiem zarabiając jako uczciwy prawnik, czy pije drinki z palemką na Karaibach.
        I na coś takiego właśnie po cichu liczyłam, że scenarzysta zakończy tę historię zgodnie z oczekiwaniami widza, czyli zło zostanie ukarane. Tymczasem przedstawione zakończenie sprawdziłoby się pewnie w europejskim filmie pokazywanym na festiwalu w Wenecji, ale nie w filmie, który jest gatunkowym thrillerem. O ile pisarzowi wszystko wolno, to reżyser powinien wyczuć, że coś z tym jest niehalo. Myślę, że głównym błędem Finchera było zbyt duże zaufanie do scenarzysty. Kiedy autor, złączony przecież efektem ojcostwa ze swoim dziełem samodzielnie dokonuje przeniesienia własnej książki na ekran, brak zaufania powinien pojawiać się z automatu.
        Gillian Flynn pisząc scenariusz, niestety, poszła na łatwiznę. Historia filmowa jest prawie, że wierną kopią książki, z niewielkimi skrótami. Teksty z pamiętnika odczytywane są przez bohaterkę z offu – najprostsze rozwiązanie. Podrzucanie fałszywych tropów przez pierwszą połowę filmu dłuży się podobnie jak w książce. Przez to brakuje czasu, żeby psychologicznie uzasadnić motywy działania Amy w końcówce. Poza tym, jeśli czytam, jak ona to zrobiła, jakoś w to wierzę (w powieści zostało to logicznie wyjaśnione). Kiedy widzę bardzo sugestywny obraz filmowy, od razu włącza się światełko alarmowe. No nie, niemożliwe, żeby tak to się działo, a policja była aż tak głupia. Zwłaszcza, że w domu były kamery (nowy, zupełnie niepotrzebny wątek wprowadzony przez scenarzystkę). Widz zauważył, że nie tak to się odbywało, jak zeznała Amy, a policja była ślepa? W książce upływ czasu jest wyraźnie odczuwalny. W filmie wydaje się, że w końcówce wszystko dzieje się zbyt szybko; plansza z napisem „kilka tygodni później” nie rozwiązuje problemu, bo na takie napisy widz nie zwraca uwagi. I jeszcze – w książce nie mamy wątpliwości, co do chorobliwego stanu umysłu Amy, wiemy kto tu jest ten zły, a kto lepszy (bo na pewno nie dobry), kto kiedy mówi prawdę, a kto kłamie. Filmowy widz został pozbawiony tej wiedzy. Mamy za to wątpliwej jakości „analizę rozpadu więzi między małżonkami”. Szkoda.
        Wniosek? Z całkiem interesującej książki powstał taki sobie film. Bardzo jestem ciekawa, jak „Zaginioną dziewczynę” odbierają ci, którzy najpierw zobaczyli film, a potem sięgnęli po książkę. Mnie to doświadczenie nie będzie już dane.

sobota, 5 listopada 2016

Marek Krajewski „Mock” Ocena: 6/6


KRAJEWSKI REDIVIVUS
        Uff, co za ulga. Marek Krajewski znów w najwyższej formie.
        Kiedy znęcałam się nad jego poprzednią książką („Arena szczurów”, recenzja: czerwiec 2016 na czytacz.pl), wytykając zmęczenie materiału i sugerując nieśmiało, że pora na zmiany, oczywiście tych zmian oczekiwałam, ale nie przypuszczałam, że pójdą one takim kierunku.
        Marek Krajewski wpadł na pomysł genialny. Zamiast tworzyć nowe, nieznane światy wrócił do swojego, dobrze nam znanego, zaprzyjaźnionego bohatera. Pokazał jednak Eberharda Mocka w takim momencie życia, w którym mógł go przedstawić jako zupełnie nową postać. Poznajemy detektywa w latach bujnej młodości, kiedy miał jeszcze tylko dwa ubrania – odświętne i robocze. Jeszcze nie jest zgorzkniały, jeszcze zżera go ambicja. Dzięki temu możemy znów zanurzyć się w świat Wrocławia z początków XX wieku, a w świecie tym autor czuje się jak ryba w wodzie i opisuje go tak barwnie, że czytelnik odczuwa wręcz fizyczną przyjemność z przebywania w opisywanych realiach. Tu nie mogę powstrzymać się od porównania z równie soczystymi opisami przedwojennej Warszawy w „Królu” Twardocha (recenzja: październik 2016). Wrażenia podobnie pozytywne, na szczęście Krajewski nie udaje, że pisze „wielką literaturę” i nie wciska nam kaszalotów. Intryga jest przeprowadzona wzorowo i doskonale przemyślana. Powieść trzyma w napięciu, autor myli tropy, każdy wątek jest potrzebny i wszystkie pasują do siebie jak najlepszej jakości puzzle. Mnóstwo dobrych pomysłów i nie ma poczucia chaosu ani przesytu. Nie przeszkadza mi nawet siedemdziesiąte ósme w tym roku nawiązanie przez polskiego pisarza do masonerii, bo w opisywanych realiach ten akurat motyw się sprawdza.
        Świetny jest też pomysł z prologiem i epilogiem w innych ramach czasowych. I znowu mamy zupełnie innego Mocka, i jaki potencjał, żeby wykorzystać ten wątek w przyszłości! Już się nie mogę doczekać.
        I tylko jeden zarzut mi przychodzi do głowy – ta powieść jest zbyt inteligentna jak dla naszych rodzimych czytaczy kryminałów. Oni wolą dawać sobie wciskać kit przez swoich „literaturowych księciów” (tak na wszelki wypadek piszę w cudzysłowie, bo wielbiciele księciów mogą nie załapać ironii).
        Tak więc, panowie – czapki z głów. Drogie panie – wyciągamy białe chusteczki i machamy, machamy, machamy, machamy.

poniedziałek, 31 października 2016

Anna Fryczkowska „Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)” Ocena: 4,5/6


SABAT KRÓLOWYCH
        Cztery z plusem to najgorsza z możliwych ocen. To jak drugie miejsce na podium. Żal, że zwycięstwo było tuż-tuż i przeszło bokiem. Czego tym razem zabrakło, żeby satysfakcja z lektury była całkowita?
        Autorka fantastycznie bawi się konwencją i namawia do tej zabawy czytelnika. Nawiązania do powieści Agaty Christie sprawią przyjemność wszystkim wielbicielom prawdziwej królowej kryminału, a myślę, że jeśli ktoś nie kocha Agaty, to nie kocha kryminału.
        Dowcipne, ironiczne i celne ciosy w nasze rodzime „królowe” tego gatunku rozbawią nawet tych, którzy nie mają wystarczającej wiedzy, żeby odczytać tę książkę jako powieść z kluczem.
        Postaci kobiece są barwne, różnorodne, dociekanie – kto zabił – to jeden z elementów wspomnianej na początku zabawy z konwencją.
        Ta książka jest bardziej kobieca, niż mężczyźniana, ale panom również polecam lekturę. Przynajmniej czegoś się o nas dowiedzą. Mężowie, mając świadomość jak często własne żony pragną ich zabić, może nawet zastanowią się nad swoim postępowaniem?
        Dlaczego więc się czepiam? Zakończenie. To, kto zabił nie jest specjalnym zaskoczeniem. To, jak uniewinnić zabójcę – mogłoby być hitem. Oczekiwałam Salomonowego wyjścia w stylu Agaty, jak na przykład w tej anegdocie o dwóch prawnikach jadących samochodem, z których jeden spowodował wypadek, ale żadnego nie można było skazać, bo obaj przyznali się do winy. Za późno na taką podpowiedź. Rozwiązanie zaproponowane przez autorkę jest zbyt łatwe. Policjanci naprawdę nie są tacy głupi. A co, jeśli policja szybko odnajdzie sprawcę i wysłucha jego wersji wydarzeń? A kiedy jeszcze dowiedzą się, jakie relacje wiążą go z domownikami? Żal.
        Ale, co ja się czepiam? Na tle „dzieł” rozlicznych królowych, książąt i księciuniów naszej literatury kryminalnej „Sześć kobiet…” i tak błyszczy jak złoto. Czepiam się więc, żeby błyszczało nie tylko na tle.

niedziela, 23 października 2016

Szczepan Twardoch „Król” Ocena: 3/6

KASZALOT
        Kiedy zaczyna się czytać nową powieść Szczepana Twardocha, daje mu się na dzień dobry duży kredyt zaufania. Bo to Twardoch.
        Czyta się. Wlecze się. Opis walk bokserskich, jedna za drugą. Ale kredyt zaufania. Bo to Twardoch.
        Pojawiają się kontrowersyjne wątki żydowskie, które teraz bardzo dobrze się sprzedają. Źli Polacy, dobrzy Żydzi, „Ida” na tym zrobiła karierę, dlaczego nie pójść tym tak dobrze już przetartym szlakiem? Na pewno rzucą się - wiadomo kto - i reklama będzie za darmo, jak znalazł. Ale nie każdy musi być hipsterem literatury. Wybacza się podążanie za modą. Bo to Twardoch.
        Książka reklamowana jest jako powieść sensacyjna albo kryminalna. Niestety, nie każda opowieść o gangsterach, to od razu kryminał. W powieści kryminalnej najważniejsza jest zagadka, czego u Twardocha akurat najbardziej brakuje. „Król” sprawdza się natomiast jako solidna powieść obyczajowa, więc udawanie, że jest czymś innym, to trochę strzał w stopę i robienie czytelnika w bambuko. I po co? Czy ktoś nazwałby „Ojca chrzestnego” kryminałem? Porównanie z Puzo jest tu bardzo na miejscu. Tylko, na szczęście amerykańskiemu autorowi nie przyszło do głowy, żeby pisać o kaszalotach.
        Co w „Królu” najbardziej irytuje? No właśnie kaszaloty - w założeniu metaforyczne i poetyckie, w praktyce kiczowate wstawki o kaszalocie wiszącym nad Warszawą. Jeśli ma to być metafora wszechpotężnego zła, to do mnie akurat taka forma zupełnie nie trafia. Może gdyby nie było to aż tak zagęszczone, tak często dobijane młotkiem, a w ogóle, gdyby pojawiło się w innej powieści – dałoby się znieść.
        Co jest średnie? Postać głównego bohatera. Ani go lubię, ani mu współczuję, ani nim pogardzam, ani mnie przeraża. Jest mi zupełnie obojętny, nic mnie nie obchodzi. Więc po co mi taki bohater?
        Co jest świetne? Rzetelny, wielokulturowy opis realiów sanacyjnej Polski, w warstwie obyczajowej, historycznej i topograficznej. Przedwojenna Warszawa, fakt, że potraktowana wybiórczo, ale to pisarza prawo, opisana jest tak, jakby autor wczoraj przechadzał się po Nalewkach albo obstalowywał sobie buty u Kielmana. Absolutnie genialny jest też pomysł ze zmianą narratora. Nie więcej nie powiem, bo byłby to spoiler.
        Co mnie osobiście uwiera? Błąd konstrukcyjny. Narrator wielokrotnie opisuje wydarzenia, o których nie ma prawa wiedzieć. Autor zdaje sobie z tego sprawę, często, w imieniu narratora uprzedzając, że „wprawdzie mnie przy tym nie było, ale na pewno tak to się odbywało”, ale robi to niekonsekwentnie. Staje się tym samym ofiarą obranej przez siebie formy, ponieważ traci wiarygodność. O ile można uwierzyć, że narrator ma wiedzę na temat własnego środowiska, to zupełnie nieprzekonujące jest relacjonowanie wydarzeń na najwyższych szczeblach władzy.
        Podsumowanie? Ciągle czekam, aż Szczepan Twardoch przestanie się dobrze zapowiadać i napisze książkę na miarę swojego talentu. Jest jeszcze młody, ma czas.
        Jeśli chodzi o mnie – „to by było na tyle” Teraz oddajmy głos autorowi. Uprzedzam, cytat został wybrany tendencyjnie. Nie musicie doczytać do końca, a nawet zdziwiłabym się gdyby tak było. Nie ma to jak łatwość wypowiadania słów.
        „– Pracuj, kurwa, co to jest, chuju rybi, co to jest, tak to se dupę możesz podcierać, pracuj, pracuj, lewa, lewa, co to za szmata jest, pracuj, lewa, lewa, lewa, długa ma być ta lewa, długa ręka, co to kurwa za kikut jest! Wyciągnij! Rotacja! Pracuj, kurwa, raz, unik, lewa, prawa, lepiej, pracuj, kurwa, ruszasz się, lewa, prawa, pracuj, co, kurwa, stoisz, zamyśliłeś się, kurwa, pracuj, unik, prawa, pracuj! hak, lewy sierp, zejście, zejście, kurwa, lepiej, dłuższa ręka, dłuższa, nie kikuty, zaczep, lewy, prawy, lewy sierp, dobrze! Noga pode mnie, wchodź, dobrze, dystans trzymaj, co to jest, kurwa, co to jest, kalika jakiś, lewy, prawy, unik, pode mnie wchodź, pode mnie, noga, dobrze, ta sama seria, lewy, prawy, unik, prawy, sierp, co to jest, moja babka macha rękami, ta sama seria, pracuj, lewy, prawy, unik, prawy, sierp, gardę trzymaj, chuju rybi, następnym razem cię zaznaczę, ta sama seria, lewy, prawy, unik, prawy, sierp, noż kurrrrwa, ręka, gardę trzymaj, ręka, co to jest, kurwa, to jest boks? to jest boks? to gówno? kalika jeden, wynocha z klubu, lewa, leeeeewa, pracuj, garda, rękę wyżej, bo zaznaczę, ręka, noż kurrrrwa...!”

środa, 14 września 2016

Agnieszka Olejnik „Nieobecna” Ocena: 5/6


NIEOBECNA „NIEOBECNA”
Gdyby Agnieszka Olejnik wydała tę książkę gdzieś za granicą, miałaby szanse na bestseller nie gorszy niż „Dziewczyna z pociągu”. Serio. To jest ten sam gatunek - powieść tak naprawdę obyczajowa, ale ubrana w porządny kostium kryminału, a momentami thrillera. Książka wciąga jak odkurzacz Dyson, czyta się to nawet lepiej niż „Dziewczynę…”. Przez cały czas niepokój wisi w powietrzu, martwimy się o bohaterkę i kibicujemy jej. Postaci są ciekawie zarysowane, odkrywanie nowych tropów daje satysfakcję. Pomysł intrygujący, choć może zakończenie odrobinę przewidywalne, ale przynajmniej zgodne z oczekiwaniami czytelnika. Bliźniaczka wciela się w skórę swej zamordowanej siostry i próbuje przy okazji wytropić jej mordercę. Ja nigdy nie byłam w stanie rozróżnić bliźniaków, więc wierzę, że bohaterce również udało się wprowadzić otoczenie w błąd.
Gdyby Agnieszka Olejnik wydała tę książkę gdzieś za granicą, miałaby też do czynienia z przyzwoitym redaktorem, który wziąłby ją na stronę i powiedział: „Słuchaj no, darling, te wstawki z babcią i wojenną martyrologią na Wołyniu, to dobre są. Naprawdę. Ale do innej książki. Zasejwuj je sobie gdzieś na dnie kompjutra i wykorzystaj przy okazji, ale z tego tekstu mi to wyrzuć, pliz.”
W wydawnictwie „Czwarta strona” zabrakło takiego redaktora, przez co początek trochę się ślimaczy. Nie było też wydawcy, który z błyskiem w oku dostrzegłby w „Nieobecnej” diament, który trzeba tylko trochę oszlifować, żeby uzyskać brylant, a potem można zaprezentować światu i osiągnąć sukces. Nie mówię, żeby od razu zamawiać banner na całą wysokość warszawskiej Galerii Centrum, ale minimum promocji by nie zaszkodziło.
Szkoda. „Too late” [wym: cu lejt] jak mawiała Nastassja Kinski w filmie „Tess”. Teraz to sobie możecie w brodę pluć. Straciliście szansę, przepadło. Mam nadzieję, że autorka już szuka sobie nowego wydawcy, i że następna jej powieść nie zginie gdzieś w kosmosie, wśród masy nieprawdopodobieństw Remigiusza Mroza.
Trzymam kciuki, żeby się udało.

wtorek, 13 września 2016

Katarzyna Puzyńska „Utopce” Ocena: 3/6


JAK NIE UTONĄĆ W UTOPCACH
„Utopce” zasadniczo mogłyby być niezłym kryminałem. Dlaczego zasadniczo i dlaczego mogłyby być? Katarzyna Puzyńska umie prawidłowo budować narrację, precyzyjnie motać watki po to, by potem zgrabnie je rozsupłać, stworzyła bohaterów, których w poprzednich powieściach zdążyliśmy już polubić. Do tego jeszcze akcja rozgrywa się w małym, zamkniętym środowisku, gdzie wszyscy się znają, więc atmosfera łatwo powinna się zagęszczać. Zakończenie zaskakuje, chociaż jego sugestia wisi w powietrzu przez cały czas. Co więc tu nie gra?
Odpowiedź podrzucił mi mój czytnik. Ślęczałam i ślęczałam nad tą książką pełna dobrej woli, bo przecież autorka w poprzednich powieściach zdołała mnie już do siebie przekonać. Czytałam po parę stron dziennie i czytałam, aż wreszcie na pasku czytnika pojawiło się magiczne 70%. Dopiero wtedy akcja ruszyła z kopyta i doczytałam „Utopce” do końca na jednym wydechu.
Wniosek?
Gdyby z pierwszych siedemdziesięciu procent wyrzucić połowę, autorka nie narażałaby naszej cierpliwości na ciężką próbę. Cały wątek z wampirem jest mocno naciągany, jak gdyby Katarzyna Puzyńska nie uwierzyła w moc opowiadanej przez siebie historii, tylko starała się na siłę ją uatrakcyjnić. Niepotrzebnie. O ile jeszcze mogę uwierzyć, że w latach 80-tych ubiegłego wieku zdarzały się gdzieś na zapadłej polskiej wsi jednostkowe przypadki ludzi, którzy wierzyli w wampiry i odczyniali uroki, to umieszczenie takich praktyk (na poważnie!) w dzisiejszych czasach jest kompletnie niewiarygodne. Dzisiaj w wampiry wierzą już chyba tylko dwunastolatki zakochane w sadze „Zmierzch”.
Mnożenie fałszywych tropów też nie zawsze się sprawdza – co za dużo, to niezdrowo.
Zalecenie?
Umiar w słowach i zachowanie odpowiednich proporcji.
Mam nadzieję, że Katarzyna Puzyńska potrafi uczyć się na błędach, bo potencjał twórczy ma spory.

sobota, 3 września 2016

„Komisja morderstw” Odcinek 1 Ocena: 1/6


ŚMIERĆ (Z NUDÓW) W BRESLAU
Telewizor włączam mniej więcej raz w tygodniu. Ostatnio przydarzyło mi się to we wtorek. Trafiłam na „Wiadomości”. Spokojnie, nie będzie o polityce.
Główne, wieczorne wydanie informacyjnego programu zaskoczyło mnie zapowiedzią nowego, kryminalnego serialu TVP. W czasach, gdy jeszcze oglądałam telewizję częściej zwiastuny programów i filmów pojawiały się, owszem, przed i po „Wiadomościach”, ale żeby informacja o emisji nowego serialu była newsem dnia? Podejrzane.
Zaintrygowana taką formą promocji zaraz sprawdziłam, kto za tym stoi. Najpierw strona literacka – to najważniejsze. Aż czterech scenarzystów podpisało się pod pierwszym odcinkiem! Niedobrze. To jasne, że seriale pisze się wspólnie, ale dotyczy to raczej tasiemcowych telenoweli. Kiedy, tak jak w przypadku kryminałów, odcinek ma być zamkniętą całością, dobrze jeśli odpowiedzialność za poprowadzoną intrygę ponosi jedna, góra dwie osoby. Wśród czterech nazwisk znalazłam jednak Waldemara Krzystka, który jako scenarzysta nigdy nie zawiódł. No dobrze, zaryzykuję. Obejrzałam.
Ryzyko opłaciło się pod tym względem, że już więcej nie popełnię dwóch błędów: nie dam się zwieść reklamie w „Wiadomościach” i nie obejrzę kolejnego odcinka „Komisji morderstw”. Jeżeli pierwszy odcinek, który ma przecież zachęcić do oglądania całości jest tak zły, że aż chce mi się płakać i wspominać z rozrzewnieniem porucznika Borewicza, to jakie mogą być następne?
Najbardziej kuleje, oczywiście, scenariusz (a było zaufać intuicji!). Zero suspensu, zero akcji, o przebiegu śledztwa dowiadujemy się z dialogów bohaterów, drętwych jak przemówienie najnudniejszego dyrektora na rozpoczęcie szkolnego roku. Tautologiczne retrospekcje, w których nie dość, że widzimy, w pseudoartystycznych, wirujących kadrach co się dzieje, to dodatkowo głos z offu jeszcze tłumaczy, co autor chciał powiedzieć – to robienie z widza idioty.
Aktorzy (dobrzy aktorzy!) snują się po ekranie jak mumie, nie wiadomo po co, wyraźnie zażenowani, że muszą wygłaszać takie drewniane kwestie. Reżyser, doświadczony na planie „Klanu” wyraźnie im nie powiedział, kogo mają zagrać. W „Klanie” nie musi, tam od kilkunastu lat aktorzy wiedzą, kogo grają. Tutaj wypadałoby udzielić wskazówek trochę bardziej rozbudowanych niż: „niech pani przejdzie od drzwi do okna i powie, co tam pani ma w scenariuszu napisane”. A tak to właśnie wygląda, z punktu widzenia tego gościa, co siedzi przed telewizorem i patrzy.
Żal mi Małgorzaty Buczkowskiej i Krzysztofa Pieczyńskiego, że muszą swoimi twarzami firmować tak nieudolną, pod każdym względem produkcję. Szkoda województwa dolnośląskiego, które wydało na tę produkcję kasę, tylko po to, żeby Wrocław był co chwila nazywany Breslau.
Pamiętam Buczkowską z drugoplanowej roli w serialu „Prokurator”. Grała niewidomą dziennikarkę i była świetna, bo przynajmniej wiedziała kogo grała. Ale to inny serial, inny scenarzysta, inny reżyser, chociaż stacja ta sama. Nawet w telewizji publicznej potrafią, jeśli chcą. Tym razem widocznie nie chcieli. Szkoda.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Agnieszka Lingas-Łoniewska „Piętno Midasa” Ocena: 3/6


CO ZA DUŻO, TO NIEZDROWO
Agnieszka Lingas-Łoniewska reprezentuje rzadki w polskiej literaturze kryminalnej podgatunek kryminału romantycznego, albo raczej romansu kryminalnego. Mnie to akurat nie przeszkadza, ale rozumiem, że czytelników bardziej męskich mocno rozbudowane wątki romansowe mogą drażnić. Bez żadnych uprzedzeń dałam się więc wciągnąć w sprawnie i dynamicznie rozwijającą się akcję, chociaż informacja autorki zamieszczona na wstępie, że książka ma dwa zakończenia i czytelnik będzie sobie mógł wybrać to, które mu się bardziej spodoba, trochę mnie zaniepokoiła. Niepokój okazał się uzasadniony. To, co w „Piętnie Midasa” kuleje najbardziej – to właśnie zakończenie.
Zakończenie jest pieczątką autora, jego podpisem, przesłaniem – tak, to właśnie chciałem powiedzieć, drogi czytelniku i taki ci chciałem zostawić przekaz. Kiedy zakończenia są dwa i do tego różniące się skrajnie, przekaz autorki jest mniej więcej taki: no tak, zagmatwałam, zagmatwałam i zupełnie nie wiedziałam jak z tego wybrnąć, więc coś tam sobie na pewno wybierzecie. Jako czytelnik czuję się takim podejściem zlekceważona.
Podwójny epilog uwierałby może mniej, gdyby wcześniejszy finał był logicznie uzasadniony. A tymczasem główny bohater – czterdziestoletni płatny zabójca, wykańczający swe ofiary precyzyjnie, z zimną krwią, nagle zachowuje się, jak okularnik z dobrego liceum, który pierwszy raz w życiu się zakochał. Rozumiem, że człowiek zakochany może stracić głowę, ale zupełnie nie wierzę, że takie głupstwo mógłby popełnić opisany wcześniej facet.
W przypadku wyboru epilogu pierwszego cały wątek ze szkoleniem Anny nie ma najmniejszego uzasadnienia (przez cały czas zastanawiałam się po co on to robi, dlaczego się dekonspiruje, jak może tak zaufać nieznanej osobie?), ale przynajmniej w finale bohater nie wychodzi na idiotę. Gdy zdecydujemy się na epilog drugi, motyw wychowywania sobie następcy ma sens (chociaż wątpliwości co do jego przypadkowego wyboru pozostają), za to postępowanie Midasa w stosunku do Karoliny jest absurdalne.
Brak logiki zabija kryminały. Może lepiej, żeby Agnieszka Lingas-Łoniewska skupiła się na pisaniu romansów.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Alek Rogoziński „ Jak cię zabić, kochanie?” Ocena: 2/6


STRESZCZENIE DLA GIMBAZY
Najczęstszym błędem w polskich powieściach kryminalnych jest brak porządnie skonstruowanej intrygi. W przypadku „Jak cię zabić, kochanie?” mamy do czynienia ze zjawiskiem nowym. Wydaje się, że autor całą swą energię twórczą włożył w zaplanowanie przemyślnej konstrukcji, zupełnie zapominając o wszelkich innych elementach, bez których przecież żadna powieść obyć się nie może. Intryga, mimo, że solidnie zaplątana też zresztą na niewiele się zdała, bo zakończenie jest do bólu przewidywalne, a o klasycznych zagraniach z literatury tego gatunku, czyli zwrotach akcji i nieustannym podrzucaniu czytelnikowi mylnych tropów, autor chyba w ogóle nie słyszał.
Najbardziej uwiera w książce to, że zabrakło w niej świeżych tematów. I nic nie pomoże ubarwienie historii zagranicznymi wątkami. Przyznajcie sami, że opowieść, w której jeden z małżonków planuje wykończyć drugiego, nie zdając sobie sprawy, że ten drugi ma w stosunku do tego pierwszego podobne zamiary, nie powala oryginalnością. Wątek z amerykańskimi (!) zakonnicami w przebraniu też wałkowany już był tyle razy, że naprawdę można go sobie było odpuścić i nie narażać czytelnika na mdłości z powodu konsumpcji tak wiele razy odgrzewanego kotleta. A motyw gangstera wymuszającego zwrot długów, najpierw przy pomocy nieudolnego pomocnika, a potem przy użyciu pistoletu jest tak oklepany, że nawet szkoda wysilać się na złośliwy komentarz.
Cała książka sprawia wrażenie niedokończonego szkicu, jakby została napisana dla gimbazy, która czyta tylko streszczenia. Oprócz pary głównych bohaterów mamy kilkanaście drugoplanowych postaci, o których nic nie wiemy, oprócz tego, że pojawiły się na drodze naszej dwójki, żeby skomplikować ich życie. O głównych bohaterach też z zasadzie nie wiemy nic. Coś takiego jak psychologia postaci jest autorowi zupełnie obca.
Ktoś może powiedzieć, że w komediach kryminalnych nie o psychologię postaci chodzi, ale o to, żeby trochę się rozerwać. Tylko, że tutaj również intencje autora rozmijają się z odczuciami czytelnika. Jeżeli źródłem dowcipu ma być wyłącznie naigrywanie się z ekstremalnej głupoty wszystkich (co do wyjątku) występujących w książce postaci, to może jednak trochę za mało, żeby się dobrze bawić? Rozumiem, że są koneserzy takiego humoru, ale mnie takie chichy bardzo szybko zaczynają nudzić.
Jeśli do tego dodamy, że wiarygodność opisanych sytuacji balansuje na poziomie zero, a znajomość realiów autor czerpie chyba z oglądania kiepskich seriali, to wniosek nasuwa się sam - książkę pana Rogozińskiego należy omijać w księgarniach szerokim łukiem.

środa, 17 sierpnia 2016

Jens Lapidus „Sztokholm delete”, Ocena: 3/6



SZWECJA ZNOWU MAFIĄ STOI
Było czytać, co inni piszą o książkach? Było. Nie trzeba by się wtedy awanturować. Dlatego czytajcie mojego bloga. Może uda się Wam uniknąć przynajmniej moich błędów ;-)
Ale wracając do rzeczy. Nie wiedziałam, że „Sztokholm delete” jest drugą częścią serii. Nie zorientowałam się prawie do końca, co, trzeba przyznać uczciwie, dobrze o książce świadczy. Ale tylko to. Porządny kryminał czyta się w jeden dzień. No, może dwa. Z tym, w wakacyjnych okolicznościach walczyłam ponad tydzień. Niby pracowicie nanizane wątki ładnie się przeplatają, ale co z tego kiedy ciągną się zdecydowanie zbyt długo, żeby się nimi przejąć. No i ile można czytać o post-jugosłowiańskiej mafii (z modnymi elementami islamskiego folkloru)? Nie mają tam w tej Szwecji innych tematów?
Najgorsze jednak jest zakończenie, które, jak to w telenoweli, niczego nie kończy, a wszystko zaczyna. Autor wyjaśnia łaskawie kilka pobocznych wątków, ale główne pozostawia nietknięte, a do tego rozpoczyna nowe. I co teraz? Mam sięgnąć po pierwszy tom i znowu czytać go przez tydzień? Mam czekać nie wiadomo jak długo na tom trzeci, aż autor wyjaśni, co chciał powiedzieć, a ja zdążę już zapomnieć o co chodziło w tomie poprzednim? Mowy nie ma. Tydzień z Jensem Lapidusem po prostu uznaję za stracony. Czytajcie recenzje, kochani. Nie tylko moje. Zyskacie dużo czasu.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Mary Chamberlain „Krawcowa z Dachau” Ocena: 5/6


GONITWA ZA MARZENIAMI
Tytuł zniechęcał mnie skutecznie. No, dajcie spokój, „Krawcowa z Dachau”?
Sięgam raz, nie, może później. Sięgam znowu, nie, następnym razem. Dopiero lektura trzech pod rząd kryminałów z gatunku „można, ale nie trzeba”, tak średnich, że zapomniałam o nich natychmiast po przeczytaniu zmobilizowała mnie do płodozmianu. No dobrze, niech już będzie ta martyrologia.
Na szczęście zanim rzeczona się pojawiła, autorce skutecznie udało się mnie omotać, wciągnąć w losy bohaterki, sprawić, że polubiłam ją ze wszystkimi zaletami (ambicja, nadzieja, wytrwałość) i wadami (naiwność, lekkomyślność, niekontrolowana pogoń za marzeniami). Kiedy więc doszło do opisu traumatycznych przeżyć wojennych, nie było rady, już wsiąkłam, musiałam brnąc dalej razem z Adą Vauhgan, żeby trzymać za nią kciuki.
Trzymałam kciuki tak długo, jak się dało. Nie, nie, niczym się nie sugerujcie. W tej książce nie ma łatwych rozwiązań, będziecie wodzeni za nos wiele razy, aż w końcu okaże  się, że wszystko co do tej pory wiedzieliście o życiu i ludziach niewiele znaczy. A kiedy już, zgrzytając zębami, z nożem, który co chwila będzie się wam otwierał w kieszeni dotrwacie do końca…
Ja potrzebowałam kilku dni, żeby dojść do siebie. Ale nie żałuję.
Daję wam solidną gwarancję, ale też ostrzegam ostrzegam, że od tej książki nie uda się wam tak łatwo uwolnić. Może nawet zostanie z wami na zawsze. Albo będzie po nocach się śnić. A co tam, niech będzie na mnie. Zaryzykujcie.

środa, 20 lipca 2016

Grzegorz Jankowski „Fakt. Tak było naprawdę” Ocena: 1/6


ODRUCH WYMIOTNY
Czego się spodziewałam po książce byłego redaktora naczelnego „Faktu”? Wyznania grzechów? Przyznania się do winy? Oczywiście, że nie. Nie posądzajcie mnie o taką naiwność. Łudziłam się jednak, że znajdę w niej przynajmniej homeopatyczną dawkę szczerości. Na szczęście autor już w pierwszych słowach pozbawił mnie złudzeń. „Nie będę się z nikim rozliczał. Nie manipulowałem ludźmi, a moi czytelnicy nie mieli i nie mają żadnych niskich instynktów”. Znaczy – dalej już będzie tylko cudownie, o cudownej gazecie. I może byłoby, gdyby autor nie popełnił podstawowego błędu. Pomylił czytelników. Napisał tę książkę tak, jakby jej odbiorcami mieli być czytelnicy „Faktu”, którzy gotowi są uwierzyć nawet w wieloryba w Wiśle. Tymczasem ludzie czytający książki, to trochę inny gatunek. Chronicznie nie cierpią, kiedy ktoś ich próbuje zrobić w balona. Przepraszam za ten kolokwializm, ale jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.
Grzegorz Jankowski co chwila próbuje wmówić czytelnikowi, że białe jest czarne, a czarne jest białe, jakby zupełnie sobie nie zdawał sprawy, że jego manipulacja jest widoczna gołym okiem, nie potrzeba do tego lupy.
Nie wierzę mu jak psu, który zarzeka się, że nie zeżarł kiełbasy, choć kawałek jeszcze mu zwisa z pyska, kiedy chełpi się, że „Fakt” powstał z troski o zwykłych ludzi, „dla naszego wspólnego dobra”, miał stawać po stronie mas i dawać głos sierotom po Balcerowiczu, ludziom „skrzywdzonym, bez pieniędzy, bez szans”.
Nie daję się nabrać, że autor wzrusza się listami dzieci do świętego Mikołaja, proszącymi o „buty zimowe, bo te po braciszku już się rozpadły”, „o zdrowie dla taty, bo nie mamy na lek”. Dlaczego? Bo zaraz dalej komentuje, że dla tych dzieci „smak pomarańczy czy bananów jest większą egzotyką, niż dla nas, dzieci PRL”. Halo, autorze, zejdź na ziemię. W PRLu nie znaliśmy smaku pomarańczy i bananów, bo ich w sklepach nie było. Dziś te „dobra” są dostępne w największej głuszy. Jeśli znajdziesz chociaż jedną rodzinę, której nie stać, aby kupić dziecku banana za złotówkę, żeby poznało jego smak, to ja takiej rodzinie ufunduję cały kontener owoców.
Szczytów hipokryzji sięgają też wyjaśnienia autora, dlaczego tak często uciekano się w „Fakcie” do prowokacji. Oczywiście wyłącznie po to, żeby „obnażyć obłudę władzy”. Tak jakby gazeta bulwarowa w ogóle nie była przedsięwzięciem komercyjnym, którego głównym celem jest przecież przynoszenie zysków. Dlatego też, według autora, zamieszczenie zdjęcia premiera Tuska w samych majtkach podyktowane było „nie tylko dobrem społecznym (…) powód był też taki: nasi czytelnicy chcieli je oglądać”. Gdyby pan naczelny na tym zakończył wyjaśnienia, może bym uwierzyła, że wreszcie zdobył się na szczerość. Ale nic z tego, autor idzie dalej i łopatologicznie wmawia czytelnikowi dlaczego ludziom to było potrzebne – „bo chcieli widzieć w politykach zwykłych ludzi, takich samych jak oni”. No niestety, panie autorze, nie ma takiej opcji. Gdyby stanął pan przede mną tak, jak Bóg pana stworzył, nie zobaczyłabym w panu człowieka takiego samego jak ja (i bynajmniej nie chodzi o szczegóły anatomiczne).
Grzegorz Jankowski, zapewne nieświadomie, drażni tą książką czytelnika w jeszcze jeden sposób – próbując przedstawić siebie jako kryształowo czystego człowieka („protekcja? – ja nie wchodzę w takie sprawy”, korzystanie z przywilejów władzy? - to nie ja) i dając sobie w związku z tym prawo do udzielania rad na czym polega bycie elitą w demokratycznym państwie. Przywołana anegdota o angielskiej rodzinie królewskiej, która w czasie II wojny światowej, tak jak wszyscy obywatele jadła jajko na śniadanie tylko raz w tygodniu, może i miałaby swój wydźwięk w kontekście naszych polityków jadających ośmiorniczki, gdyby wcześniej na tychże polityków autor z zupełnie nieukrywaną pogardą nie wylał aż tak głębokiego wiadra pomyj.
I tu dochodzimy do sedna. I znowu Grzegorz Jankowski osiągnął efekt chyba niezamierzony. Jego pogarda dla polityków odbiła się czytelnikowi czkawką i zamieniła w pogardę dla autora. Wylewając pomyje na polityków autor nie zdawał chyba sobie sprawy, że pomyje cuchną, a im więcej się ich wylewa, tym bardziej powodują odruch wymiotny.
Czy perspektywa womitowania zniechęci was do przeczytania tej książki? Nie sądzę. Przeczytacie i tak, doskonale wiedząc, że następnego dnia obudzicie się z kacem. Ale może przynajmniej nie dacie się nabrać na piękne słowa. Autor przecież nie po to aż tak głęboko włożył kij w mrowisko, żeby wstrząsnąć naszymi sumieniami i demaskować mechanizmy rządzące polityką. Jak myślicie, o co chodziło?
Zgadliście.