środa, 19 lipca 2017

Robert Małecki „Najgorsze dopiero nadejdzie” Ocena: 3/6



ZAWSZE MOŻE BYĆ GORZEJ
Jeżeli lubicie komiksy o Supermanie  - ta książka jest dla was.

Nadzieja na odkrycie kolejnej perły wśród polskich debiutów kryminalnych rozwiała się już gdzieś tak w połowie lektury. Autor bardzo ładnie zawiązał intrygę, przedstawił ciekawego bohatera, nakreślił socjologiczne tło, rozpędził akcję tak, że trudno było odłożyć książkę z ciekawości, co będzie dalej. A dalej, niestety, było już tylko mordobicie.

Zaczęłam nawet liczyć ile razy nasz bohater – toruński dziennikarz Marek Bener - wpada w łapy gangsterów i z nich się wyrywa. A to przy pomocy własnych pięści (był kiedyś bokserem), a to dzięki nieprzeciętnemu sprytowi, a to nagle szczęście mu sprzyja i pojawia się ktoś, kto ratuje mu życie, a to gangsterzy popełniają błędy. Przestałam liczyć. Uwierzcie - było tego na tyle dużo, że zaczęło się robić nudno. W końcu, skoro dowiadujemy się, że Superman zawsze wygrywa, to w tym momencie kończy się zabawa.

Próba wyjaśnienia o co tak naprawdę chodzi w tej skomplikowanej intrydze również skończyła się niepowodzeniem. Jakaś działka, która nie wiadomo dlaczego jest taka istotna, jakaś niezwrócona kiedyś niewielka pożyczka, która nagle bez powodu staje się ważna, jakieś podejrzenie szantażu, ale kto, kogo i dlaczego - to już nie ma znaczenia. Zagęszczenie tajemnic i ledwo jedna – gwałt - wyjaśniona jak należy.

Końcowa zamiana podejrzanych to tylko zwyczajny chwyt literacki, mający na celu zmyłkę czytelnika i nie ma logicznego uzasadnienia. Prawdziwy winny nie miał szczególnej motywacji do ukrywania swej przeszłości, w końcu to nie on planował polityczną karierę, a był na tyle bogaty, że nie musiał martwić się, za co przeżyje do pierwszego. Kara jaka go spotyka (znów bardzo spektakularna, kolejny chwyt literacki) jest niewspółmierna do winy. No chyba, że to on był szefem gangsterów i zleceniodawcą morderstw, ale tego autor niestety nie wyjaśnia; a jeśli nawet tak było, to dlaczego jego świta nagle obróciła się przeciw niemu? W ogóle gangsterów z pistoletami jest tam tylu, że trudno się połapać, kto jest kim, z kim pracuje i dlaczego.

Udział naszego głównego bohatera w wymierzeniu winnemu kary stawia go w tak fatalnym świetle, że cała sympatia do niego znika. Owszem, lubimy Dextera [bohater amerykańskiego serialu „Dexter”], ale tam motywacje działania bohatera są tak przekonująco wyjaśnione, że mamy moralne podstawy, żeby go usprawiedliwiać. Tymczasem motywacje Marka Benera są bardzo wątłe. To nie jest „oko za oko, ząb za ząb” tylko głowa za oko. Nieładnie.

Autor, zgodnie z powszechnie stosowaną manierą nie oparł się też pokusie wystawienia licznych podziękowań za wsparcie w tworzeniu powieści. Mam wrażenie, że jedyną poradą, jaką udzielili Robertowi Małeckiemu koledzy po piórze było: „słuchaj stary, pisz tak, żeby ci wydali kolejną książkę”. Dlatego też zapewne, znów zgodnie z panoszącą się modą, autor nie dokończył najważniejszego wątku powieści, który towarzyszy bohaterowi przez cały czas i prześladuje jego psychikę – sprawie zaginionej przed trzema laty ciężarnej żony. O ile rozumiem i godzę się z tym, że można kontynuować w kolejnych powieściach wątki drugoplanowe, to jednak zasugerowanie, że będzie to opowieść o poszukiwaniach zaginionej i pozostawienie tej historii bez echa uznaję za lekceważenie czytelnika.

„Najgorsze dopiero nadejdzie” odgraża się autor. Jeśli ma być jeszcze gorzej, to ja za kontynuację tej opowieści już teraz podziękuję.

czwartek, 13 lipca 2017

Krzysztof Bochus „Czarny manuskrypt” Ocena 5/6



Z POZDROWIENIAMI DLA DZIADKA KRZYSZTOFA
Dla takiej chwili warto przemierzać bezdroża polskiej literatury i ocierając kurz z zapoconego czoła co i rusz narażać się na miny. Bo nagle, na tym pustkowiu potrafi pojawić się perła, i to zupełnie niespodziewanie. Dlaczego niespodziewanie? – ja się pytam! Dlaczego o książce muszę dowiadywać się pocztą pantoflową, a wydawnictwo nie zrobiło nic, aby pochwalić się swoim skarbem przed czytelnikiem? Od lat nie przeczytałam tak dobrego kryminalnego debiutu. W internecie co chwila atakują mnie jakieś czereśnie, do których akurat ja nie zajrzę, przez przekorę. Ale nie wszyscy są tacy charakterni. Inni by pewnie chętnie zajrzeli do „Czarnego manuskryptu”, gdyby wiedzieli, że taki w ogóle jest.

Krzysztofa Bochusa można pochwalić właściwie za wszystko. Przede wszystkim – za miejsce akcji. Kryminałów retro było już u nas sporo, ale jeszcze nikt nie opisywał przedwojennych Prus wschodnich (dzisiejszy Kwidzyn i Malbork) w burzliwych latach 30-tych, z odwołaniami do początków Zakonu Krzyżackiego (też brawo za Krzyżaków, to temat samograj i jak do tej pory biała karta w polskiej powieści sensacyjnej). To się czuje, że autor doskonale wie, o czym pisze, dokumentacja tła historycznego nie jest dla niego czarną robotą, tylko prawdziwą pasją. Do tego informacje historyczne przekazywane są czytelnikowi z doskonałym wyczuciem umiaru. Najciekawsze rzeczy, to co trzeba i kiedy trzeba, wszystko doskonale wyważone. Nie ma się odczucia, że mamy do czynienia z nudną lekcją historii (jak na przykład w „Sedinum” Leszka Hermana czy „Czerwonym kapitanie” Daniela Dana).

Autor nie ma też żadnych kłopotów z budowaniem dramaturgii – zawiesza akcję, kiedy trzeba, by powrócić do starych motywów w stosownym momencie, nie cierpi na wodolejstwo, nie pozostawia niedokończonych wątków do dopowiedzenia „w kolejnym odcinku”. Widać, że nie jest jeszcze skażony wymogami rynku (albo wymaganiami wydawców, już sama nie wiem).

Jeżeli musiałabym się czegoś czepić (taka już natura recenzenta), to dwóch drobnych rzeczy: że akcja w początkowej fazie powieści rozwija się jednak dość ślamazarnie i przydałby się jakiś pazur, i że główny bohater trochę za bardzo kojarzy się z Eberhardtem Mockiem. Ta druga uwaga jest też jednak komplementem, oznacza bowiem, że Markowi Krajewskiemu rośnie wreszcie godny konkurent. Mam nadzieję, że sytuacja ta wpłynie mobilizująco na autorów i będziemy czytać coraz lepsze książki obu panów.

Pewnie jeszcze chcielibyście wiedzieć, skąd ten dziwny tytuł? Otóż autor zadedykował tę książkę… swoim wnukom. To już na wstępie nastawiło mnie do niego pozytywnie. To fantastyczne, że można zadebiutować będąc już dziadkiem. Chyba na razie wnuki mi nie grożą, ale może już teraz powinnam zacząć rozglądać się za wyborem odpowiedniej dziedziny.

wtorek, 11 lipca 2017

Marek Ławrynowicz „Mundur” Ocena: 5/6



BAJKA O ŻELAZNYM WILKU
Ta książka to żaden kryminał, ale jest tak fajna, że nie mogłam się nią z wami nie podzielić. Chociaż mi ją zarekomendowało wiarygodne źródło, długo ociągałam się z lekturą. Tematy militarne raczej mało mnie interesują. Sezon urlopowy skłania jednak do nadrabiania zaległości. Kiedy już się zebrałam, pochłonęłam książkę za jednym przysiadem, zaśmiewając się momentami do łez. Czyta się ją lekko i przyjemnie, nie można się oderwać, chociaż nie ma zwrotów akcji i zagadki do rozwiązania.

To książka, niestety, nie dla wszystkich. Dzisiejsze pokolenie raczej niewiele z niej nie zrozumie. To opowieść o czasach, kiedy młodym chłopcom państwo zabierało rok, dwa, a nawet trzy lata najpiękniejszej młodości, żeby ich zamknąć, jak w więzieniu w celu, jak się to mówiło „odbycia zasadniczej służby wojskowej”. Z punktu widzenia dzisiejszego nastolatka sytuacje opisane w książce są tak absurdalne, że nie miały prawa się wydarzyć, to taka bajka o żelaznym wilku. A jednak – tak było. Czytając te okraszone czarnym humorem opowieści nie wyczuwa się ani krztyny fałszu. To jest po prostu część naszej wstydliwej historii.

Jeśli ktoś jednak choć skrawkiem świadomego życia otarł się o komunę, doskonale wczuje się we wszystkie niuanse, odczuwając przyjemność w doszukiwaniu się związków z twórczością Stanisława Barei, przypominając sobie przygody dobrego wojaka Szwejka, a nawet dostrzegając powiązania ze słynnym „Akwarium” Suworowa. Armie we wszystkich demoludach konkurowały ze sobą, jeśli chodzi o wyczucie absurdu i nasze ludowe wojsko wcale nie zajmowało w tej konkurencji najwyższego miejsca.

Warto się czasem skusić na rekomendację z wiarygodnego źródła. Mam nadzieję, że ja też będę dla was takim źródłem.

niedziela, 9 lipca 2017

Dagmara Andryka "Tysiąc" Ocena: 3/6



UWIERZ W DUCHA
Żeby zasiąść do przeczytania „Tysiąca” Dagmary Andryki musicie najpierw uwierzyć w dwie rzeczy. Po pierwsze - że w dzisiejszych czasach, gdzieś w północnej Polsce jest takie miasteczko, w którym WSZYSCY mieszkańcy, od burmistrza po dwóch młodych gejów prowadzących kafejkę internetową święcie wierzą w klątwę sprzed setek lat rzuconą przez kobietę oskarżoną o czary i spaloną na stosie. Wedle klątwy ludność miasteczka nie może przekroczyć tysiąca obywateli. Jeśli osiedli się ktoś nowy, ktoś inny musi zginąć. Po drugie – że wzięta dziennikarka z wielkiego miasta, pracująca w prestiżowym piśmie może sobie zniknąć na wiele tygodni i NIKT ani NIC nie będzie jej ścigać. Jedyny telefon z poprzedniego życia, który bohaterka odbiera, to telefon od szefa, który niczemu się nie dziwi. Żadnych rachunków do zapłacenia, żadnych kwiatków do podlania, żadnych monitów od przyjaciółek, które domagają się wyjścia na kawę albo aktualnego numeru telefonu do jakiegoś ministra. Nic. Tak jakby bohaterka wcześniej żyła samotnie jak palec albo wcześniejsze życie nie istniało i wszystko, bez żadnych konsekwencji można rozpocząć od nowa.

Jeśli założycie z góry, że taka sytuacja jest możliwa, może nawet będziecie mieć z lektury jakąś satysfakcję. Wątek zagadkowych śmierci w miasteczku, regulujących populację do tytułowego tysiąca został w końcu dość sensownie wyjaśniony. Jeśli jednak, tak jak ja dojdziecie do wniosku, że opisany wyżej punkt wyjścia jest tak nierzeczywisty, że nadawałby się raczej do powieści w stylu fantasy, zakończycie lekturę z przekonaniem, że motywacją do przeczytania kryminału nie powinna być ciekawość, czy autorowi uda się jakoś wybrnąć z galimatiasu, który sam sobie zgotował na własne życzenie, tylko chęć rozwiązania pasjonującej zagadki.

Zagadka może i pasjonująca, tylko pod warunkiem, że się wierzy w duchy. Jeśli wierzycie  – czytajcie.

środa, 5 lipca 2017

Rachel Abbott „Zabij mnie znów” Ocena 5/6



LAURKA DLA RACHELI
Za każdym razem gdy odkrywam nowego, zagranicznego, świetnego autora kryminałów mam duży dylemat. Czy natychmiast rzucić się i pochłonąć z ogromną przyjemnością wszystkie pozostałe jego książki czy z uporem maniaka krzewić swoją masochistyczną misję i poznawać dzieła i dziełka coraz to nowych, rodzimych pisarzy?

„Zabij mnie znów” Rachel Abbott jest książką perfekcyjną pod każdym względem. Precyzyjnie poprowadzona, wielowątkowa narracja, umiejętnie dawkowana tajemnica, zwroty akcji właśnie wtedy, kiedy wydaje się, że wszystko już wiemy. Ta książka to połączenie powieści kryminalnej i thrillera, więc jesteśmy przez autorkę umiejętnie straszeni i trzymani w szachu, co chwila zamartwiając się o głównych bohaterów.

Zakończenie nie dość, że zaskakuje, to zaskakuje podwójnie. I do tego jeszcze na końcu jest to coś, co sprawia, że nasze szare komórki zaczynają szybciej pracować i dzięki temu książki tak łatwo się nie zapomina. Nie powiem co to, przeczytajcie sami.

W tej powieści jest tylko jedna rzecz, która uwiera – ta perfekcyjność właśnie, że wszystko jest tak zapięte na ostatni guzik. Recenzent zwariował – powiecie. Najpierw wystawia laurkę, a potem narzeka na to, co wcześniej pochwalił. Zrozumcie recenzenta. Laurka absolutnie się należy. Laurka właśnie. To dobre słowo. Ale sami wiecie, jak to jest z laurkami. No niby fajne są, ale… Więcej inspiracji na pewno znajdę na naszym, polskim podwórku.

piątek, 2 czerwca 2017

Marek Żelkowski „Kot z Cheshire” Ocena: 1/6



RADIO MARYJA KONTRA KOT
         Tej książki nie powinnam była doczytać do końca. Ale słuchałam jej, nie czytałam. Wrzuciłam audiobooka do odtwarzacza samochodowego, a podróż była długa. Leciało.
         Zaczyna się od serii informacji prasowych o niewyjaśnionych morderstwach. Wielu morderstwach. Potem mamy akcję żołnierzy amerykańskich; chodzi o odbicie zakładnika w jakimś arabskim kraju, nie wiadomo kto, co i po co. Przerzucamy się do Polski i obserwujemy spokojne, nudne życie zwyczajnej, młodej kobiety, skądinąd pisaki, które dość szybko przestaje być nudne, bo ktoś zaczyna ją śledzić. I tak przez połowę książki. Autor pisze i pisze, a my kompletnie nie wiemy o co chodzi. Czy bohaterką jest owa pisarka, czy wręcz przeciwnie – jej cichy, nieujawniający się prześladowca. Ponieważ nie mamy pojęcia o co chodzi, nie wiemy czy mamy martwić się o pisarkę, czy o jej prześladowcę, no bo skoro ją śledzi, to może to ona jest groźna. Kompletnie więc nas ta historia nie obchodzi.
         W drugiej połowie książki, grubo przed zakończeniem, wyjaśnia się za to wszystko. To mąż pisarki jest groźny i to na nim chce wziąć odwet dręczyciel kobiety. Okazuje się wreszcie, że to nasz prześladowca jest tutaj głównym bohaterem. Chce pomścić śmierć siostry. I tu zaczyna się seria absurdów. Najpierw bohater odbywa seanse spirytualistyczne, komunikując się z duchem zmarłej siostry za pośrednictwem fal radiowych (tak! to jest na poważnie! to się dzieje naprawdę!). Potem faszeruje naszą pisarkę rosyjskim narkotykiem w rodzaju serum prawdy i poddaje hipnozie, żeby uzyskać niezbędne informacje obciążające jej groźnego męża (tak! to takie proste!). Aż w końcu bierze odwet na mężu (to żaden spoiler, od połowy książki było wiadomo, że o to chodzi), sprawiając, że staje się on ofiarą własnej metody. A chodzi o to, żeby tak zaprogramować mózg innej osoby, żeby stała się mordercą. To też przecież banalnie proste.
         Gdzie tu kryminalna zagadka? – spytacie. Nie ma. Jest za to stek takich bzdur, że naprawdę, jeśli trafi wam się długa podróż z tym jednym audiobookiem na pokładzie, to już lepiej się przełączcie na Radio Maryja. Ma ono jedną zaletę – nie trzeba za nie płacić.

czwartek, 25 maja 2017

Agnieszka Pruska „Żeglarz” Ocena: 1/6



NASI KOCHANI POLICJANCI
         Prawdziwi policjanci zawsze twierdzą, że śledztwo w sprawie morderstwa nigdy nie jest tak pasjonujące, jak to opisują autorzy powieści kryminalnych. Tak naprawdę to żmudna, biurokratyczna, drobiazgowa robota. Agnieszka Pruska wzięła sobie tę myśl do serca i napisała swą powieść tak, aby usatysfakcjonować policjantów, ale już niekoniecznie czytelnika.
         Czytając „Żeglarza” mamy wrażenie, że realia pracy w policji oddane są niezwykle skrupulatnie. Nie mamy żadnych wątpliwości, jak monotonna i nudna jest praca policjantów śledczych, polegająca głównie na przeprowadzaniu setek rozmów, z których nic nie wynika. Dla policjanta to może oczywiste, ale czytelnik, który po raz siedemnasty trafia na sformułowanie, że śledczy rozmawiał z kolejną osobą i niczego nowego się nie dowiedział, powoli zaczyna się irytować. Czytelnik wolałby jednak wiedzieć więcej, niż to, że policjanci nic nie wiedzą.
         Irytacja czytelnika pogłębia się, kiedy zaczyna uświadamiać sobie, że autorka traktuje go trochę jak niepełnosprawnego umysłowo. Czytelnik kryminałów lubi przecież zagadki, potrafi chwytać wszystko w lot, a tymczasem autorka, mając zapewne o zdolnościach intelektualnych swych czytelników inne zdanie, postanowiła każdą nową teorię, niezależnie czy słuszną, czy nie powtórzyć przynajmniej trzy razy. A niech się utrwali. Dowiadujemy się czegoś z rozmowy ze świadkiem, potem to samo przekazywane jest na przykład na zebraniu zespołu, a potem jeszcze w rozmowie z przełożonym. Trzysta procent pewności, że wszystko, co trzeba dotarło do czytelnika.
         Policjanci z Gdańska, to bardzo zgrany zespół, pełen cnót wszelakich. Sześć osób, a wszyscy, jak jeden mąż (choć jedna kobieta) tacy sami: mili, grzeczni, zdolni, bezkonfliktowi, wysportowani, nie używają brzydkich wyrazów, zaangażowani w swoją pracę, no po prostu ideały. Cyborgi, nie ludzie. Praca, dom, praca, dom, ewentualnie pies. Jeden nadkomisarz miał szansę, żeby być trochę uczłowieczony, kiedy pojawiła się kobieta twierdząca, że ma z nim nieślubne dziecko. Ale gdzie tam! Kobieta okazała się oszustką, a dzielny komisarz pozostał bez skazy.
         To wszystko jednak dałoby się jeszcze znieść, gdyby nie ulubiony środek artystyczny autorki rodem z greckiej tragedii – deus ex machina. Gdy tylko potrzeba, żeby się coś znalazło – trach! – i się znajduje.
         Przydałby się jakiś świadek? Nadkomisarz jedzie, nie wiadomo dlaczego w środku nocy na Wyspę Spichrzów i akurat znajduje bezdomnych, którzy coś widzieli.
         Śledztwo utknęło w martwym punkcie i trzeba je ruszyć? Roześlijmy wici po całej Europie (no połowie, przynajmniej tam, gdzie się z Gdańska żegluje, bo to żeglarz zginął) niech szukają dla nas, czy nie mieli jakichś „tajemniczych” niewyjaśnionych przestępstw lub zaginięć. Właściwie nie wiadomo, czego mają szukać, ale niech szukają. No i w tej Europie, nie dość, że szukają (nie wiedząc czego), ale jeszcze znajdują i to akurat to, czego poszukują nasi dzielni śledczy! Wśród kilku tysięcy niewyjaśnionych spraw w kilku krajach, znajdują właśnie osobę, która wiąże się z naszym morderstwem. No co za szczęście!
         Zaginęła książka, która może jakoś wiązać się z morderstwem? Nie ma problemu. Jak trzeba, to się znajduje. Z zupełnie niewyjaśnionych powodów policjanci od razu biorą na cel jej autora, zapewne, wśród zalet wszelakich mają również zdolność jasnowidzenia.
         I tutaj spuszczę wreszcie kurtynę miłosierdzia. Jeżeli wspaniała polska, pracowita policja ma odnosić sukcesy wyłącznie dzięki szczęściu, zbiegom okoliczności i umiejętnościom paranormalnym, to ja chyba jednak znowu przerzucę się na Szwedów…
P.S.
Ze zdumieniem przeczytałam, że to już trzecia książka autorki. Inni recenzenci już przy wcześniejszych powieściach wytykali te same, co ja błędy, ale autorka, jak widać pozostaje niewzruszona w swojej stylistyce. Wydała do tego kolejną książkę. No cóż, skoro wydawnictwo wciąż inwestuje w powieści Agnieszki Pruskiej, to znaczy, że masochiści literaccy zdarzają się częściej, niż to by się mogło wydawać. Rzeczywistość nie przestaje mnie zadziwiać.

piątek, 19 maja 2017

Piotr Bojarski „Biegacz” Ocena: 4/6



BIEG KRÓTKODYSTANSOWY
         Piotr Bojarski wie, jak się zdobywa uwagę czytelnika. „Biegacz” prawie od pierwszej strony wciąga tak, że spokojnie da się go przeczytać na jednym wydechu (szczególnie, jeśli ma się nieprzewidziany dzień wolnego).
         Autor, na szczęście, nie lubi lać wody, skupia się tylko na tym, co jest ważne dla akcji. Tempo akcji na pewno na tym zyskuje, ale czytelnik – nie do końca. Zwykle narzekam na słowotok polskich autorów, tym razem brakuje mi trochę barwniejszego przedstawienia bohatera. Dlaczego mając czterdzieści lat mieszka sam w wynajętym mieszkaniu? Gdzie są jego przyjaciele, rodzina? Ma (miał) jakąś żonę, dzieci? Czy woli jeść pizzę wegetariańską czy schabowego? Takie drobiazgi w opisie sprawiłyby, że Bogdan Popiołek byłby nam dużo bliższy.
         Lubię opowieści o zwykłych ludziach wplątanych w niezwykłe sytuacje, więc stawiam autorowi dużego plusa za to, że detektywem uczynił nauczyciela historii z gimnazjum. Dzięki temu mamy opowieść w starym stylu, kiedy śledztwo obywa się bez całej tej najnowszej techniki. Okazuje się, że opierając się tylko na starej, poczciwej dedukcji i rozmowach z właściwymi ludźmi, można dojść do wniosków, których nie udało się wyciągnąć policji (chociaż z drugiej strony niemrawość organów ścigania nie została porządnie uzasadniona).
         Dla równowagi muszę dać minusa za temat. Byli esbecy, z mocno obciążonymi życiorysami, ładnie zakamuflowani w dzisiejszej rzeczywistości to motyw wałkowany już wiele razy i chyba jednak niewart odkurzania.
         Do tego, w pewnym momencie zakończenie staje się mocno przewidywalne, zgodnie ze starą zasadą: dajcie mi motyw, a morderca znajdzie się sam.
         Wniosek? Przeczytacie „Biegacza” bez bólu, a nawet z przyjemnością. Nie przeczytacie? Nic się nie stanie.

poniedziałek, 15 maja 2017

Robert Nowakowski „Człowiek z sową” Ocena: 3/6



WAKACJE Z DUCHAMI
         I po co było to mataczenie? Po co było wypisywać na okładce, że to „hipnotyzująca powieść kryminalna”? Żeby książka lepiej się sprzedawała? Że niby czytelnik się nie zorientuje i da sobie wcisnąć każdy kit?
         Gdybym miała oceniać tę książkę w kategorii literatury pięknej, zauważyłabym pewnie sporo pozytywów. Pochwała należy się przede wszystkim za rzetelny obraz przedwojennego Lwowa i powojennej rzeczywistości przesiedleńców doprowadzony do czasów stanu wojennego. Widać, że autor zna temat „z pierwszej ręki” lub włożył solidną pracę w dokumentację, bo wiedza którą dysponuje jest znacznie szersza, niż to co proponuje wujek Google.
         Ciekawa jest też narracja jednego z głównych bohaterów prowadzona w konwencji – no dobrze, użyję tego sformułowania, chociaż mam świadomość, że to trochę na wyrost – realizmu magicznego. Narrator jest kaleką z garbem w postaci skrzydeł, widzi duchy i anioły, sam jednak, mimo skrzydeł, aniołem się nie czując. O dziwo, i na szczęście te mistyczne wtręty nie ocierają się o kicz i są całkiem akceptowalne, ponieważ autor prowadzi anielską narrację z dystansem i poczuciem humoru. Babcia – duch – nie dość, że mówi po czesku, to jeszcze wywołuje efekt prószących jak śnieg drobinek w środku lata. – Często mam łupież – tłumaczy się z tego z wdziękiem. Albo para zesłanych na ziemię Aniołów Stróżów nachodząca bohatera, by dowiedzieć się, jak sobie radzić z objawieniami w komunistycznej rzeczywistości. Albo duch w roli wariografu w czasie przesłuchania. Wszystko to zabawne i byłoby zaletą w przypadku literatury pięknej. Wtedy nie przeszkadzałaby też może chaotyczna narracja (raz chronologiczna, raz nie, bez uzasadnienia dramaturgicznego), bo można by to zapisać na karb artystycznej wizji.
         Autor (a może jego wydawca) twierdzi jednak, że napisał kryminał. I wtedy wszystko to, co przed chwilą pochwaliłam staje się wadą, nie zaletą. Książka zupełnie pozbawiona jest dramaturgii. Na początku wprawdzie pojawia się trup, ale potem ten najważniejszy przecież w kryminale wątek – poszukiwanie mordercy – traktowany jest po macoszemu. Pojawia się, kiedy akurat autor sobie o nim przypomni, czasami tak późno, że jeśli odłożyło się książkę na parę dni (a nie jest to powieść, którą się czyta jednym tchem), to potem trudno sobie przypomnieć, o co wcześniej chodziło.
         Autor na samym początku wprowadza tak wiele nowych postaci i wątków, że trudno jest za wszystkimi nadążyć. Zwłaszcza, że postaci te szybko znikają, a kiedy pojawiają się po długiej, długiej przerwie pod koniec powieści, trzeba naprawdę włożyć wiele wysiłku, żeby zorientować się, kto był kim.
         W powieści kryminalnej cały ogromny watek z aniołami i duchami nie broni się wcale. Jest obcym ciałem, opóźnia akcję, przeszkadza.
         Wyjaśnienie – kto zabił nie daje żadnej satysfakcji, bo przez cały czas mamy wrażenie, że jest to rzecz zupełnie nieistotna dla autora, dla samej treści, że o co innego chodzi. Czyli cały ten kryminał – to jedna wielka ściema. I nic nie pomoże tłumaczenie, że to kryminał „nietypowy”.
         Trochę mi żal autora, że dał się obuć w takie buty. Ducha babci naprawdę polubiłam.

czwartek, 11 maja 2017

Jenny Rogneby „Leona. Kości zostały rzucone” Ocena: 5/6



I ZNOWU SZWEDZI DALI NAM ŁUPNIA
         W Szwecji mieszka dziesięć milionów ludzi, w Polsce prawie cztery razy więcej. Jak to się dzieje, że tamtejsi autorzy kryminałów czytani są masowo na całym świecie, a naszym tak rzadko udaje się wyściubić nos poza ojczyznę?
         Nie wiem, dlaczego Szwedzi piszą lepiej, może po prostu im lepiej płacą? Może dzięki temu mają więcej czasu, żeby przemyśleć swoje książki, solidnie zdokumentować realia, dopracować intrygę. Może też lepiej tam działa system wydawniczy? Wydawcy czytają książki, potrafią wskazać potknięcia i wyegzekwować poprawki?
         To możliwe, że do Polski docierają w tłumaczeniach tylko najlepsze tytuły, ale nie spotkałam się z przypadkiem szwedzkiego kryminału, który by zawierał jakieś nielogiczności albo zupełnie zbędne wątki; w tym kraju autorzy nie chorują też na syndrom braku zakończenia.
         „Leona” to kolejny dowód na to, że pierwszą książkę można napisać tak, aby nawet upierdliwy recenzent z obcego kraju nie miał się do czego przyczepić.
         W tej powieści ujęło mnie to, czego tak bardzo brakuje w polskich kryminałach – intrygujący bohater, nietuzinkowy pomysł i perfekcyjna dramaturgia. No bo przyznajcie – zaczyna się nieźle: naga, zakrwawiona, siedmioletnia dziewczynka w biały dzień okrada bank i znika. Śledztwo prowadzi ambitna policjantka Leona. Nie jest ona, tak jak zwykle u nas zgorzkniałym czterdziestolatkiem po przejściach, szeryfem walczącym o sprawiedliwość, tylko, o czym dowiadujemy się w stosownym czasie – namiętną pokerzystką zadłużoną po uszy, pragnącą rozpocząć nowe życie. Kiedy dość szybko okazuje się, że to ona stoi za napadem „z dziewczynką”, a jej sytuacja zaczyna mocno się komplikować wiemy już, że akcja może się rozwijać tylko w dwóch kierunkach – albo prowadzić do totalnej katastrofy, albo do zwycięstwa bohaterki, co biorąc pod uwagę, że jest ona jednak „czarnym charakterem” byłoby rozwiązaniem kontrowersyjnym, w stylu „Utalentowanego pana Ripley”. Taka, w pewnym sensie, przewidywalność zakończenia jest małą słabością tej książki. Na szczęście autorka prowadzi narrację tak, że do końca nie wiemy, które rozwiązanie wybierze, a zakończenie jest zaskakujące.
         Jenny Rogneby należy się komplement również za to, że tworząc tak antypatyczną, zaburzoną emocjonalnie bohaterkę udało jej się sprawić, że mimo wszystko jakoś jej w tych niecnych działaniach kibicujemy. Kiedy w końcu robi to, co robi z ust wyrywa nam się oczywiście głośne – och, nie! – ale... dalej z nią trzymamy. Takie manipulacje autorów akurat lubię. Dzieje się to zapewne za sprawą narracji w pierwszej osobie, wtedy wszystkie słabości bohaterki, opisywane przez nią samą działają na jej korzyść. Każdy ma przecież odruch zaopiekowania się słabszym.
         Mimo tak dobrze przeprowadzonej intrygi, to nie jest książka, która spodoba się każdemu, właśnie ze względu na osobę głównej bohaterki. Mężczyźni będą narzekać, że za dużo tu opisów rozchwianej kobiecej psychiki, kobiety powiedzą, że bohaterki nie można polubić. Ale powieść kryminalna, to nie saga rodzinna - bohater nie jest od lubienia. Mając tę wiedzę zanurzcie się w lekturze i mam nadzieję, że nie będziecie żałować.

środa, 26 kwietnia 2017

Bożena Janicka "Więcej niż kino" Ocena: 6/6



ZACHWYT DYPLOMATY
         Ta książka nie ma nic wspólnego z kryminałem, ale jeżeli kochacie kino – nie wolno wam jej przegapić.
         Tytuł, choć bardzo adekwatny do treści, niestety wprowadza w błąd. Kilka lat temu tak samo zatytułował Jerzy Kawalerowicz swoje wspomnienia. Jeżeli ktoś słucha radia TOK FM zna też zapewne audycje autorki - Bożeny Janickiej z cyklu „Więcej niż kino”. Tymczasem książka nie ma nic wspólnego z radiowymi słuchowiskami. To nie dyskusje o polskich filmach, a zbiór felietonów publikowanych przez Janicką od siedemnastu lat w miesięczniku „Kino” pod nazwą „Ścinki”. Można zrozumieć intencje autorki, ale trochę żal, że nie doceniła inteligencji swoich czytelników. Dla nich to tak oczywiste, że teksty te składają się na szeroką panoramę, która obejmuje swoim zasięgiem o wiele więcej niż kino, że naprawdę nie było potrzeby, aby to jeszcze w tytule podpowiadać.
         Nie obrażaj się jednak drogi czytelniku, tylko zasiadaj do prawdziwej uczty. Nie przesadź jednak z ilością. Felietony Bożeny Janickiej są tak smakowite, że chciałoby się je połknąć od razu, ale przy tym tak wysokokaloryczne, że nasz intelekt nie da rady przyswoić wszystkiego za jednym zamachem. Nie ma zresztą takiej potrzeby. Tą książką należy się delektować jak najlepszym Bordeaux Grand Cru Classé, poznawać małymi łykami, doszukując się ulotnych aromatów czarnej porzeczki, cedru i lukrecji, mając świadomość, że nie każdemu będzie dane rozpoznać i docenić wszystkie smaki.
         Autorka z niebywałą wprawą żongluje słowem, fantastycznie bawiąc się językiem i komentując rzeczywistość, nie tylko filmową z ogromnym poczuciem humoru. Niektóre jej złote myśli należało by oprawić w ramki i powiesić przed oczami polskim filmowcom, żeby nauczyli się ich na pamięć, zanim zabiorą się za kręcenie filmów, jak tę, na przykład, o polskich filmach offowych – „zupełnie nowy fenomen: nie tamte dawne, poczciwe „filmy dla nikogo”, ale filmy o niczym – dla kogoś”.
         Bożena Janicka lubi ironizować, nie oszczędza nikogo, wbija szpile zarówno rodzimym jak i cudzoziemskim filmowcom, a nawet recenzentom własnego pisma. Robi to jednak z wdziękiem i gracją, godną prawdziwego dyplomaty. Chodzi tu również o dyplomatę ze starego dowcipu: „Kto to jest dyplomata? To człowiek, który potrafi ci powiedzieć sp…dalaj w taki sposób, że będziesz czuł ekscytację przed czekającą cię podróżą.” Jej wywiad, którego nigdy nie było z Wojciechem Smarzowskim - to prawdziwy majstersztyk precyzji i dyplomacji. Trudno o trafniejszą analizę twórczości tego reżysera.
         O wiele częściej jednak niż z ironią, spotykamy się w „Ścinkach” z zachwytem – nad otaczającym nas światem, w jego najdrobniejszych szczegółach, nad ludźmi o pięknych duszach, nad samymi filmami wreszcie, a raczej nad tym, co mają nam do powiedzenia. Bo jeśli na mają nic do powiedzenia, nie są warte naszej uwagi. Ten zachwyt udziela się również czytelnikowi.
         Czytajcie Janicką, jeżeli również chcecie pozachwycać się światem. I filmami trochę też.

niedziela, 26 marca 2017

Sebastian Fitzek „Odprysk” Ocena 1/6



SEN NAĆPANEGO WARIATA
         Dopóki „Odprysk” był tylko dobrze napisaną książką „nie w moim stylu” nie zamierzałam przypisać mu żadnej oceny. Spodziewałam się thrillera, nadziałam się na science-fiction, a gatunek ten programowo omijam. No bo jak zakwalifikować teorię ze śmiertelną powagą głoszoną przez autora, że umysł ludzki jest jak twardy dysk komputera: można go zresetować (pozbawić wspomnień) i w dowolny sposób zapisać od nowa? Do tego nie mamy pewności, czy autor wierzy w przedstawioną teorię, czy wodzi nas za nos próbując sprzedać sen wariata. Im dłużej bohater krąży po mieście tym bardziej zastanawiamy się, czy sami nie ulegamy razem z nim jakiejś zbiorowej halucynacji. Podobnie jak on nie potrafimy odróżnić prawdy od fikcji i zaczynamy się zastanawiać, czy nie popadamy w obłęd. I to jest tego rodzaju manipulacja, której w literaturze zupełnie subiektywnie nie znoszę, chociaż niestety, obiektywnie muszę przyznać, że jest mistrzowsko skonstruowana.
         Subiektywne wrażenia to jednak za mało, żeby wystawić książce miażdżącą ocenę. Coś co dla mnie jest nieznośnie irytujące, dla innych przecież może okazać się całkiem ciekawe. Dotarłam jednak do zakończenia, które przy przyjętej konwencji mogło rozwinąć się w dwie strony. Albo bohater okaże się prawdziwym wariatem, co biorąc pod uwagę precyzję z jaką została napisana książka wydawało się jednak zbyt łatwym rozwiązaniem,  albo został w jakimś celu zmanipulowany. Fitzek wybrał oczywiście wariant drugi, ale rozwiązanie jakie zaproponował jest tak absurdalne, że zupełnie obiektywnie nie mogę zostawić na autorze suchej nitki.
         I teraz, uprzedzam lojalnie będzie paskudny spojler, więc jeżeli nie zniechęciłam was do tej pory do „Odprysku”, po prostu przestańcie czytać.
         Otóż, nasz bohater został wmanewrowany w cały ciąg niefortunnych zdarzeń, poczynając od przyczynienia się do rzekomej śmierci własnej żony w wypadku samochodowym,  poprzez spotkania z ludźmi, którzy wmawiają mu, że nie jest tym, za kogo się uważa, aż po udział w spektaklu na żywo - mistyfikacji, rodem z hollywoodzkiego filmu. Po co to wszystko?  Żeby doprowadzić go do obłędu i zmusić do samobójczej śmierci. Dlaczego? Bo jego wątroba potrzebna jest do przeszczepu. Komu? Jego jeszcze nie narodzonemu dziecku. Dodam, że bohater kocha swoją żonę i oczywiście też swoje nienarodzone dziecko, a wątroba jest jednym z niewielu narządów, które można przeszczepiać w kawałku i które regenerują się po przeszczepie. Nie wystarczyło poprosić tatusia, żeby oddał kawałek wątroby synkowi? Nie. Bo tatuś ma taką schorowaną wątrobę, która się nie zregeneruje, więc trzeba tatusia zabić, najlepiej tak, żeby to wyglądało na samobójstwo.
         No wyobraźcie sobie panowie: macie uwielbianą żonę, która was też kocha i spodziewa się waszego wspólnego ukochanego dziecka. Żona dowiaduje się, że dziecko ma wadę genetyczną i nie mówi wam o tym, tylko pozoruje własną śmierć i to tak, żeby wyglądało , że to wy ją zabiliście. Potem funduje wam wędrówkę po piekle, wmawia, że jesteście wariatem, żeby zmusić was do samobójstwa (zakładając, oczywiście, że bez wątpienia je popełnicie), po to, żeby wasze organy posłużyły dziecku.
         Spróbujcie sobie wyobrazić, drogie panie: spodziewacie się dziecka, którego ojcem jest wasz ukochany mąż. Dziecko uratować może tylko przeszczep wątroby od spokrewnionego dawcy. Nie dzielicie się tą wiadomością z ukochanym mężem, tylko od razu postanawiacie go wykończyć. Przy pomocy tatusia wprowadzacie męża w poczucie winy utwierdzając w przekonaniu, że was zabił, a potem wypuszczacie go na miasto, pokazując mu się od czasu do czasu jako duch i w ten sposób próbujecie doprowadzić go do obłędu. I to wszystko jest tak idealne zgrane w czasie, że poród ma miejsce dokładnie w tym momencie, kiedy wasz ogłupiały mąż decyduje się odebrać sobie życie.
            Uff!!! Wystarczy. Czujecie, mam nadzieję, te opary absurdu? Ktoś tu na pewno jest wariatem. Jeśli wykluczycie wariant, że czytelnik, pozostanie tylko jedna opcja…

niedziela, 12 marca 2017

Tomasz Sekielski „Zapach suszy” Ocena: 3/6



ZUPA Z TRUFLI
         W tej książce bardzo szybko coś mi zaczęło nie grać. Mocno się zaczyna, dobrze się czyta, bo autor potrafi budować napięcie, kilka równolegle prowadzonych wątków zapowiada się ciekawie… No właśnie, aż za bardzo ciekawie i to jest chyba największy zarzut, oprócz, jak zwykle zakończenia, ale o tym potem.
         Jak nudno – narzekam – powiecie, jak ciekawie – też niedobrze? Tu nawet nie chodzi o to, że autor włożył za dużo grzybków w barszcz, bo tych kilka tematów jest całkiem do ogarnięcia, problem w tym, że w tej zupie znalazły się same trufle. Zupa z trufli? Rozrzutność czy próba zaimponowania smakoszowi?
         Sekielski włożył do tej powieści chyba wszystkie najmodniejsze i najbardziej gorące tematy dzisiejszych dni. Czego my tu nie mamy? Zamach terrorystyczny w centrum Warszawy, Ukrainka porwana do burdelu w Polsce i jej brat, były żołnierz ukraińskich służb specjalnych, który rusza jej na ratunek, tuszowanie afery pedofilskiej w Kościele i jakby tego było mało dodatkowo współpraca kleru z dawną bezpieką. Do tego jeszcze afery na najwyższych szczytach władzy i korupcyjne powiązania tej władzy z wielkim biznesem, okraszone tak wykwintnym biesiadowaniem, że osławione ośmiorniczki, to przy tym posiłek z baru mlecznego.  We wszystko zamieszani są oczywiście i prezydent, i premier.
         Sekielski tworzy w gatunku „political fiction”, więc słowo „fiction” trochę go usprawiedliwia, dlatego mój żal, że nie zauważa pewnych istotnych zmian na naszej scenie politycznej jest żalem osobistym, i nie można go traktować w kategorii zarzutów recenzenckich. Autor wzoruje bohaterów na postaciach poprzedniej rządzącej ekipy, mając zapewne nadzieję, że stan obecny jest chwilowy i jego książka szybko znowu będzie aktualna.
         Nie wszystkie jednak prowadzone wątki spotykają się w zakończeniu, i to już jest zarzut nieosobisty. Ostatnie trzy rozdziały sprawiają wrażenie, jakby pisane były na kolanie, bo autor szybko musi biec do innej roboty, więc starą załatwia po łebkach, w kilku zdaniach, jak, nie przymierzając scenarzyści serialu „Belle Epoque” (patrz: post z 16 lutego). O ile wyjaśnienie zamachu jest zupełnie czytelne (choć niedopowiedzenie losów zamachowców budzi duży niedosyt), motywy zemsty na biskupie zostały wyjaśnione, aferę polityczną można od biedy odpuścić, to jednak kluczowa scena zamieszczona w epilogu nie powinna pozostać otwarta. Jeżeli nawet domyślamy się kto i dlaczego, a nie wiemy jak to zrobił, do tego jeszcze wykonanie zadania jest praktycznie niemożliwe, to takie zakończenie nie ma sensu i dowodzi, że zostało nieprzemyślane. Autor sam też chyba nie wiedział, jakim cudem to mogło się wydarzyć, bo po tym, co przeczytałam raczej trudno mi dać wiarę, że wierzy w cuda. A może jednak? Może o sprawiedliwość losu chodziło? Zawsze lepiej wykpić się naiwnością niż być posądzonym o braki warsztatowe.

czwartek, 9 marca 2017

„Belle Epoque” Odcinki II-IV Ocena: 2/6



TVN CELUJE W GIMBAZĘ
         Obiecałam, że napiszę jeszcze o „Belle Epoque”, jeśli się zawiodę, no to nie mam wyjścia.
         Trzy kolejne odcinki i niestety, im dalej tym gorzej.
        Historyczny kostium i klimat spowszedniał, a więcej już nie ma się czym zachwycać. Intrygi schematyczne, bez suspensu, bohaterowie coraz bardziej nudni i przewidywalni. Autorzy scenariusza nie zadali sobie najmniejszego trudu, by język postaci choć trochę przypomniał ten z początków XX wieku. Gdyby scenarzystom chciało się poczytać Reymonta albo chociaż Prusa, może by wiedzieli, że w tamtych czasach do lokaja czy chłopa komisarz policji – wysoki urzędnik państwowy - nigdy nie zwróciłby się „czy zechciałby mi pan powiedzieć?” Ocena za dokumentację językową – zero.
         Magdalenie Cieleckiej pozwolono wreszcie trochę dłużej pobyć na ekranie. Pobyć, bo biorąc pod uwagę drętwe kwestie, które musi wypowiadać, trudno nazwać jej obecność w tym serialu aktorską grą.
         Recenzenci znęcali się nad muzyką w tym serialu, że pasuje jak kwiatek do kożucha, z czym się zgadzam. Ale, okazuje się, nie wszyscy mają podobne zdanie. Moja młoda sąsiadka – gimnazjalistka przyznała się, że obejrzała jeden odcinek serialu. Na pytanie – co jej się najbardziej podobało? – odpowiedziała – muzyka. TVN celuje w gimbazę? Chyba jednak nie do końca trafia. Młoda sąsiadka – wielbicielka Benedicta wcielającego się w Sherlocka stwierdziła również, że gdyby akcja tego serialu rozgrywała się w dzisiejszych czasach, to w ogóle nie dałoby się go oglądać. A ramotek to ona bardzo nie lubi. I skończyło się na jednym odcinku.
         Ja też na tym kończę moje spotkania z piękną epoką. Szkoda.

niedziela, 5 marca 2017

Katarzyna Berenika Miszczuk „Pustułka” Ocena: 2/6



KONESERZY KRYMINAŁÓW SĄ WSZĘDZIE
         O „Pustułce” nie chciało mi się pisać – to książka przeciętna, ze wskazaniem na słaba. Sprowokowała mnie autorka i to ostatnim zdaniem zawartym w podziękowaniach. Podziękowania to w ogóle jakaś szerząca się ostatnio maniera, którą ciężko mi zrozumieć. Pisarze zamieszczają długie jak sznurowadła w Martensach listy osób, „bez których książka by nie powstała”, tak jakby samodzielnie nie byli w stanie sklecić nawet kilku zdań. Katarzyna Miszczuk po złożeniu wyrazów wdzięczności koleżance, redaktorowi, mężowi i teściowej na koniec podziękowała również mamusi – koneserce kryminałów, wyrażając nadzieję, że książka spełni jej oczekiwania i z dumą postawi ją na półce obok ulubionych autorów. Na miejscu mamusi miałabym poważny dylemat. Oczywiście, byłabym dumna, że mojej córce udało się wydać książkę, ale koneserką kryminałów będąc, czy postawiłabym ją z czystym sumieniem na półce obok Agaty Christie? Odpowiedź brzmi – tak, nie zrobiłabym przecież przykrości córce – ale sumienie gryzłoby mnie tak długo, aż w końcu by zjadło. I po co było narażać na takie katusze własną matkę?
         „Pustułka” obiecuje dużo więcej niż daje. Dziesięć osób, plus minus, uwięzionych na maleńkiej wyspie. Co chwila ktoś nowy zostaje zamordowany. Skądś znajome, prawda? Katarzyna Berenika Miszczuk nie potrafi jednak bawić się konwencją, przez co jej powieść trudno uznać za parafrazę „Dziesięciu małych Murzynków” (pozwólcie, że będę używać pierwotnego tytułu, z czasów gdy poprawność polityczna nie ograniczała jeszcze swobody twórczej artystów). W tym wypadku inspiracja przekroczyła dopuszczalne normy i mamy do czynienia z kiepską kopią. Joe Alex w "Zmąconym spokoju Pani Labiryntu" jednak zrobił to lepiej.
         Autorka, mając tak dobry punkt wyjścia, nie potrafi stworzyć atmosfery zagrożenia. Wszystkie postaci są tak jednowymiarowe, demonicznie złe i budzące wstręt paskudnością charakterów, że ich losy kompletnie nas nie obchodzą. A niech sobie umierają, świat nic na tym nie straci. Zakończenie… no niby ujdzie, można przyjąć, że wszyscy tak bardzo zacierali ślady, że policja zadowoli się najłatwiejszym rozwiązaniem. Jednak trudno mi uwierzyć, że śmierć pierwszej osoby mogła zostać zaplanowana. Dopiero przecież na wyspie wszyscy dowiedzieli się, że dziewczyna jest w ciąży. Gdyby nie była – nie istniał żaden powód, żeby ją mordować. Szkoda, że „koneserka kryminałów” tego nie podpowiedziała.
         „Pustułka” to debiut autorki; zaskoczona odkryłam, że od tego czasu napisała już kilka książek. Ta pierwsza jednak, do lektury kolejnych niespecjalnie mnie zachęciła.

niedziela, 26 lutego 2017

Alex Marwood „Morderca z sąsiedztwa” Ocena 6/6



CZYTAĆ, NIE ZWLEKAĆ
         Zawsze ogromnie się cieszę, gdy odkrywam nowego autora, którego już po pierwszej przeczytanej książce mogę wpisać na listę ulubionych.
         „Morderca z sąsiedztwa”, zgodnie ze słynną zasadą Hitchcocka (do której jednak mistrz nie zawsze się stosował) zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie już tylko rośnie. Przeczytałam tę książkę na jednym wdechu, bo nie można się było oderwać, przez cały czas zamartwiając się, żeby tylko autorka nie zniszczyła wszystkiego jakimś nonsensownym zakończeniem. Nie jeden raz zdarzyło mi się przecież, szczególnie czytając polskich autorów, że już byłam w ogródku, już witałam się z gąską, a potem okazywało się, że nieudolna, nieprzemyślana końcówka niweczyła doszczętnie wszystkie wcześniejsze pozytywne wrażenia. Ale – co za ulga – nie w tym przypadku. Można? Można. Bierzcie przykład, drodzy polscy autorzy.
         Powieść skonstruowana jest z niebywałą precyzją. Nie pojawia się ani jeden niepotrzebny wątek, który by został „puszczony” i nie miał swojego uzasadnienia. Jesteśmy wodzeni za nos od samego początku, i chociaż zakończenie jest takie, jakiego od pewnego czasu się spodziewamy, to akceptujemy je bez zastrzeżeń właśnie dlatego, że bardzo chcieliśmy, żeby tak akurat to się potoczyło.
         Wszystkie postaci są niezwykle barwne, pełnokrwiste, lubimy je – nawet mordercę. Każdy z sąsiadów ma swoją tajemnicę. Informacje o kolejnych bohaterach dawkowane są bardzo umiejętnie – o wszystkim dowiadujemy się we właściwym czasie. Do tego jeszcze szczypta czarnego, angielskiego humoru i londyńskie klimaty, do których mam słabość.
         W pierwszej chwili przeszkadzało mi trochę, że autorka opowiada historię w czasie teraźniejszym, co zwykle prowadzi do uproszczeń językowych. I znów - nie doszło do tego w tym przypadku. Okazuje się, że można tak biegle operować językiem, że czas teraźniejszy narracji nie kojarzy się z kiepskim scenariuszem, tylko dostarcza prawdziwych wrażeń lingwistycznych. Wszystko jest takie, jak trzeba, a to dopiero druga książka autorki!
         Szybko kończę, bo szkoda czasu na czytanie recenzji. Za samą książkę się bierzcie, i to już! I czekajcie razem ze mną na kolejną powieść Alex Marwood.

czwartek, 23 lutego 2017

Daphne du Maurier „Rebeka” Ocena: 3/6



HERBATKA I CIASTECZKA
         Uległam presji zbyt łatwo. Artykuł na portalu „Lubimy czytać” rekomendujący „Najlepsze powieści kryminalne napisane przez kobiety” oczywiście natychmiast wzbudził moje zainteresowanie.
         Na drugim miejscu, zaraz po Agacie Christie, której, na szczęście, nie odebrano palmy pierwszeństwa znalazła się „Rebeka”. Skonstatowawszy zawstydzona, że nazwisko autorki nic mi nie mówi, zaraz wzięłam się do nadrabiania zaległości. W Polsce przetłumaczono zaledwie kilka książek du Maurier. „Rebeka” jest wznowieniem powieści z 1938 roku, wydanej po polsku pierwszy raz, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. Moją ignorancję uznałam więc za częściowo usprawiedliwioną. Im głębiej jednak pogrążałam się w lekturze, tym bardziej nie znajdowałam usprawiedliwienia dla umieszczenia tej powieści we wspomnianym zestawieniu. „Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”.
         Całe szczęście, że kocham angielskie klimaty z czasów, kiedy jeszcze „five o’clock” był porą świętą, pokojówki szczotkowały swym paniom włosy, a rozmowy międzymiastowe zamawiało się przez centralę, przebrnęłam więc ze stoickim spokojem przez dwa długie, ślamazarnie wlokące się akty. Nie wydaje mi się jednak, żeby współczesny czytelnik, szczególnie rodzaju męskiego, przyzwyczajony do innego sposobu narracji miał tyle cierpliwości, co ja. Obserwowanie naiwnej, chorobliwie nieśmiałej, momentami po prostu głupiutkiej bohaterki i oczekiwanie, kiedy w końcu rozpocznie się obiecywana powieść kryminalna - to mało ekscytujące zadanie. Gdy wreszcie pojawia się trup, zaczyna się coś dziać i ostatni, trzeci akt naprawdę trzyma w napięciu, tak jak trzeba. Mocne zakończenie zaskakuje. Co z tego, kiedy kompletnie nie mogę uwierzyć w nagłą przemianę bohaterki. Z nierozgarniętego dziewczątka z kompleksem niższości zmienia się w zdeterminowaną, pełną wiary we własne siły kobietę i to jeszcze po to, żeby chronić mordercę. Potęga miłości? No, dajcie spokój.
         Oczywiście, zaraz po lekturze obejrzałam „Rebekę” Hitchcocka - film z 1940 roku zrealizowany na podstawie powieści. Zestarzał się chyba tak samo, jak książka. Koturnowość aktorów jest przytłaczająca. To dość wierna adaptacja, z niezbędnymi skrótami, powtarzająca błędy konstrukcyjne powieści ale też, na szczęście, eliminująca nieścisłości (w książce, na przykład, rzeczywiste śledztwo prowadzone jest już po zapadnięciu wyroku, w filmie zostało to „wyprostowane”). Reżyser korzysta pełnymi garściami z szeregu środków filmowych, które wprawdzie nie przyspieszają narracji, ale wprowadzają poczucie zagrożenia i w ten sposób stopniują napięcie. No i filmowa bohaterka jest o wiele bardziej wiarygodna, niż ta w książce.
         Poszukiwaczom niedzisiejszych klimatów polecam jednak niezawodną Agatę. Atmosfera ta sama i do tego jeszcze perfekcyjne wykonanie.

czwartek, 16 lutego 2017

„Belle Epoque” Odcinek I Ocena: 4/6



EPOKA, ZAISTE, PIĘKNA
         No nareszcie! Stacja TVN wyprodukowała serial kryminalny, który nie obraża inteligencji widza. Fakt, że nie obraża, nie oznacza jednak wcale, że docenia. Ale złośliwościom – koniec. Teraz konkrety.
         Klimat opowieści – jak dla mnie super. Od razu zostałam kupiona i założyłam różowe okulary. Rzeczywiście, czegoś takiego od dawna w polskiej telewizji nie było. Świetne kostiumy i charakteryzacja, ale już scenografia – oszczędnościowa. Ten sam dom robi za siedzibę różnych osób, „grają” dwie ulice na krzyż, raz w dzień, raz w nocy. Gdzie jak gdzie, ale w Krakowie, plenerów żywcem wyjętych z początków XX wieku akurat nie brakuje, zabrakło więc chyba pieniędzy albo ochoty, żeby je wydawać na takie rzeczy.
         Eryk Lubos i przystojnie odchudzony Olaf Lubaszenko – oklaski. Paweł Małaszyński, jak to Małaszyński – zawsze ten sam, i nawet najlepszy reżyser tego nie zmieni. Dziewczyny na razie za wiele się nie nagrały, chociaż Anna Próchniak w portkach – obiecująca. Może później dostaną szansę.
         Sposób opowiadania historii – za szybki, przez co wydaje się zbyt uproszczony. Główny bohater dedukuje z łatwością Sherlocka Holmesa, niestety, o wnioskach do których dochodzi dowiadujemy się prawie wyłącznie z dialogów. Zabrakło oddechu, przedstawienia postaci w bardziej filmowy, a nie telenowelowy sposób. Wszystko dzieje się w dużym pośpiechu, tak, aby w krótkim czasie jednego odcinka zmieścić wszystkie niezbędne do zrozumienia intrygi informacje. A wystarczyłoby, żeby pilot serialu był trochę dłuższy – tak się przecież robi na świecie. Wtedy zdążylibyśmy i zaprzyjaźnić się z bohaterami, i docenić opowieść.
         Jest duża szansa, że w kolejnych odcinkach, kiedy nie będziemy musieli już poznawać bohaterów, scenarzyści skupią się na akcji i będzie lepiej. Naprawdę, chętnie się o tym przekonam. I dam znać, jeśli się zawiodę.

wtorek, 7 lutego 2017

Plebiscyt Książka Roku 2016 portalu „Lubimy czytać”

DLA KOGO TA ZABAWA?


         Wydawało mi się, że czytam sporo - dwie, trzy książki tygodniowo, choć wśród czytelników portalu "Lubimy czytać" to chyba żaden wyczyn. 
          Plebiscyt „Książka roku 2016”. Klikam w literaturę piękną i co? Nie czytałam żadnej z tych powieści. Żadnej. Załamka.
         Zaglądam do kryminałów, które lubię najbardziej. Trzy tytuły znajome: jeden bardzo zły, drugi średni, trzeci może być. Matko Boska!!! Naprawdę jestem taka zacofana? Naprawdę powinnam czytać to, co inni i zachwycać się jakimiś „bieżączkami”, tylko dlatego, że wydawcy postanowili zarobić na nich najwięcej i zainwestowali w półkę „bestsellery” w Empiku? Jeśli czytam to, co chcę, to już się nie liczę? Nie mogę nawet zagłosować w plebiscycie, bo jak mam głosować uczciwie, kiedy nie wiem na co?
         Przypadkiem klikam w powieść historyczną, bo przecież takie czytam rzadko. O dziwo, tytuły znajome: Szczepan Twardoch „Król”, Yaa Gyasi „Droga do domu”, Mary Chamberlain „Krawcowa z Dachau”. To są powieści historyczne??? A jakie wydarzenia historyczne albo historyczne postaci opisują? Czy to, że akcja się dzieje kilkadziesiąt lub kilkaset lat temu, to wystarczający powód, aby zaliczyć powieść do tego gatunku?
         I jeszcze jedno - kryteria nominacji. Najważniejsza jest „popularność książki w serwisie”, dopiero na drugim miejscu walory artystyczne.
         Kochani czytelnicy, czy wydaje Wam się, że książka, którą do tej pory oceniło na portalu 49 osób ma jakąkolwiek, najmniejszą chociaż szansę wygrać z książką, która w tej samej kategorii zdobyła głosów 1018? No błagam, nie żartujmy sobie. Nie ma żadnych szans. Więc po co ta zabawa? Żeby znowu nabijać kabzę wydawcom? Tym już i tak najbogatszym, których stać na promocję autorów i ich książek?
         Czy jestem wymarłym dinozaurem, czy może jednak jest ktoś, kto myśli podobnie, jak ja?