niedziela, 26 marca 2017

Sebastian Fitzek „Odprysk” Ocena 1/6



SEN NAĆPANEGO WARIATA
         Dopóki „Odprysk” był tylko dobrze napisaną książką „nie w moim stylu” nie zamierzałam przypisać mu żadnej oceny. Spodziewałam się thrillera, nadziałam się na science-fiction, a gatunek ten programowo omijam. No bo jak zakwalifikować teorię ze śmiertelną powagą głoszoną przez autora, że umysł ludzki jest jak twardy dysk komputera: można go zresetować (pozbawić wspomnień) i w dowolny sposób zapisać od nowa? Do tego nie mamy pewności, czy autor wierzy w przedstawioną teorię, czy wodzi nas za nos próbując sprzedać sen wariata. Im dłużej bohater krąży po mieście tym bardziej zastanawiamy się, czy sami nie ulegamy razem z nim jakiejś zbiorowej halucynacji. Podobnie jak on nie potrafimy odróżnić prawdy od fikcji i zaczynamy się zastanawiać, czy nie popadamy w obłęd. I to jest tego rodzaju manipulacja, której w literaturze zupełnie subiektywnie nie znoszę, chociaż niestety, obiektywnie muszę przyznać, że jest mistrzowsko skonstruowana.
         Subiektywne wrażenia to jednak za mało, żeby wystawić książce miażdżącą ocenę. Coś co dla mnie jest nieznośnie irytujące, dla innych przecież może okazać się całkiem ciekawe. Dotarłam jednak do zakończenia, które przy przyjętej konwencji mogło rozwinąć się w dwie strony. Albo bohater okaże się prawdziwym wariatem, co biorąc pod uwagę precyzję z jaką została napisana książka wydawało się jednak zbyt łatwym rozwiązaniem,  albo został w jakimś celu zmanipulowany. Fitzek wybrał oczywiście wariant drugi, ale rozwiązanie jakie zaproponował jest tak absurdalne, że zupełnie obiektywnie nie mogę zostawić na autorze suchej nitki.
         I teraz, uprzedzam lojalnie będzie paskudny spojler, więc jeżeli nie zniechęciłam was do tej pory do „Odprysku”, po prostu przestańcie czytać.
         Otóż, nasz bohater został wmanewrowany w cały ciąg niefortunnych zdarzeń, poczynając od przyczynienia się do rzekomej śmierci własnej żony w wypadku samochodowym,  poprzez spotkania z ludźmi, którzy wmawiają mu, że nie jest tym, za kogo się uważa, aż po udział w spektaklu na żywo - mistyfikacji, rodem z hollywoodzkiego filmu. Po co to wszystko?  Żeby doprowadzić go do obłędu i zmusić do samobójczej śmierci. Dlaczego? Bo jego wątroba potrzebna jest do przeszczepu. Komu? Jego jeszcze nie narodzonemu dziecku. Dodam, że bohater kocha swoją żonę i oczywiście też swoje nienarodzone dziecko, a wątroba jest jednym z niewielu narządów, które można przeszczepiać w kawałku i które regenerują się po przeszczepie. Nie wystarczyło poprosić tatusia, żeby oddał kawałek wątroby synkowi? Nie. Bo tatuś ma taką schorowaną wątrobę, która się nie zregeneruje, więc trzeba tatusia zabić, najlepiej tak, żeby to wyglądało na samobójstwo.
         No wyobraźcie sobie panowie: macie uwielbianą żonę, która was też kocha i spodziewa się waszego wspólnego ukochanego dziecka. Żona dowiaduje się, że dziecko ma wadę genetyczną i nie mówi wam o tym, tylko pozoruje własną śmierć i to tak, żeby wyglądało , że to wy ją zabiliście. Potem funduje wam wędrówkę po piekle, wmawia, że jesteście wariatem, żeby zmusić was do samobójstwa (zakładając, oczywiście, że bez wątpienia je popełnicie), po to, żeby wasze organy posłużyły dziecku.
         Spróbujcie sobie wyobrazić, drogie panie: spodziewacie się dziecka, którego ojcem jest wasz ukochany mąż. Dziecko uratować może tylko przeszczep wątroby od spokrewnionego dawcy. Nie dzielicie się tą wiadomością z ukochanym mężem, tylko od razu postanawiacie go wykończyć. Przy pomocy tatusia wprowadzacie męża w poczucie winy utwierdzając w przekonaniu, że was zabił, a potem wypuszczacie go na miasto, pokazując mu się od czasu do czasu jako duch i w ten sposób próbujecie doprowadzić go do obłędu. I to wszystko jest tak idealne zgrane w czasie, że poród ma miejsce dokładnie w tym momencie, kiedy wasz ogłupiały mąż decyduje się odebrać sobie życie.
            Uff!!! Wystarczy. Czujecie, mam nadzieję, te opary absurdu? Ktoś tu na pewno jest wariatem. Jeśli wykluczycie wariant, że czytelnik, pozostanie tylko jedna opcja…

niedziela, 12 marca 2017

Tomasz Sekielski „Zapach suszy” Ocena: 3/6



ZUPA Z TRUFLI
         W tej książce bardzo szybko coś mi zaczęło nie grać. Mocno się zaczyna, dobrze się czyta, bo autor potrafi budować napięcie, kilka równolegle prowadzonych wątków zapowiada się ciekawie… No właśnie, aż za bardzo ciekawie i to jest chyba największy zarzut, oprócz, jak zwykle zakończenia, ale o tym potem.
         Jak nudno – narzekam – powiecie, jak ciekawie – też niedobrze? Tu nawet nie chodzi o to, że autor włożył za dużo grzybków w barszcz, bo tych kilka tematów jest całkiem do ogarnięcia, problem w tym, że w tej zupie znalazły się same trufle. Zupa z trufli? Rozrzutność czy próba zaimponowania smakoszowi?
         Sekielski włożył do tej powieści chyba wszystkie najmodniejsze i najbardziej gorące tematy dzisiejszych dni. Czego my tu nie mamy? Zamach terrorystyczny w centrum Warszawy, Ukrainka porwana do burdelu w Polsce i jej brat, były żołnierz ukraińskich służb specjalnych, który rusza jej na ratunek, tuszowanie afery pedofilskiej w Kościele i jakby tego było mało dodatkowo współpraca kleru z dawną bezpieką. Do tego jeszcze afery na najwyższych szczytach władzy i korupcyjne powiązania tej władzy z wielkim biznesem, okraszone tak wykwintnym biesiadowaniem, że osławione ośmiorniczki, to przy tym posiłek z baru mlecznego.  We wszystko zamieszani są oczywiście i prezydent, i premier.
         Sekielski tworzy w gatunku „political fiction”, więc słowo „fiction” trochę go usprawiedliwia, dlatego mój żal, że nie zauważa pewnych istotnych zmian na naszej scenie politycznej jest żalem osobistym, i nie można go traktować w kategorii zarzutów recenzenckich. Autor wzoruje bohaterów na postaciach poprzedniej rządzącej ekipy, mając zapewne nadzieję, że stan obecny jest chwilowy i jego książka szybko znowu będzie aktualna.
         Nie wszystkie jednak prowadzone wątki spotykają się w zakończeniu, i to już jest zarzut nieosobisty. Ostatnie trzy rozdziały sprawiają wrażenie, jakby pisane były na kolanie, bo autor szybko musi biec do innej roboty, więc starą załatwia po łebkach, w kilku zdaniach, jak, nie przymierzając scenarzyści serialu „Belle Epoque” (patrz: post z 16 lutego). O ile wyjaśnienie zamachu jest zupełnie czytelne (choć niedopowiedzenie losów zamachowców budzi duży niedosyt), motywy zemsty na biskupie zostały wyjaśnione, aferę polityczną można od biedy odpuścić, to jednak kluczowa scena zamieszczona w epilogu nie powinna pozostać otwarta. Jeżeli nawet domyślamy się kto i dlaczego, a nie wiemy jak to zrobił, do tego jeszcze wykonanie zadania jest praktycznie niemożliwe, to takie zakończenie nie ma sensu i dowodzi, że zostało nieprzemyślane. Autor sam też chyba nie wiedział, jakim cudem to mogło się wydarzyć, bo po tym, co przeczytałam raczej trudno mi dać wiarę, że wierzy w cuda. A może jednak? Może o sprawiedliwość losu chodziło? Zawsze lepiej wykpić się naiwnością niż być posądzonym o braki warsztatowe.

czwartek, 9 marca 2017

„Belle Epoque” Odcinki II-IV Ocena: 2/6



TVN CELUJE W GIMBAZĘ
         Obiecałam, że napiszę jeszcze o „Belle Epoque”, jeśli się zawiodę, no to nie mam wyjścia.
         Trzy kolejne odcinki i niestety, im dalej tym gorzej.
        Historyczny kostium i klimat spowszedniał, a więcej już nie ma się czym zachwycać. Intrygi schematyczne, bez suspensu, bohaterowie coraz bardziej nudni i przewidywalni. Autorzy scenariusza nie zadali sobie najmniejszego trudu, by język postaci choć trochę przypomniał ten z początków XX wieku. Gdyby scenarzystom chciało się poczytać Reymonta albo chociaż Prusa, może by wiedzieli, że w tamtych czasach do lokaja czy chłopa komisarz policji – wysoki urzędnik państwowy - nigdy nie zwróciłby się „czy zechciałby mi pan powiedzieć?” Ocena za dokumentację językową – zero.
         Magdalenie Cieleckiej pozwolono wreszcie trochę dłużej pobyć na ekranie. Pobyć, bo biorąc pod uwagę drętwe kwestie, które musi wypowiadać, trudno nazwać jej obecność w tym serialu aktorską grą.
         Recenzenci znęcali się nad muzyką w tym serialu, że pasuje jak kwiatek do kożucha, z czym się zgadzam. Ale, okazuje się, nie wszyscy mają podobne zdanie. Moja młoda sąsiadka – gimnazjalistka przyznała się, że obejrzała jeden odcinek serialu. Na pytanie – co jej się najbardziej podobało? – odpowiedziała – muzyka. TVN celuje w gimbazę? Chyba jednak nie do końca trafia. Młoda sąsiadka – wielbicielka Benedicta wcielającego się w Sherlocka stwierdziła również, że gdyby akcja tego serialu rozgrywała się w dzisiejszych czasach, to w ogóle nie dałoby się go oglądać. A ramotek to ona bardzo nie lubi. I skończyło się na jednym odcinku.
         Ja też na tym kończę moje spotkania z piękną epoką. Szkoda.

niedziela, 5 marca 2017

Katarzyna Berenika Miszczuk „Pustułka” Ocena: 2/6



KONESERZY KRYMINAŁÓW SĄ WSZĘDZIE
         O „Pustułce” nie chciało mi się pisać – to książka przeciętna, ze wskazaniem na słaba. Sprowokowała mnie autorka i to ostatnim zdaniem zawartym w podziękowaniach. Podziękowania to w ogóle jakaś szerząca się ostatnio maniera, którą ciężko mi zrozumieć. Pisarze zamieszczają długie jak sznurowadła w Martensach listy osób, „bez których książka by nie powstała”, tak jakby samodzielnie nie byli w stanie sklecić nawet kilku zdań. Katarzyna Miszczuk po złożeniu wyrazów wdzięczności koleżance, redaktorowi, mężowi i teściowej na koniec podziękowała również mamusi – koneserce kryminałów, wyrażając nadzieję, że książka spełni jej oczekiwania i z dumą postawi ją na półce obok ulubionych autorów. Na miejscu mamusi miałabym poważny dylemat. Oczywiście, byłabym dumna, że mojej córce udało się wydać książkę, ale koneserką kryminałów będąc, czy postawiłabym ją z czystym sumieniem na półce obok Agaty Christie? Odpowiedź brzmi – tak, nie zrobiłabym przecież przykrości córce – ale sumienie gryzłoby mnie tak długo, aż w końcu by zjadło. I po co było narażać na takie katusze własną matkę?
         „Pustułka” obiecuje dużo więcej niż daje. Dziesięć osób, plus minus, uwięzionych na maleńkiej wyspie. Co chwila ktoś nowy zostaje zamordowany. Skądś znajome, prawda? Katarzyna Berenika Miszczuk nie potrafi jednak bawić się konwencją, przez co jej powieść trudno uznać za parafrazę „Dziesięciu małych Murzynków” (pozwólcie, że będę używać pierwotnego tytułu, z czasów gdy poprawność polityczna nie ograniczała jeszcze swobody twórczej artystów). W tym wypadku inspiracja przekroczyła dopuszczalne normy i mamy do czynienia z kiepską kopią. Joe Alex w "Zmąconym spokoju Pani Labiryntu" jednak zrobił to lepiej.
         Autorka, mając tak dobry punkt wyjścia, nie potrafi stworzyć atmosfery zagrożenia. Wszystkie postaci są tak jednowymiarowe, demonicznie złe i budzące wstręt paskudnością charakterów, że ich losy kompletnie nas nie obchodzą. A niech sobie umierają, świat nic na tym nie straci. Zakończenie… no niby ujdzie, można przyjąć, że wszyscy tak bardzo zacierali ślady, że policja zadowoli się najłatwiejszym rozwiązaniem. Jednak trudno mi uwierzyć, że śmierć pierwszej osoby mogła zostać zaplanowana. Dopiero przecież na wyspie wszyscy dowiedzieli się, że dziewczyna jest w ciąży. Gdyby nie była – nie istniał żaden powód, żeby ją mordować. Szkoda, że „koneserka kryminałów” tego nie podpowiedziała.
         „Pustułka” to debiut autorki; zaskoczona odkryłam, że od tego czasu napisała już kilka książek. Ta pierwsza jednak, do lektury kolejnych niespecjalnie mnie zachęciła.

niedziela, 26 lutego 2017

Alex Marwood „Morderca z sąsiedztwa” Ocena 6/6



CZYTAĆ, NIE ZWLEKAĆ
         Zawsze ogromnie się cieszę, gdy odkrywam nowego autora, którego już po pierwszej przeczytanej książce mogę wpisać na listę ulubionych.
         „Morderca z sąsiedztwa”, zgodnie ze słynną zasadą Hitchcocka (do której jednak mistrz nie zawsze się stosował) zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie już tylko rośnie. Przeczytałam tę książkę na jednym wdechu, bo nie można się było oderwać, przez cały czas zamartwiając się, żeby tylko autorka nie zniszczyła wszystkiego jakimś nonsensownym zakończeniem. Nie jeden raz zdarzyło mi się przecież, szczególnie czytając polskich autorów, że już byłam w ogródku, już witałam się z gąską, a potem okazywało się, że nieudolna, nieprzemyślana końcówka niweczyła doszczętnie wszystkie wcześniejsze pozytywne wrażenia. Ale – co za ulga – nie w tym przypadku. Można? Można. Bierzcie przykład, drodzy polscy autorzy.
         Powieść skonstruowana jest z niebywałą precyzją. Nie pojawia się ani jeden niepotrzebny wątek, który by został „puszczony” i nie miał swojego uzasadnienia. Jesteśmy wodzeni za nos od samego początku, i chociaż zakończenie jest takie, jakiego od pewnego czasu się spodziewamy, to akceptujemy je bez zastrzeżeń właśnie dlatego, że bardzo chcieliśmy, żeby tak akurat to się potoczyło.
         Wszystkie postaci są niezwykle barwne, pełnokrwiste, lubimy je – nawet mordercę. Każdy z sąsiadów ma swoją tajemnicę. Informacje o kolejnych bohaterach dawkowane są bardzo umiejętnie – o wszystkim dowiadujemy się we właściwym czasie. Do tego jeszcze szczypta czarnego, angielskiego humoru i londyńskie klimaty, do których mam słabość.
         W pierwszej chwili przeszkadzało mi trochę, że autorka opowiada historię w czasie teraźniejszym, co zwykle prowadzi do uproszczeń językowych. I znów - nie doszło do tego w tym przypadku. Okazuje się, że można tak biegle operować językiem, że czas teraźniejszy narracji nie kojarzy się z kiepskim scenariuszem, tylko dostarcza prawdziwych wrażeń lingwistycznych. Wszystko jest takie, jak trzeba, a to dopiero druga książka autorki!
         Szybko kończę, bo szkoda czasu na czytanie recenzji. Za samą książkę się bierzcie, i to już! I czekajcie razem ze mną na kolejną powieść Alex Marwood.

czwartek, 23 lutego 2017

Daphne du Maurier „Rebeka” Ocena: 3/6



HERBATKA I CIASTECZKA
         Uległam presji zbyt łatwo. Artykuł na portalu „Lubimy czytać” rekomendujący „Najlepsze powieści kryminalne napisane przez kobiety” oczywiście natychmiast wzbudził moje zainteresowanie.
         Na drugim miejscu, zaraz po Agacie Christie, której, na szczęście, nie odebrano palmy pierwszeństwa znalazła się „Rebeka”. Skonstatowawszy zawstydzona, że nazwisko autorki nic mi nie mówi, zaraz wzięłam się do nadrabiania zaległości. W Polsce przetłumaczono zaledwie kilka książek du Maurier. „Rebeka” jest wznowieniem powieści z 1938 roku, wydanej po polsku pierwszy raz, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. Moją ignorancję uznałam więc za częściowo usprawiedliwioną. Im głębiej jednak pogrążałam się w lekturze, tym bardziej nie znajdowałam usprawiedliwienia dla umieszczenia tej powieści we wspomnianym zestawieniu. „Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”.
         Całe szczęście, że kocham angielskie klimaty z czasów, kiedy jeszcze „five o’clock” był porą świętą, pokojówki szczotkowały swym paniom włosy, a rozmowy międzymiastowe zamawiało się przez centralę, przebrnęłam więc ze stoickim spokojem przez dwa długie, ślamazarnie wlokące się akty. Nie wydaje mi się jednak, żeby współczesny czytelnik, szczególnie rodzaju męskiego, przyzwyczajony do innego sposobu narracji miał tyle cierpliwości, co ja. Obserwowanie naiwnej, chorobliwie nieśmiałej, momentami po prostu głupiutkiej bohaterki i oczekiwanie, kiedy w końcu rozpocznie się obiecywana powieść kryminalna - to mało ekscytujące zadanie. Gdy wreszcie pojawia się trup, zaczyna się coś dziać i ostatni, trzeci akt naprawdę trzyma w napięciu, tak jak trzeba. Mocne zakończenie zaskakuje. Co z tego, kiedy kompletnie nie mogę uwierzyć w nagłą przemianę bohaterki. Z nierozgarniętego dziewczątka z kompleksem niższości zmienia się w zdeterminowaną, pełną wiary we własne siły kobietę i to jeszcze po to, żeby chronić mordercę. Potęga miłości? No, dajcie spokój.
         Oczywiście, zaraz po lekturze obejrzałam „Rebekę” Hitchcocka - film z 1940 roku zrealizowany na podstawie powieści. Zestarzał się chyba tak samo, jak książka. Koturnowość aktorów jest przytłaczająca. To dość wierna adaptacja, z niezbędnymi skrótami, powtarzająca błędy konstrukcyjne powieści ale też, na szczęście, eliminująca nieścisłości (w książce, na przykład, rzeczywiste śledztwo prowadzone jest już po zapadnięciu wyroku, w filmie zostało to „wyprostowane”). Reżyser korzysta pełnymi garściami z szeregu środków filmowych, które wprawdzie nie przyspieszają narracji, ale wprowadzają poczucie zagrożenia i w ten sposób stopniują napięcie. No i filmowa bohaterka jest o wiele bardziej wiarygodna, niż ta w książce.
         Poszukiwaczom niedzisiejszych klimatów polecam jednak niezawodną Agatę. Atmosfera ta sama i do tego jeszcze perfekcyjne wykonanie.

czwartek, 16 lutego 2017

„Belle Epoque” Odcinek I Ocena: 4/6



EPOKA, ZAISTE, PIĘKNA
         No nareszcie! Stacja TVN wyprodukowała serial kryminalny, który nie obraża inteligencji widza. Fakt, że nie obraża, nie oznacza jednak wcale, że docenia. Ale złośliwościom – koniec. Teraz konkrety.
         Klimat opowieści – jak dla mnie super. Od razu zostałam kupiona i założyłam różowe okulary. Rzeczywiście, czegoś takiego od dawna w polskiej telewizji nie było. Świetne kostiumy i charakteryzacja, ale już scenografia – oszczędnościowa. Ten sam dom robi za siedzibę różnych osób, „grają” dwie ulice na krzyż, raz w dzień, raz w nocy. Gdzie jak gdzie, ale w Krakowie, plenerów żywcem wyjętych z początków XX wieku akurat nie brakuje, zabrakło więc chyba pieniędzy albo ochoty, żeby je wydawać na takie rzeczy.
         Eryk Lubos i przystojnie odchudzony Olaf Lubaszenko – oklaski. Paweł Małaszyński, jak to Małaszyński – zawsze ten sam, i nawet najlepszy reżyser tego nie zmieni. Dziewczyny na razie za wiele się nie nagrały, chociaż Anna Próchniak w portkach – obiecująca. Może później dostaną szansę.
         Sposób opowiadania historii – za szybki, przez co wydaje się zbyt uproszczony. Główny bohater dedukuje z łatwością Sherlocka Holmesa, niestety, o wnioskach do których dochodzi dowiadujemy się prawie wyłącznie z dialogów. Zabrakło oddechu, przedstawienia postaci w bardziej filmowy, a nie telenowelowy sposób. Wszystko dzieje się w dużym pośpiechu, tak, aby w krótkim czasie jednego odcinka zmieścić wszystkie niezbędne do zrozumienia intrygi informacje. A wystarczyłoby, żeby pilot serialu był trochę dłuższy – tak się przecież robi na świecie. Wtedy zdążylibyśmy i zaprzyjaźnić się z bohaterami, i docenić opowieść.
         Jest duża szansa, że w kolejnych odcinkach, kiedy nie będziemy musieli już poznawać bohaterów, scenarzyści skupią się na akcji i będzie lepiej. Naprawdę, chętnie się o tym przekonam. I dam znać, jeśli się zawiodę.

wtorek, 7 lutego 2017

Plebiscyt Książka Roku 2016 portalu „Lubimy czytać”

DLA KOGO TA ZABAWA?


         Wydawało mi się, że czytam sporo - dwie, trzy książki tygodniowo, choć wśród czytelników portalu "Lubimy czytać" to chyba żaden wyczyn. 
          Plebiscyt „Książka roku 2016”. Klikam w literaturę piękną i co? Nie czytałam żadnej z tych powieści. Żadnej. Załamka.
         Zaglądam do kryminałów, które lubię najbardziej. Trzy tytuły znajome: jeden bardzo zły, drugi średni, trzeci może być. Matko Boska!!! Naprawdę jestem taka zacofana? Naprawdę powinnam czytać to, co inni i zachwycać się jakimiś „bieżączkami”, tylko dlatego, że wydawcy postanowili zarobić na nich najwięcej i zainwestowali w półkę „bestsellery” w Empiku? Jeśli czytam to, co chcę, to już się nie liczę? Nie mogę nawet zagłosować w plebiscycie, bo jak mam głosować uczciwie, kiedy nie wiem na co?
         Przypadkiem klikam w powieść historyczną, bo przecież takie czytam rzadko. O dziwo, tytuły znajome: Szczepan Twardoch „Król”, Yaa Gyasi „Droga do domu”, Mary Chamberlain „Krawcowa z Dachau”. To są powieści historyczne??? A jakie wydarzenia historyczne albo historyczne postaci opisują? Czy to, że akcja się dzieje kilkadziesiąt lub kilkaset lat temu, to wystarczający powód, aby zaliczyć powieść do tego gatunku?
         I jeszcze jedno - kryteria nominacji. Najważniejsza jest „popularność książki w serwisie”, dopiero na drugim miejscu walory artystyczne.
         Kochani czytelnicy, czy wydaje Wam się, że książka, którą do tej pory oceniło na portalu 49 osób ma jakąkolwiek, najmniejszą chociaż szansę wygrać z książką, która w tej samej kategorii zdobyła głosów 1018? No błagam, nie żartujmy sobie. Nie ma żadnych szans. Więc po co ta zabawa? Żeby znowu nabijać kabzę wydawcom? Tym już i tak najbogatszym, których stać na promocję autorów i ich książek?
         Czy jestem wymarłym dinozaurem, czy może jednak jest ktoś, kto myśli podobnie, jak ja?

niedziela, 22 stycznia 2017

Leszek Herman „Latarnia umarłych” Ocena: 1/6



MUZA STRZELA SOBIE W STOPĘ
         Ten dylemat moralny musiał kiedyś się pojawić: czy mam prawo oceniać książkę, i to ekstremalnie źle, jeśli nie doczytałam jej do końca? Trudno, niech będę zołzą. Jako recenzent samozwańczy i niezależny udzielam sobie zgody warunkowej, a ty, drogi czytelniku, możesz mnie za to potępić albo wyrazić swoje votum separatum. Najpierw jednak spróbuj doczytać ten tekst do końca. To tylko jedna strona, nie sześćset, jak w przypadku „Latarni umarłych”.
         To książka o rozmiarach cegły gotyckiej. Napisać tyle w ciągu roku – oj, niełatwo. Jeśli Leszkowi Hermanowi się udało, to znaczy, że ma wielką łatwość w wylewaniu słów i układaniu ich w zdania. Łatwością tą napawa się tak bardzo, że zupełnie go nie obchodzi, czy to, co jemu sprawia tak wielką satysfakcję, zainteresuje również czytelnika. Nie ma też kompletnie pojęcia jak się buduje napięcie i konstruuje intrygę.
         Zobaczcie sami, jak się to rozwija. Prolog, rok 1941. Małe nadmorskie miasteczko. Najpierw poznajemy zasady łowienia dorsza na Bałtyku i zaznajamiamy się z ekipą rybaków. Potem pojawia się pan hrabia, który udaje się na przejażdżkę konną po swych włościach, zamartwiając się po drodze niedomykającym się oknem w przypałacowej wieży. Potem stary człowiek wspina się po schodach zamku, wspina się wspina i nic. Pojawia się kolejny nowy bohater i wątek – młody mężczyzna otwiera swój sklepik w rynku i rozmyśla o spotkaniu z ukochaną. Może to on odegra wreszcie jakąś rolę? Nie. Mamy nową bohaterkę: w Mariackim kościele: stara kobieta myje posadzkę i zachwyca się jak „słońce, przedzierając się przez szklane meandry, rzuca na posadzkę kościoła kolorowe refleksy”. I wszystko to po to, aby w końcu wielki podwodny wybuch pochłonął dopiero co poznaną ekipę rybaków i pozbawił okien wszystkie domy w miasteczku. Oprócz rybaków nikt nie zginął, ale okno hrabiego wypadło i zniszczyło daszek. Macie już dość?
         Nie ma tak dobrze. Jedziemy dalej. Czasy współczesne. Dwóch mało rozgarniętych tajemniczych kłusowników wędruje po bagnistym lesie. Autor roztacza przed nami wizję złowrogiego lasu, przez który biegnie linia kolejowa „a przejeżdżający czasem tędy pociąg wypełniał podmokłe łęgi złowieszczym turkotem, strasząc przemykającymi wśród drzew oczami świateł”. Kłusownicy wędrują, wędrują i wędrują, żeby w końcu odnaleźć w bagnach zwłoki.
         Przechodzimy wreszcie do rozdziału pierwszego, znów czasy współczesne, więc może w końcu coś zacznie się dziać? Chcielibyście. I znów ta sama, wielowątkowa narracja wystawiająca cierpliwość czytelnika na ogromną próbę, znana nam już z prologu.
         Na rosyjskim kutrze rybackim, który czegoś poszukuje na Bałtyku poznajemy nowego bohatera – Artioma - o rosyjskim rodowodzie.
         Następnie zapoznajemy się szczegółowo z niezwykle pasjonującą walką polskiego architekta Igora z bezdusznością organu wydającego pozwolenie na budowę i odkrywamy różnicę między sygnaturką, wieżyczką, a elementem instalacji technicznej.
         Na Bałtyku pojawia się kolejna łódź, z kolejną ekipą której oczywiście niczego się nie dowiadujemy, oprócz tego, że jest niezwykle tajemnicza.
         Macie już dość? Ja też. To nie koniec, ale oszczędzę wam dalszych opisów. Fakt, że dalej pojawia się dziennikarka, która wpada na dobrze zapowiadający się trop afery z czasów II wojny światowej niczego w narracji nie zmienia. Akcja wcale nie przyśpiesza, bo autor wysyła dziennikarkę na wycieczkę na Węgry, gdzie obowiązkowo razem z nią musimy nacieszyć się pięknem Budapesztu i delektować obiadem nad brzegiem Dunaju (po co? po co? po co?).
         Przez sto pierwszych stron powieści pojawia się czternaście (sic!) nowych wątków i jeszcze więcej bohaterów, ale tak naprawdę niczego konkretnego się nie dowiadujemy, bo przecież wszystko ma być „tajemnicze”. Tylko, że to zupełnie tak nie działa w percepcji czytelnika. To nie takie proste, że im więcej tajemnic, tym lepiej. Są granice, których Leszek Herman nie wyczuwa zupełnie.
         Tak źle napisanych książek w dzisiejszych czasach, przy wszechogarniającym selfpublishingu jest całkiem sporo, ale naprawdę dziwi, że poważne skądinąd wydawnictwo MUZA pozwoliło sobie na taką wpadkę. Autor dał się przecież poznać w poprzedniej książce. To, że pierwsza powieść autora dobrze się sprzedała, założyło chyba redaktorom klapki na oczy. A przecież już w „Sedinum” doskonale było widać, jak wielkie autor ma skłonności do wodolejstwa. Ale tam przynajmniej akcja od samego początku ruszyła z kopyta, więc dało się dobrnąć do zakończenia, zwłaszcza, że sam temat odkrywczy i niezwykle ciekawy. Czytałam „Sedinum” w czytniku, więc nie miałam świadomości, jaka to cegła. W pewnym momencie pomyślałam sobie, że chyba już czas, żeby wszystko zmierzało do zakończenia. Krótkie spojrzenie na licznik. Co? Dwadzieścia pięć procent? Wtedy, jak już się wciągnęłam - domęczyłam do końca. Teraz - nie dam rady. Dopiero na 99 stronie znalazłam pierwsze zdanie, które by mnie do tego zachęciło. Za późno.
         Jeszcze bardziej irytująca niż sama książka jest polityka wydawnictwa, kreująca autora na „mistrza powieści sensacyjnej”.  SEN-SA-CYJ-NEJ! Odnaleźliście jakiś element sensacji w tym, co powyżej streściłam? Pan Leszek Bugajski z „Wprost” napisał nawet, że Leszek Herman jest polskim Danem Brownem. Albo pan Bugajski nie przeczytał nigdy w życiu żadnej powieści Dana Browna, albo tak jak ja, nie był w stanie dokończyć „Latarni umarłych”. Dana Browna (pomijając szablonowość jego powieści) czyta się tak, że pośliniony palec już wisi w powietrzu, żeby przewrócić kartkę i dowiedzieć się, co jest na następnej stronie. Czytanie Leszka Hermana to jak podróż ze Shrekiem do Zasiedmiogórogrodu. Ciągle ma się ochotę pytać „daleko jeszcze?”
         Tak czy inaczej, nawet recenzent „Wprost” nie uczyni marnego pisarza autorem światowych bestsellerów. Ciekawe, czy teraz mu wstyd. Recenzentowi, oczywiście.

sobota, 21 stycznia 2017

Boris Akunin „ Młokos i diabeł”/”Cierpienie złamanego serca” Ocena: 4/6



SPOSÓB NA GRYPĘ
         Nowy cykl Akunina o rosyjsko-niemieckiej walce wywiadowczej w czasach I wojny światowej odnotowuję właściwie tylko dla porządku, żeby nie zapomnieć, że przeczytałam.
         Cykl wprawdzie nowy, tak jak i sympatyczny bohater, ale poza tym wszystko tu jest takie, jak zwykle. Przyzwoity poziom, dobrze przemyślana intryga, ładny historyczny kostium i niezawodne poczucie humoru (takie dworowanie sobie z ojczystego kontrwywiadu w naszym kraju dzisiaj na pewno nie uszłoby autorowi bezkarnie; tutaj, oczywiście, następuje symbol uśmiechniętej buźki).
         To lektura z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych, akurat w sam raz, gdy człowiek leży rozłożony grypą i nie ma siły na bardziej skomplikowane łamigłówki umysłowe. Kiedy jednak maligna przechodzi, chęć przeczytania kolejnych odcinków również gdzieś odpływa. Chyba jednak poczekam, aż autor powróci do intryg trochę bardziej wyrafinowanych, na miarę przygód Fandorina.

środa, 18 stycznia 2017

Dariusz Pawłowski „Czarna samica kruka. Lot nad krawędzią świadomości…” Ocena: 1/6




SAMICA WILKA WYJE
         Tę książkę autor polecił mi osobiście, wysyłając maila. Odważny – myślę sobie – bo przecież nie oszczędzam polskich autorów. Nie zniechęcił mnie więc tytuł (a przyznajcie, miał prawo) i zaczęłam poszukiwania. O dziwo, choć książka została wydana jakiś rok temu – nie występuje w formie e-booka. Małe utrudnienie, ale cóż, jak się powiedziało „a”… Książki nie można też jednak dostać w stacjonarnych księgarniach. No dobrze, rozumiem, małe wydawnictwa mają słabą siłę przebicia. Ale od czego niezawodne Allegro? Jest. Zakupiłam. Przyszła paczka. Przeczytałam.
         Dlaczego o tym piszę? Na pewno, drogi czytelniku już czujesz pismo nosem. Jeśli włożyłam aż tyle wysiłku, aby kupić książkę, to nie ma rady – wypada ją przeczytać. Przerywałam lekturę kilka razy i uwierzcie – naprawdę trzeba było się zmusić, aby doczytać do końca.
         Nie przekonały mnie postaci detektywów – niby ich dwóch, a tak samo mówią, tak samo się zachowują, są tak samo nudni i bezbarwni. Więc po co dwóch? Nie lepszy jeden, ale z jajami?
         Kompletnie nie przekonały mnie dialogi: sztywne, papierowe, zapychacze kartki papieru. „- Niech pan złapie tego bydlaka, który mu to zrobił! – Zapewniam panią, że ja i moi koledzy, zrobimy wszystko, co w naszej mocy. Złapiemy mordercę.” I wszystko mniej więcej w ten sam deseń, jak w szkolnym opowiadaniu. A poza tym, widzieliście kiedyś glinę z wydziału zabójstw, który mówi „ojejku”? To mógłby być zresztą fajny pomysł na bohatera – taki elegancik językowy, który nigdy nie używa słowa „kurwa”, gdyby potraktować tę postać z przymrużeniem oka, ale akurat poczucia humoru w „Czarnej samicy…” nie znajdziecie nawet przy pomocy mikroskopu.
         Nie chce się tego czytać, bo autor prawie od początku wszystko podaje na tacy. Przez kilka pierwszych rozdziałów jeszcze daje się jakoś śledzić intrygę, ale kiedy rozpoczyna się narracja mordercy od razu wiemy, że jest to patologiczny, bestialski psychopata, który mści się za „trudne dzieciństwo”. Pomijając już schematyczność takiej postaci, wałkowanej w literaturze gatunku wiele razy, to przecież nie można w połowie książki odkrywać wszystkich kart i powtarzać dalej tych samych motywów, bo jaki jest sens czytania do końca? No chyba, że  zakończenie wywraca wszystko do góry nogami, ale to nie ten przypadek. Tutaj jest to jest spoiler odautorski, czyli w kategorii podstawowych błędów dobrze znane zjawisko.
         Akcja ślimaczy się również dlatego, że autor, zupełnie bez powodu prawie każdej epizodycznej postaci dorabia jakiś życiorys. Naprawdę, to nie ma najmniejszego znaczenia i czytelnika to nie obchodzi, w jaki sposób facet który pojawia się na pięć minut, żeby odnaleźć zwłoki i zaraz potem znika poznał swoją żonę i że bardzo ją kocha. Kolejny zapychacz.
         Więc jak już wiemy, kto morduje, to pozostaje jeszcze kwestia – jak go złapać. I tutaj nasi policjanci wykazują się genialnym wręcz sprytem. „Podwojono liczbę patroli, którym wydano polecenie, aby starały się być jak najbardziej widoczne. (…) Każdego, kto wydałby się im podejrzany, miały legitymować pod pierwszym lepszym pretekstem.” Prawda, jakie to proste? Dodam, że akcja dzieje się w dwumilionowej Warszawie, a policja nie ma pojęcia, gdzie morderca mieszka. Na jego trop wpadają oczywiście przypadkiem. I kiedy już wiedzą, gdzie się zaszył i mają świadomość, że facet jest bestią, przy której Hannibal Lecter to dzidziuś z piaskownicy, jadą na akcję jak na wczasy w Wiśle. Nietrudno przewidzieć, jakie będą konsekwencje.
         Nad czarną samicą kruka, która krąży nad wszystkim i pełni podobną rolę, jak kaszalot w „Królu” Twardocha (recenzja z października 2016), czyli jest kiczowatą metaforą wszechpotężnego zła, już nie mam siły się pastwić. Musiałabym się zamienić w samicę wilka i zawyć.
         Przeczytałam na okładce, że jedną z największych pasji autora są podróże, kolarstwo górskie i biegi przełajowe. Drogi panie autorze – a więc ma pan jakiś cel w życiu. Proszę się na tym skupić i nie pisać więcej. Czytelnicy będą panu wdzięczni.

niedziela, 15 stycznia 2017

Daniel Dan „Czerwony kapitan” Ocena: 2/6


STARE PRZYGODY PANA SAMOCHODZIKA
         Naprawdę żałuję, że moje pierwsze spotkanie ze słowackim kryminałem skończyło się tak wielkim rozczarowaniem. Tym bardziej szkoda, bo tak dobrze się to zapowiadało. Niezłe wejście, fajne, barwne postaci detektywów, specyficzny „czeski humor”, chociaż słowacki, no i bulwersujący temat, którego w Polsce nikt jeszcze w powieści nie odważył się poruszyć – współpraca najwyższych władz kościelnych z bezpieką. Akcja dzieje się na początku lat 90-tych ubiegłego wieku, tuż po transformacji ustrojowej, klimat jak z „Psów” Pasikowskiego – nowi i starzy policjanci, nawet jeśli pozytywnie zweryfikowani, to nigdy nie wiadomo, czy można im ufać. Przyznajcie sami - można sobie było zaostrzyć apetyt. Aż tu nagle…
         Aż tu nagle, ni z gruchy, ni z pietruchy wyskakuje królik z kapelusza. Kiedy wydawałoby się, że wszystko zmierza do szczęśliwego rozwiązania niespodziewanie pojawia się… skarb Templariuszy. Tak! Dokładnie ten sam motyw z którym mieliście już do czynienia w stu piętnastu powieściach, poczynając od przygód Pana Samochodzika, a na wyczynach Roberta Langdona kończąc. Gdyby jeszcze ten do bólu zgrany temat podany był w jakiś strawny sposób, może jeszcze dałoby się to znieść. Ale autor po prostu przerywa narrację, żeby wpleść w książkę tasiemcowy wykład o historii zakonu. Nie pomógł nawet rewelacyjny, jak zawsze Maciej Stuhr (książkę tę miałam okazję poznać w wersji audio) – ponad godzinny wykład,  nawet w mistrzowskiej interpretacji ciągnął się jak okupacja Sejmu przez posłów opozycji i tak samo skończył – nijako.
         Na podstawie tej książki powstał film. Mam nadzieję, że scenarzyści mieli na tyle oleju w głowie, żeby przynajmniej w filmie dać spokój Templariuszom. Jakoś jednak zupełnie nie mam ochoty, żeby to sprawdzić.

czwartek, 15 grudnia 2016

Wojciech Chmielarz „Osiedle marzeń” Ocena 4/6



DO NIEZOBACZENIA W NASTĘPNYM ODCINKU
         Z głębokim żalem donoszę, że Wojciech Chmielarz dołączył do niechlubnego grona polskich pisarzy kryminalnych, którzy w swoich powieściach stosują techniki zaczerpnięte z telenoweli. Maniera ta szerzy się wśród naszych twórców w sposób zatrważający i sama już nie wiem, czy to po prostu znak czasów, bo wszyscy dzisiaj idą na łatwiznę, czy może ze mną jest coś nie tak, bo wymagam zbyt wiele?
         W przypadku Wojciecha Chmielarza mój żal dlatego jest tak głęboki, że do tej pory uważałam go za bardzo rzetelną firmę. Trzy poprzednie książki z Jakubem Mortką postawiły poprzeczkę bardzo wysoko. W „Osiedlu marzeń” też przez długi czas wydawało się, że ciężko będzie napisać ciekawą recenzję, bo o czym tu pisać, kiedy wszystko jest tak solidnie przemyślane i niemal wzorcowe? Są zmyły, zwroty akcji, ciekawe watki poboczne i nagle… koniec. Autor wprawdzie łaskawie wyjaśnia nam, kto zabił (niestety, pomimo podrzucania wielu mylnych tropów nie jest to zaskoczeniem, z powodu niefortunnych sformułowań zawartych w prologu), ale aż trzy niesłychanie ważne, kryminalne wątki pozostawia bez zakończenia. Kto kogo zamordował nad Wisłą i dlaczego? Kto jest wtyką w policji? Co było na zdjęciach Zuzanny?
         Ależ drogi czytelniku, nie wściekaj się, że tego nie wyjaśniłem – już słyszę w głowie głos autora. Dowiesz się wszystkiego w następnym odcinku. Tylko że, drogi panie autorze, zanim pan wyda kolejną książkę, to ja już przeczytam pewnie ze trzydzieści innych, i zabij mnie, ale dawno wyrzucę z pamięci, jak się „Osiedle marzeń” skończyło (a raczej – nie skończyło). Powieści kryminalnych nie czyta się przecież po to, żeby wysnuć z nich przesłanie na całe życie. Na pewno będę jednak pamiętać, jakeś pan mnie zrobił w balona i zostawił z ciekawością niezaspokojoną. Katarzyna Bonda robiąc to samo w „Okularniku” skutecznie mnie zniechęciła do przeczytania „Lampionów”.
         Być może jestem w mniejszości, a wierni czytelnicy poczują się takim manewrem wręcz zachęceni i z niecierpliwością będą czekać na kolejny tom? Mnie jednak takie zabiegi bardzo źle się kojarzą. To taka polityka wielkich korporacji: jak już złapaliśmy klienta, to go mamy i nie musimy się wysilać. Nowemu damy rabat 50%, a staremu wystarczą życzenia na Święta. W imieniu starych klientów dziękuję za życzenia.

czwartek, 8 grudnia 2016

Robert Bryndza „Dziewczyna w lodzie” Ocena: 5/6


KIEDY SKROMNOŚĆ POPŁACA
        Nazwisko Bryndza zabrzmiało całkiem swojsko. Ale nie, zmyła, to nie polski debiutant z Podhala, na którego należałoby zwrócić uwagę. Jakimś rykoszetem wpadła mi do ucha informacja, że autor mieszka na Słowacji. Dobrze, myślę sobie, nareszcie jakaś świeżość, po tych wszystkich Norwegach i Szwedach. Kolejna skucha. Autor urodził się w Wielkiej Brytanii, a akcja „Dziewczyny w lodzie” rozgrywa się w stolicy Zjednoczonego Królestwa. No tak, napisał po angielsku, londyńskie realia zawsze dobrze się sprzedają, nic dziwnego, że powieść trafiła na listy bestsellerów.
        Skąd ten sarkazm? Książka jest bardzo przyzwoicie napisana. Jak na debiutanta, to w ogóle świetnie. Wciągająca akcja, żadnego przynudzania, smaczki z wielkiego świata, zakończenie zaskakuje. Nawet upierdliwy recenzent nie bardzo będzie miał się do czego przyczepić (może dlatego, że nie zna na tyle dobrze angielskich realiów). Ale… mam wrażenie, że wszystko to już gdzieś było. I znów odrobina promocji (zupełnie jak w przypadku „Dziewczyny z pociągu”, nomen omen) wynosi książkę poprawną, a nawet dobrą na niepotrzebnie wysokie szczyty, co sprawia, że oczekujemy czegoś więcej, a dostajemy to, co zwykle, więc jesteśmy rozczarowani.
        Dlaczego więc oceniam tę powieść tak wysoko? Przyznam się szczerze, że to piątka naciągana. Autor najpierw ujął mnie tym, że w posłowiu poprosił czytelników o przesyłanie krytycznych uwag, a potem rozbroił zupełnie pisząc, że „czyta każdą wiadomość i zawsze odpisuje”. Nawet jeśli to już nieprawda (autor nie przewidział, zdaje się, aż tak dużego sukcesu książki, więc pewnie się z odpisywaniem na maile nie wyrabia), to i tak intencje zacne. Bierzcie przykład, drodzy polscy autorzy.

piątek, 2 grudnia 2016

Joanna Opiat-Bojarska „Niebezpieczna gra” Ocena: 4/6

PSYCHOLOG WŁAMYWACZ
        Upierdliwy recenzent jest gorszy od Tatarzyna. Ale jak recenzent ma się nie złościć, kiedy czyta kolejny polski kryminał, który niby jest w porządku, ale jednak nie do końca. Fajnie się czyta, intryga najpierw przyzwoicie zakręcona, a potem  ładnie wyprostowana, pomysł wyjściowy ciekawy (w tym wypadku amnezja niedoszłej ofiary zabójstwa), ale jednak pojawiają się błędy, niesłychanie łatwe do wyeliminowania, a jednak przeoczone przez autorkę. Nie są to na szczęście błędy z gatunku „zęby bolą”, tak jak u Remigiusza Mroza, ale jednak pozbycie się ich sprawiłoby, że mogłabym z czystym sumieniem polecić tę książkę wielbicielom gatunku. A tak – znowu muszę się czepiać.
        Aż mi się wierzyć nie chce, że wśród wszystkich tych, którym autorka złożyła serdeczne podziękowania za pomoc przy pisaniu książki nie znalazła się ani jedna osoba, która nie zwróciłaby jej uwagi na potknięcia. Dlaczego takie rzeczy nie zdarzają się (no dobrze, zdarzają, ale sporadycznie) u Szwedów, Anglików czy Francuzów? Czy u nas redaktorzy są redaktorami tylko z nazwy? Czy autorzy tak bardzo przekonani są do swojej racji, że nie dadzą sobie przetłumaczyć, że tu i ówdzie przydałyby się zmiany? Nie piję tu, broń Boże, do Joanny Opiat-Bojarskiej, bo nie mam żadnych podstaw ku temu, tak ogólnie tylko wylewam żale, bo akurat się nazbierało.
        No więc o co się czepiam? Kochana autorko! Sama posłuchaj jak to brzmi: atrakcyjna, młoda pani psycholog włamuje się do mieszkania handlarza dziełami sztuki, a raczej pasera, powiązanego mocno ze światem przestępczym, używając do otwarcia drzwi wsuwki do włosów. Kiepsko, co? Facet, który przechowuje w domu przedmioty wielkiej wartości miałby mieć tak tandetny zamek? Włamująca się kobitka jest cudotwórcą? No naprawdę, już prędzej bym uwierzyła, że drzwi były otwarte, bo na przykład, rzeczony paser został wcześniej uprowadzony.
        Druga rzecz niby drobna, ale istotna. Piętnastoletnia dziewczynka pod żadnym pozorem, nawet dwadzieścia lat temu nie mogłaby trafić na noc na policyjny „dołek”. Od tego są Izby Dziecka. Żyjemy wciąż jeszcze w cywilizowanym kraju (chyba). Cały ten wątek zresztą jest niepotrzebnie rozdmuchany. Ani nie widać, żeby traumatyczne przeżycie wywarło jakiś wpływ na bohaterkę, ani sprawca przestępczego czynu nie został ukarany. I proszę mi tu nie tłumaczyć, że to się wyjaśni w następnym odcinku. Powieści kryminalne to nie serial telewizyjny. Läckberg i Marklund też piszą serie, a takich numerów nie robią. I jedną i drugą zaczęłam czytać od środka i zupełnie mi to nie przeszkadzało. Warto brać przykład z fachowców i trzymać się podstawowej zasady: czytelnik może najpierw sięgnąć po ostatnią książkę z serii, a potem po pierwszą i nie powinien tego nawet zauważyć.

sobota, 26 listopada 2016

Mariusz Czubaj „R.I.P.” Ocena: 4/6


DAJCIE MI GŁOWĘ MARIUSZA CZUBAJA
        Syd Field, guru amerykańskich scenarzystów na jednym z wykładów w Warszawie powiedział kiedyś, że jeśli przez pierwsze dziesięć minut filmu nie zorientujesz się, o co w nim chodzi, możesz przestać go oglądać. Mariusz Czubaj zapewne nie słyszał nigdy tego zalecenia, bo przez cały prolog robi wszystko, żeby zniechęcić czytelnika do dalszego czytania (i proszę mi tutaj nie protestować, że film i książka, to nie to samo) . Cały ten wstęp służyć ma, jak się domyślam, „zagęszczaniu atmosfery zagrożenia”, ale wywołuje zupełnie odwrotne skutki. Skoro przez cały czas nie wiemy ani o kogo chodzi, ani co się dzieje, ani dlaczego, opowiadana historia w ogóle nas nie obchodzi. Jak mam się wciągnąć w akcję, kiedy przez cały czas zastanawiam się, co autor chciał powiedzieć? Dlatego, jeśli sięgniecie po tę książkę, radzę ominąć prolog (albo przewinąć na szybkich obrotach, jeśli mi nie ufacie), bo nie ma w nim nic, bez czego nie można by się obejść i co nie zostałoby wystarczająco wyjaśnione w dalszej części powieści. Na szczęście, dalej jest już dużo lepiej.
        Historia opowiedziana jest w konwencji czarnego kryminału, o westernowym, jak wyjaśnia autor w posłowiu charakterze. Jeżeli tak jak ja (i bohater powieści, więc pewnie również i sam autor) jesteście fanami Jacka Reachera, będziecie wiedzieć, do czego to musi prowadzić. Ale przecież, za to kochamy Jacka.
        Narracja (poza tym nieszczęsnym prologiem) prowadzona jest bardzo sprawnie, wszystkie wątki precyzyjnie się przeplatają i uzupełniają, nad każdym „i” postawiona jest kropka. Nawet to, że nie do końca wyjaśniona jest tożsamość mordercy - nie przeszkadza. W tym akurat wypadku zgadzam się z Mariuszem Czubajem – czasami nie wszystko należy podawać czytelnikowi na tacy.
        I mogłabym nawet odpuścić autorowi ten nieudany wstęp i ocenić tę książkę na pięć z minusem, gdyby nie jeden element układanki, który w całej tej historii najbardziej uwiera. Dlaczego tak bezwzględny i łebski mafiozo, kiedy dostaje w worku „głowę Alfreda Garcii”, tak łatwo daje się podpuścić dostawcy przesyłki i obdarza go całkowitym zaufaniem? Zupełnie w to nie wierzę. Nawet Jackowi Reacherowi by to się nie udało.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Bartosz Szczygielski „Aorta” Ocena: 4/6


DLACZEGO?
        Przez dziewięćdziesiąt pięć procent książki (wybaczcie tę chirurgiczną precyzję, ale tak to jest, kiedy się korzysta z czytnika) miałam szczerą nadzieję, że będę miała okazję skomplementować debiutanta, wyrażając nadzieję, że dołączy do panteonu naszych twórców kryminalnej literatury i zdetronizuje jej aktualnych liderów. Chciałam wypomnieć tylko drobiazgi – trochę schematycznego głównego bohatera (zgorzkniały gliniarz przed czterdziestką, po zawodowych przejściach, z żoną, która, jak w amerykańskich filmach obraża się, że mąż poświęca jej zbyt mało uwagi) i redakcyjne błędy, które łatwo zwalić na niedopilnowanie przez wydawcę (bohaterowie książki mają prawo używać wulgaryzmów, ale redaktor powinien uświadomić autorowi, że wulgaryzmy odautorskie są po prostu żenujące).
        Co spowodowało, że zmieniłam zdanie? Rzecz jasna – zakończenie, czyli to, co w polskich powieściach kuleje najczęściej.
        Szczygielski posługuje się swobodnie barwnym językiem, buduje krwiste, ciekawe postaci, sprawnie prowadzi wątki, buduje klimat tajemnicy i trzyma czytelnika w napięciu. Ale po co to wszystko, kiedy końcówka nie przynosi czytelnikowi żadnej satysfakcji? I nie chodzi mi wcale o ten motyw z żoną, wypisz wymaluj jak z jednej z powieści Lemaitre’a (nie ostrzegam, że to spoiler, bo naprawdę tylko wtajemniczeni domyślą się o co chodzi). Co z tego, że dowiadujemy się, kto zabił, skoro nie znajdujemy odpowiedzi na pytanie – „dlaczego?”. Wyjaśnienie autora uważam za niewystarczające, ponieważ nie jest podbudowane rzetelną analizą psychologiczną. Wiem, że autor potrafiłby to zrobić, do psychologii pozostałych postaci nie mam zastrzeżeń. Psychologia mordercy jest najbardziej niedopracowana.
        Pytanie „dlaczego” pojawia się zresztą w innych kontekstach: dlaczego jeden z policjantów zastrzelił podejrzanego?, dlaczego w końcu Marta kreśliła te grafy?, naprawdę, tylko żeby szybciej przenosić się z miejsca na miejsce? (ten wątek zupełnie niczego nie wnosi, oprócz tego, że autor popisuje się znajomością matematyki), dlaczego, skoro była tak inteligentna i twarda, nie znalazła innego sposobu, żeby się uwolnić? Im więcej takich niewyjaśnionych „dlaczego?” w powieści kryminalnej, tym bardziej czytelnik czuje się zawiedziony.
        Nie skreślam Szczygielskiego, broń Boże. Daję mu duży kredyt zaufania. Potencjał ma spory i mam nadzieję, że nabierze doświadczenia i będzie potrafił je wykorzystać. Do panteonu jednak jeszcze droga daleka.

wtorek, 8 listopada 2016

Gillian Flynn „Zaginiona dziewczyna” Ocena: 5/6


NIEHOLLYWOODZKIE ZAKOŃCZENIE
        Dokładnie przez połowę książki – całą pierwszą część - zastanawiałam się, co takiego zobaczyli w tej historii w Hollywood, że zdecydowali się na ekranizację. Opowieści o zaginięciach z natury rzeczy muszą być sztampowe. Są tylko dwie opcje: pierwsza – „zaginiony” ucieka, bo ma wszystkiego dość i pozoruje zaginięcie, a nawet własną śmierć, bo z różnych powodów tak mu wygodniej, i druga – zaginiony zostaje zamordowany, albo gdzieś przetrzymywany i trzeba odkryć, kto i dlaczego to zrobił. Nie mówię tu o historiach typu „porwanie dla okupu”, bo to zupełnie inna kategoria.
        W drugiej części, kiedy ślimacząca się akcja wykonała zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i nareszcie zaczęła wciągać jak trzeba, powody przeniesienia książki na ekran stały się oczywiste – sztampowa z pozoru historia została ujęta w zupełnie niekonwencjonalny sposób. I od razu pojawiła się ciekawość – jak oni to zrobili? W książce, przynajmniej w jej pierwszej połowie mnóstwo istotnych informacji przekazanych jest literackim, zupełnie nieprzekładalnym na ekran tekstem. „Już nie kochałem własnej żony” łatwo napisać, ale tylko scenarzysta wie, ile się trzeba namęczyć, żeby przełożyć na obraz to, co pisarz skwitował jednym zdaniem.
        Może nie powinnam oglądać filmu zaraz po przeczytaniu książki, może nie warto było tak bardzo wierzyć w potęgę amerykańskich scenarzystów. Niełatwo ogląda się film, kiedy wiadomo jak się skończy. Chociaż, to akurat w Hollywoodzie zupełnie nie jest regułą. Pamiętacie „Firmę” według Grishama? W filmie zupełnie inne zakończenie niż w powieści. I nie mówcie, że tak czy inaczej happy end, bo to jednak różnica, czy bohater cieszy się skromnym życiem zarabiając jako uczciwy prawnik, czy pije drinki z palemką na Karaibach.
        I na coś takiego właśnie po cichu liczyłam, że scenarzysta zakończy tę historię zgodnie z oczekiwaniami widza, czyli zło zostanie ukarane. Tymczasem przedstawione zakończenie sprawdziłoby się pewnie w europejskim filmie pokazywanym na festiwalu w Wenecji, ale nie w filmie, który jest gatunkowym thrillerem. O ile pisarzowi wszystko wolno, to reżyser powinien wyczuć, że coś z tym jest niehalo. Myślę, że głównym błędem Finchera było zbyt duże zaufanie do scenarzysty. Kiedy autor, złączony przecież efektem ojcostwa ze swoim dziełem samodzielnie dokonuje przeniesienia własnej książki na ekran, brak zaufania powinien pojawiać się z automatu.
        Gillian Flynn pisząc scenariusz, niestety, poszła na łatwiznę. Historia filmowa jest prawie, że wierną kopią książki, z niewielkimi skrótami. Teksty z pamiętnika odczytywane są przez bohaterkę z offu – najprostsze rozwiązanie. Podrzucanie fałszywych tropów przez pierwszą połowę filmu dłuży się podobnie jak w książce. Przez to brakuje czasu, żeby psychologicznie uzasadnić motywy działania Amy w końcówce. Poza tym, jeśli czytam, jak ona to zrobiła, jakoś w to wierzę (w powieści zostało to logicznie wyjaśnione). Kiedy widzę bardzo sugestywny obraz filmowy, od razu włącza się światełko alarmowe. No nie, niemożliwe, żeby tak to się działo, a policja była aż tak głupia. Zwłaszcza, że w domu były kamery (nowy, zupełnie niepotrzebny wątek wprowadzony przez scenarzystkę). Widz zauważył, że nie tak to się odbywało, jak zeznała Amy, a policja była ślepa? W książce upływ czasu jest wyraźnie odczuwalny. W filmie wydaje się, że w końcówce wszystko dzieje się zbyt szybko; plansza z napisem „kilka tygodni później” nie rozwiązuje problemu, bo na takie napisy widz nie zwraca uwagi. I jeszcze – w książce nie mamy wątpliwości, co do chorobliwego stanu umysłu Amy, wiemy kto tu jest ten zły, a kto lepszy (bo na pewno nie dobry), kto kiedy mówi prawdę, a kto kłamie. Filmowy widz został pozbawiony tej wiedzy. Mamy za to wątpliwej jakości „analizę rozpadu więzi między małżonkami”. Szkoda.
        Wniosek? Z całkiem interesującej książki powstał taki sobie film. Bardzo jestem ciekawa, jak „Zaginioną dziewczynę” odbierają ci, którzy najpierw zobaczyli film, a potem sięgnęli po książkę. Mnie to doświadczenie nie będzie już dane.

sobota, 5 listopada 2016

Marek Krajewski „Mock” Ocena: 6/6


KRAJEWSKI REDIVIVUS
        Uff, co za ulga. Marek Krajewski znów w najwyższej formie.
        Kiedy znęcałam się nad jego poprzednią książką („Arena szczurów”, recenzja: czerwiec 2016 na czytacz.pl), wytykając zmęczenie materiału i sugerując nieśmiało, że pora na zmiany, oczywiście tych zmian oczekiwałam, ale nie przypuszczałam, że pójdą one takim kierunku.
        Marek Krajewski wpadł na pomysł genialny. Zamiast tworzyć nowe, nieznane światy wrócił do swojego, dobrze nam znanego, zaprzyjaźnionego bohatera. Pokazał jednak Eberharda Mocka w takim momencie życia, w którym mógł go przedstawić jako zupełnie nową postać. Poznajemy detektywa w latach bujnej młodości, kiedy miał jeszcze tylko dwa ubrania – odświętne i robocze. Jeszcze nie jest zgorzkniały, jeszcze zżera go ambicja. Dzięki temu możemy znów zanurzyć się w świat Wrocławia z początków XX wieku, a w świecie tym autor czuje się jak ryba w wodzie i opisuje go tak barwnie, że czytelnik odczuwa wręcz fizyczną przyjemność z przebywania w opisywanych realiach. Tu nie mogę powstrzymać się od porównania z równie soczystymi opisami przedwojennej Warszawy w „Królu” Twardocha (recenzja: październik 2016). Wrażenia podobnie pozytywne, na szczęście Krajewski nie udaje, że pisze „wielką literaturę” i nie wciska nam kaszalotów. Intryga jest przeprowadzona wzorowo i doskonale przemyślana. Powieść trzyma w napięciu, autor myli tropy, każdy wątek jest potrzebny i wszystkie pasują do siebie jak najlepszej jakości puzzle. Mnóstwo dobrych pomysłów i nie ma poczucia chaosu ani przesytu. Nie przeszkadza mi nawet siedemdziesiąte ósme w tym roku nawiązanie przez polskiego pisarza do masonerii, bo w opisywanych realiach ten akurat motyw się sprawdza.
        Świetny jest też pomysł z prologiem i epilogiem w innych ramach czasowych. I znowu mamy zupełnie innego Mocka, i jaki potencjał, żeby wykorzystać ten wątek w przyszłości! Już się nie mogę doczekać.
        I tylko jeden zarzut mi przychodzi do głowy – ta powieść jest zbyt inteligentna jak dla naszych rodzimych czytaczy kryminałów. Oni wolą dawać sobie wciskać kit przez swoich „literaturowych księciów” (tak na wszelki wypadek piszę w cudzysłowie, bo wielbiciele księciów mogą nie załapać ironii).
        Tak więc, panowie – czapki z głów. Drogie panie – wyciągamy białe chusteczki i machamy, machamy, machamy, machamy.

poniedziałek, 31 października 2016

Anna Fryczkowska „Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)” Ocena: 4,5/6


SABAT KRÓLOWYCH
        Cztery z plusem to najgorsza z możliwych ocen. To jak drugie miejsce na podium. Żal, że zwycięstwo było tuż-tuż i przeszło bokiem. Czego tym razem zabrakło, żeby satysfakcja z lektury była całkowita?
        Autorka fantastycznie bawi się konwencją i namawia do tej zabawy czytelnika. Nawiązania do powieści Agaty Christie sprawią przyjemność wszystkim wielbicielom prawdziwej królowej kryminału, a myślę, że jeśli ktoś nie kocha Agaty, to nie kocha kryminału.
        Dowcipne, ironiczne i celne ciosy w nasze rodzime „królowe” tego gatunku rozbawią nawet tych, którzy nie mają wystarczającej wiedzy, żeby odczytać tę książkę jako powieść z kluczem.
        Postaci kobiece są barwne, różnorodne, dociekanie – kto zabił – to jeden z elementów wspomnianej na początku zabawy z konwencją.
        Ta książka jest bardziej kobieca, niż mężczyźniana, ale panom również polecam lekturę. Przynajmniej czegoś się o nas dowiedzą. Mężowie, mając świadomość jak często własne żony pragną ich zabić, może nawet zastanowią się nad swoim postępowaniem?
        Dlaczego więc się czepiam? Zakończenie. To, kto zabił nie jest specjalnym zaskoczeniem. To, jak uniewinnić zabójcę – mogłoby być hitem. Oczekiwałam Salomonowego wyjścia w stylu Agaty, jak na przykład w tej anegdocie o dwóch prawnikach jadących samochodem, z których jeden spowodował wypadek, ale żadnego nie można było skazać, bo obaj przyznali się do winy. Za późno na taką podpowiedź. Rozwiązanie zaproponowane przez autorkę jest zbyt łatwe. Policjanci naprawdę nie są tacy głupi. A co, jeśli policja szybko odnajdzie sprawcę i wysłucha jego wersji wydarzeń? A kiedy jeszcze dowiedzą się, jakie relacje wiążą go z domownikami? Żal.
        Ale, co ja się czepiam? Na tle „dzieł” rozlicznych królowych, książąt i księciuniów naszej literatury kryminalnej „Sześć kobiet…” i tak błyszczy jak złoto. Czepiam się więc, żeby błyszczało nie tylko na tle.