poniedziałek, 11 października 2021

Piotr Borlik „Tajemnica wzgórza trzech dębów” Ocena: 1/6

DYRDYMAŁY OD PAŁY

Lewa półkula mojego mózgu musi chyba mocno rządzić prawą, bo kiedy tylko natrafiam w książkach na sytuacje sprzeczne z zasadami logiki (czytaj: horrendalne bzdury), od razu zapominam, że literatura może mieć również jakieś walory artystyczne. Kierowana przymusem wewnętrznym odkładam lekturę, licząc na to, że znajdę innych, nowych autorów, którzy nie będą robili wody z mózgu czytelnikowi. Piotr Borlik już zaliczony, i na pewno nie będzie miał we mnie zagorzałej czytelniczki. Niezagorzałej - też nie.

Piotr Borlik kreuje w „Tajemnicy wzgórza trzech dębów” świat tak absurdalny i fizycznie niemożliwy, że książka ta może i będzie strawna dla wielbicieli powieści fantasy, ale czytelnik spodziewający się współczesnego kryminału dość szybko się nią udławi.

Zaczyna się tak: przemysłowiec obserwuje z dumą wyjście robotników z własnej fabryki. Powodem do dumy jest również fakt, że „każdy młody mężczyzna z jego rodu musi przepracować swoje w rodzinnej fabryce (…) a w pewnym momencie ojciec musi przekazać firmę pierworodnemu, nawet jeśli młodsi synowie bardziej się do tego nadają”. Klimat jak z „Ziemi obiecanej”, a zwyczaje, jak w rodzinie królewskiej – ale to zmyła. Wszystko dzieje się tu i teraz.

Absurdy w tej książce są dwojakiego rodzaju. Na pierwsze mogę przymknąć oko i przyjąć jako konwencję fantasy, obecność drugich jest jednak niedopuszczalna. Dowodzą one albo ignorancji autora w dziedzinie polskiej historii, albo niefrasobliwości w jej traktowaniu. Biorąc pod uwagę, że książka może wpaść w ręce podobnych ignorantów, utrwalając fałszywe wizje historii i błędne stereotypy i przysługując się do tworzenia kolejnych pokoleń ignorantów - taka działalność powinna być karana (przynajmniej zgryźliwą recenzją, jeśli inaczej się nie da).

Fabrykant wstydzi się, że rodzina nigdy nie miała tytułu szlacheckiego, a nosi nazwisko… Potocki (!). Jeżeli ktoś nie wie – doinformuję: to jedno z najbardziej znanych w Polsce szlacheckich nazwisk. Nie można było sobie tego wygooglować?! Redaktor też nie miał w szkole lekcji historii i tego nie wyłapał?

U Potockich rodzą się sami chłopcy. W każdym pokoleniu pierworodny syn ma zawsze trzech synów (niepierworodnym zdarzają się córki). I tak od kilku pokoleń. Nawet u Martina by to nie przeszło, ale co tam, pan autor sobie wymyślił i tak ma być.

Na terenie posiadłości rosną tylko trzy dęby, a żadne inne drzewa nie chcą rosnąć. No nie chcą. Wszystkie pozostałe rośliny - tak, ale drzewa - nie. Autor znów śmignął czarodziejską różdżką, i ma, co chce.

Ród Potockich od wielu pokoleń nieprzerwanie zarządza fabryką metalurgiczną i zamieszkuje w ogromnym pałacu. To chyba w alternatywnej rzeczywistości, w której nie było II wojny światowej i zajęcia fabryki przez Niemców, przez polskie ziemie nie przetoczyła się Armia Czerwona i nigdy nie było komuny. Fabryka nie została więc znacjonalizowana, właściciele nie stracili majątku, pałac nie został im odebrany i przeznaczony na siedzibę PGR-u albo Technikum Rolniczego i nie musieli odzyskiwać ruiny w latach 90-tych ubiegłego wieku, gdy już upadła komuna. I tak sobie żyją spokojnie, pomnażając majątek od kilkudziesięciu lat. Obawiam się, że znajdą się ludzie, którzy pomyślą, że to może być prawda, a biorąc pod uwagę liczbę pozytywnych ocen tej książki, obawa zamienia się w pewność.

Cała rodzina mieszka w pałacu wraz z liczną służbą. Cztery pokolenia w jednym miejscu. A w każdym pokoleniu przynajmniej trzech synów. Pałac wprawdzie ogromny, 34 pokoje, ale dajcie spokój! Wytrzymalibyście życie z rodzinką w takim zagęszczeniu, z despotycznym dziadkiem i masą durnowatych krewnych? Nawet gdybyście dostawali papu za darmo, a służąca prałaby wam gacie? W pałacu jest jeszcze krawcowa na etacie. Może to by was zachęciło? Autor chyba się zainspirował „Downton Abbey”, ale oglądał nieuważnie i epoki mu się pomyliły.

Kobiety w tej rodzinie nie mają prawa pracować. I większość, bez problemu się z tym godzi. Wyemancypowane jednostki przytrafiają się sporadycznie i pracują na czarno, ukrywając ten fakt przed seniorami rodu.

I wreszcie dochodzimy do intrygi, bo przecież podobno to kryminał. Przechodzę do porządku dziennego nad faktem, że policja przestaje interesować się prowadzeniem śledztwa w sprawie morderstwa w pałacu już po kilku dniach, ponieważ jestem w stanie zaakceptować wyjaśnienie, że można taki efekt uzyskać opłacając odpowiednie osoby odpowiednio wysokimi kwotami.

I tak na scenie zbrodni pojawia się prywatny detektyw. Jego dochodzenie polega na tym, że przepytuje kolejnych członków rodziny, ale nikt nie chce odpowiadać na jego pytania. Po kolejnym wujku, który w długiej rozmowie o niczym, miał do powiedzenia jedynie tyle, że nie ma nic do powiedzenia, nie zdzierżyłam. Basta! Panu Borlikowi już dziękujemy.

I jeszcze gwóźdź do trumny albo wisienka na torcie, co tam wolicie. Najciekawsza jest metoda pracy detektywa. Otóż zerka on sobie w ogromne lustro i ma wizje. I od razu wie, jak się sprawy mają. I po co to lustro? Przecież wystarczyłaby szklana kula, spiczasty kapelusz i czarodziejska różdżka.Lubicie bajki? To przeczytajcie „Małego Księcia”. Oczywiście, zamiast

 

wtorek, 28 września 2021

Joseph Conrad „Jądro ciemności” Ocena: 4/6

WITAJCIE W NIEDZISIEJSZYCH CZASACH

Dopiero kiedy odnalazłam tę książkę w swojej biblioteczce przypomniałam sobie, że już ją przecież czytałam. Tylko kompletnie wyleciało mi to z głowy. Czyżby nie zrobiła na mnie wrażenia?

Spoglądam na rewers okładki: naklejka z ceną 12000 zł. Czyli pewnie musiałam ją przeczytać przed reformą walutową, ponad ćwierć wieku temu. Dlaczego jednak po tej lekturze nic mi nie zostało w głowie? Jest wiele książek, które przeczytałam w zamierzchłej przeszłości, a przecież zostawiły w pamięci jakiś ślad.

Zaczęłam czytać późnym wieczorem i nie dałam rady. To książka z rodzaju tych, w których każde słowo się liczy. Nie wolno przeskakiwać wzrokiem do kolejnych akapitów, zanim nie dotrze do nas, co autor powiedział w poprzednim zdaniu.

Ranek przyniósł świeży umysł. Przez kilkanaście pierwszych stron zachwycałam się językiem, ale im dalej, tym było mi trudniej. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego powieść, która we wszystkich poważnych rankingach mieści się w pierwszej setce książek wartych przeczytania, nie robi na mnie oczekiwanego wrażenia.

Język powieści wcale nie jest tak archaiczny, jak można by się spodziewać, dziś też tak można by pisać. To, co najbardziej mnie uwierało, to proporcje między opisami, dialogami i refleksjami narratora. Gdyby były inne, ze wskazaniem na bardziej powściągliwe stosowanie tych ostatnich, miałabym więcej satysfakcji z lektury. Wolę po prostu, kiedy autor przedstawia bohatera w działaniu, mniej mnie interesują jego przemyślenia na wszystkie tematy. Ale to tylko moje subiektywne wrażenie, nie należy się nim sugerować.

Gdy dotarłam do pierwszego miejsca, w którym chciałam na kartce zagiąć róg (kto nigdy nie zaginał rogów niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem) zauważyłam, że ten sam róg już wcześniej został zagięty. Nadzieja wróciła. Może jednak będzie mi z Conradem pod drodze.

Charlie Marlow, narrator opowieści i alter ego autora, zostaje kapitanem parowca, który płynąc rzeką Kongo ma dotrzeć do serca Afryki, aby odebrać cenny ładunek – kość słoniową. Marlow jedzie tam wiedziony ciekawością, chce zobaczyć miejsca, które na mapie są tylko białą plamą. Wyprawa nie ma jednak w sobie nic z romantyzmu i przygody. Narrator znajduje się w centrum ostrej walki o handel i wpływy, musi zderzyć się z chciwością i fałszem białego człowieka. W książce nie pada nazwa kraju, ale Conrad pisał tę książkę na podstawie własnych doświadczeń, a właśnie w Kongo zamustrował się na pokład belgijskiego statku.

Podróż w głąb Afryki jest niezwykle niebezpieczną wyprawą do jądra ciemności. Człowiek musi się zmagać nie tylko z klimatem, zagrażającą na każdym kroku przyrodą, ze śmiertelnymi egzotycznymi chorobami (w czasie tego pobytu Conrad kilka razy chorował na febrę i dyzenterię), ale przede wszystkim walczy sam ze sobą. Chodzi o to, aby nie zostać trybem tej machiny, jednym z łupieżców, którzy traktują ludzi innego koloru skóry jak przedmioty. W tym osobistym zmaganiu największą rolę odgrywa poczucie odpowiedzialności za los innych. Opisy krzywd wyrządzanych lokalnej ludności przez kolonizatorów budzą przerażenie, a metody działania białych wyzyskiwaczy wołają o pomstę do nieba. Bez wątpienia, jest to niezwykle mocne potępienie kolonializmu, i musiało robić wielkie wrażenie w czasach, gdy książka została opublikowana. Powszechnie obowiązywały wtedy przecież poglądy, że Europejczycy pojawili się w Afryce „w celu krzewienia cywilizacji oraz dla innych humanitarnych i dobroczynnych celów”. A tymczasem Conrad opisuje, jak pod pozorem utrzymywania porządku przeprowadzano krwawe pacyfikacje, niszczono zasiewy i palono wioski, aby zmusić ludzi do wyznaczonej pracy, stosowano okrutne kary chłosty lub obcinania ręki, a powodem tego była zawsze chęć natychmiastowego zysku.

I to właśnie temat i sposób jego ujęcia – bardzo krytyczny w stosunku do norm propagujących „misję białego człowieka”, obowiązujących w ówczesnych czasach i długo, długo potem, sprawił, że książka ta trafiła do wszystkich kanonów literatury.

Patrząc na to z dzisiejszego punktu widzenia, sprawy już nie są tak oczywiste. Tylko czekać, aż na Conrada rzucą się ci sami aktywiści, którzy potępili Sienkiewicza za „W pustyni i w puszczy”. Jak można używać słowa Murzyn (prawie na każdej stronie), jak można pokazywać miejscową ludność jako takich dzikusów? Oczywiście, mocno ironizuję. Mam nadzieję, że aktywistom nie będzie się chciało przeczytać tej książki, w której, jeśli przyjęlibyśmy dzisiejsze, nadwrażliwe kryteria, poprawność polityczna nie istnieje. Ironizuję dlatego, że bardzo mnie złości, gdy ktoś przykłada współczesną miarę do oceniania zachowania ludzi albo interpretacji zjawisk, które miały miejsce w zupełnie innych czasach i okolicznościach.

A Conrad po prostu opisuje taką rzeczywistość, jaką widział. Trudno wymagać od ludzi, których świat ograniczał się do wioski w buszu, oddzielonych cywilizacyjnie od Europy o kilkaset lat (uprzedzam ataki), żeby zachowywali się jak dzisiejsi Afroamerykanie po Harvardzie. A ówcześni ludzie zachowywali się tak:

„- Złapać ich – wypalił Murzyn – i wytrzeszczył nabiegłe krwią oczy błyskając ostrymi zębami – złapać ich. Dać ich nam.

- Jak to, wam? – spytałem - a co byście z nimi zrobili?

- Zjeść ich – odrzekł zwięźle (…)”

Rzecz jasna, nie chodziło o antylopy. Conrad potrafi jednak zrozumieć takie podejście tubylców. „Czy znacie piekło przeciągłego głodu, jątrzące jego męczarnie, czarne myśli, ponure okrucieństwo? Otóż ja znam. Zwalczanie uczucia głodu pochłania wszystkie wrodzone siły człowieka. Łatwiej znieść utratę kogoś bliskiego, utratę honoru, potępienie niż tego rodzaju przeciągły głód.” Czyli nawet ludożerców można zrozumieć.

Kapitan Marlow również musi się dostosować do realiów:

„(…) w wolnych chwilach musiałam doglądać dzikusa, który sprawował obowiązki palacza. (…) jego widok oddziaływał równie budująco jak oglądanie psa w majtkach i kapeluszu z piórem, chodzącego na tylnych łapach. (…) Był użyteczny, ponieważ go wyszkolono, a oto na czym polegała jego wiedza: gdyby woda znikła z tej przezroczystej rzeczy, zły duch wewnątrz kotła wpadłby w gniew z powodu wielkiego pragnienia i zemściłby się straszliwie.”

Dla równowagi – opisy białych wyzyskiwaczy, chciwych, głupich, o morderczych skłonnościach, są równie plastyczne.

Powieść ma bardzo dobrą konstrukcję dramaturgiczną. Celem Marlowa jest nie tylko wykonanie przydzielonego mu przez kompanię zadania, ale również spotkanie z mitycznym Kurtzem – człowiekiem, przez jednych uwielbianym, a znienawidzonym przez drugich. Umiejętnie podsycana tajemnica – czy mamy do czynienia z wizjonerem, czy jak chcą inni – z wariatem powoduje, że czekamy na odsłanianie kolejnych elementów zagadki z coraz większą ciekawością. Długo wyczekiwane spotkanie celowo rozczarowuje – nie dostajemy jednoznacznego rozwiązania. Na szczęście, to nie koniec.

Kapitan Charlie Marlow to interesująca postać. Mówi o sobie tak: „(…) nienawidzę, nie cierpię, nie znoszę kłamstwa, nie dlatego, abym był bardziej prawy od reszty ludzi, ale po prostu dlatego, że kłamstwo mnie przeraża. Ma (…) jakąś cechę śmiertelności (…) o czym pragnę zapomnieć. Gdy stykam się z kłamstwem czuję się fatalnie i robi mi się mdło, zupełnie jakbym wziął do ust coś zgniłego”.

A jednak w ostatniej scenie książki Marlowe kłamie, i to do tego kobiecie. Może dlatego, że jak wcześniej stwierdził „(…) kobiety nie mają poczucia rzeczywistości. Żyją we własnym świecie, który właściwie nie istniał i istnieć nie może. Jest na to o wiele za piękny, a gdyby można taki świat zbudować, rozleciałby się przed zachodem słońca.” Romantyk z tego Conrada.

I dopiero ten spektakularny, domykający wszystkie wątki finał sprawił, że historia, którą śledziłam bez większych emocji, trochę jako ciekawostkę historyczno – etnograficzną (jednak!), nabrała dodatkowego wymiaru i szarpnęła za serce. Może i was poruszy.

#wyzwaniepodbatem #nakanapie.pl

 

czwartek, 16 września 2021

Ireneusz Iredyński „ Ryba płynie za mordercą” Ocena: 3/6

RYBA DRUGIEJ ŚWIEŻOŚCI

Od dawna chciałam  przeczytać tę książkę. Wznowienie w wersji elektronicznej ułatwiło sprawę. Iredyński wydał „Rybę…” w 1959 roku pod pseudonimem Umberto Pesco (nomen omen). W tym samym roku ukazał się pierwszy kryminał Macieja Słomczyńskiego „Powiem wam jak zginął” wydany pod pseudonimem Joe Alex. O ile nazwisko Alexa jest wielbicielom kryminałów dobrze znane, to Pesco został zapomniany. Może dlatego, że napisał tylko jedną książkę.

Obaj autorzy umieścili akcję swych powieści na Zachodzie (Iredyński we Włoszech, Alex w Anglii) i uczynili bohaterów prywatnymi detektywami. I stąd też zapewne pomysł na ukrycie się pod pseudonimami. Nie tylko dlatego, że kryminał był wtedy gatunkiem niegodnym ambitnego pisarza, ale chyba bardziej z tego powodu, że polsko brzmiące nazwisko autora byłoby niewiarygodne. W końcu oddzielała nas od Zachodu żelazna kurtyna, którą tylko nielicznym udawało się przekraczać, a i tak lepiej z tym było się nie afiszować.

Moja pierwsza refleksja po przeczytaniu tej książki nie spodobałaby się autorowi. Schemat powieści skopiowany jest z Raymonda Chandlera w stosunku praktycznie jeden do jednego. Narrację w pierwszej osobie prowadzi nadużywający alkoholu prywatny detektyw (nazwany tak samo jak autor Umberto Pesco), dla którego zapłata za robotę nie jest najważniejszym celem w życiu. Przyjaźni się z policjantem, który ułatwia mu prowadzić śledztwo, ma skłonność do kobiet fatalnych i do wybaczania im winy. Podobieństwo do Philipa Marlowe’a jest uderzające i tylko poczucie humoru obu detektywów trochę się różni. U Marlowe’a zabarwione jest głębokim, czarnym sarkazmem, Pesco posuwa się najdalej do ironii.

A sama historia? Daje radę, ale bez rewelacji. Kilka fałszywych tropów w kierunku błędów przeszłości, kilka mafijnych podpowiedzi i dość nieoczekiwany finał, w którym pobrzmiewają echa „Sokoła maltańskiego” Dashiella Hammetta.

Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że Chandler i Hammett zaczęli być wydawani w Polsce dopiero w latach siedemdziesiątych, więc dla ówczesnych czytelników, zmęczonych czasami socrealizmu, ta książka była na pewno powiewem świeżości. Dzisiejszego czytelnika zachęcam jednak, żeby sięgnął po amerykańskie oryginały.

poniedziałek, 30 sierpnia 2021

Katarzyna Bonda „Klatka dla niewinnych” Ocena: 1/6

A MATKA CZEKA W SAMOCHODZIE

No nie da się tego czytać. Bardzo mi przykro.

Przeczytałam kilka książek Katarzyny Bondy, zanim została królową kryminału, i nawet mi się podobały. Po „Pochłaniaczu” dałam sobie spokój. Zmęczyła mnie zupełnie niepotrzebna dla przebiegu akcji wielowątkowość tej historii i rozczarowało zakończenie wyjęte z kategorii science-fiction. Odpuściłam kolejne powieści z tej serii, odpuściłam z premedytacją eksperymenty pani Bondy z kryminalnymi romansami (nie tylko z powodu nawiązań do rzekomych romansów osobistych), ale przecież Hubert Meyer powrócił! Okazało się w ogóle, że powrócił w innej książce już pół roku temu, ale w zalewie nowości, jakoś to przegapiłam. Może więc dawna Katarzyna Bonda również powróciła? Płonne nadzieje.

„Klatka dla niewinnych” rozpoczyna się prologiem. Fatalnie. Wieloletnie doświadczenie podpowiada od razu, że jeśli w prologu pada trup, to znaczy, że autor za wszelką cenę stara się przyciągnąć uwagę czytelnika, bo dalej przez długi czas nic się nie będzie działo. Doświadczenie dobrze podpowiada. W pierwszym rozdziale „dzieje się” bowiem coś takiego:

 

Profiler Hubert Meyer przebiega pustą jezdnię w niedozwolonym miejscu. Z bramy wyjeżdża samochód, który zamiast spokojnie ominąć Meyera, bo jezdnia nadal jest puściutka, trąbi i zatrzymuje się na środku drogi. Kierowca wyskakuje z samochodu z okrzykiem: „Jak łazisz dziadu”. Szybko jednak traci impet, bo „dziad” okazuje się jego wykładowcą z uczelni. Kacper Dragan, obecnie funkcjonariusz więzienny, gorąco przeprasza profesora (wciąż na środku drogi) i zaczyna rozmowę. Przytomny Mayer sugeruje jednak, że środek jezdni to nie jest dobre miejsce na parkowanie samochodu, więc były student przestawia auto na chodnik. W samochodzie czeka jego matka.

I teraz zaczyna się „akcja”, czyli ciągnący się przez kilkadziesiąt stron dialog. Student i profesor wiodą długą, półgodzinną dyskusję, w której przypominają sobie zajścia z przeszłości. Przywołują w tej opowieści tak wiele wydarzeń, które nic czytelnikowi nie mówią, i tak wiele nazwisk, których nie sposób zapamiętać, że właściwie nie wiadomo, o czym rozmawiają. Tak jakby autorka założyła, że czytelnik ma w pamięci książkę telefoniczną z nazwiskami postaci i streszczenie wszystkich wątków, które pojawiały się w tej serii. Oni gadają, a ja się denerwuję, bo matka czeka w samochodzie.

 

Po dłuższym czasie do rozmowy na chodniku dołącza trzecia osoba – prokurator Weronika Rudy, która dorzuca do historii kolejne, liczne, współczesne wątki i nazwiska. Rozmowa znów trwa jakieś pół godziny. A matka czeka w samochodzie. A ja się martwię, że marznie, bo przecież zima, śnieg. Albo o zanieczyszczanie środowiska się martwię, jeśli silnik włączony.

 

Pani prokurator odchodzi, a Meyer z Draganem wciąż gadają na ulicy, o różnych śledztwach, ale też o pierdołach. Poczujcie tego bluesa. Kilkadziesiąt stron tekstu, który jest jednym, wielkim, chaotycznym dialogiem, nieudolnie streszczającym to, co działo się wcześniej. Przez cały czas próbujecie się skupić, domyślić, o co będzie chodziło w tej historii i dochodzicie do wniosku, że nic a nic was to nie obchodzi. I jeszcze ta matka w samochodzie.

Czytałam dalej tylko dlatego, żeby dowiedzieć się, czy matka nie zamarzła w tym aucie. Nie! Co za ulga. Mogę przerwać lekturę. Otóż syn łaskawie pozwolił jej w końcu wyjść, i przedstawił swojemu rozmówcy, co ten skwitował: „I od tego trzeba było zacząć, Klusku”.

I od tego trzeba było zacząć, pani Katarzyno. Ale, co się stało, to się nie odstanie.

Katarzyna Bonda napisała kiedyś podręcznik „Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania”. Latka lecą i skleroza ma prawo dopaść każdego, dlatego myślę, że to dobry pomysł, aby autorka zajrzała po latach do tego poradnika. Na pewno znajdzie się tam rozdział, jak budować napięcie, co to jest dramaturgia, albo do czego służą w powieści dialogi. To znaczy, tak mi się wydaje, bo przecież książki nie czytałam. I raczej nie przeczytam, bo gdybym nawet chciała kiedyś napisać kryminał, to jednak twórczość pani Bondy nie byłaby dla mnie wzorem do naśladowania.