Szukaj na tym blogu

piątek, 9 października 2020

Jakub Małecki „Saturnin” Ocena: 2/6

 

SPRAWDZAM 

O, jakim pięknym, poetyckim językiem ta książka jest napisana!

O, jak biegle autor potrafi posługiwać się słowem!

O, jakie ładne buduje zdania!

O, jakie barwne tworzy metafory!

I to by było na tyle, jeśli chodzi o zachwyty nad tą książką.

Pięć lat temu ukazał się „Dygot” Jakuba Małeckiego. Wzbudził entuzjazm wielu czytelników, ale mnie niespecjalnie zachwycił. Było mi zwyczajnie żal, że powieść miała w sobie wielki potencjał, który nie został wykorzystany. Pięć lat to jednak wystarczająco dużo czasu, żeby pisarsko wydorośleć i rozwinąć skrzydła, dlatego wróciłam do autora, aby przekonać się, na ile mu się to udało.

Tak gdzieś do połowy wciąż jeszcze miałam nadzieję, że będzie dobrze, ale im bliżej było końca, tym bardziej przyjemność z obcowania z pięknym słowem i opowiadaną historią gdzieś znikała, zamieniając się w uporczywe, podprogowe dochodzenie, dlaczego tym razem tak bardzo nie chce mi się tej książki czytać. Powodów znalazłam wiele.

Zaczyna się całkiem nieźle. Mamy trzydziestolatka o oryginalnym imieniu Saturnin, które nie wiadomo skąd się wzięło i tajemnicę dziadka, który nagle znika. Jest nadzieja, że dzieje się tak nie bez powodu, a wyjaśnienie obu tych tajemnic będzie miało znaczący wpływ na losy naszego bohatera. Nadzieja okazuje się płonna. I to jest pierwszy zawód.

Niefortunny wydaje mi się pomysł formalny, aby prowadzić narrację z punktu widzenia trójki bohaterów, ale za każdym razem w pierwszej osobie. O ile sprawdza się to w przypadku Saturnina, to wprowadzenie takiej samej narracji dziadka powoduje, że to jego zaczynamy traktować jako głównego bohatera i gubimy wątek wnuczka, który przez połowę książki wydawał się najważniejszy. A już narracja pierwszoosobowa trzeciej postaci, kiedy dopiero na końcu wyjaśnia się, kim ona jest – wprowadza chaos. Nie wiem dlaczego Jakub Małecki ukrył przed czytelnikiem, kto jest trzecim narratorem. Może zasugerował się świeżo przeczytanym kryminałem jakiegoś polskiego autora, który wziął sobie za punkt honoru, aby czytelnika zaskoczyć? Przecież gdybyśmy wcześniej wiedzieli, kto prowadzi narrację, mielibyśmy do niej stosunek emocjonalny, a tak, zastanawiamy się przede wszystkim kto to mówi i czytamy piękne, lecz niewiele znaczące bez kontekstu zdania. Nie zdradzę, czyj jest trzeci punkt widzenia. Jeśli sięgniecie po tę książkę, musicie męczyć się sami.

Kłopoty z przebrnięciem przez tę powieść będą mieć czytelnicy, którzy posiedli umiejętność czytania ze zrozumieniem. Co chwila będą zmuszani by dociekać, co autor miał na myśli. Jeśli, nie daj Boże, przerwiecie lekturę przed zaśnięciem, w miejscu, gdzie na przykład bohater wciela się w węża i znajduje się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co, kiedy powrócicie do czytania rano, będziecie zmuszeni cofnąć się o kilka stron, żeby zorientować się, o co chodzi. Autor co chwila faszeruje nas nowymi tajemnicami, mając zapewne nadzieję, że jest to dobra metoda na przyciągnięcie uwagi. Niestety, efekt jest taki, że największą tajemnicą pozostaje przesłanie tej książki. Domyślam się oczywiście, co autor chciał powiedzieć, tylko, niestety, zupełnie mu nie wyszło.

Rzeczywistość w „Saturninie” tak bardzo miesza się z wyobraźnią narratorów/bohaterów, że bardzo trudno oddzielić jest prawdę od fikcji. Trochę mi to jednak przeszkadza w odbiorze, kiedy nie mam pewności, czy bohater leży w sianie, w stodole, czy tylko wydaje mu się, że leży. Oczywiście, można się nad tym nie zastanawiać i lecieć z czytaniem dalej, ale ja tak nie potrafię. Nie wystarczą mi emocje, potrzebuję treści. Chcę zrozumieć co czytam, więc rozbieram zdanie na czynniki pierwsze:

Nabrzmiały pytaniami [na razie jasne], Tadeusz opada coraz głębiej [przenośnia li to, czy jawa? w siano opada w tej stodole czy zapada się w sobie?], chyba choruje i chyba pije bimber znaleziony w czyjejś piwnicy [narrator sprawiający do tej pory wrażenie wszechwiedzącego powinien wiedzieć takie rzeczy], schudł, znowu zarósł na twarzy [dlaczego o tym narrator wie, a wcześniej tylko przypuszcza?], budzi się czasem w nocy, a czasem za dnia [to budzenie za dnia wznieca mą niezaspokojoną ciekawość], dokądś chodzi i coś robi [narrator dobrze wie, co robi, i wie to czytelnik, na podstawie tego, co wcześniej przeczytał, po co więc to niedomówienie?], zapamiętując niewiele [jeśli niewiele z tego co robił zapamiętał, to skąd jego trauma?].”

Skąd biorą się te uniki autora? Mam teorię, która niestety potwierdza moją wcześniejszą diagnozę, sformułowaną w recenzji „Dygotu”: Małecki chodzi na skróty. Niedopowiedzeniami i poetyckimi odniesieniami maskuje niedociągnięcia w psychologii postaci i brak wiarygodności historycznej. O wiele przecież wygodniej napisać „dokądś chodzi i coś robi”, niż wyjaśnić, w jaki sposób przez pięć lat udało się jednej z kluczowych postaci w tak ekstremalnych warunkach przeżyć. Każdy, kto zna choć trochę realia II wojny światowej powiedziałby – to niemożliwe, to bajka. No dobrze, możliwe, ale żeby w to uwierzyć musielibyśmy poznać konkrety, a nie ogólniki. W nieprawdopodobną historię przetrwania Władysława Szpilmana wierzymy, bo dostajemy dowody. Małecki natomiast wymiguje się od konkretów jak może (to prawda, pomysłowo), opisując rzeczywistość wojenną z punktu widzenia bohatera-węża. Nie chce mu się rzetelnie zdokumentować tematu (tu mógłby wziąć przykład ze Szczepana Twardocha, który realia wojenne opisuje niemal fotograficznie, jakby sam żył w tamtych czasach) licząc na to, że współczesny czytelnik, który wiedzę o wojnie czerpie z „Tatuażysty z Auschwitz” i podobnych bzdur, uwierzy mu na słowo. No cóż, można i tak.

„Saturnin” więcej obiecuje, niż daje. Zostajemy uprzedzeni o strasznej tajemnicy dziadka, która zaważyła na całym jego życiu, nastawiamy się na niewiadomoco, a okazuje się, że…

Nie przekonuje mnie przyczyna traumy dziadka, ani to, że trauma ta przeniosła się, jak karma na jego córkę i wnuczka. Żeby nie spoilerować: wiem, że pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków wojnę zna tylko ze słyszenia, i bardzo dobrze, niech już zawsze tak będzie. Ale nawet najmłodsze pokolenie powinno chyba wiedzieć, że na prawdziwej wojnie zabija się ludzi. Że na tym właśnie polega wojna: samemu można zostać zabitym i trzeba zabijać, żeby przeżyć. Życie nie ma żadnej wartości. Zabijanie żołnierzy wroga jest celem. Nie trzeba się tego wstydzić. Takie są zasady. Na wojnie umierają ludzie. Na wojnie traci się bliskich. Nie było w Polsce rodziny, która w czasie ostatniej wojny nie doświadczyłaby straty. I cały, ponad trzydziestomilionowy naród musiał z tym żyć i z tym sobie radzić. Dziewięćdziesięciopięcioletni dziadek Saturnina tego nie rozumie? I wciąż rozpamiętuje swoją wojenną niby-traumę? Po siedemdziesięciu pięciu latach!?! Przepraszam, ale kompletnie w to nie wierzę.

Satysfakcji nie przynosi również wyjaśnienie tajemnicy niezwykłego imienia. O tym, że nazwał tak wnuka dziadek na cześć wojennego przyjaciela dowiadujemy się bardzo szybko. Znów oczekujemy, że dziadek zawdzięcza przyjacielowi niewiadomoco, a okazuje się, że właściwie, to… nic takiego.

Przeszkadza mi również, że autor, chociaż tak hojnie rozdaje niedomówienia i uniki, to pewne tezy wbija nam do głowy młoteczkiem. Takie świetne zdanie o matce (bez ironii): „Próbuję zrozumieć, kiedy nastąpił ten moment, w którym kobieta wierząca, że pewne rzeczy w życiu można zmienić, pozwoliła, by te właśnie rzeczy zmieniły ją w kobietę niewierzącą w nic…” I już wiem wszystko, i już mi wystarczy, żeby się zachwycić, ale nie, to nie koniec, trzeba dokończyć, żeby czytelnik nie miał żadnych wątpliwości: „…niewierzącą w nic oprócz skarlałego Boga, który ukrywa się w pełnym ornamentów kościele w Radziejowie, bo nigdzie indziej go nie chcą”. No, w paru miejscach chyba jednak wciąż Go chcą. I po co ta wstawka, skoro temat religijności matki już więcej się nie pojawia i nie ma dla tej historii żadnego znaczenia?

Nie mogę powiedzieć, że „Saturnin” mnie zawiódł, bo nie oczekiwałam wiele. Wielbiciele autora mogą spać spokojnie. Nie będę zakłócać ich dobrego samopoczucia prowokacyjnymi recenzjami. Raczej nie wrócę do Jakuba Małeckiego w ciągu następnych pięciu lat.

środa, 30 września 2020

Guillaume Musso „Sekretne życie pisarzy” Ocena: 4/6

ZABAWA W PISANIE

Doskonały pisarz kończy karierę w wieku 35 lat. Zaszywa się na głębokim zadupiu i nie odzywa do nikogo. 

Why? Pytają zawiedzeni czytelnicy.

Why? Pytają dziennikarze.

Why? Pyta zaciekawiony czytelnik.

Nigdy nie zrozumiem polityki wydawnictw. Nędzne obyczajówki wciskają nam jako dreszczowce, a kiedy mamy do czynienia, tak jak w przypadku „Sekretnego życia pisarzy” z klasycznym thrillerem, wmawiają nam, że miejsce książki znajduje się na półce: „obyczajowe i romanse”.

Najnowsza powieść Musso ma wszystkie zalety, którymi powinny cechować się thrillery: jest tajemnica, jest zbrodnia, jest niepokój o losy bohaterów, są zwroty akcji i efektowne cliffhangery, akcja pędzi i trudno oderwać się od lektury, bo chcemy się dowiedzieć, co było dalej. Jest też romans, bo to charakterystyczne dla tego autora, ale jako jeden z pobocznych wątków, więc zupełnie thrillerowi nie przeszkadza.

Książki Musso są lekkie i niezobowiązujące, nie oczekujcie od nich więcej, niż rozrywki, ale pomysły autor naprawdę ma ciekawe. Tak mógłby pisać Mróz, gdyby mu się chciało trochę dłużej pomyśleć nad konstrukcją fabuły (albo gdyby potrafił; nie wiem, która wersja jest prawidłowa). Wszystkie wątki się łączą, a zakończenie, choć często bywa przefajnowane, nigdy nie przekracza granicy absurdu.

Nieskomplikowana narracja sprawia, że chętnie słucham Mussa, gdy kieruję samochodem, śledzenie fabuły przynajmniej nie rozprasza mojej uwagi.

W przypadku „Sekretnego życia pisarzy” miałam jeszcze dodatkową rozrywkę. Podejrzewam również, że sam autor nieźle się bawił pisząc tę powieść, ponieważ jest to również trochę taka metaksiążka, czyli książka o pisaniu, a dwaj najważniejsi bohaterowie - to pisarze. Każdy rozdział rozpoczyna się złotą myślą jakiegoś mistrza pióra i autor do tych żartobliwych cytatów bezpośrednio nawiązuje. Kilka wynotowałam, może i wam się spodobają:

Podstawową zaletą każdego pisarza są prężne pośladki.” Dany Laferriere

W porównaniu z zawodem pisarza posada dżokeja wydaje się bezpieczna.” John Steinbeck

Nie należę do tej grupy słabych pisarzy, którzy utrzymują, że piszą dla siebie. Dla siebie autor robi tylko listę zakupów, która wyrzuca po fakcie. Wszystko poza tym jest przeznaczone dla innych.” Umberto Eco

Pisarz nie ma wakacji. Pisarz albo pisze, albo myśli o pisaniu.” Eugene Ionesco

Rany zadane przez życie nigdy się nie goją. Bez przerwy je opisujemy, mamy bowiem nadzieję, że uda nam się w ten sposób definitywnie z nimi rozliczyć.” Elena Ferrante

„- Co to jest dobra powieść? – Trzeba wymyślić osoby, które wzbudzą miłość i sympatię czytelnika. Potem należy je uśmiercić. Czytelnik będzie czuł się skrzywdzony i na zawsze to zapamięta.” John Irving

Trudno powiedzieć prawdę, gdyż mimo, że jest jedna, żyje, a więc ma zmienne oblicze.” Franz Kafka

Jakże inne jest życie, gdy się je przeżywa, niż gdy się je wspomina.” Georges Simenon

Musso kończy książkę postscriptum, które sprawia wrażenie posłowia od autora, ale jest jednocześnie zakończeniem powieści. Bardzo lubię takie niekonwencjonalne zabawy pisarzy, dlatego tym razem oceniam autora wyżej, niż zazwyczaj.

czwartek, 24 września 2020

Piotr Górski „Królowa lalek” Ocena 4/6

 

NOWY CEL POTRZEBNY OD ZARAZ 

Niniejszym donoszę, że komisarzowi Krukowi jeszcze się chce (pracować i walczyć o sprawiedliwość), autorowi wciąż się chce (dobrze pisać i wymyślać intrygujące fabuły), a czytelnikowi ciągle się chce (czytać). We wszystkich tych chceniach odczuwam jednak, niestety, tendencję spadkową.

Jeżeli ktoś jeszcze z komisarzem Krukiem nie miał okazji zawrzeć bliższej znajomości podpowiadam, żeby nie zaczynać o tej akurat powieści. Autor nawiązuje w niej i przypomina wątki z poprzedniej części, więc czytelnik który po nieopatrznym przeczytaniu „czwórki” zdecyduje się na część trzecią, będzie miał popsutą zabawę. No chyba, że nie przeszkadzają mu spoilery. Można było tę kwestię inaczej rozwiązać, tak żeby nie za dużo powiedzieć („stary” czytelnik będzie wiedział o co chodzi, „nowemu” wystarczą czytelne sygnały), ale cóż… Nikt nie jest doskonały.

Wątek córki gangstera niepotrzebnie jest aż tak rozbudowany, bo nie ma wpływu na akcję, bez agenta Interpolu też można by się było obejść, ale całość, choć minimalnie przegadana – wciąż do połknięcia. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że autor odczuwa już zmęczenie materiałem. Chyba pora, żeby zacząć zastanawiać się nad nowymi bohaterami, albo przynajmniej staremu dać w życiu jakiś nowy cel. Wypalony do cna bohater – to kiepski bohater.

czwartek, 17 września 2020

Elena Ferrante „Zakłamane życie dorosłych” Ocena: 3/6

COŚ DLA PENSJONAREK

Obiektywnie rzecz biorąc – to nie jest zła książka, a nawet całkiem dobra biorąc pod uwagę to, co się teraz wydaje.. Tło obyczajowe doskonale przedstawione, konstatacje, jak zawsze u tej autorki bezcenne. Ale…

O ile obserwacje życia dorosłych z punktu widzenia dziecka są interesujące, jeśli tych dorosłych dotyczą, to jednak, gdy gdzieś tak od połowy powieść zamienia się w „pamiętnik z okresu dojrzewania”, treść zaczyna robić się ciekawa wyłącznie dla ograniczonego grona odbiorców. Tak naprawdę, to nie wiem dla kogo. Czytelnik trochę bardziej dojrzały, niż nastoletnia dziewica zaczyna się nudzić i przerzucać kartki na przyspieszonych obrotach. Nastolatki raczej po tę książkę nie sięgną, bo jednak niektóre treści są dla nich za poważne i zbyt anachroniczne. Małolaty, jeśli już coś czytają, to „Zmierzch”. Autorka nie wcelowała w target, że się tak brzydko wyrażę.

Ktoś kto zna „Sagę neapolitańską” Ferrante, czytając „Zakłamane życie dorosłych” będzie miał również poczucie, że miejscami czyta odrzuty, które nie zmieściły się w poprzednich książkach. Deja vu.

Zakończenie na pewno spodobałoby się przedwojennym pensjonarkom. Dzisiejsze nastolatki raczej się nie zbulwersują. Ja też nie.