niedziela, 20 września 2026

Izabela Szylko „Jak napisać kryminał i nie paść trupem” Ocena: 6/6

JAK NIE PAŚĆ TRUPEM

Niektórzy polscy autorzy nie tolerują krytyki swojej twórczości. Czasami, kiedy zamieszczam jakieś nieprzychylne recenzje na portalach społecznościowych, natychmiast włączają się do dyskusji, broniąc swoich dzieł mniej więcej w taki sposób: „Krytykować to może każdy głupi. Jak jesteś taka mądra – to sama napisz kryminał”. Po przeczytaniu książki „Jak napisać kryminał i nie paść trupem” zaczynam rozważać taką opcję.

Izabela Szylko ma lekkie pióro i zna zasady dramaturgii, jej poradnik czyta się więc lepiej niż niejeden polski kryminał. Nie ma lania wody, same konkrety podane w przystępny sposób, wzbogacone licznymi przykładami i anegdotami. Jak się czyta tę książkę, to wszystko wydaje się takie proste, że nic tylko siadać i pisać. Ale najpierw czytać, tak dużo, jak się da, bo „bez czytania nie ma pisania”.

Tę radę powtarzało wielu autorów, od Stevena Kinga po Remigiusza Mroza, żaden jednak z ich poradników nie zawierał konkretnych i bardzo praktycznych zasad tworzenia powieści kryminalnej. „Jak napisać kryminał…” to jedyny taki podręcznik dostępny na polskim rynku, w którym możecie prześledzić proces pisania kryminału, krok po kroku. Nawet książka Lesley Grant-Adamson „Jak napisać powieść kryminalną” jest tylko zbiorem refleksji autorki o powieściach kryminalnych i nie podpowiada, jak się zabrać do pisania. Obawiam się, że autorzy kryminałów po prostu zachowują pewne sekrety dla siebie, żeby nie ułatwiać życia konkurencji. Izabela Szylko, która przyznała mi się (nieoficjalnie), że to jej ostatnia książka, nie musi już konkurencji się obawiać, więc ujawnia wiele.

Od czego więc zacząć pisanie kryminału? Ha! Okazuje się, że jest na to wiele sposobów, ale ich nie zdradzę, bo byłby to spoiler.

Z tej książki dowiecie się, jak się tworzy postać detektywa, jak zawiązać intrygę, jakie zasady stworzone przez autorów kryminałów (Van Dime, Knox, Chandler) są wciąż obowiązujące, a na które można przymknąć oko. Jest wiele tricków, które można wykorzystać przy pisaniu i również je poznacie. Co gorsza (ale tylko dla marnych autorów) Izabela Szylko pastwi się również nad błędami, które nagminnie pojawiają się w powieściach. Chyba musiała dogłębnie zapoznać się z moim blogiem. Jak wiadomo, najlepiej uczyć się na błędach, ale lepiej na cudzych. Czytelnik, który chciałby napisać własną powieść, powinien wziąć to sobie do serca.

Z tej książki dowiecie się również, jak funkcjonuje rynek wydawniczy w Polsce. Izabela Szylko zjadła na tym zęby, wydając cztery własne książki, więc jej wierzę. Wreszcie staje się jasne, dlaczego książki są takie drogie, dlaczego cena na okładce jest z kosmosu. Jeżeli ktoś planuje selfpublishing, to też będzie wiedział, ile to kosztuje i czy warto wchodzić w taki biznes.

Jeśli nawet nie zamierzacie napisać (ani wydać) powieści kryminalnej, a tylko kochacie czytać kryminały, to i tak będziecie mieć satysfakcję z lektury „Jak napisać kryminał i nie paść trupem”. Istnieje jednak nadzieja, że po przeczytaniu tej książki (o ile nie padniecie trupem) zakiełkuje w was idea stworzenia własnej opowieści. I tego właśnie serdecznie wam życzę.

A tak w ogóle, to chętnie bym wzięła udział w warsztatach „Trup w każdej szafie, czyli jak napisać kryminał”, o których autorka wspomina w publikacji. Jeśli zorganizujecie je w swojej bibliotece, może się skuszę.

sobota, 12 września 2026

Michał Kuzborski „Złudzenie gracza” Ocena: 4-/6

 

PROPAGANDA SUKCESU KONTRA PIRACI

„Złudzenie gracza” zaskakuje, zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Najpierw będzie o plusach.

Włączam audiobook i co słyszę? Czyta autor. Chwila wątpliwości, które natychmiast zostają rozwiane. Autor czyta świetnie, lepiej niż niejeden lektor. Nie dość, że dobrze pisze, to jeszcze czytać potrafi! Brawo!

Intryga jest sprytnie poprowadzona, chociaż zbyt długo się zawiązuje, logiczna (z drobnymi wyjątkami, których nie warto wymieniać), są zwroty akcji i zaskoczenia. Kolejny plus.

Co nie zagrało? „Złudzenie gracza” nie ma już takiej siły rażenia jak „Paradoks kłamcy” (pierwsza część serii), z kilku powodów: niezależnych, ale też zależnych od autora. Nie zachwycam się już oryginalnym bohaterem i jego środowiskiem, bo dobrze je zdążyłam poznać w pierwszej książce (powód niezależny). Chciałabym czegoś więcej, i na początku nawet to dostaję. Bohater przenika do środowiska zawodowych podrywaczy, którzy organizują szkolenia „jak skutecznie wyrwać panienkę”, co jest bardzo ciekawym pomysłem. Michał Kuzborski za bardzo jednak skupia się na mechanizmach podrywu, zapominając, że pisze powieść sensacyjną i akcja szybciej powinna ruszyć z kopyta. Zabrakło dobrego redaktora, który podpowiedziałby cięcia w przydługim wstępie. I to jest uwaga do wydawcy, tak się składa, że również i autora.

Od autora zależy też kreowanie postaci głównego bohatera. O ile w pierwszej części tolerowałam jego wady, ponieważ zalet było więcej, to tym razem o wiele mniej znajduję w tej osobie powodów do akceptacji. Moim największym zarzutem jest to, że traktuje kobiety przedmiotowo. Gdyby podrywy były traktowane wyłącznie jako „zadanie szkoleniowe” i obie strony miałyby tego świadomość, wszystko byłoby w porządku. Ale w pewnym momencie podryw zamienia się w coś na kształt uczucia (przynajmniej tak mi to zostało przedstawione), a wtedy cynizm bohatera jest bardzo niewskazany. No chyba, że autor z jakichś powodów chce czytelnika (bardziej czytelniczkę) do bohatera zniechęcić, ale raczej nie o to chodziło. Drodzy panowie, jeśli spotykacie się z kobietą, która ma szansę zostać tą jedyną, to naprawdę, nie testujcie seksualnie innej panienki na boku.

A teraz długa dygresja zupełnie z innej beczki. Chciałam się czegoś więcej dowiedzieć o autorze i trafiłam na wywiad na YouTube. Michał Kuzborski chwali się, że jako wydawca zarobił na „Paradoksie kłamcy” 100 000 złotych! No nieźle, myślę sobie, ciekawe jak on to zrobił. Znajoma autorka, która również wydaje książki we własnym wydawnictwie twierdzi, że to działalność charytatywna na rzecz polskiej kultury, i że ledwo wychodzi na swoje. Może się czegoś dowiem i jej podpowiem, jak mogłaby wreszcie zarobić?

Zaczęłam liczyć i coś mi nie zgadzało. Żeby zarobić na czysto 100 tysięcy, to przy kosztach trochę niższych niż 50 tysięcy, do których wydawca/autor przyznaje się w wywiadzie, sprzedaż musiałaby być na poziomie 150 tysięcy złotych. Nakład papierowy wynosił 2000 egzemplarzy, cena okładkowa 40 złotych. Biorąc pod uwagę zdzierskie prowizje dystrybutorów, którzy zgarniają więcej niż połowę ze sprzedaży „papieru”, można by z tego segmentu uzyskać 40 tysięcy. Z audiobooków – może połowę tej kwoty, ale to i tak bardzo optymistyczne szacunki. E-booki się nie liczą, to mniej niż 10% rynku, zdominowanego przez piratów. Dotyczy to również audiobooków. Jakoś nie mogę się doliczyć kilkudziesięciu tysięcy.

Z tego samego wywiadu dowiedziałam się też, że planując wysokość nakładu kolejnej książki - „Złudzenia gracza”, wydawca/autor już był ostrożniejszy. To tylko 1000 egzemplarzy papierowych, a w nagraniu audiobooka nie brał już udziału drogi lektor (patrz: drugi akapit). Gdyby to były takie kokosy, to czy kolejna książka nie powinna wyjść wkrótce po pierwszej w większym nakładzie? A tymczasem autor czekał z wydaniem drugiego tomu 5 lat. Czyżby deklaracja dotycząca zysków to była propaganda sukcesu?

Nie wiem, być może się mylę, być może się nie orientuję w meandrach wydawniczych, ale w ogromne zyski z własnej działalności wydawniczej trudno mi uwierzyć, o ile nie ma się gigantycznych zasięgów w mediach społecznościowych (Kuzborski nie ma). Jeżeli wysłucha tego wywiadu jakiś początkujący autor i potencjalny wydawca, to może wpaść w duże tarapaty.

I jeszcze jedna dygresja. Kiedy Izabela Szylko wspominała mi w bardzo gorzkim wywiadzie „Czytelnicy i złodzieje” dla portalu nakanapie.pl, jak to usunęła z pewnego pirackiego portalu z gryzoniem w herbie ponad 1000 plików z jej książkami, trochę niedowierzałam. A tymczasem widzę, że Michał Kuzborski ma ten sam problem. 50 stron dotyczących jego książek, a na każdej stronie około 20 plików do pobrania za darmochę. No i jak ten biedny autor ma zarabiać?

Drodzy czytelnicy, bardzo was proszę, nie okradajcie autorów.

Errata:

Ponieważ autor w prywatnej wiadomości przekazał mi informację, że wysoka kwota dochodu wzięła się stąd, że książki papierowe sprzedawał głównie we własnych kanałach dystrybucji (bez pośrednictwa wielkich dystrybutorów) oraz że ogromną część przychodów wzięła się ze sprzedaży audiobooków, ze względu na szacunek dla autora, który podjął się niemożliwego, nie mogę nie zamieścić tego wyjaśnienia.

Moje wątpliwości jednak nie do końca się rozwiały. Sprzedaż audiobooków na platformach streamingowych rozliczana jest według zdzierskich przeliczników (to informacja od osoby, która miała z tym systemem rozliczeń do czynienia) więc dochód nawet z tysięcy odsłuchanych książek nie przekłada się na dochód ze sprzedaży detalicznej.

Jeśli jednak autor podtrzymuje, że naprawdę dobrze na wydaniu „Paradoksu kłamcy” zarobił, muszę się z nim zgodzić.

Wciąż jednak ciąży na mnie obowiązek ostrzeżenia potencjalnych autorów przed podjęciem wyzwania w postaci samodzielnego wydawania książki. Jeśli stać was, aby wydać 50000 złotych na publikację, a potem przez 5 lat czekać za zyski, które przyjdą albo nie – ryzykujcie. Mnie by się nie chciało, ale na szczęście nie mam wolnych pięćdziesięciu tysięcy do wydania.


sobota, 29 sierpnia 2026

Krzysztof P. Czyżewski „Strażnik Rafaela” Ocena: 1/6

JAK SIĘ POZBYĆ CIAŁA?

Ta książka wpisała się w czarną serię. Czwarta z kolei, której nie dało się czytać i musiałam ją porzucić po kilku rozdziałach. O pozostałych wpadkach nawet nie chciało mi się pisać, ale kiedy taki numer wykręca wydawnictwo Czarna Owca, a nie jakiś selfpublishingowy mastodont albo zdesperowany autor, który „zawsze marzył, żeby zostać pisarzem”, nie mogę nie zareagować. Nie wstyd wam produkować takich potworków? Drodzy recenzenci, czy naprawdę musicie zachwalać każdą książkę, którą otrzymacie w prezencie od wydawnictwa?

Bardzo lubię powieści przygodowe z historycznymi wątkami i „poszukiwaniem skarbów”, więc postanowiłam sprawdzić o co chodzi z tą Szkatułą Królewską księżnej Izabeli Czartoryskiej. Nie dowiedziałam się, bo musiałabym dotrwać do końca, a to było ponad moje siły. Pomijając błędy narracyjne (autor od samego początku wprowadza tak wiele tajemnic, że nie sposób ich wszystkich śledzić aż do rozwiązania, zbyt wiele postaci, by którąś przejąć się na poważnie), najpoważniejszym zarzutem jest to, że czytelnik traktowany jest jak idiota.

Dwójka antykwariuszy Łucja Rokosz i Alek Jung (student) ma za zadanie wycenić przedmioty odziedziczone przez klienta, wśród których znajduje się oryginalny zegarek z XVII wieku. Klient nie chce się przyznać skąd zegarek pochodzi, więc antykwariusze przeprowadzają własne śledztwo. Gdy kolejnym razem nie zastają klienta w domu, udaje im się skłonić bardzo nieufną sąsiadkę do otwarcia drzwi, zwracając się do niej po nazwisku. Tylko, skąd znali jej nazwisko? Pomogły siły nadprzyrodzone?

Sąsiadka zdradza, że matka klienta została zamordowana, ale policja uznała to za wypadek, i obiecuje, że da znać, jeśli będzie się działo coś niepokojącego. Kiedy kilka godzin później Łucja otrzymuje SMS z nieznanego numeru „przyjedźcie teraz”, od razu wie, że to od sąsiadki. Swobodnie jednak traktuje słowo „teraz” i jedzie na wezwanie, zupełnie się nie spiesząc. Czeka bowiem na studenta (bo oni tak z zasady podróżują dwójkami), a że najczęściej przemieszczają się komunikacją miejską, więc zajmuje im to trochę czasu. Od razu wiemy, że mamy do czynienia z kiepskimi amatorami.

Gdy Łucja, jednak odważnie, bez studenta, dociera na miejsce, sąsiadka nie otwiera, ale słychać zza jej drzwi dźwięk wibrującego telefonu. Ja nie słyszę wibracji, nawet jak mam telefon w kieszeni, ale co to dla kogoś, kto ma nadprzyrodzone zdolności. Detektywka postanawia zgłosić swoje zaniepokojenie o sąsiadkę na najbliższym komisariacie i znów zdarza się cud, udaje jej się dostać do policjanta, który przyjmuje zgłoszenia w ciągu kilku minut! W Polsce. W dużym mieście wojewódzkim. Próbowaliście kiedyś zgłosić kradzież roweru? Jeśli tak, to pewnie już nigdy więcej nie przyjdzie wam to do głowy.

Policja i tak odsyła ich z kwitkiem (student dotarł), bo nie chcą zgłosić zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Proszą więc tylko, żeby policjant obdzwonił szpitale, a policjant entuzjastycznie się zgadza.

W międzyczasie pojawia się wątek morderstwa. Autor pozostawia mordercę z zadaniem: „teraz tylko musiał się jakoś pozbyć ciała”. Czytam dalej tylko dlatego, aby się dowiedzieć, jak mu się to udało, bo morderca wydaje się być bardzo niegramotny.

Aż w końcu nasi, z Bożej łaski detektywi, przeprowadzają akcję w stylu Jamesa Bonda. Na kolejnym spotkaniu z klientem, Łucja zauważa, że „z jego kieszeni wystaje coś metalowego”. Wtedy Alek podrywa się, unieruchamia klienta i przyciska mu do szyi pistolet mówiąc „Rusz się, a długo nie będziesz tęsknić za matką” [matka nie żyje]. Ni z tego, ni z owego, w trakcie zwykłej konwersacji, do Bogu ducha winnego człowieka, który nie dał najmniejszego powodu, żeby go atakować i wcześniej nie sprawiał żadnych kłopotów. Takiej akcji nie usprawiedliwia nawet później podana informacja, że pistolet był atrapą. Urządzenie w kieszeni klienta to był inhalator. Ja bym zeszła na zawał i długo nie mogła dojść do siebie, ale tutaj natychmiast wszystko dobrze się kończy. Żadnych reperkusji, żadnych wątpliwości co do szalonych antykwariuszy. Incydent kończy się przeprosinami. Łucja przeprasza klienta za zachowanie Alka, a klient Łucję, że nie wszystko im powiedział. I nic się nie stało, wszyscy są znów szczęśliwi.

Głupota tej sceny tak mnie rozwaliła, że już miałam rzucić czytnikiem w kąt, ale przecież chciałam się dowiedzieć, jak morderca pozbył się ciała. Czytam więc dalej na szybkich obrotach.

Wracamy do mordercy, który jest w Nowym Jorku, a jego największym zmartwieniem jest to, do jakiego muzeum ma się udać. Zabił, żeby uzyskać awans (!), jeśli by kogoś to interesowało.

Mnożą się zupełnie niepotrzebne, nowe wątki, z przeszłości i teraźniejszości, pojawiają się dziesiątki (!) nowych zbędnych postaci, akcja przerzuca się do Niemiec, Austrii, Holandii, przedwojennej Czechosłowacji, chaos robi się nie do ogarnięcia. Tylko autor będzie wiedział o co chodzi, a i tak nie mam pewności. Właściwie, to mogę się nawet założyć, że nie będzie potrafił wyjaśnić kto, co, gdzie kogo i dlaczego.

Myślicie, że dowiedziałam się, jak morderca pozbył się zwłok? Niedoczekanie! Po co? Ten wątek w ogóle zniknął. Autor pewnie myślał, że w plątaninie innych wydarzeń, czytelnicy tego nie zauważą.

Miałam nadzieję, że po skaczących na pomarańczowych spadochronach chomikach w powieści Grega Krupy „Przeklęta rzeźba z Bolonii”, nic mnie nie będzie w stanie zaskoczyć. Myliłam się. Polscy autorzy są nieprzewidywalni.

piątek, 31 lipca 2026

Kacper Młyńczak „Wilczy bilet” Ocena: 3+/6

POPRAWNOŚĆ NIE TYLKO POLITYCZNA

To jest nawet całkiem poprawne. Trochę przegadane, ale niech tam.

Poprawny temat (rosyjscy szpiedzy zawsze na czasie), poprawna intryga (z wyjątkiem końcówki), na pierwszy rzut oka poprawne realia (drugi rzut może by i coś zmienił, ale przeciętny czytelnik nie rzuca okiem dwa razy na takie książki). Bohaterowie również są poprawni, ale w tym kontekście należy to czytać: nijacy, nudni, sztampowi, no tacy szpiedzy wersja standard. Poprawny język i styl, poprawna dramaturgia, nawet można się wciągnąć. Czy trzeba czytać?

Jeżeli ktoś lubi powieści szpiegowskie, nigdy nie czytał le Carré’a, Folletta czy nawet Severskiego, to będzie miał większą satysfakcję.

Największym minusem jest to, że książka kończy się w połowie. No niby dowiadujemy się co i jak, ale nie do końca. Tam gdzie powinno być wyraźne zakończenie mamy zwrot akcji, no bo przecież musi coś zostać na następny odcinek. Jeśli chodzi o mnie, to nic bardziej mnie nie zniechęca do przeczytania kolejnego tomu, jak takie pląsy.

„Wilczy bilet” to debiut autora. Jest na tyle niewyróżniający się w tłumie i przeciętny, że może odnieść sukces. W przeciwieństwie do „Paradoksu kłamcy” – błyskotliwego, wybijającego się oryginalnością debiutu Michała Kuzborskiego, o którym niedawno pisałam.

Szkoda, że tak się porobiło.