środa, 24 listopada 2021

Janusz A. Zajdel „Limes inferior” Ocena: 5/6

UCIECZKA OD WOLNOŚCI

Na pewno macie taką listę książek, które od dawna chcecie przeczytać, tylko zawsze brakuje na to czasu. „Limes inferior” był na mojej liście, dlatego wyzwanie rzucone na portalu nakanapie.pl potraktowałam jak zrządzenie losu.

Zajdel zawojował mnie już od pierwszych stron: „…zupełnie niezłą realizacją idei szczęścia jest taka chwila, kiedy się leży na wznak kołysany falami, ogrzewany promieniami słońca…Kiedy naprawdę czuje się płynący czas. (…) jeśli możesz pozwolić sobie na to, by nie liczyć uderzeń fali i upływających chwil, jeśli upływ czasu nie wywołuje paniki w twoim umyśle – jesteś naprawdę szczęśliwy.(...) Ideałem wolności byłaby zatem sytuacja, w której człowiek rozporządza całym swoim czasem.”

Czytam coś takiego i razu wiem, że ta książka, mimo przynależności do gatunku SF, którego nie lubię, nie będzie opowieścią o zielonych ludzikach na Księżycu, tylko o czymś, co jest mi bardzo bliskie.

Zajdelowi udało się przewidzieć kierunek rozwoju ludzkości z niewiarygodną intuicją. Książka została napisana w czasach komuny. Fantastyczny świat wszyscy odbierali jako metaforę socjalistycznej rzeczywistości. Zajdel stworzył wizję idealnego z pozoru świata, w którym nie ma głodu, studia wyższe są powszechne i obowiązkowe, a każdy obywatel, niezależnie od tego czy pracuje czy nie, ma zapewniony byt (czyli, paradoksalnie, zupełne odwrócenie komunistycznej zasady „kto nie pracuje, ten nie je”). Praca jest przywilejem ambitnych; mechanizacja posunęła się tak daleko, że ludzie nie muszą się wysilać. Opiekuńcze państwo dba o każdego, przyznając zapomogi, w zupełności wystarczające żeby przeżyć, pod jednym warunkiem – trzeba być „potulnym barankiem w tej owczarni”.

Kiedy nie trzeba się martwić żeby przeżyć, pojawia się jednak inny problem. Istotnym elementem staje się jakość życia. W społeczeństwie podzielonym na klasy, wydaje się, że według sprawiedliwego klucza, bo zgodnie z ilorazem inteligencji, najwyższe kasty, które dostąpiły przywileju pracy mogą sobie pozwolić na wszystko, a ci z dolnych warstw mogą oglądać luksusy tylko przez szybę. Analogia do sklepów „za żółtymi firankami” i Pewexów kiedyś była bardzo czytelna.

Rzeczywistość ubrana w pomysłową metaforę, to jednak tylko tło opowieści. Zajdel sięga w głąb natury ludzkiej. Akcja mogłaby się rozgrywać w dowolnym miejscu i czasie, bo motywacje działań człowieka są niezmienne. Osoby z niższych klas zawsze będą kombinować, jak znaleźć się na górze społecznej drabiny. I to jest osią fabularną książki.

Cena za dobrobyt jest wysoka – to utrata wolności. Każdy obywatel jest kontrolowany przez państwo. Sposób, który wymyślił Zajdel jest naprawdę wizjonerski. Inwigilacja odbywa się przy pomocy Klucza - plastikowej płytki, „będącej równocześnie dowodem tożsamości, kartą kredytową, zegarkiem, kalkulatorem, dyplomem, certyfikatem klasy intelektu i licho wie, czym jeszcze (…) zastępuje wszystkie dawne zaświadczenia, dokumenty, czeki”. Zajdel nie przewidział, niestety, że ta płytka będzie również telefonem, umożliwiającym przesyłanie ruchomych obrazów i wszelkich informacji z jednego końca świata na drugi, ale żaden z pisarzy SF tego nie przewidział. Nikt, z autorem włącznie, nie spodziewał się również, że coś, co dawniej było tylko fantazją pisarza, dziś okaże się odzwierciedleniem rzeczywistości. Kiedyś stwierdzenie: „wszystkiego strzeże nieomylna, czujna elektronika i automatyka” było fikcją literacką, dzisiaj - to prawda. Chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że nasze współczesne „klucze” ze szklaną szybką, do korzystania z których przecież nikt nas nie zmusza, są narzędziem inwigilacji jeszcze bardziej wyrafinowanym, niż mogli to sobie wyobrazić literaci. Na własne życzenie uciekamy od wolności.

I tylko jedna rzecz mnie w tej książce uwiera – zakończenie. W posłowiu do wydania z 1989 roku, napisanym przez Macieja Parowskiego, przeczytałam taką wypowiedź Zajdla: „Określam się jako zwolennik FR (fantastyki racjonalnej), natomiast czary, telepatia, duchy, sakiewki bez dna i kije samobije, płody halucynacji czy imaginacji mnie nie interesują. Wolę modelowo boksować się ze światem”. Niestety, autor sprzeniewierzył się tej idei w „Limes inferior”. Zakończenie jest rodem z zupełnie innej bajki. W tymże posłowiu znalazłam usprawiedliwienie takiego działania. Zajdel skończył pisać tę książkę w sierpniu 1980 roku (ukazała się w stanie wojennym). Wtedy „cudowny happy end” dawał ludziom nadzieję. Dlatego wybaczam autorowi „kosmiczną” końcówkę.

Czy nadzieje się spełniły? Oceńcie sami. Naprawdę warto zanurzyć się w ten niby fantastyczny, ale wciąż do bólu aktualny i prawdziwy świat.

 

niedziela, 14 listopada 2021

LUBIĘ ŁAMAĆ SCHEMATY rozmowa z Izabelą Szylko, autorką "Damy z blizną"

Żona polityka, który najgłośniej sprzeciwia się aborcji, zostaje zgwałcona i zachodzi w ciążę. I co dalej?

 

Czy Jarosław Kaczyński nie powinien przeczytać tej książki przed kolejnymi wyborami?

Lepiej nie. Mógłby wyciągnąć wnioski, które pomogłyby mu znowu wygrać (śmiech). Całe szczęście, że politycy nie mają czasu na czytanie kryminałów.

A szkoda. Z Damy z blizną mogliby wiele się nauczyć.

Nie sądzę, żeby mieli taką potrzebę. Oni wierzą, że są nieomylni. I dobrze im z tą wiarą. A społeczeństwo, które jest gdzieś tam w tle, przydaje się tylko wtedy, gdy trzeba przyciągnąć ludzi do urn, żeby oddali swój głos.

Skoro masz tak negatywny stosunek do polityki, dlaczego osadziłaś akcję powieści kryminalnej właśnie wśród polityków?

Z buntu. Z niezgody na to, co dzieje się wokół nas. Z nadziei, że jest szansa, żeby coś zmienić. A poza tym, to bardzo barwny światek, gratka dla literata. W tym środowisku odsetek hipokrytów, ludzi chorobliwie ambitnych, żądnych władzy i dla zdobycia tej władzy gotowych na wszystko, daleko przekracza krajowe normy. Idealny grunt dla kiełkowania zbrodni.

Co dla ciebie było ważniejsze przy pisaniu tej książki: intryga czy przesłanie?

Oczywiście, że intryga. Chciałam stworzyć kryminał, który będzie łamał schematy. Taki dla bardziej wymagających czytelników, znudzonych wydawanymi co trzy miesiące bestsellerami, w których tylko trup się zmienia, a droga do wykrycia zbrodni jest zawsze taka sama. Ale zaczęłam nietypowo, czyli od przesłania.

Dlaczego nietypowo?

Prowadzę kursy kreatywnego pisania w szkole Maszyna do Pisania i przestrzegam moich studentów: nigdy nie zaczynajcie od przesłania. Najpierw znajdźcie ciekawą historię, wymyślcie, jak ją atrakcyjnie przekazać. Jeśli uda wam się to dobrze opisać, przesłanie wypłynie na wierzch jak oliwa. A tymczasem sama zaczęłam od końca.

Czyli już na początku złamałaś zasady.

Zaczęło się od tego, że zadałam sobie pytanie: co by było, gdyby żona polityka, który najgłośniej sprzeciwia się aborcji została zgwałcona przez psychopatę i zaszła w ciążę? Czy wciąż byłby tak niezłomny w swoich poglądach? A może dostosowałby się do okoliczności?

Miałaś złudzenia, że taki polityk chciałby wychowywać dziecko psychopaty?

Żadnych. Jednak zastanawiałam się, czy gdyby taki problem dotknął go osobiście, to może dotarłoby do niego, że liczy się przede wszystkim człowiek, a nie abstrakcyjne idee.

I jak ci się udało od takich rozważań przeskoczyć do kryminalnej intrygi?

Zapowiadało się na smętną, obyczajową historię. Dopiero kiedy przypomniałam sobie radę Agathy Christie, że nic tak nie ożywia akcji, jak trup, fabuła nabrała rozpędu.

Zakończenie Damy z blizną zaskakuje na wielu poziomach.

Lubię łamać schematy. Lubię zwroty akcji, które stawiają wszystko na głowie. Jeśli nawet czytelnik podświadomie będzie przeczuwał rozwiązanie, nie domyśli się wszystkiego. Dopiero, gdy ostatni element puzzli trafi na swoje miejsce, wyłoni się pełny obraz całości.

Czy na kursach pisarskich uczysz, jak łamać schematy?

Uczę jakie są zasady, bo najpierw trzeba je poznać, żeby wiedzieć, co i jak łamać. Wszystkich, którzy chcieliby zdobyć taką wiedzę, zapraszam na Gdańskie Targi Książki, gdzie poprowadzę warsztaty Trup w każdej szafie, czyli jak napisać kryminał. W najbliższą sobotę, 20 listopada, godz. 10.00. Wstęp wolny.

Czytając Damę z blizną nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to nasze swojskie House of Cards.

Jaki kraj, taki Domek z kart. To mój ulubiony serial, oprócz Breaking Bad. Fascynują mnie tacy przesiąknięci złem bohaterowie. Nie da się polubić, ale nie sposób im nie kibicować. A nawet, do pewnego stopnia, można ich usprawiedliwiać. Może dlatego, że sama jestem zupełnie inna (śmiech).

Wspomniałaś w jednym z wywiadów, że reżyser, to nie zawód, tylko charakter. Czy zatem charakter nie podpowiada ci, aby przenieść Damę z blizną na ekran?

Właśnie pracuję nad scenariuszem. Przed kolejnymi wyborami prezydenckimi będzie jak znalazł.

 

Wywiad dla "Gazety Wyborczej" (dodatek "Duży Format"), 15 listopada 2021r.

 

środa, 27 października 2021

Kazuo Ishiguro „Klara i słońce” Ocena 6/6

KLARA I JA

Czy można wzruszyć się losem robota? Można, jeśli robot ten nazywa się Klara i powstał w wyobraźni genialnego pisarza.

Jeżeli, podobnie jak ja, nie lubicie powieści science-fiction, w ogóle nie musicie się tym przejmować. Ishiguro wprowadził do powieści elementy fantastyczne, ale są one tak prawdopodobne, że bez problemu można mu zaufać. Bo czy tak trudno sobie wyobrazić, szczególnie po czasach pandemii i zdalnego nauczania, że samotność dzieci okaże się tak wielka, że będą potrzebowały sztucznego przyjaciela? Że ten sztuczny przyjaciel będzie nie tylko inteligentny, potrafiący samodzielnie zdobywać wiedzę, ale również da się go zaprogramować tak, aby rozwijały się również jego uczucia? Potrafię również zgodzić się z pomysłem autora, że ludzkość wpadnie kiedyś na pomysł, aby genetycznie modyfikować nie tylko kukurydzę, ale również człowieka. I to nie tylko w szczytnych celach, aby na przykład, pomóc mu w walce z chorobami, ale po to, by wyselekcjonowane jednostki mogły zdobyć przewagę nad tymi, których nie stać, żeby za to zapłacić.

Narracja z punktu widzenia Klary prowadzona jest niespiesznie, ale Ishiguro to mistrz dramaturgii. Co chwila zawiesza jakąś tajemnicę, która w odpowiednim momencie wychodzi na jaw. Dzięki temu z zaciekawieniem przewracamy kolejne strony, zastanawiając się, co będzie dalej. 

„Klara i słońce” to piękna opowieść o przemijaniu, o ludzkich wyborach, które mogą zaważyć na całym życiu, o granicach poświęcenia. To, co w tej książce najważniejsze, można wyczytać między wierszami i trafia bezpośrednio do serca, z pominięciem rozumu. Jeżeli będziecie potrafili utożsamić się z główną bohaterką – narratorką tak mocno, jak mnie się to przytrafiło, ta książka przewróci was na nice. Jeżeli nigdy nie targowaliście się z Bogiem oferując mu coś za coś, nigdy nie rozważaliście jak wiele możecie poświęcić dla innego człowieka, nie oczekując nic w zamian, ta powieść pewnie aż tak was nie poruszy. Jeżeli jednak nieobca wam czasem zaduma nad losem świata, „Klara i słońce” powinna was urzec. I wcale nie chodzi mi o los całego świata. Czasem wystarczy zatroszczyć się o wróbelka.

 

poniedziałek, 11 października 2021

Piotr Borlik „Tajemnica wzgórza trzech dębów” Ocena: 1/6

DYRDYMAŁY OD PAŁY

Lewa półkula mojego mózgu musi chyba mocno rządzić prawą, bo kiedy tylko natrafiam w książkach na sytuacje sprzeczne z zasadami logiki (czytaj: horrendalne bzdury), od razu zapominam, że literatura może mieć również jakieś walory artystyczne. Kierowana przymusem wewnętrznym odkładam lekturę, licząc na to, że znajdę innych, nowych autorów, którzy nie będą robili wody z mózgu czytelnikowi. Piotr Borlik już zaliczony, i na pewno nie będzie miał we mnie zagorzałej czytelniczki. Niezagorzałej - też nie.

Piotr Borlik kreuje w „Tajemnicy wzgórza trzech dębów” świat tak absurdalny i fizycznie niemożliwy, że książka ta może i będzie strawna dla wielbicieli powieści fantasy, ale czytelnik spodziewający się współczesnego kryminału dość szybko się nią udławi.

Zaczyna się tak: przemysłowiec obserwuje z dumą wyjście robotników z własnej fabryki. Powodem do dumy jest również fakt, że „każdy młody mężczyzna z jego rodu musi przepracować swoje w rodzinnej fabryce (…) a w pewnym momencie ojciec musi przekazać firmę pierworodnemu, nawet jeśli młodsi synowie bardziej się do tego nadają”. Klimat jak z „Ziemi obiecanej”, a zwyczaje, jak w rodzinie królewskiej – ale to zmyła. Wszystko dzieje się tu i teraz.

Absurdy w tej książce są dwojakiego rodzaju. Na pierwsze mogę przymknąć oko i przyjąć jako konwencję fantasy, obecność drugich jest jednak niedopuszczalna. Dowodzą one albo ignorancji autora w dziedzinie polskiej historii, albo niefrasobliwości w jej traktowaniu. Biorąc pod uwagę, że książka może wpaść w ręce podobnych ignorantów, utrwalając fałszywe wizje historii i błędne stereotypy i przysługując się do tworzenia kolejnych pokoleń ignorantów - taka działalność powinna być karana (przynajmniej zgryźliwą recenzją, jeśli inaczej się nie da).

Fabrykant wstydzi się, że rodzina nigdy nie miała tytułu szlacheckiego, a nosi nazwisko… Potocki (!). Jeżeli ktoś nie wie – doinformuję: to jedno z najbardziej znanych w Polsce szlacheckich nazwisk. Nie można było sobie tego wygooglować?! Redaktor też nie miał w szkole lekcji historii i tego nie wyłapał?

U Potockich rodzą się sami chłopcy. W każdym pokoleniu pierworodny syn ma zawsze trzech synów (niepierworodnym zdarzają się córki). I tak od kilku pokoleń. Nawet u Martina by to nie przeszło, ale co tam, pan autor sobie wymyślił i tak ma być.

Na terenie posiadłości rosną tylko trzy dęby, a żadne inne drzewa nie chcą rosnąć. No nie chcą. Wszystkie pozostałe rośliny - tak, ale drzewa - nie. Autor znów śmignął czarodziejską różdżką, i ma, co chce.

Ród Potockich od wielu pokoleń nieprzerwanie zarządza fabryką metalurgiczną i zamieszkuje w ogromnym pałacu. To chyba w alternatywnej rzeczywistości, w której nie było II wojny światowej i zajęcia fabryki przez Niemców, przez polskie ziemie nie przetoczyła się Armia Czerwona i nigdy nie było komuny. Fabryka nie została więc znacjonalizowana, właściciele nie stracili majątku, pałac nie został im odebrany i przeznaczony na siedzibę PGR-u albo Technikum Rolniczego i nie musieli odzyskiwać ruiny w latach 90-tych ubiegłego wieku, gdy już upadła komuna. I tak sobie żyją spokojnie, pomnażając majątek od kilkudziesięciu lat. Obawiam się, że znajdą się ludzie, którzy pomyślą, że to może być prawda, a biorąc pod uwagę liczbę pozytywnych ocen tej książki, obawa zamienia się w pewność.

Cała rodzina mieszka w pałacu wraz z liczną służbą. Cztery pokolenia w jednym miejscu. A w każdym pokoleniu przynajmniej trzech synów. Pałac wprawdzie ogromny, 34 pokoje, ale dajcie spokój! Wytrzymalibyście życie z rodzinką w takim zagęszczeniu, z despotycznym dziadkiem i masą durnowatych krewnych? Nawet gdybyście dostawali papu za darmo, a służąca prałaby wam gacie? W pałacu jest jeszcze krawcowa na etacie. Może to by was zachęciło? Autor chyba się zainspirował „Downton Abbey”, ale oglądał nieuważnie i epoki mu się pomyliły.

Kobiety w tej rodzinie nie mają prawa pracować. I większość, bez problemu się z tym godzi. Wyemancypowane jednostki przytrafiają się sporadycznie i pracują na czarno, ukrywając ten fakt przed seniorami rodu.

I wreszcie dochodzimy do intrygi, bo przecież podobno to kryminał. Przechodzę do porządku dziennego nad faktem, że policja przestaje interesować się prowadzeniem śledztwa w sprawie morderstwa w pałacu już po kilku dniach, ponieważ jestem w stanie zaakceptować wyjaśnienie, że można taki efekt uzyskać opłacając odpowiednie osoby odpowiednio wysokimi kwotami.

I tak na scenie zbrodni pojawia się prywatny detektyw. Jego dochodzenie polega na tym, że przepytuje kolejnych członków rodziny, ale nikt nie chce odpowiadać na jego pytania. Po kolejnym wujku, który w długiej rozmowie o niczym, miał do powiedzenia jedynie tyle, że nie ma nic do powiedzenia, nie zdzierżyłam. Basta! Panu Borlikowi już dziękujemy.

I jeszcze gwóźdź do trumny albo wisienka na torcie, co tam wolicie. Najciekawsza jest metoda pracy detektywa. Otóż zerka on sobie w ogromne lustro i ma wizje. I od razu wie, jak się sprawy mają. I po co to lustro? Przecież wystarczyłaby szklana kula, spiczasty kapelusz i czarodziejska różdżka.Lubicie bajki? To przeczytajcie „Małego Księcia”. Oczywiście, zamiast