Szukaj na tym blogu

czwartek, 17 września 2020

Elena Ferrante „Zakłamane życie dorosłych” Ocena: 3/6

COŚ DLA PENSJONAREK

Obiektywnie rzecz biorąc – to nie jest zła książka, a nawet całkiem dobra biorąc pod uwagę to, co się teraz wydaje.. Tło obyczajowe doskonale przedstawione, konstatacje, jak zawsze u tej autorki bezcenne. Ale…

O ile obserwacje życia dorosłych z punktu widzenia dziecka są interesujące, jeśli tych dorosłych dotyczą, to jednak, gdy gdzieś tak od połowy powieść zamienia się w „pamiętnik z okresu dojrzewania”, treść zaczyna robić się ciekawa wyłącznie dla ograniczonego grona odbiorców. Tak naprawdę, to nie wiem dla kogo. Czytelnik trochę bardziej dojrzały, niż nastoletnia dziewica zaczyna się nudzić i przerzucać kartki na przyspieszonych obrotach. Nastolatki raczej po tę książkę nie sięgną, bo jednak niektóre treści są dla nich za poważne i zbyt anachroniczne. Małolaty, jeśli już coś czytają, to „Zmierzch”. Autorka nie wcelowała w target, że się tak brzydko wyrażę.

Ktoś kto zna „Sagę neapolitańską” Ferrante, czytając „Zakłamane życie dorosłych” będzie miał również poczucie, że miejscami czyta odrzuty, które nie zmieściły się w poprzednich książkach. Deja vu.

Zakończenie na pewno spodobałoby się przedwojennym pensjonarkom. Dzisiejsze nastolatki raczej się nie zbulwersują. Ja też nie.

 

piątek, 11 września 2020

Caroline Eriksson „Podglądaczka”, Ocena: 1/6

NUDA I ZŁOŚĆ

Chyba sobie zamówię pieczątkę z napisem „wyrób thrilleropodobny” i będę stemplować wszystkie obyczajówki dla kobiet udające thrillery, zamiast pisać recenzje, w których wciąż muszę się powtarzać.

Trup w prologu. Oho! Jasny sygnał, że dalej przez długi czas nic się nie będzie działo. Zgadłam. Złość.

Nuda. Nic się nie dzieje. Bohaterka ma jakiś kłopot ze sobą i z siostrą, ale nie wiadomo o co chodzi.

Nic się nie dzieje. Bohaterka ma jakiś problem z mężem, rozstała się z nim, chociaż go kocha i tęskni, ale nie wiadomo dlaczego. Jak by było wiadomo, to może bym się nawet przejęła, ale nie wiem, więc ani mnie to grzeje, ani ziębi. Bohaterka nudziara.

Nic się nie dzieje. Bohaterka (autorka thrillerów!) przeżywa męki twórcze, bo nie potrafi zabrać się do pisania kolejnej powieści. A niby dlaczego czytelnika thrillera (sic!) ma to obchodzić?

Nuda. Nic się nie dzieje. O, przepraszam, to z rozpędu. Coś się dzieje w domu naprzeciwko. Bohaterka wietrzy tragedię małżeńską u sąsiadów i postanawia dowiedzieć się, o co chodzi.

Nawet trochę się dzieje. Bohaterka prowadząc śledztwo zachowuje się jak totalna blondynka, ale ma szczęście, jak to blondynka, i przypadkiem ustala kilka ważnych szczegółów. Blondynki górą!

80% na czytniku. Teraz naprawdę coś się dzieje. W wyniku tej akcji autorka postanawia wyjawić nam, że do tej pory przez cały czas nas oszukiwała. Złość.

Uwaga! Spoiler:


Okazuje się, że to wcale nie była historia sąsiadów, chociaż autorka przez cały czas to nam wmawiała, prowadząc narrację w taki sposób, że trudno było mieć co do tego wątpliwości. To była historia naszej głównej bohaterki/narratorki! To siebie sportretowała w roli sąsiadki! To ona chciała zamordować męża. Na szczęście jednak, chwalmy Pana, nie zamordowała go. Hurra! Dobro zwycięża, a zła kochanka zostaje ukarana przez los! Trupa zasugerowanego w prologu - brak. Dałeś się nabrać czytelniku? Ha, ha, ha, ja tylko żartowałam.

Jeżeli ktoś, tak jak ja dał się wciągnąć w pułapkę, poczuje się oszukany. Jeśli ktoś domyśli się od razu, czyją historię autorka opowiada, nie będzie miał żadnej zabawy z rozwiązania zagadki. Złość.

Zakończenie. Nuda. Już wiemy o co chodzi, więc końcówka ciągnie się jak nitka ze swetra w rozmiarze XXL. Bohaterka wyjaśnia siostrze wszystko to, co wcześniej szczegółowo opisała.

Bohaterka informuje nas, że nie jest tą samą kobietą co wcześniej. Dla niej to pewnie istotne. Dla nas wcale. Zostawmy ją więc z tą błogą świadomością i omijajmy książki pani Eriksson bardzo szerokim łukiem.

piątek, 4 września 2020

Ida Żmijewska „Warszawianka” Ocena 5/6

KIEDY MISTRZOWIE ZAWODZĄ… 

…warto czytać debiuty.

Młodym (niekoniecznie wiekiem, ale literackim stażem) jeszcze się chce, jeszcze muszą walczyć, żeby zaistnieć, wiedzą, że muszą się starać i dopieszczają swoje pierwsze dzieło tak, że od razu widać, ile serca i pracy w to włożyli.

Taka jest właśnie „Warszawianka” Idy Żmijewskiej. Autorka umieściła akcję w Warszawie, pod koniec (umowny) XIX wieku. Jeśli chcielibyście poczuć klimaty jak z „Lalki” Prusa, nie będziecie zawiedzeni. Żmijewska doskonale zna epokę, którą opisuje i robi to z pieczołowitością ale jednocześnie z umiarem. Nie ma poczucia, że coś jest niepotrzebne lub przegadane, że historia przez duże W jest ważniejsza niż akcja. To wielka zaleta w przypadku autorów kryminałów.

Autorka już na samym początku pozytywnie mnie do siebie nastawiła takim drobiazgiem: lekarz patolog nazywa się Patkiewicz i jak mniemam, nie jest to zbieg okoliczności. Przypomnę, bo nie wszyscy muszą kojarzyć: tak w „Lalce” nazywał się student medycyny, który drażnił baronową Krzeszowską, stukając w jej okna trupią czaszką zawieszoną na sznurku. Mała rzecz, a cieszy.

Fabuła powieści została bardzo precyzyjnie skonstruowana i wszystko wyjaśnione, jak należy. Każdy wątek jest potrzebny i znajduje swoje uzasadnienie. Pamiętajmy, że akcja toczy się około półtora wieku temu, więc detektywi w śledztwie mogą posługiwać się wyłącznie swoimi szarymi komórkami, co mnie akurat nie przeszkadza, a wręcz ekscytuje.

Ważnym elementem powieści jest wątek miłosny. Panów uspokajam, że nienachlany i dobrze osadzony w realiach: seksu w tym tyle, co w „Lalce”, mniej więcej. Dla niektórych będzie to pewnie zaletą, dla innych wadą. Jedynie ten wątek nie zostaje zamknięty, co daje nadzieję na kontynuację, na którą już się cieszę.

Zwróciłam uwagę na tę powieść, gdyż została nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru. Ponieważ jednak zasadę ograniczonego zaufania stosuję w równym stopniu do czytelników, którzy w swoich opiniach uznają książki Mroza za arcydzieła, jak i do szacownej kapituły wybierającej najlepsze książki roku (tegoroczna nominacja do tej samej nagrody bardzo słabej „Wady” Małeckiego, to chyba przez zasiedzenie), dlatego z przeczytaniem „Warszawianki” ociągałam się tak długo. A szkoda.

Ostatnio staram się również nie przechwalać debiutantów. Niestety, często bywa tak, że pierwszą książkę wycyzelują jak należy, a kolejne piszą po łebkach (nie dotyczy Piotra Górskiego i serii z Krukiem, jak na razie). Zachwyciłam się „Czarnym manuskryptem” Krzysztofa Bochusa, a jego następna książka „Martwy błękit” była już tak przeciętna, że zrezygnowałam z kolejnych. Nieźle zabłysnął Leszek Herman przy okazji „Sedinum” (powieść rozwlekła, ale temat ciekawy), lecz „Latarnia umarłych” już nie nadawała się do czytania.

Trzymam kciuki za Idę Żmijewską, mając nadzieję, że na jej kolejnych warszawskich kryminałach się nie zawiodę.

 

czwartek, 27 sierpnia 2020

Małgorzata Rogala „ Ostatni skok” Ocena: 1/6

PAN BÓG ZAPRACOWANY 

W tej książce Pan Bóg tyle razy schodził z nieba, aby pomóc jej bohaterom, że musiał chyba wyczerpać wszystkie limity dla polskich autorów.

Małgorzata Rogala znudziła się najwyraźniej bohaterami swojej udanej kryminalnej serii z Agatą Górską i Sławkiem Tomczykiem i postanowiła zacząć wszystko od nowa. Już w przypadku wcześniejszej próby („Kopia doskonała”) wyszło jej tak sobie, poniżej możliwości, ale „Ostatni skok” to już, niestety, kompletny niewypał.

Książka sprawia wrażenie, jakby była pisana lewą ręką przez prawe ramię, a pisarka nie miała pewności, czy pisze melodramat czy kryminał. Ani jedno, ani drugie jej nie wyszło.

Gdyby to miał być melodramat, powinniśmy odczuwać więcej empatii w stosunku do bohaterów, a tymczasem postaci są płaskie psychologicznie i niewiele dowiadujemy się o ich uczuciach. Dlatego zawiłości relacji Nadia – Igor niewiele nas obchodzą, a już w ogóle nie interesuje nas, czy będą razem, czy nie. I nie pomoże zakończenie rodem z najbardziej kiczowatej, brazylijskiej telenoweli.

Gdyby to miał być kryminał… tu lista zarzutów jest dłuższa.

Po pierwsze, prawie wszystko w tej powieści dzieje się chyba siłą woli. Przypadek goni przypadek. Mogę uwierzyć, że młoda policjantka przypadkiem jest świadkiem kradzieży, ale potem zaraz przypadkiem ogląda przedstawienie, które jest kluczowym dla dalszego przebiegu akcji. Następnie osoba biorąca udział w rzeczonym przedstawieniu znów przypadkowo pojawia się w miejscu przestępstwa, i tak dalej, i tak dalej, nie będę wyliczać, bo autorce teraz to już nie pomoże. Czujecie jak słowo „przypadek” drażni w tym jednym akapicie? Przypadki w tej książce drażnią tak samo. Trudno. Mleko się wylało. Kompletna niedoróbka poszła w świat i teraz trzeba się będzie mocniej napracować, żeby kolejną powieścią obłaskawić zawiedzionych czytelników.

Fabularnie książka leży na obu łopatkach. Zaskakujące (zapewne w mniemaniu autorki i czytelników Mroza) zakończenie zostało zbudowane na oszustwie. Tak nie uchodzi. Autorka z całych sił sugeruje nam, kto jest mordercą. Profil psychologiczny przestępcy tak bardzo jednak odbiega od profilu osoby sugerowanej, że dociekliwy czytelnik myśli sobie: albo to podpucha i zaraz wyskoczy jakiś królik z kapelusza, albo autorka próbuje nas traktować jak inteligentnych inaczej i od początku podpowiada rozwiązanie.

Do tego jeszcze mamy papierowych bohaterów. Młodsza policjantka przynajmniej sympatyczna i ma jakiś potencjał, ale starsza - zupełnie nijaka. No niby jest, ale nikt by nie zauważył, gdyby jej nie było. Przestępcy – bez jaj. Cyrk – główne miejsce akcji i środowisko bohaterów – kompletnie nieograne. Szkoda.

Droga autorko, nie idźcież tą drogą! Jeszcze jest szansa, żeby nie stracić czytelników.