czwartek, 16 września 2021

Ireneusz Iredyński „ Ryba płynie za mordercą” Ocena: 3/6

RYBA DRUGIEJ ŚWIEŻOŚCI

Od dawna chciałam  przeczytać tę książkę. Wznowienie w wersji elektronicznej ułatwiło sprawę. Iredyński wydał „Rybę…” w 1959 roku pod pseudonimem Umberto Pesco (nomen omen). W tym samym roku ukazał się pierwszy kryminał Macieja Słomczyńskiego „Powiem wam jak zginął” wydany pod pseudonimem Joe Alex. O ile nazwisko Alexa jest wielbicielom kryminałów dobrze znane, to Pesco został zapomniany. Może dlatego, że napisał tylko jedną książkę.

Obaj autorzy umieścili akcję swych powieści na Zachodzie (Iredyński we Włoszech, Alex w Anglii) i uczynili bohaterów prywatnymi detektywami. I stąd też zapewne pomysł na ukrycie się pod pseudonimami. Nie tylko dlatego, że kryminał był wtedy gatunkiem niegodnym ambitnego pisarza, ale chyba bardziej z tego powodu, że polsko brzmiące nazwisko autora byłoby niewiarygodne. W końcu oddzielała nas od Zachodu żelazna kurtyna, którą tylko nielicznym udawało się przekraczać, a i tak lepiej z tym było się nie afiszować.

Moja pierwsza refleksja po przeczytaniu tej książki nie spodobałaby się autorowi. Schemat powieści skopiowany jest z Raymonda Chandlera w stosunku praktycznie jeden do jednego. Narrację w pierwszej osobie prowadzi nadużywający alkoholu prywatny detektyw (nazwany tak samo jak autor Umberto Pesco), dla którego zapłata za robotę nie jest najważniejszym celem w życiu. Przyjaźni się z policjantem, który ułatwia mu prowadzić śledztwo, ma skłonność do kobiet fatalnych i do wybaczania im winy. Podobieństwo do Philipa Marlowe’a jest uderzające i tylko poczucie humoru obu detektywów trochę się różni. U Marlowe’a zabarwione jest głębokim, czarnym sarkazmem, Pesco posuwa się najdalej do ironii.

A sama historia? Daje radę, ale bez rewelacji. Kilka fałszywych tropów w kierunku błędów przeszłości, kilka mafijnych podpowiedzi i dość nieoczekiwany finał, w którym pobrzmiewają echa „Sokoła maltańskiego” Dashiella Hammetta.

Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że Chandler i Hammett zaczęli być wydawani w Polsce dopiero w latach siedemdziesiątych, więc dla ówczesnych czytelników, zmęczonych czasami socrealizmu, ta książka była na pewno powiewem świeżości. Dzisiejszego czytelnika zachęcam jednak, żeby sięgnął po amerykańskie oryginały.

poniedziałek, 30 sierpnia 2021

Katarzyna Bonda „Klatka dla niewinnych” Ocena: 1/6

A MATKA CZEKA W SAMOCHODZIE

No nie da się tego czytać. Bardzo mi przykro.

Przeczytałam kilka książek Katarzyny Bondy, zanim została królową kryminału, i nawet mi się podobały. Po „Pochłaniaczu” dałam sobie spokój. Zmęczyła mnie zupełnie niepotrzebna dla przebiegu akcji wielowątkowość tej historii i rozczarowało zakończenie wyjęte z kategorii science-fiction. Odpuściłam kolejne powieści z tej serii, odpuściłam z premedytacją eksperymenty pani Bondy z kryminalnymi romansami (nie tylko z powodu nawiązań do rzekomych romansów osobistych), ale przecież Hubert Meyer powrócił! Okazało się w ogóle, że powrócił w innej książce już pół roku temu, ale w zalewie nowości, jakoś to przegapiłam. Może więc dawna Katarzyna Bonda również powróciła? Płonne nadzieje.

„Klatka dla niewinnych” rozpoczyna się prologiem. Fatalnie. Wieloletnie doświadczenie podpowiada od razu, że jeśli w prologu pada trup, to znaczy, że autor za wszelką cenę stara się przyciągnąć uwagę czytelnika, bo dalej przez długi czas nic się nie będzie działo. Doświadczenie dobrze podpowiada. W pierwszym rozdziale „dzieje się” bowiem coś takiego:

 

Profiler Hubert Meyer przebiega pustą jezdnię w niedozwolonym miejscu. Z bramy wyjeżdża samochód, który zamiast spokojnie ominąć Meyera, bo jezdnia nadal jest puściutka, trąbi i zatrzymuje się na środku drogi. Kierowca wyskakuje z samochodu z okrzykiem: „Jak łazisz dziadu”. Szybko jednak traci impet, bo „dziad” okazuje się jego wykładowcą z uczelni. Kacper Dragan, obecnie funkcjonariusz więzienny, gorąco przeprasza profesora (wciąż na środku drogi) i zaczyna rozmowę. Przytomny Mayer sugeruje jednak, że środek jezdni to nie jest dobre miejsce na parkowanie samochodu, więc były student przestawia auto na chodnik. W samochodzie czeka jego matka.

I teraz zaczyna się „akcja”, czyli ciągnący się przez kilkadziesiąt stron dialog. Student i profesor wiodą długą, półgodzinną dyskusję, w której przypominają sobie zajścia z przeszłości. Przywołują w tej opowieści tak wiele wydarzeń, które nic czytelnikowi nie mówią, i tak wiele nazwisk, których nie sposób zapamiętać, że właściwie nie wiadomo, o czym rozmawiają. Tak jakby autorka założyła, że czytelnik ma w pamięci książkę telefoniczną z nazwiskami postaci i streszczenie wszystkich wątków, które pojawiały się w tej serii. Oni gadają, a ja się denerwuję, bo matka czeka w samochodzie.

 

Po dłuższym czasie do rozmowy na chodniku dołącza trzecia osoba – prokurator Weronika Rudy, która dorzuca do historii kolejne, liczne, współczesne wątki i nazwiska. Rozmowa znów trwa jakieś pół godziny. A matka czeka w samochodzie. A ja się martwię, że marznie, bo przecież zima, śnieg. Albo o zanieczyszczanie środowiska się martwię, jeśli silnik włączony.

 

Pani prokurator odchodzi, a Meyer z Draganem wciąż gadają na ulicy, o różnych śledztwach, ale też o pierdołach. Poczujcie tego bluesa. Kilkadziesiąt stron tekstu, który jest jednym, wielkim, chaotycznym dialogiem, nieudolnie streszczającym to, co działo się wcześniej. Przez cały czas próbujecie się skupić, domyślić, o co będzie chodziło w tej historii i dochodzicie do wniosku, że nic a nic was to nie obchodzi. I jeszcze ta matka w samochodzie.

Czytałam dalej tylko dlatego, żeby dowiedzieć się, czy matka nie zamarzła w tym aucie. Nie! Co za ulga. Mogę przerwać lekturę. Otóż syn łaskawie pozwolił jej w końcu wyjść, i przedstawił swojemu rozmówcy, co ten skwitował: „I od tego trzeba było zacząć, Klusku”.

I od tego trzeba było zacząć, pani Katarzyno. Ale, co się stało, to się nie odstanie.

Katarzyna Bonda napisała kiedyś podręcznik „Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania”. Latka lecą i skleroza ma prawo dopaść każdego, dlatego myślę, że to dobry pomysł, aby autorka zajrzała po latach do tego poradnika. Na pewno znajdzie się tam rozdział, jak budować napięcie, co to jest dramaturgia, albo do czego służą w powieści dialogi. To znaczy, tak mi się wydaje, bo przecież książki nie czytałam. I raczej nie przeczytam, bo gdybym nawet chciała kiedyś napisać kryminał, to jednak twórczość pani Bondy nie byłaby dla mnie wzorem do naśladowania.

 

czwartek, 19 sierpnia 2021

"MOŻE KIEDYŚ WYGRAM" - wywiad z Izabelą Szylko

Dziś, bardzo nietypowo, publikuję mój wywiad, który miał premierę na portalu nakanapie.pl. I portal, i autorka wyjątkowo godni polecenia.

Izabela Szylko

Dziennikarka, reżyserka, scenarzystka i pisarka. Pracowała m.in. w miesięczniku „Kino” i telewizyjnym „Ekspresie Reporterów”.

Jej debiut literacki „Madonna z hiacyntem” został wyróżniony w konkursie na powieść kryminalną miesięcznika „Detektyw”, a scenariusz będący adaptacją powieści „Łyżeczka” znalazł się w finale „Script Pro” – najważniejszego w Polsce konkursu dla scenarzystów.

Reżyserka i scenarzystka filmu „Niezawodny system”, nagradzanego na międzynarodowych festiwalach.

Uczy kreatywnego pisania.

MOŻE KIEDYŚ WYGRAM

Rzadko mi się zdarza, że po przeczytaniu zaledwie dwóch książek autora mam wrażenie, jakbym znała go od dziecka. Czy możemy przejść „na ty”?

Jasne. Ja mam podobne wrażenie czytając twoje recenzje.

Uprzejmości wymienione, teraz do rzeczy. Dlaczego nie lubisz wywiadów?

Tylko, kiedy sama muszę odpowiadać na pytania. Jeśli to ja występuję w roli pytającego – nie ma problemu. Wolę dowiadywać się czegoś nowego o ludziach, niż opowiadać o sobie. Taka natura.

Nie wróżę ci kariery z takim podejściem, ale ze mną nie będzie łatwo.

Tak podejrzewałam (westchnienie).

Dlaczego wydałaś tę książkę sama?

A musimy o tym rozmawiać?

Tak. Zgodziłaś się na wywiad, a ja uprzedzałam, że nie będzie łatwo.

Już teraz? Poczekaj, dojdziemy do tego. Musi być jakiś suspens.

Umiesz stopniować napięcie.

Tego akurat można się nauczyć.

No właśnie. Prowadzisz kursy pisarskie. Czy to ma sens? Czy pisania w ogóle można się nauczyć? Talent nie wystarczy?

Jeśli ktoś nie opanował w szkole podstawowej sztuki poprawnego składania zdań, to kurs pisarski na nic mu się nie przyda. Jeśli jednak ktoś ma iskrę Bożą, to taki kurs może pomóc uporządkować wiele rzeczy. Wystarczy poznać kilka technik, które ja nazywam „sztuczkami”, dzięki którym można pisać o wiele lepiej, oczywiście, jeśli się już ten talent ma. I jeśli komuś na tym zależy. Raymond Chandler ukończył kurs pisarski, podobnie jak noblista Kazuo Ishiguro, więc chyba ta wiedza nie przeszkadza w pisaniu.

A zdradzisz chociaż jedną taką „sztuczkę”?

Zawsze powtarzam uczestnikom moich kursów: najpierw pokazuj, potem wyjaśniaj. Jeśli opiszesz nagiego faceta biegnącego ulicą w środku nocy, od razu wzbudzisz zainteresowanie. Czytelnik będzie chciał się dowiedzieć, o co chodzi. To jakiś wariat czy ekshibicjonista? A może się z kimś założył? Albo został okradziony? Jeżeli najpierw wyjaśnisz, że to był tylko zakład, a potem pokażesz, że facet biegnie na golasa – to będzie powtórka, a więc nuda.

Gdy o tym mówisz, to wydaje się oczywiste, ale czytając książki polskich autorów, czasem mam wrażenie, że nigdy o tej zasadzie nie słyszeli.

Bo samemu często się tego nie widzi. Mówię to z własnego doświadczenia. Potrzeba kogoś, kto popatrzy na tekst świeżym okiem i zwróci uwagę na błędy. Każdemu autorowi przydałaby się taka Rudolfina, tylko zanim jeszcze książka trafi do księgarń.

O tak, już widzę, jak wydawcy rzucają się hurmem, abym pomogła im ulepszać książki bestsellerowych autorów. A potem zmuszają ich, aby poprawiali błędy. I obiecują, że będą wydawać pięć doskonałych książek rocznie zamiast dwudziestu byle jakich. To by mogłoby się wydarzyć w jakimś wszechświecie równoległym.

Chyba tak (śmiech). Jeżeli autorzy piszą pod presją deadline’ów, a wydawcy mają napięty harmonogram, nie ma czasu na poprawki.

A jeśli chodzi o co innego? Wydawcom nie chce się wysilać, bo uważają, że czytelnik i tak wszystko kupi, byle tylko „łatwo się czytało”?

Ale raczej nic się z tym nie da zrobić, prawda? No chyba, że rzeczywiście przeniesiemy się do alternatywnej rzeczywistości. A może wystarczyłoby cofnąć się w czasie? Dziesięć lat wystarczy. Wydaje mi się, że wtedy nie wydawało się tak wielu słabych książek, jak teraz.

Zostawmy te kuszące wizje. Czy dlatego właśnie pisanie „Damy z blizną” zajęło ci aż dwa lata?

Mówiąc szczerze, to nawet dłużej. Na pomysł wpadłam wiele lat temu. Zaczęłam się zastanawiać, co by było gdyby żona któregoś z tych polityków, którzy najgłośniej sprzeciwiają się aborcji została napadnięta, zgwałcona i zaszła w ciążę? Co on by zrobił? Czy radośnie wychowywałby dziecko psychopaty, jak swoje własne? Czy może zmieniłby swoje przekonania? Zaczęłam pisać szkic tej historii i utknęłam w momencie, kiedy polityk dowiaduje się, że żona jest w ciąży. Co dalej? Żona rodzi dziecko i mamy dramat rodzinny. Słabe to. Żona usuwa ciążę? Też dramat rodzinny, tylko innego rodzaju. Znów nic nowego. Żona traci dziecko w wyniku poronienia? Najłatwiejsze wyjście, ale też najsłabsze, z rodzaju deus ex machina. I pewnego dnia, siedząc na tarasie mojego domu na Mazurach, gdy już zapomniałam, że chciałam napisać taką historię, przyszło mi do głowy zupełnie niekonwencjonalne rozwiązanie. A gdyby właśnie w tym miejscu, nad tym jeziorem popełniono zbrodnię? I to jest odpowiedź na niezadane pytanie: skąd biorą się pomysły. Pomysły po prostu przychodzą i same nas znajdują, tylko trzeba na nie poczekać.

Pomysł przyszedł, więc potem poszło jak z płatka.

Żeby to było takie łatwe. Napisałam książkę, ucieszyłam się, że nareszcie mam to za sobą i dałam tekst do przeczytania kilku zaprzyjaźnionym osobom. I wszystkie stwierdziły, że nie przekonują ich motywacje głównych bohaterów. Uwagi były bardzo rzeczowe, więc nie miałam wyjścia, musiałam się z nimi zgodzić. Wyrzuciłam jedną czwartą tekstu do kosza, dodałam nowe wątki, które zmieniły wydźwięk powieści i wyjaśniły działania bohaterów.

Domyślam się, że to jeszcze nie koniec.

Zmusiłam przyjaciół do przeczytania nowej wersji i już nie mieli zarzutów, ale wyrazili żal, że jedyna naprawdę pozytywna postać w powieści okazuje się najbardziej przegrana. Nawet się z tym zgodziłam, ale nie miałam pomysłu, jak to zmienić. Dopiero później, gdy podobną uwagę zgłosiła redaktorka książki, przyszło mi do głowy co zrobić, żeby zakończenie nie było takie ponure.

I dzięki temu na końcu mamy jeszcze jeden twist, co, moim zdaniem, wyszło książce na dobre. „Dama z blizną” to mroczny kryminał, momentami thriller i dużo w tym polityki. „Szpilki za milion” to była czysta rozrywka z hiper-optymistycznym zakończeniem. Nie czytałam dwóch wcześniejszych twoich książek, „Łyżeczki” i „Madonny z hiacyntem”, ale z opisów wynika, że pierwsza – to powieść obyczajowa o toksycznej matce, a druga jest konwencjonalnym kryminałem. Zastanawia mnie, jak to możliwe, że twoje książki tak bardzo różnią się tematycznie i gatunkowo.

Pytasz dlaczego nie tłukę serii, wciąż w ten sam deseń?

Nie chciałam być aż tak dosadna.

Ja nie mam łatwości pisania. Zaczynam pisać dopiero wtedy, gdy uznam, że mam wystarczająco dobry pomysł, od początku do końca przemyślany, i kiedy historia jest dla mnie z jakichś powodów ważna. Pisanie na zadany temat, to byłaby straszna męczarnia, taka praca w fabryce, przy taśmie, niczym Charlie Chaplin w filmie „Dzisiejsze czasy”. Nie znoszę też deadline’ów, bo nie wyobrażam sobie, że można by nie dotrzymać terminu. A co, jeśli czas publikacji będzie się zbliżał nieuchronnie, a ja wciąż będę niezadowolona z efektów mojej pracy? Przecież nie oddam półproduktu.

Zaczynam się domyślać, dlaczego wydałaś tę książkę samodzielnie.

Po pierwsze - skłoniły mnie do tego bardzo złe doświadczenia z poprzednimi wydawcami. Dużo by o tym mówić, ale nie lubię narzekać, więc może opiszę to we wspomnieniach (śmiech). Po drugie - brak odzewu ze strony wydawnictw. Może za słabo się starałam.

Jak to? Przecież to świetna książka!

Tylko trzeba najpierw ją przeczytać, żeby się o tym przekonać. A przecież kryminał polityczny „się nie sprzedaje”, jak mi powiedziano w firmie dystrybucyjnej. Więc nawet nie warto otworzyć pliku. Po trzecie – chciałam mieć wreszcie sama wpływ na wszystko. Jeśli coś pójdzie nie tak, mogę mieć pretensje tylko do siebie.

I jakie to pretensje?

O tym też napiszę we wspomnieniach. To materiał na bestseller (śmiech). Rynek wydawniczy to dżungla. Może warto pokazać ją od środka, w krzywym zwierciadle, z uwzględnieniem wszystkich pułapek, które czyhają na naiwnego autora. Naprawdę, trzeba mieć oczy z tyłu głowy, żeby nie dać się wykiwać.

Domyślam się, że kolejna książka będzie również zupełnie inna niż poprzednie. Trudno mi sobie wyobrazić kontynuację „Damy z blizną”.

Dobrze się domyślasz. W następnej książce spełniam marzenia z dzieciństwa. Zawsze chciałam przeżyć wielką przygodę. I przeżywam, tyle że w wyobraźni. To powieść sensacyjno-przygodowa, z zagadką historyczną w tle, o wiele lżejszego kalibru niż „Dama z blizną”, ale poważniejsza niż „Szpilki za milion”. Jeżeli kochasz przygodę, to warto poczekać.

Czy również zamierzasz ją wydać sama?

Jeszcze nie wiem. Samodzielne wydanie książki wiąże się z morderczą pracą. Jeśli autor musi być jednocześnie wydawcą, księgowym, agentem reklamowym, handlowcem, informatykiem, montażystą dźwięku (bo właśnie skończyłam montować audiobook, który ukaże się we wrześniu), nie pozostaje czasu na pisanie. A jeszcze kilka pomysłów mam.

Jak sobie z tym wszystkim dajesz radę?

Gonię w piętkę. Ale, jak ta biegaczka Sifan Hassan, która przewróciła się na igrzyskach w Tokio w trakcie biegu na 1500 metrów, a potem podniosła, i wygrała ten wyścig, też się podnoszę. Może kiedyś wygram.

wtorek, 27 lipca 2021

Tomasz Duszyński „Glatz. Kraj pana Boga” Ocena: 2/6

SYNDROM DRUGIEGO TOMU

Czytałam tę powieść dwa tygodnie i tyle samo czasu mi zajęło, aby zebrać się do napisania recenzji. Raczej nie świadczy to dobrze o książce, prawda?

Miałam nosa, że przy recenzji „Glatz” podeszłam do autora z dystansem. Co doświadczenie, to doświadczenie. Zbyt często mi się zdarza, że pierwsza książka z cyklu budzi mój zachwyt, a potem balonik z nadmuchanymi oczekiwaniami pęka i robi się wielkie nic. Że nie wspomnę Krzysztofa Bochusa, Roberta Małeckiego, Annę Kańtoch czy Jakuba Szamałka.

Czytając „.Glatz. Kraj Pana Boga” miałam wrażenie, że Tomasz Duszyński zaczął pisać tę książkę, nie mając bladego pojęcia, w którą stronę będzie rozwijać się akcja i liczył na to, że jak już sobie trochę popisze, to jakiś pomysł przyjdzie mu do głowy.

Już na samym początku autor popełnił kardynalny błąd. Zamieścił prolog, który jest mega-spoilerem. Z krótkiego wstępu dowiadujemy się, że:

dziewczyna została porwana,

zorientowała się, że porywacz był osobą, którą znała,

udało jej się wydostać z więzienia,

w trakcie ucieczki zginęła na skutek nieszczęśliwego wypadku.

Tej wiedzy, niestety, nie mają policjanci, którzy przez dokładnie jedną czwartą książki z mozołem zdobywają te same informacje, które wcześniej zostały podane czytelnikowi na tacy. Do tego jeszcze takie same informacje podawane są z punktu widzenia kilku policjantów - nijakich, bezbarwnych i nie budzących żadnych emocji, oraz młodej, trochę ciekawszej arystokratki. Zmiana punktu widzenia nie wnosi, niestety, do sprawy niczego nowego. Nie ma lepszej metody, żeby zanudzić czytelnika na śmierć.

Już miałam zamiar rzucić czytnikiem w kąt, kiedy dotarłam do miejsca, w którym autor chyba wpadł na pomysł, o czym pisać dalej, bo wreszcie coś zaczęło się dziać i pojawił się zwrot akcji. Cóż z tego, kiedy okazało się, że to kolejny mega-spoiler. Słuchałam audiobooka i niedowierzałam. Aż przerzuciłam się na wersję pisaną, żeby sprawdzić, czy aby się nie przesłyszałam. Nie. Znów dostajemy wszystko na tacy. Jest trup, wiemy, kto zabił i kto w morderstwo został wrobiony, nie wiemy tylko dlaczego. I znów, mając tę wiedzę obserwujemy miotających się bezradnie detektywów z narastającą irytacją, że tak błądzą we mgle, i że nie są w stanie pojąć rzeczy oczywistych. Policjantów znów jest kilku. Autor mnoży bohaterów chyba tylko po to, żeby ich prywatnymi, nic nie wnoszącymi do sprawy wątkami nadmuchać objętość powieści.

Kluczowa dla sprawy jest treść pamiętnika porwanej dziewczyny Autor dozuje powoli najistotniejsze informacje, ale kiepski to zabieg literacki, bo czytelnik od razu widzi, że pamiętnik „zawieruszył się” wyłącznie na życzenie autora i został wyciągnięty w odpowiednim czasie na zasadzie deus ex machina, bo tak było wygodnie. Poza tym, nawet jeśli czytelnik o najważniejszej treści dowiaduje się na końcu, to przecież policjanci od razu przeczytali całość. I co? Poznali najważniejszy element układanki, czyli motyw, i nie załapali o co biega?

Wątek porwań dla okupu jest mało wiarygodny. Porywacze to partacze, skoro mimo rzekomo dużego doświadczenia nie potrafią się nauczyć, jak skutecznie przetrzymywać porwanych tak, aby nie dało się im uciec. Pierwsza ucieczka miała prawo się wydarzyć, powtórka z rozrywki jest tylko dowodem na to, że autorowi nie przyszło do głowy ciekawsze rozwiązanie.

Końcowa scena w banku jest spektakularna, ale fantastyczna. Takie idealne zsynchronizowanie w czasie policyjnej akcji z napadem byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby włamywacze na własną prośbę chcieli się podłożyć policji i złożyli na siebie donos. A chyba nie o to im chodziło.

Doczytałam do końca nie dlatego, żeby dowiedzieć się, kto za tym stoi, bo w pewnym momencie zupełnie mnie to przestało interesować, tylko po to by sprawdzić czy przynajmniej z zakończeniem autor sobie poradził. Jakoś sobie poradził. Osoba głównego sprawcy rzeczywiście zaskakuje. I jedynie to ratuje tę książkę przed pałą. Dodatkowy plus za klimat i język. Ale, jak pewnie się domyślacie, to za mało, żeby nabrać ochoty na przeczytanie trzeciego tomu. Nie lubię ruletki.