wtorek, 4 stycznia 2022

Mieczysław Gorzka „Dziewięć”, Ocena: 1/6

 

JESTEM SPRYTNA I WYBITNA*

Mieczysława Gorzkę prawie wszyscy chwalą, więc nieopatrznie postanowiłam przekonać się dlaczego. No i będę mieć za swoje. Zaraz rzucą się na mnie wszyscy fani autora, no bo jak może mi się nie podobać coś, co im się tak podoba? Jak śmiem myśleć inaczej, niż oni? Ale, po kolei.

Rozdział pierwszy. Nieźle. Narracja prowadzona z punktu widzenia psychopatycznego mordercy, czego nie lubię, ale jak to jest napisane! Dobry język, są emocje, porządny portret psychologiczny.

Rozdział drugi. Wciąż dobrze. Pogubiony w życiowych wyborach prywatny detektyw Adam Markiewicz zostaje zmuszony do dokonania czynu, który na pewno spowoduje niezłe komplikacje. Mocne zawiązanie akcji.

Rozdział trzeci. Bardzo dobrze. Nowy wątek, niepokorna nastolatka i porzucony kochanek jej matki; jest szansa, aby ruszyć akcję do przodu. Znów ciekawe postaci i konflikt, który wróży kłopoty. Pora, żeby coś zaczęło się dziać.

Rozdział czwarty. Koniec zachwytów. Zaczynam się niecierpliwić. Pojawia się czwarty wątek, kolejne nowe postaci. Jak się okazuje nowe dla mnie, bo zaczęłam poznawać autora od jego piątej książki; fani witają się pewnie ze starymi znajomymi. Domyślam się tego, gdy czytam siermiężne dialogi streszczające wcześniejsze wydarzenia. Dwóch policjantów rozmawia o sprawach, które dla nich są oczywiste. Być może wszystko jest jasne również dla fanów, znających na pamięć poprzednie tomy, ale nie dla mnie - świeżego czytelnika. Zbyt wiele jest nowych nazwisk i pogmatwanych historii, sięgających daleko w przeszłość. Zaczynam ziewać i nachodzi mnie refleksja, że jeśli rzeczywiście autor streszcza tak szczegółowo zawartość poprzednich książek, to powinnam mu podziękować. Zaoszczędziłam trochę czasu. Nie muszę już czytać innych jego powieści, bo właśnie się dowiedziałam, jak się kończą i o co w nich chodzi.

W tym samym rozdziale autor przedstawia głównego detektywa i robi to w taki sposób, że od początku gość mi się nie podoba. Otóż nadkomisarz Zakrzewski to facet, który mówi o sobie tak: „Mamy swoje staroświeckie zasady, według których zawsze , bez względu na cenę (…) sprawiedliwość musi zatriumfować. Nie daliśmy się wciągnąć w żadne nieformalne układy, nigdy nie daliśmy się skorumpować i zeszmacić”. Ufacie takim samochwałom? Ja wolałabym, żeby autor pokazał mi bohatera w działaniu i w ten sposób udowodnił, że taki naprawdę jest. Z zasady nie wierzę ludziom, którzy twierdzą, że są świetni, a nie ma na to żadnych dowodów. Czytając przechwałki Zakrzewskiego chodzi mi po głowie piosenka popularnego niegdyś kabaretu OT.TO, której fragment posłużył mi za tytuł.*

I jeszcze jedna refleksja po czwartym rozdziale. Pierwsze trzy wprowadzające były całkiem niezłe. Czwarty tak bardzo odbiega od nich poziomem, że aż sprawia wrażenie, jakby napisał go ktoś inny. Ghostwriter, czy tylko wena się skończyła, bo trzeba pisać na akord, skoro fani niecierpliwie czekają?

Następne rozdziały. Komisarz Zakrzewski wpada na trop przestępcy dzięki nieprawdopodobnemu zbiegowi okoliczności. Autor na szczęście zdaje sobie sprawę, że to cienkie i sam na to zwraca uwagę. No dobrze, raz mogło mu się przytrafić. Przymykam oko. Ale nieprawdopodobny zbieg okoliczności przydarza się drugi raz. I to się nazywa: braki warsztatowe.

Kolejne rozdziały i nadal brak wydarzeń posuwających akcję do przodu, za to znów pojawiają się nowe wątki. Sprawa aktualnego gwałciciela, sprawa gwałciciela z przeszłości, sprawa czterech przyjaciół z dzieciństwa, obecnie skłóconych, w której główną rolę odgrywa zupełnie nowy policjant, komisarz Lipski. Kto to, po co on, czy będzie miał udział w śledztwie? I znów „samochwała w kącie stała”, postać przekonana o swych rozlicznych talentach, która uważa, że poradzi sobie w każdej sytuacji. Znalezienie porywacza, to będzie dla niego bułka z masłem. Poznajemy jego stare sprawki nie związane z dotychczasową akcją, nie wiadomo po co. Naprawdę zaczynam się gubić. Odkładam książkę. Może po prostu mam słaby dzień i nie potrafię się nad nią skupić?

Mam chyba same słabe dni ostatnio, bo przerywam lekturę jeszcze kilka razy. Za nic nie mogę się wciągnąć. Nie pomaga nowy wątek porwanej dziewczyny, ani kobieta w życiu komisarza Zakrzewskiego, czyli wątek romantyczny: „Oderwała się od jego ust i popatrzyła w głąb wpatrzonych w nią niebieskich oczu”. „Nie powinienem wciągać cię do mojego życia” - deklaruje po takiej akcji komisarz, a ja mam wrażenie, że może byłoby lepiej gdyby autor przerzucił się na pisanie Harlekinów.

Rozdział szesnasty. Mieczysław Gorzka chyba wreszcie zdał sobie sprawę, że czytelnik może poczuć się znużony natłokiem informacji, więc trzeba mu zaserwować jakąś atrakcję. I dostajemy soczystą scenę, w której zwyrodnialec znęca się nad porwaną dziewczyną. Fabularnie nie ma to żadnego uzasadnienia, natomiast jeśli kogoś rajcują opisy zboczeń seksualnych i penisów we wzwodzie, to powinien czuć się usatysfakcjonowany. Dla mnie jednak to atrakcja wątpliwa. Również dlatego, że zamiast zamartwiać się losem niebogi, zbiera mi się na wymioty.

Już w tym momencie powinnam przestać czytać. Ale wciąż się łudzę, że może nie wszystko stracone. Jednak dramaturgia tej historii sypie się z każdym kolejnym rozdziałem. Autor zdradza czytelnikowi dużo więcej, niż wiedzą aktorzy dramatu (znowu błąd warsztatowy). Kiedy więc jeden z bohaterów zaczyna pogrywać z matką uprowadzonej dziewczyny, czytamy o tym bez żadnych emocji. Przecież wiemy, że facet ściemnia, i tylko się złościmy, że kobieta daje sobą manipulować. Napięcia za grosz, chodzi więc pewnie tylko o to, żeby książka miała większą objętość.

Rozdział dziewiętnasty. Już naprawdę dalej nie mogę. Teraz jeszcze policjanci muszą sobie przekazać informacje, które czytelnik już dobrze zna z innych relacji. Ziewam na potęgę. Do tego pojawia się trzeci nieprawdopodobny zbieg okoliczności, a to dopiero 30% książki. Skoro Pan Bóg raz po raz schodzi z nieba, aby pomóc autorowi w konstruowaniu fabuły, to znaczy, że dalej możemy spodziewać się wszystkiego. Za moment mogą pojawić się kosmici i będzie pozamiatane. Koniec. Twórczości pana Gorzki zgłębiać dalej nie będę.

Porzucam tę książkę z ulgą, bo chociaż postaci w niej bez liku, nie ma ani jednej, która obchodziłaby mnie bardziej, niż zdechła mucha wciągnięta do odkurzacza. Nie interesuje mnie nawet los porwanej dziewczyny, bo została przedstawiona tak, aby nie wzbudzić sympatii czytelnika. Nie zamierzam również się przekonywać, jakie to nowe obrzydliwości wymyśli autor, gdy znów postanowi ożywić niemrawą akcję, opisując zabawy zboczeńca.

I tylko nie tłumaczcie mi, drodzy fani, że nie powinnam zaczynać od piątej książki autora, a poprzednie były lepsze. Znam ten mechanizm: napisać jedną, dwie przyzwoite książki, zdobyć stadko fanów, uzależnić ich niepokończonymi wątkami, aby kupili kolejną książkę. Ja się na takie praktyki nie piszę, a wy, róbta, co chceta. 

*Jestem śliczna, higieniczna, przy okazji sympatyczna.

 Jestem sprytna i wybitna, fantastyczna i ambitna.

Fragment piosenki kabaretu OT.TO, sł.: W. Tupaczewski, muz. A. Piekarczyk

środa, 29 grudnia 2021

Zbigniew Rokita „Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku”, Ocena: 3/6

TO SKOMPLIKOWANE

Dopytujecie, dlaczego nie chce mi się pisać o „Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku”. No to odpowiadam. Ta książka nie wzbudziła we mnie żadnych emocji. Apetyty natomiast rozbuchała duże, no bo wiadomo, nagroda Nike. Nie dość, że przyznana przez jury, to jeszcze doceniona przez czytelników. Obawiam się jednak, że głosy czytelników zostały oddane na zasadzie pospolitego ruszenia. Skrzyknęli się gdzieś na jakimś śląskim portalu albo na Facebooku. Bo niby dlaczego podobna książka o Kaszubach, z tego samego wydawnictwa, miała dużo mniejsze wzięcie?

Chcielibyście dowiedzieć się czegoś konkretnego o Śląsku i Ślązakach? Jak to z nimi naprawdę jest? Ja też. Nie z tej książki, niestety. Autor asekurancko wymiguje się od odpowiedzi na najważniejsze pytania, stosując ulubiony fortel: to skomplikowane.

Jest narodowość śląska czy nie? To skomplikowane.

Ślązacy czują się bardziej Polakami, Ślązakami czy Niemcami? To skomplikowane.

Skoro takie to pogmatwane, liźnijmy po trochu wszystkiego, czego się da, może wystarczy. I tak dostajemy wiele tematów, od Sasa do Lasa, które może i budują jakiś obraz Śląska, ale ze względu na nieuporządkowanie pozostawiają niedosyt.

Za socjalizmu Ślązacy (zwłaszcza górnicy) mieli lepiej niż inni, lecz płacili za to utratą zdrowia. Ale przecież zawsze ktoś czymś za coś płacił w socjalizmie. Nowa Huta truła dzieci tak samo, jak śląskie fabryki. Zanieczyszczenie środowiska to jeden z wątków książki, dorzucony zapewne, aby poszerzyć perspektywę, ale do śląskiego tematu nie wnosi wiele nowego.

Ślązacy skarżyli się po wojnie, że nie o taką Polskę walczyli. Niespecjalnie ich to wyróżnia w tłumie obywateli PRL. Mój dziadek, na drugim końcu kraju też tak mówił. Czy ktoś z waszych dziadków, gdy walczył o wolną Polskę, przewidywał, że znajdzie się ona pod sowieckim jarzmem?

Niektórzy Ślązacy opowiadają z rozmarzeniem, że lepiej by im było jak dawniej, pod Niemcem i szkoda, że ci odeszli. Tylko, gdyby zostali, to przez ponad czterdzieści powojennych lat, byliby to Niemcy z eNeRDowa. Ej, naprawdę wtedy żyłoby się lepiej?

Autor przez większość książki skupia na poszukiwaniu własnych korzeni, ale przejście od szczegółu do ogółu nie przekonuje mnie. Autor już wie, kim jest, a konkretnie: wie, że nic nie wie, bo to skomplikowane, a ja wciąż nie wiem, czy jest to tak samo skomplikowane dla ośmiuset tysięcy ludzi, którzy przyznali się w spisie powszechnym do narodowości śląskiej, czy tylko dla niego.

To w końcu jest ten język śląski czy nie? Powiem tyle: jak słucham ślonskij godki, to prawie wszystko kumam. Ta sama gramatyka, składnia, trochę inne końcówki, ale jeśli nie rozumiem poszczególnych wyrazów, potrafię się domyślić treści z kontekstu. I uwielbiam tę gadkę. I cieszę się, że ludzie nie wstydzą się już nią posługiwać, że w języku śląskim można przeczytać książki i obejrzeć sztuki teatralne. Jednak, czy jeśli ja ich kocham, to oni mnie, Gorola tak samo? Niespecjalnie się zmartwię, jeśli nie. Za to jak słucham języka niemieckiego, to czuję się jak na tureckim kazaniu. Zero wspólnoty. To co, język śląski w końcu jest bardziej polski czy niemiecki? Zapewne to skomplikowane.

Żeby już więcej nie komplikować, chyba poczytam Kutza. Może wreszcie się dowiem, jak to z tym Śląskiem naprawdę jest.

 

poniedziałek, 20 grudnia 2021

Piotr Górski „Bliska znajoma” Ocena: 6/6

ZAUFANIE

To się nie miało prawa zdarzyć na polskim rynku wydawniczym. Piąta książka autora z kryminalnej serii, a napisana tak, jakby autor dopieszczał ją latami, zanim odważył się komuś pokazać swoje dzieło. „Bliska znajoma” do dowód na to, że jak się chce – to można. Do odpowiedzi na pytanie: dlaczego to takie trudne, jeszcze wrócę.

W tej książce wszystko gra. Jest dobry, oryginalny pomysł na fabułę, jest suspens, są niespodziewane zwroty akcji, jest zaskakujące, chociaż wcale nie wyjęte z kapelusza zakończenie. Jest błyskotliwie skonstruowana intryga i druzgocący finał, który wywraca emocjonalnie powoduje, że książka nie uleci z pamięci natychmiast po jej odłożeniu.

Piotr Górski nie stosuje tanich chwytów domorosłych autorów, którzy gdy nie mają pomysłu, jak dynamicznie poprowadzić akcję, rzucają trupa w prologu, a potem nic się nie dzieje. W „Bliskiej znajomej” trup pada dopiero w połowie książki, ale zupełnie to nie przeszkadza, bo co chwila dzieje się coś tak zaskakującego, że od lektury trudno się oderwać. Autor nie poległ nawet na scenie erotycznej, a wręcz napisał ją tak, jakby Philip Roth stał mu za plecami i podpowiadał: uważaj, stary, nie przeginaj, jest dobrze tak, jak jest.

Wątki, które początkowo wydają się niepowiązane, okazują się paciorkami tego samego różańca. Był taki moment, że zaczęłam być podejrzliwa w stosunku do autora. No jak to, taki zbieg okoliczności? Znowu to samo? Ej! Ale nie – myślę sobie – przecież to Górski, a nie jakiś tfurca, któremu nie przeszkadza to, że jego książki sprzedawane tak, jak proszek do prania albo majonez. Czy to możliwe, żeby autor, który dowiódł nie raz swojej inteligencji pozwolił sobie na taką wpadkę? Uff – niemożliwe. Wszystko miało swoje uzasadnienie. Co za ulga. Piotr Górski stanął na wysokości zadania.

I teraz pojawia się miejsce, aby odpowiedzieć na zadane na wstępie pytanie. Dlaczego Górskiemu jeszcze się chce, a innym już nie? Czy tylko dlatego, że jeszcze nie poczuł, co to jest prawdziwy sukces i wciąż ma nadzieję, że to wreszcie nastąpi? A jak nastąpi, to co? Dołączy do grona rozpychających się na rynku kolegów? A może to po prostu solidny facet, który jak coś robi, to musi robić porządnie?

Dlaczego książki Marka Krajewskiego, Wojciecha Chmielarza, Roberta Małeckiego, Katarzyny Bondy są coraz słabsze? Wypalili się? Uwierzyli w swoich fanów, którzy przymkną oko na niedoróbki i wciągną nosem wszystko, jak leci? To przytyk nie tylko do polskich autorów. Podobny dylemat mam z Johnem Grishamem czy Camillą Läckberg. Oczywiście, autorzy zmuszani są przez wydawnictwa, aby pisali szybciej, na kolanie, ale czy naprawdę zmuszani? Czy to nie jest tak, że sami chcą, bo to łatwy zysk? Nie wiem, i nie ośmielę się nawet przypuszczać, że tak jest. Motywacje autorów to nie moja sprawa. Te znaki zapytania to nie chwyt marketingowy, tylko dowód mojego zagubienia. Próba dojścia do istoty problemu z góry skazana na niepowodzenie.

Efekt tych rozmyśleń jest taki, że jako czytelnik współczesnych powieści kryminalnych czuję się głęboko zawiedziona. Zamiast czekać z radością na kolejną książkę ulubionego autora zapominam już, że miałam jakichś ulubionych autorów. Na palcach jednej ręki mogę policzyć tych, do których wciąż mam zaufanie. Mam nadzieję, że zaufanie do Piotra Górskiego pozostanie na długo.

 

poniedziałek, 6 grudnia 2021

Ewa Przydryga „Mursz” Ocena: 3/6

PÓŁPRODUKT

Z Ewą Przydrygą mam poważny problem. W jej pisaniu jest wiele elementów, które naprawdę doceniam, ale również dużo wad, które przysłaniają zalety tak skutecznie, że w ostatecznym rozrachunku odbierają satysfakcję z lektury. „Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przesłoniły wam minusów”. Kto to powiedział?

To najpierw o tych plusach. Książka wciąga od samego początku i trudno się od niej oderwać. Napisana jest barwnym językiem. Autorka wie, w którym momencie zawiesić akcję, nie przynudza, sprytnie podrzuca mylne tropy. To prawdziwy thriller a nie thrilleropodobka. Chociaż fabuła jest mocno zapętlona, prawie wszystkie wątki się łączą i są potrzebne. O „prawie”, które robi różnicę będzie na końcu. Najważniejszą zaletą jest to, że intryga jest precyzyjnie przemyślana, zakończenie logicznie uzasadnione i nie ma poczucia, że autorka wyciąga królika z kapelusza albo robi wodę z mózgu czytelnikom, jak inni autorzy (dobrze wiecie którzy). Dlaczego więc się czepiam?

Ano dlatego, że widzę niewykorzystany potencjał. Autorka potrafi skonstruować tak przemyślną intrygę, a nie potrafi prowadzić narracji w trzeciej osobie? Zwracałam na to uwagę już przy okazji recenzji wcześniejszej książki Ewy Przydrygi „Miała umrzeć”. Miałam nadzieję, że od tamtego czasu autorka zrobiła jakiejś postępy w rozwoju warsztatu, a tymczasem mam wrażenie, że uczyniła krok wstecz.

Historia prowadzona jest równolegle przez trzy narratorki, w pierwszej osobie. O dwóch z nich od początku wiadomo, nie żyją; opowiadają o wydarzeniach z przeszłości. Różne tricki stosują autorzy, ale to naprawdę absurdalny zabieg, żeby narrator opisywał własną śmierć, i wybaczcie, nigdy się do tego nie przekonam.

O wiele większym mankamentem jest jednak to, że wszystkie trzy narratorki prowadzą opowieść w ten sam deseń. Gdyby nie zmieniały się postaci drugoplanowe, mielibyśmy wrażenie, że to jedna osoba. Nieważne czy to młodziutka youtuberka, czterdziestoletnia nauczycielka - matka nastolatki czy trzydziestoletnia kwiaciarka po przejściach – wszystkie myślą i mówią tak samo, posługują się tym samym językiem. Jest to męczące w odbiorze, bo dodatkowo jeszcze trzy plany czasowe gęsto się przeplatają i powracając do książki po odłożeniu jej na kilka godzin, trzeba długo się wgryzać, czyją historię się śledzi.

Czytając końcowe podziękowania autorki odkryłam, dlaczego tak się dzieje. Ewa Przydryga tak się tłumaczy: „Zdarza się, że słowa moich bohaterów są mentalnym transferem moich własnych uczuć i przemyśleń”. Niestety, to widać. Wszystkie trzy bohaterki myślą i czują jak Ewa Przydryga. W powieści kryminalnej chyba nie o to chodzi.

Pisząc tę książkę autorka na pewno nie kierowała się zasadą „mniej znaczy więcej”. Wątków i pomysłów mamy tyle, że spokojnie można by sobie zostawić część na inną powieść. To prawda, wszystko ładnie się ze sobą zazębia, ale nieustanne przyswajanie tak wielu nowych szczegółów dość szybko staje się męczące.

Skupiając się na rozwikłaniu tak wielu wątków z przeszłości, Ewa Przydryga zapomniała o wyjaśnieniu tajemnicy głównej bohaterki. Bo chyba jednak można tak nazwać Polę, jedną z trzech równoległych narratorek, choćby dlatego, że to ona prowadzi współczesne, najważniejsze dla fabuły śledztwo i ona jedna wciąż żyje. Kobieta została oskarżona o współudział w porwaniu dziecka i o znieważenie zwłok. I co? I nic. Tak mocne zarzuty, chcielibyśmy się dowiedzieć o co chodziło, ale nie ma dobrze.

We wspomnianym wcześniej słowie odautorskim Ewa Przydryga dziękuje czytelnikowi, że „zanurzył się w tej historii” i wyraża nadzieję na kolejne spotkania. Niestety, nie ze mną. No chyba, że pani autorka nauczy się pisać w trzeciej osobie i tworzyć bohaterów, którzy będą myśleli inaczej, niż ona. Gdyby tak się stało, to dajcie mi znać.