poniedziałek, 16 września 2019

Piotr Górski „Krewni” Ocena 4/6


BEZ LANSU
Komisarz Kruk powrócił po raz trzeci i po raz trzeci nie zawiódł.

Hołdując zasadzie – do trzech razy sztuka – nie mam wyjścia. Muszę przyznać, że trzecia udana książka z rzędu, to już nie może być przypadek. Jednak z wygłaszaniem opinii, że mamy kolejnego, naprawdę dobrego autora kryminałów, jeszcze się powstrzymam. Obawiam się, że gdyby moja wypowiedź dotarła jakimś cudem do mainstreamu, mogłabym tylko zdolnemu pisarzowi zaszkodzić.

O Piotrze Górskim pisałam pochlebnie już przy okazji jego poprzednich powieści z serii o komisarzu Kruku, więc żeby się nie powtarzać, nie będę tym razem wystawiać zasłużonej laurki. Ufam, że uda mu się napisać jeszcze kilka dobrych książek, zanim ktoś nie wpadnie na pomysł, żeby go wylansować. Jeszcze się bowiem nie zdarzyło, aby lans wpłynął konstruktywnie na wenę twórczą. Niejeden polski autor przecież bardzo dobrze się zapowiadał, a kiedy już przestał się zapowiadać i został wypchnięty na szerokie wody, zaczął się w nich topić. Przyczyny pewnie są różne: a to terminy gonią, a to wydawnictwo domaga się nowych bestsellerów, a to presja, żeby być ciągle lepszym, bo już nie wystarczy utrzymywać ten sam poziom, a to rosnące przekonanie o własnej genialności. Efekty zawsze są takie same - o autorze jest wszędzie głośno, sprzedaje coraz więcej książek, tylko poziom tych książek systematycznie spada. Przepraszam za tę przydługą dygresję, tylko pozornie odbiegającą od tematu.

A teraz ad rem. Czytając „Krewnych” odczuwałam lekkie zmęczenie autora swoim bohaterem. Intryga nadal precyzyjnie przemyślana, dramaturgia nie zawodzi, jesteśmy zręcznie prowadzeni na manowce. Przez cały czas mamy wrażenie, że przecież już wszystko wiemy, że rozwiązanie będzie oczywiste, a okazuje się, że jednak daliśmy się zaskoczyć. I tylko ten Kruk taki jakiś coraz bardziej wypalony, coraz mniej wyrazisty. Przydałaby się facetowi w życiu jakaś pozytywna zmiana.

Z niecierpliwością czekam na kolejną powieść Piotra Górskiego.

piątek, 6 września 2019

Guillaume Musso „Zjazd absolwentów” Ocena: 3/6


ZAMIAST PLAŻY W ANTIBES
I po wakacjach, więc trzeba powrócić do zapisków, żeby nie zapomnieć, co się przeczytało. W przypadku tego autora przydarzyła mi się właśnie taka przygoda. Wydawało mi się, że sięgam po książkę nieznanego mi pisarza, a tymczasem po odświeżeniu archiwum pamięci okazało się, że Guillaumem Musso już miałam do czynienia. Umknął mi jednak i tytuł, i treść powieści, więc chyba specjalnie nie było o czym pamiętać.

„Zjazd absolwentów” bardzo dobrze się czyta, akcja wciąga, intryga jest nieźle zapętlona, chociaż może nawet trochę za bardzo, a zakończenie zaskakuje. Co do prawdopodobieństwa niektórych zdarzeń można mieć zastrzeżenia. Mnie na przykład ciężko uwierzyć, że narrator nie miał pojęcia o długotrwałym romansie tak bliskiej mu osoby. Nawet jeśli on sam mieszkał za granicą, to jego przyjaciel musiał przecież odwiedzać dom ojca od czasu do czasu. Ale niech tam. To niezobowiązująca lektura, akurat dobra na lato, więc po co się czepiać? Pewnie znów wypadnie z głowy zaraz po przeczytaniu.

Na plus zaliczam dobrze oddany klimacik Lazurowego Wybrzeża. Jeśli nie macie w najbliższych planach wyprawy na plażę w Antibes, to możecie przynajmniej sobie o tym poczytać.

Całość bez specjalnych uniesień, ale też bez bólu. Zamiast plaży – jak znalazł.

piątek, 16 sierpnia 2019

Joanna Szwechłowicz „ Ostatnia wola” Ocena: 2/6


POCZĄTEK I KONIEC
Kolejny tytuł, który odnotowuję tylko dla porządku, żeby nie zapomnieć, że poznałam nowego polskiego autora.

„Ostatnia wola” świetnie się zaczyna i całkiem nieźle kończy, natomiast wszystko, co dzieje się pomiędzy pozostawia wiele do życzenia.

Ekscentryczna, złośliwa i nieprzyzwoicie bogata arystokratka zaprasza do swego pałacu starannie wyselekcjonowanych krewnych, aby ogłosić, kto z nich przejmie po niej spadek. Staruszka zamierza popełnić spektakularne samobójstwo. Jest śmiertelnie chora i chce odejść na swoich zasadach. Zwołuje rodzinny zjazd aby osiągnąć pewien niecny cel, nie ma jednak szansy obserwowania przebiegu wydarzeń, ponieważ zanim cokolwiek zacznie się dziać, zostaje zamordowana.

Potężna śnieżyca sprawia, że grupa osób, oczywiście wszyscy są podejrzani, zostaje odcięta od świata. Można by ponarzekać, że to motyw zgrany jak świat, ale taki punkt wyjścia zawsze się sprawdza, jeśli tylko dalszy rozwój wypadków jest dobrze poprowadzony. A w „Ostatniej woli” niestety nie jest.

Gdy pisałam o „Przypadkowym detektywie” Macieja Ślużyńskiego (recenzja z 9 stycznia 2018) opartym na tym samym pomyśle inspirowanym „Pułapką” Agaty Christie, moim głównym zarzutem było to, że mamy za mało podejrzanych. W „Ostatniej woli” podejrzanych jest akurat tylu, ile trzeba. Czytelnik nie pogubi się w nadmiarze postaci i powinien mieć satysfakcję z samodzielnego dochodzenia – kto zabił. Dlaczego więc tylko powinien mieć, a nie ma?

Powodem niezaspokojenia potrzeb czytelnika jest błąd konstrukcyjny. W tym kryminale brakuje postaci detektywa. Narracja prowadzona jest tak, że przez większość powieści wydaje nam się, że każdy z bohaterów prowadzi własne śledztwo, ale jednocześnie każdy z nich jest podejrzany. To zabieg dość ryzykowny i na pewno poradziłaby sobie z tym Agata Christie, ale niestety, Joannie Szwechłowicz się nie udało. Brakuje napięcia, w ogóle nie drżymy o życie bohaterów. Nie mamy też możliwości śledzenia ciągów przyczynowo-skutkowych, a jest to ulubione hobby czytelników kryminałów. Lider wśród detektywów pojawia się dopiero wtedy, gdy przychodzi do rozwiązania zagadki, czyli o wiele za późno.

Autorka nie ustrzegła się również innych drobniejszych błędów. Pomysł z wyprawą na nartach jest mocno naciągany, podobnie jak niespodziewany gość, który spada z nieba (pardon, ze strychu).

Trochę mi szkoda zmarnowanego pomysłu, bo pointa z ostatnią wolą ekscentrycznej staruszki jest naprawdę efektowna i dowcipna, chociaż łatwa do przewidzenia.

piątek, 2 sierpnia 2019

Sheryl Browne „Opiekunka” Ocena: 1/6


HARLEKIN W ROLI THRILLERA
Kolejna angielska autorka „thrillerów”, którą po lekturze pierwszej książki od razu wpisuję na moją osobistą czarną listę.

To ma być thriller? Ha, ha, ha! Od kiedy to w thrillerach używa się języka w stylu „zatrzepotała rzęsami” i zdradza się o co chodzi w piątym rozdziale? Dodam, że rozdziałów jest osiemdziesiąt jeden (!). Już na samym początku autorka informuje nas, że dziewczyna, która zatrudnia się jako opiekunka do dzieci w cudownej rodzinie jest psychopatką, obsesyjnie zakochaną w panu domu, która zjawia się tam z zamiarem wprowadzenia w obłęd jego żony, co ma doprowadzić do rozbicia małżeństwa i przejęcia ukochanego na własność. To nie ja spoileruję, naprawdę, to autorka osobiście! Sama sobie psuje show!

Spoilery odautorskie lecą dalej w każdym rozdziale. Najpierw dowiadujemy się, co idealna opiekunka chce namącić, a potem obserwujemy, jak jej się udaje wprowadzić te plany w życie. Chyba nie ma lepszego sposobu, żeby zanudzić czytelnika na śmierć.

Psychopatka mąci prawie do samego końca, a czytelnik tylko toczy pianę z ust i nie może się doczekać, żeby para omotanych idiotów wreszcie się zorientowała, w co zostaje wrabiana. Na dodatek, wrabiany mąż jest oficerem policji, więc powinien być trochę bardziej kumaty, a tymczasem jego głupota wręcz poraża.

Kiedy już w piątym rozdziale dowiaduję się o co chodzi, o razu wiem, jak ta historia się skończy. No bo jak może skończyć się opowieść, w której biedne, niewinne, idealne małżeństwo zostaje napastowane przez wredną psychopatkę? No jak? Właśnie tak, jak to sobie wyobraziliście. Zaczęłam słuchać audiobooka (lektorka tylko trochę lepsza w interpretacji od syntezatora mowy), i z ulgą przerzuciłam się na tekst pisany, bo mogłam przerzucać strony na przyspieszonych obrotach. Dlatego zaręczam - skończyło się tak, jak autorka zapowiedziała w piątym rozdziale.

Nigdy więcej Sheryl Browne, czego i wam życzę.