JAK SIĘ POZBYĆ CIAŁA?
Ta książka wpisała się w czarną
serię. Czwarta z kolei, której nie dało się czytać i musiałam ją porzucić po
kilku rozdziałach. O pozostałych wpadkach nawet nie chciało mi się pisać, ale
kiedy taki numer wykręca wydawnictwo Czarna Owca, a nie jakiś selfpublishingowy
mastodont albo zdesperowany autor, który „zawsze marzył, żeby zostać pisarzem”,
nie mogę nie zareagować. Nie wstyd wam produkować takich potworków? Drodzy
recenzenci, czy naprawdę musicie zachwalać każdą książkę, którą otrzymacie w
prezencie od wydawnictwa?
Bardzo lubię powieści przygodowe
z historycznymi wątkami i „poszukiwaniem skarbów”, więc postanowiłam sprawdzić
o co chodzi z tą Szkatułą Królewską księżnej Izabeli Czartoryskiej. Nie
dowiedziałam się, bo musiałabym dotrwać do końca, a to było ponad moje siły.
Pomijając błędy narracyjne (autor od samego początku wprowadza tak wiele
tajemnic, że nie sposób ich wszystkich śledzić aż do rozwiązania, zbyt wiele
postaci, by którąś przejąć się na poważnie), najpoważniejszym zarzutem jest to,
że czytelnik traktowany jest jak idiota.
Dwójka antykwariuszy Łucja Rokosz
i Alek Jung (student) ma za zadanie wycenić przedmioty odziedziczone przez
klienta, wśród których znajduje się oryginalny zegarek z XVII wieku. Klient nie
chce się przyznać skąd zegarek pochodzi, więc antykwariusze przeprowadzają
własne śledztwo. Gdy kolejnym razem nie zastają klienta w domu, udaje im się
skłonić bardzo nieufną sąsiadkę do otwarcia drzwi, zwracając się do niej po
nazwisku. Tylko, skąd znali jej nazwisko? Pomogły siły nadprzyrodzone?
Sąsiadka zdradza, że matka
klienta została zamordowana, ale policja uznała to za wypadek, i obiecuje, że
da znać, jeśli będzie się działo coś niepokojącego. Kiedy kilka godzin później
Łucja otrzymuje SMS z nieznanego numeru „przyjedźcie teraz”, od razu wie, że to
od sąsiadki. Swobodnie jednak traktuje słowo „teraz” i jedzie na wezwanie, zupełnie
się nie spiesząc. Czeka bowiem na studenta (bo oni tak z zasady podróżują
dwójkami), a że najczęściej przemieszczają się komunikacją miejską, więc
zajmuje im to trochę czasu. Od razu wiemy, że mamy do czynienia z kiepskimi
amatorami.
Gdy Łucja, jednak odważnie, bez
studenta, dociera na miejsce, sąsiadka nie otwiera, ale słychać zza jej drzwi
dźwięk wibrującego telefonu. Ja nie słyszę wibracji, nawet jak mam telefon w
kieszeni, ale co to dla kogoś, kto ma nadprzyrodzone zdolności. Detektywka
postanawia zgłosić swoje zaniepokojenie o sąsiadkę na najbliższym komisariacie
i znów zdarza się cud, udaje jej się dostać do policjanta, który przyjmuje zgłoszenia
w ciągu kilku minut! W Polsce. W dużym mieście wojewódzkim. Próbowaliście
kiedyś zgłosić kradzież roweru? Jeśli tak, to pewnie już nigdy więcej nie
przyjdzie wam to do głowy.
Policja i tak odsyła ich z
kwitkiem (student dotarł), bo nie chcą zgłosić zawiadomienia o podejrzeniu
popełnienia przestępstwa. Proszą więc tylko, żeby policjant obdzwonił szpitale,
a policjant entuzjastycznie się zgadza.
W międzyczasie pojawia się wątek
morderstwa. Autor pozostawia mordercę z zadaniem: „teraz tylko musiał się jakoś
pozbyć ciała”. Czytam dalej tylko dlatego, aby się dowiedzieć, jak mu się to udało,
bo morderca wydaje się być bardzo niegramotny.
Aż w końcu nasi, z Bożej łaski
detektywi, przeprowadzają akcję w stylu Jamesa Bonda. Na kolejnym spotkaniu z
klientem, Łucja zauważa, że „z jego kieszeni wystaje coś metalowego”. Wtedy
Alek podrywa się, unieruchamia klienta i przyciska mu do szyi pistolet mówiąc
„Rusz się, a długo nie będziesz tęsknić za matką” [matka nie żyje]. Ni z tego,
ni z owego, w trakcie zwykłej konwersacji, do Bogu ducha winnego człowieka,
który nie dał najmniejszego powodu, żeby go atakować i wcześniej nie sprawiał
żadnych kłopotów. Takiej akcji nie usprawiedliwia nawet później podana
informacja, że pistolet był atrapą. Urządzenie w kieszeni klienta to był
inhalator. Ja bym zeszła na zawał i długo nie mogła dojść do siebie, ale tutaj
natychmiast wszystko dobrze się kończy. Żadnych reperkusji, żadnych wątpliwości
co do szalonych antykwariuszy. Incydent kończy się przeprosinami. Łucja
przeprasza klienta za zachowanie Alka, a klient Łucję, że nie wszystko im
powiedział. I nic się nie stało, wszyscy są znów szczęśliwi.
Głupota tej sceny tak mnie
rozwaliła, że już miałam rzucić czytnikiem w kąt, ale przecież chciałam się
dowiedzieć, jak morderca pozbył się ciała. Czytam więc dalej na szybkich
obrotach.
Wracamy do mordercy, który jest w
Nowym Jorku, a jego największym zmartwieniem jest to, do jakiego muzeum ma się
udać. Zabił, żeby uzyskać awans (!), jeśli by kogoś to interesowało.
Mnożą się zupełnie niepotrzebne,
nowe wątki, z przeszłości i teraźniejszości, pojawiają się dziesiątki (!) nowych
zbędnych postaci, akcja przerzuca się do Niemiec, Austrii, Holandii,
przedwojennej Czechosłowacji, chaos robi się nie do ogarnięcia. Tylko autor
będzie wiedział o co chodzi, a i tak nie mam pewności. Właściwie, to mogę się
nawet założyć, że nie będzie potrafił wyjaśnić kto, co, gdzie kogo i dlaczego.
Myślicie, że dowiedziałam się,
jak morderca pozbył się zwłok? Niedoczekanie! Po co? Ten wątek w ogóle zniknął.
Autor pewnie myślał, że w plątaninie innych wydarzeń, czytelnicy tego nie
zauważą.
Miałam nadzieję, że po skaczących
na pomarańczowych spadochronach chomikach w powieści Grega Krupy „Przeklęta rzeźba z Bolonii”, nic mnie nie będzie w stanie zaskoczyć. Myliłam się. Polscy
autorzy są nieprzewidywalni.