niedziela, 29 marca 2026

Jean-Claude Izzo „Solea” Ocena: 5/6

„NIEULECZALNA MELANCHOLIA”*

To nie jest kryminał. To jest nawet antykryminał. Nie ma zagadki. Od początku wiemy, kto stoi za morderstwami i mamy wszechogarniające przeczucie, że ta historia nie może skończyć się dobrze. „Solea”, czyli ostatnia część trylogii marsylskiej - to przejmująca opowieść o niespełnionej miłości, przyjaźni, śmierci i zemście (w tej właśnie kolejności) napisana przez poetę. Mroczniejsza niż noc zimowa za kręgiem polarnym. To książka dla ludzi o mocnych nerwach, którzy odważą się zanurzyć w ten mrok. Fabio Montale jest człowiekiem, który kocha prawdziwie i pragnie kochać, ale za brak szczęścia w miłości nieustannie obwinia siebie. Trudno się obcuje z bohaterem, który uważa, że jest „zawsze spóźniony, zawsze przegrany”.

Życie cuchnie śmiercią. (…) Powąchałem rękę. Ten sam wstrętny odór. Ja też cuchnę śmiercią.

„Solea” pochłonęła mnie totalnie. Jean-Claude Izzo należy do tych nielicznych pisarzy, z którymi łączy mnie metafizyczna więź. Czytam książkę i nurkuję w niej jak mogę najgłębiej, wstrzymując oddech, aż prawie tonę. Kiedy bohater słucha jazzu i ja wrzucam „In a Sentimental Mood” Coltrane’a i Ellingtona, żeby sobie leciało w tle. Kiedy Montale pije wino, sprawdzam, gdzie można je kupić, no i niestety okazuje się, że wina z tych apelacji nie są dostępne w Polsce. Czytam, i co chwilę zaginam rogi, żeby zaznaczyć fragmenty, które chciałabym zapamiętać. Wynotowuję je również dla was, może też uznacie je za ważne.

Jak wytłumaczyć, że ‘kocham cię’ przez wierność dla miłości, której nigdy nie było różni się od ‘kocham cię’ w imię prawdy miłości, której szczęścia doznajesz każdego dnia?

Przede mną jeden prawdziwy prezent, jaki życie mi podarowało. (…) Morze i niebo. Nieskazitelne. Bez końca. I to zrodzone z nich (…) światło. Nieraz myślałem sobie, że wziąć kobietę w ramiona to tak, jakby przygarnąć do siebie całą tę radość idącą z nieba ku morzu.”

„Zawsze pojawiasz się za późno (…) Nie potrafisz dogonić śmierci. I życia też nie potrafisz dogonić. Ani przyjaźni. Ani miłości. Zawsze spóźniony, zawsze przegrany”.

„Za długo żyję bez wiary w życie. (…) Czy uwierzyłem, że drobne codzienne przyjemności wystarczą do szczęścia i dlatego zrezygnowałem z marzeń, prawdziwych marzeń? A tym samym skreśliłem przyszłość? Nie ma przede mną jutra, nie spodziewam się świtu, który teraz właśnie wstawał.”

Teraz nie ma już w Marsylii ani jednej osoby, do której (…) mógłbym powiedzieć: ‘A pamiętasz…?’ Przyjaźń to właśnie to: suma wspólnych wspomnień, które można wyłożyć na stół obok pięknego okonia, zapiekanego w koprze. Tylko to ‘a pamiętasz…’ pozwala się zwierzać z najbardziej intymnych doznań (…).”

I jeszcze wiersz Louisa Brauquiera, cytowany przez głównego bohatera:

Idę do ludzi mojej ciszy

Powoli idę do tych, o których mogę milczeć;

Przyjdę z daleka, wejdę i usiądę.

Zaczerpnę tego, co potrzebne, bym znów ruszył w drogę”.

Dalsza droga Jeana-Claude’a Izzo była, niestety, krótka. Zmarł dwa lata po publikacji książki.

Recenzent „Le Monde” tak napisał o „Solei”:

„Nieuleczalna melancholia. W niej cały urok i siła książek Izzo.”* Trudno o celniejsze podsumowanie.

Jeżeli przekonałam was do autora, to tylko podpowiadam, że trylogię marsylską najlepiej czytać po kolei: najpierw „Total Cheops”, potem „Szurmo” i „Solea”. Szczerze odradzam czytanie od końca.

wtorek, 24 marca 2026

Izabela Szylko "Copernicus Codex Quest" Rating: 6/6

A two‑volume edition of the books Seekers of the Seventh Book and The Mystery of the Seventh Book in English.

EVERYONE CAN WIN

Step into a world where you can become Indiana Jones — or Robert Langdon — if only you crave adventure, love a good mystery, and still carry a spark of Peter Pan’s curiosity. This book was written with you in mind.

Izabela Szylko knows exactly how to hook a reader. What seems to begin as a romantic comedy quickly transforms into a gripping, high‑stakes adventure. Jerzy, a London lawyer with a weakness for beautiful women, stumbles into trouble — but it’s Alicja, an astrophysicist fascinated by the history of astronomy, who becomes the true enigma. And trust me: she’s full of surprises.

These characters feel real — relatable, flawed, and instantly likable. Ordinary people thrown into extraordinary circumstances, forced to rise to the challenge. You can’t help but root for them.

This is the kind of book you inhale. The pages practically turn themselves, and every chapter leaves you hungry for the next.

The first part delivers a witty, fast‑paced adventure packed with humor and sprinkled with fascinating, accessible insights about Copernicus and his world. No dry lectures — only the clues you need to solve the mystery alongside the characters.

Then the story shifts gears. Suddenly you’re racing across the Atlantic, following both the hunters and the hunted as the plot accelerates like a Formula 1 Ferrari. The intrigue is perfectly woven; every thread matters and leads, in unexpected ways, to a spectacular finale. Dan Brown could take notes.

And what about Copernicus’s secret? The man himself steps aside, but his idea takes center stage. Alongside the breathless pace, we are offered a touch of astronomy, a hint of chemistry, a whisper of physics, and even a brush with philosophy, all in quantities perfectly measured and never intrusive.

“What if our Solar System is just an atom in someone else’s cosmos?” Fires up the imagination, doesn’t it? A mind‑bending question — and only the beginning of what this story dares to explore.

Copernicus Codex Quest is more than a pulse‑pounding thriller. It’s a book for curious minds, for readers searching for meaning in the vastness of the Universe. Perhaps, after reading it, they will accept defeat with greater calm and celebrate victory with a touch more humility.

niedziela, 22 marca 2026

Fernando Gamboa „Ostatnia krypta” Ocena: 1/6

PRECZ Z BESTSELLERAMI

To jest tak wtórne i głupie, że już trzy razy siadałam, żeby coś o tym pisać i za każdym razem szybko znalazł się dobry pretekst, żeby tego nie robić. Więc tylko krótkie ostrzeżenie, bo może przypadkiem przyszło by wam do głowy, żeby wydać na te wypociny jakieś pieniądze.

Temat zgrany do bólu - poszukiwania skarbu Templariuszy, który rzekomo trafił do Ameryki jeszcze przed Kolumbem – międlony wcześniej na setki sposobów, od Pana Samochodzika począwszy.

Postaci schematyczne, nudne i papierowe. Niby jest jakiś romans, ale jak tak ma wyglądać miłosna relacja, to już wolałabym spędzić w celibacie resztę życia i przeżywać romantyczne uniesienia czytając książki (inne oczywiście).

Język ubogi. Dramaturgii żadnej. Znajdują jakiś dokument, łatwo go rozszyfrowują, odnajdują miejsce ukrycia skarbu, a tam skarbu nie ma, tylko nowy dokument, który znów trzeba rozszyfrować i dalej szukać skarbu w innym miejscu i tak dalej, kilka razy. I tak sobie fruwają po całym świecie. Wiedzę o opisywanych miejscach autor czepie z Googli, więc lepiej od razu wskoczcie sobie w wyszukiwarkę, żeby pobuszować po Afryce czy Ameryce Środkowej.

Bohaterowie bez przerwy gadają o niczym, a podstawowa metoda na budowanie suspensu wygląda tak:

- Nigdy nie wpadniecie na to, co odkryłem!

- No rzeczywiście, to może nam powiesz.

- No dobrze, to powiem.

I tak w ten deseń, dziesiątki razy.

Intrygi nie ma, prawdopodobieństwo wydarzeń – zero. Dobrnęłam jakimś cudem do jakichś trzech czwartych, nie wiem po co (no może jednak znajdą ten skarb) i nadziałam się na jatkę. No i wtedy, o wiele za późno, pan Gamboa usłyszał ode mnie stanowcze: NIE! Rzuciłam czytnikiem w kąt!

Kiedy czytam w opisie, że to „nr 1 na hiszpańskim Amazonie i bestseller, który porwał ponad 500000 czytelników na całym świecie”, to bardzo współczuję tym czytelnikom. Kiedy pan Gamboa w prologu, nie wiadomo dlaczego tak nazwanym (przetłumaczonym), bo jest to ewidentnie przedmowa, odwołuje się do Artura Péreza-Revertego i sugeruje, że będzie to opowieść w podobnym klimacie, to najpierw się na to nabieram, ale bardzo szybko zaczynam ostrzyć scyzoryk, żeby wziąć odwet na autorze. Nie takie odczucia powinny budzić książki.

Żadnych więcej bestsellerów – znów to sobie obiecuję, może wreszcie dotrzymam słowa. Czytajcie tylko, jeśli uważacie, że „miliony much nie mogą się mylić”.

niedziela, 1 marca 2026

Anna Bińkowska „Cienie” Ocena: 2/6

ŚLEDZTWO BEZ ŚLEDZTWA

Chyba zbyt wiele po tej książce oczekiwałam i dlatego się zawiodłam. Akcja „Cieni” toczy się w przedwojennej Warszawie, a śledztwo prowadzi Regina Brywczyńska - „bogata wdowa o wielkiej ciekawości, uporze i szerokich kontaktach”, jak przeczytałam w opisie wydawcy. Czyli takie przeciwieństwo profesorowej Szczupaczyńskiej, detektywki z cyklu Maryli Szymiczkowej.

I tu był pierwszy zawód. Jak w poprzedniej recenzji („Rozdarta zasłona”) narzekałam na konserwatyzm Szczupaczyńskiej, tak i tym razem muszę ponarzekać na główną bohaterkę, która dla odmiany jest tak wyemancypowana, że aż niewiarygodna. Zachowuje się jak kobieta z dwudziestego pierwszego wieku, ma wiedzę dostępną współczesnym ludziom i w irytujący sposób robi z niej użytek, wygłaszając teorie na temat kierunków rozwoju świata, które – dziś o tym wiemy - są oczywiście trafne, ale w roku 1924 brzmiałyby fantastycznie. Aż w taką przenikliwość bohaterki zupełnie nie wierzę.

Autorka w ogóle nie dba o realia obyczajowe i zachowania współczesnych nam ludzi przenosi do rzeczywistości rozgrywającej się sto lat temu. Komendant policji nigdy nie zwróciłby się wtedy do kobiety z wysokich kręgów społecznych używając słów „odpieprz się”, a podwładny nigdy nie ośmieliłby się powiedzieć do swojej przełożonej „chyba pani odbiło”. Nawet dzisiaj to by było ryzykowne.

Drugi zawód – to tematyka. Tym razem to nie wina autorki, która nie przeczytała zapewne, w przeciwieństwie do mnie, „Rozdartej zasłony”, bo wtedy temat dziewcząt porywanych do burdeli w Ameryce wydałby jej się wtórny i oklepany. No niestety, znów mi się przydarzył taki zbieg okoliczności, że dwie powieści kryminalne poruszające identyczny problem przeczytałam jedną po drugiej, więc odczucie deja vu przeszkadzało w lekturze. W książce Szymiczkowej była jednak porządna, dobrze zapętlona intryga i wiarygodne psychologicznie postaci, a u Bińkowskiej bohaterowie są papierowi, intryga nie istnieje, nie wspominając o zwrotach akcji czy fałszywych tropach.

Śledztwa Reginy Brywczyńskiej praktycznie nie ma. Czegoś tam próbuje się dowiedzieć jej człowiek do specjalnych poruczeń - Juliusz Tumanek (ten, który twierdzi, że jej odbiło), ale dzieje się to na zasadzie: idę sobie na Kercelak, od razu mam szczęście i wpadam na właściwe osoby. I tak szczęście nie opuszcza go aż do końca. Tumanek jest przekonany, że dobrze wytypował przestępców, chociaż tak naprawdę nie ma na to żadnych dowodów. Policja robi na nich obławę na nie wiadomo jakiej podstawie, ale i tak im się nie udaje, więc można ich ścigać dalej. I tak to się ciągnie bez żadnego napięcia do absurdalnego finału, i nawet porwanie panny służącej akcji nie ożywia, bo to wątek wtrącony, który do niczego nie prowadzi.

Wyjaśnienie, dlaczego finał jest absurdalny, byłoby spoilerem, więc to sobie daruję. Być może jednak zechcecie przekonać się sami.

Na plus „Cieni” przemawiają jedynie wiernie oddane realia topograficzne przedwojennej Warszawy, ale to za mało, żeby skusić się na przeczytanie kolejnego tomu.