Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Omijać!. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Omijać!. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 sierpnia 2026

Krzysztof P. Czyżewski „Strażnik Rafaela” Ocena: 1/6

JAK SIĘ POZBYĆ CIAŁA?

Ta książka wpisała się w czarną serię. Czwarta z kolei, której nie dało się czytać i musiałam ją porzucić po kilku rozdziałach. O pozostałych wpadkach nawet nie chciało mi się pisać, ale kiedy taki numer wykręca wydawnictwo Czarna Owca, a nie jakiś selfpublishingowy mastodont albo zdesperowany autor, który „zawsze marzył, żeby zostać pisarzem”, nie mogę nie zareagować. Nie wstyd wam produkować takich potworków? Drodzy recenzenci, czy naprawdę musicie zachwalać każdą książkę, którą otrzymacie w prezencie od wydawnictwa?

Bardzo lubię powieści przygodowe z historycznymi wątkami i „poszukiwaniem skarbów”, więc postanowiłam sprawdzić o co chodzi z tą Szkatułą Królewską księżnej Izabeli Czartoryskiej. Nie dowiedziałam się, bo musiałabym dotrwać do końca, a to było ponad moje siły. Pomijając błędy narracyjne (autor od samego początku wprowadza tak wiele tajemnic, że nie sposób ich wszystkich śledzić aż do rozwiązania, zbyt wiele postaci, by którąś przejąć się na poważnie), najpoważniejszym zarzutem jest to, że czytelnik traktowany jest jak idiota.

Dwójka antykwariuszy Łucja Rokosz i Alek Jung (student) ma za zadanie wycenić przedmioty odziedziczone przez klienta, wśród których znajduje się oryginalny zegarek z XVII wieku. Klient nie chce się przyznać skąd zegarek pochodzi, więc antykwariusze przeprowadzają własne śledztwo. Gdy kolejnym razem nie zastają klienta w domu, udaje im się skłonić bardzo nieufną sąsiadkę do otwarcia drzwi, zwracając się do niej po nazwisku. Tylko, skąd znali jej nazwisko? Pomogły siły nadprzyrodzone?

Sąsiadka zdradza, że matka klienta została zamordowana, ale policja uznała to za wypadek, i obiecuje, że da znać, jeśli będzie się działo coś niepokojącego. Kiedy kilka godzin później Łucja otrzymuje SMS z nieznanego numeru „przyjedźcie teraz”, od razu wie, że to od sąsiadki. Swobodnie jednak traktuje słowo „teraz” i jedzie na wezwanie, zupełnie się nie spiesząc. Czeka bowiem na studenta (bo oni tak z zasady podróżują dwójkami), a że najczęściej przemieszczają się komunikacją miejską, więc zajmuje im to trochę czasu. Od razu wiemy, że mamy do czynienia z kiepskimi amatorami.

Gdy Łucja, jednak odważnie, bez studenta, dociera na miejsce, sąsiadka nie otwiera, ale słychać zza jej drzwi dźwięk wibrującego telefonu. Ja nie słyszę wibracji, nawet jak mam telefon w kieszeni, ale co to dla kogoś, kto ma nadprzyrodzone zdolności. Detektywka postanawia zgłosić swoje zaniepokojenie o sąsiadkę na najbliższym komisariacie i znów zdarza się cud, udaje jej się dostać do policjanta, który przyjmuje zgłoszenia w ciągu kilku minut! W Polsce. W dużym mieście wojewódzkim. Próbowaliście kiedyś zgłosić kradzież roweru? Jeśli tak, to pewnie już nigdy więcej nie przyjdzie wam to do głowy.

Policja i tak odsyła ich z kwitkiem (student dotarł), bo nie chcą zgłosić zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Proszą więc tylko, żeby policjant obdzwonił szpitale, a policjant entuzjastycznie się zgadza.

W międzyczasie pojawia się wątek morderstwa. Autor pozostawia mordercę z zadaniem: „teraz tylko musiał się jakoś pozbyć ciała”. Czytam dalej tylko dlatego, aby się dowiedzieć, jak mu się to udało, bo morderca wydaje się być bardzo niegramotny.

Aż w końcu nasi, z Bożej łaski detektywi, przeprowadzają akcję w stylu Jamesa Bonda. Na kolejnym spotkaniu z klientem, Łucja zauważa, że „z jego kieszeni wystaje coś metalowego”. Wtedy Alek podrywa się, unieruchamia klienta i przyciska mu do szyi pistolet mówiąc „Rusz się, a długo nie będziesz tęsknić za matką” [matka nie żyje]. Ni z tego, ni z owego, w trakcie zwykłej konwersacji, do Bogu ducha winnego człowieka, który nie dał najmniejszego powodu, żeby go atakować i wcześniej nie sprawiał żadnych kłopotów. Takiej akcji nie usprawiedliwia nawet później podana informacja, że pistolet był atrapą. Urządzenie w kieszeni klienta to był inhalator. Ja bym zeszła na zawał i długo nie mogła dojść do siebie, ale tutaj natychmiast wszystko dobrze się kończy. Żadnych reperkusji, żadnych wątpliwości co do szalonych antykwariuszy. Incydent kończy się przeprosinami. Łucja przeprasza klienta za zachowanie Alka, a klient Łucję, że nie wszystko im powiedział. I nic się nie stało, wszyscy są znów szczęśliwi.

Głupota tej sceny tak mnie rozwaliła, że już miałam rzucić czytnikiem w kąt, ale przecież chciałam się dowiedzieć, jak morderca pozbył się ciała. Czytam więc dalej na szybkich obrotach.

Wracamy do mordercy, który jest w Nowym Jorku, a jego największym zmartwieniem jest to, do jakiego muzeum ma się udać. Zabił, żeby uzyskać awans (!), jeśli by kogoś to interesowało.

Mnożą się zupełnie niepotrzebne, nowe wątki, z przeszłości i teraźniejszości, pojawiają się dziesiątki (!) nowych zbędnych postaci, akcja przerzuca się do Niemiec, Austrii, Holandii, przedwojennej Czechosłowacji, chaos robi się nie do ogarnięcia. Tylko autor będzie wiedział o co chodzi, a i tak nie mam pewności. Właściwie, to mogę się nawet założyć, że nie będzie potrafił wyjaśnić kto, co, gdzie kogo i dlaczego.

Myślicie, że dowiedziałam się, jak morderca pozbył się zwłok? Niedoczekanie! Po co? Ten wątek w ogóle zniknął. Autor pewnie myślał, że w plątaninie innych wydarzeń, czytelnicy tego nie zauważą.

Miałam nadzieję, że po skaczących na pomarańczowych spadochronach chomikach w powieści Grega Krupy „Przeklęta rzeźba z Bolonii”, nic mnie nie będzie w stanie zaskoczyć. Myliłam się. Polscy autorzy są nieprzewidywalni.

niedziela, 22 marca 2026

Fernando Gamboa „Ostatnia krypta” Ocena: 1/6

PRECZ Z BESTSELLERAMI

To jest tak wtórne i głupie, że już trzy razy siadałam, żeby coś o tym pisać i za każdym razem szybko znalazł się dobry pretekst, żeby tego nie robić. Więc tylko krótkie ostrzeżenie, bo może przypadkiem przyszło by wam do głowy, żeby wydać na te wypociny jakieś pieniądze.

Temat zgrany do bólu - poszukiwania skarbu Templariuszy, który rzekomo trafił do Ameryki jeszcze przed Kolumbem – międlony wcześniej na setki sposobów, od Pana Samochodzika począwszy.

Postaci schematyczne, nudne i papierowe. Niby jest jakiś romans, ale jak tak ma wyglądać miłosna relacja, to już wolałabym spędzić w celibacie resztę życia i przeżywać romantyczne uniesienia czytając książki (inne oczywiście).

Język ubogi. Dramaturgii żadnej. Znajdują jakiś dokument, łatwo go rozszyfrowują, odnajdują miejsce ukrycia skarbu, a tam skarbu nie ma, tylko nowy dokument, który znów trzeba rozszyfrować i dalej szukać skarbu w innym miejscu i tak dalej, kilka razy. I tak sobie fruwają po całym świecie. Wiedzę o opisywanych miejscach autor czepie z Googli, więc lepiej od razu wskoczcie sobie w wyszukiwarkę, żeby pobuszować po Afryce czy Ameryce Środkowej.

Bohaterowie bez przerwy gadają o niczym, a podstawowa metoda na budowanie suspensu wygląda tak:

- Nigdy nie wpadniecie na to, co odkryłem!

- No rzeczywiście, to może nam powiesz.

- No dobrze, to powiem.

I tak w ten deseń, dziesiątki razy.

Intrygi nie ma, prawdopodobieństwo wydarzeń – zero. Dobrnęłam jakimś cudem do jakichś trzech czwartych, nie wiem po co (no może jednak znajdą ten skarb) i nadziałam się na jatkę. No i wtedy, o wiele za późno, pan Gamboa usłyszał ode mnie stanowcze: NIE! Rzuciłam czytnikiem w kąt!

Kiedy czytam w opisie, że to „nr 1 na hiszpańskim Amazonie i bestseller, który porwał ponad 500000 czytelników na całym świecie”, to bardzo współczuję tym czytelnikom. Kiedy pan Gamboa w prologu, nie wiadomo dlaczego tak nazwanym (przetłumaczonym), bo jest to ewidentnie przedmowa, odwołuje się do Artura Péreza-Revertego i sugeruje, że będzie to opowieść w podobnym klimacie, to najpierw się na to nabieram, ale bardzo szybko zaczynam ostrzyć scyzoryk, żeby wziąć odwet na autorze. Nie takie odczucia powinny budzić książki.

Żadnych więcej bestsellerów – znów to sobie obiecuję, może wreszcie dotrzymam słowa. Czytajcie tylko, jeśli uważacie, że „miliony much nie mogą się mylić”.

wtorek, 7 października 2025

Joanna Szpak „Uśpienie”, Ocena: 1/6

ODZIEDZICZONE ZŁO

Nie wiem czy uwierzycie w taki zbieg okoliczności, ale w tym samym czasie, dosłownie jedna po drugiej, przeczytałam dwie książki na ten sam temat, z takim samym sposobem narracji (pierwsza to „Wszystko zostaje w rodzinie” Johna Marrsa).

Autorzy oddają głos maniakalnym mordercom, którzy mordują dla przyjemności, przekonani, że uszczęśliwiają swoje ofiary pozbawiając je życia. „Przesłanie” obojga autorów (przesłanie nie bez powodu umieszczam w cudzysłowie, bo scyzoryk mi się w kieszeni otwiera na takie przesłanie) jest takie, że zło jest dziedziczone. Ktoś morduje, bo tatuś/mamusia/dziadziuś przekazali im taki „dar” w genach i nasz biedny, skądinąd przecież tak wrażliwy psychopata też musi to robić. Oj, biedny!

Biorąc pod uwagę, że choroby psychiczne rzeczywiście mogą być dziedziczone (czasem objawia się to dopiero w trzecim pokoleniu), to autorzy nawet nie mijają się z prawdą. Ale próba usprawiedliwienia genetyką zachowań psychopatycznych i napawanie się mrocznymi, pokręconymi (żeby nie napisać po*ebanymi) umysłami, a zwłaszcza pozwalanie im na robienie kitłaszu w głowach naiwnych czytelników, to zupełnie inna sprawa.

Nataszka - bohaterka „Uśpienia” jest przecież taka sympatyczna. Kocha zwierzątka, jako jedyna z rodziny pomaga babci chorej na Alzheimera (och, jaka słodka jest ich relacja), ma problemy rodzinne i tylko ludzi nienawidzi tak, że mogłaby ich zabić. Taka drobna przypadłość. Może lepiej wysłać taką osobę do psychiatry albo na terapię, niż dawać jej możliwość wypowiadania się w roli również pozytywnego, skądinąd, bohatera?

Konstruując tę opowieść Joanna Szpak popełniła kardynalny błąd fabularny. Bohaterka znajduje dziennik sprzed lat, pisany prawdopodobnie przez kogoś z najbliższej rodziny, który może być dowodem zbrodni. Zamiast przeczytać go natychmiast, od deski do deski, zarywając noc (co zrobiłby KAŻDY; spróbujcie tylko postawić siebie na jej miejscu), Nataszka czyta sobie jeden rozdzialik, a potem snuje się po mieście. I tak, czyta sobie mniej więcej jeden rozdział co kilka dni, jakby to był nudny kryminał polskiego autora, a nie zapiski od których może zależeć jej życie. No nie ma takiej opcji. Oczywiście, żeby to zagrało, należałoby lepiej pogłówkować nad fabułą, tak, aby to bohaterka wszystko wiedziała, a czytelnicy już nie, ale to przerosło możliwości autorki. Zapewne wydawało jej się, że uda jej się w ten sposób dawkować napięcie, ale nie wyszło. Gdyby nie to, że słuchałam audiobooka w czasie podróży, odkładałabym czytanie tego snuja na potem, podobnie jak bohaterka czytając dziennik.

Nazywanie tej książki kryminałem lub thrillerem to grube nadużycie. Trup pojawia się tuż przed końcem (85% na czytniku), nie ma żadnych tropów, które pozwalałyby czytelnikowi wytypować zabójcę. Rozwiązanie zagadki dziennika jest banalne, zagadka kryminalna wyjaśnia się w epilogu, a rozwiązanie wyciągnięte jest jak królik z kapelusza.

Nie znajduję powodu, dla którego mielibyście przeczytać „Uśpienie”. Chyba tylko po to, żeby dać zarobić wydawnictwu i autorce.

Nawet się zastanawiałam, czy nie podwyższyć oceny za dobry język i styl, ale nie. To nawet gorzej, że ta bzdura została poprawnie po polsku napisana.

Drodzy autorzy, bardzo was proszę. Zanim zaczniecie pisać kolejną książkę o psychopatach, bo się wam to wyda takie oryginalne, poczytajcie najpierw trochę kryminałów. Może odejdzie wam ochota na wymyślanie historii, które inni opisali już na wszelkie możliwe sposoby.

czwartek, 7 sierpnia 2025

Aleksandra Śmigielska „Wiem o wszystkim” Ocena: 1/6

WIEM, ŻE NIC NIE WIEM

Dużo się tu dzieje, ale ciężko się to czyta.

Potencjał był duży: dobry pomysł, żeby opisać śledztwo nie z punktu widzenia policji, tylko trzech kobiet, które są w jakiś sposób z nim związane. Do tego dochodzą informacje podawane przez media i influencerów. Co nie zagrało?

Bohaterki prowadzą śledztwo, a policja, zdaniem autorki – śpi. Skoro dwie totalne amatorki w dwa dni potrafią zdobyć kluczowe informacje, to policja potrafiłaby to zrobić w trzy chwile. Tak trudno rozszyfrować skąd robione były zdjęcia? Oj, nie docenia pani Śmigielska naszych stróżów prawa.

W połowie książki wciąż nic nie wiem o bohaterkach, nie mam więc do nich żadnego stosunku emocjonalnego, nic mnie nie obchodzą. No może jedna trochę, ale tylko dlatego, że jej dziecko miało wypadek i walczy o życie. O niej wiem trochę więcej, ale wciąż za mało, żeby wzbudzała pozytywne uczucia. Negatywnych też nie wzbudza. Nul. Podejrzewam, że sama autorka też niewiele o nich wie, dlatego są takie tajemnicze. Na samych tajemnicach nie buduje się jednak wiarygodnego rysu psychologicznego postaci.

I to jest mój pierwszy, poważny zarzut do tej książki: wiem, że nic nie wiem. Autorka wrzuca dziesiątki tajemnic, z których zaledwie kilka zostaje rozwiązanych, i to też nie do końca. Naprawdę, to nie jest sposób na budowanie napięcia. Żeby kibicować bohaterom muszę przynajmniej wiedzieć, o co toczy się gra.

Mąż zaginął, ale może uciekł. Zabił, ale może nie zabił. Żyje i się ukrywa, ale może nie żyje. Matka ma coś na sumieniu, ale może nie ma. Co chwila taki dylemat. Czuję się jak dziecko we mgle. Czytam dalej nie dlatego, żeby się dowiedzieć, kto zabił (co powinno być regułą w kryminale), tylko aby się przekonać, czy przynajmniej zakończenie będzie się trzymać kupy (skrzywienie zawodowe recenzenta), co będzie podstawą uczciwej oceny. No niestety, totalnie się nie trzyma.

Tajemnice nie zostały rozwiązane, bo po co? Nie interesuj się niepotrzebnie, czytelniku. Co cię obchodzi, czy mąż został słusznie skazany czy nie? Czy to z tego powodu ofiara szantażowała rodzinę? Dlaczego matka szła w zaparte, skoro okazało się, że syn jest niewinny? Masochistka? Podejrzewam, że autorka sama nie potrafi odpowiedzieć na te pytania.

Jednak dopiero zakończenie zwala z nóg. Na ostatnich dwóch stronach Aleksandra Śmigielska postanowiła totalnie rozwalić system i odwrócić kota ogonem. A jakże, wszystko w imię zaskakiwania czytelnika. Wrzuciła efektowne rozwiązanie, które sypie się jak domek z kart. Dziecko wszystko widziało? I nikt inny? Matka jest kretynką i zabija trupa? Dlaczego to robi? W policji też są sami idioci i w to wierzą? Jakiś patolog w ogóle badał to ciało? A morderca to jaki miał motyw? Przecież dopiero co się od ofiary uwolnił?

Takie zakończenie obraża inteligencję czytelnika, pod warunkiem jednak, że czytelnik taką inteligencję posiada. Sądząc po liczbie wysokich ocen, nie do takiego jednak czytelnika ta książka została skierowana.

Jeśli z natury nie jesteście obrażalscy – to czytajcie.

wtorek, 28 stycznia 2025

Weronika Marczak „Rodzina Monet. Skarb” Ocena: 1/6

DZIUNIA NA GRENLANDII

Myślałam, że będzie gorzej.

Spodziewałam się głupoty na poziomie Rowu Mariańskiego, a skończyło się na Morzu Martwym.

Rozdawałam ostatnio autorom i wydawcom pały z zachowania („Chłód” Macdonalda, „Wielka księga opowieści kryminalnych”), ale tym razem pała należy się za całokształt. „Rodzina Monet” pod żadnym względem nie zasługuje, aby by przyznać jej ocenę dopuszczającą.

Fabuła durnowata: po śmierci matki i babki piętnastoletnia uboga Angielka Hailie trafia do ociekającej bogactwem rezydencji w Stanach, gdzie zamieszkuje z pięcioma braćmi – mafiozami, którzy posyłają ją do ekskluzywnej szkoły i próbują nauczyć życia. Motyw Kopciuszka mógłby zadziałać, gdyby autorka miała choć blade pojęcie o opisywanych realiach: mafii, bogactwie i życiu na amerykańskiej prowincji, a nie tylko fałszywe wyobrażenia zaczerpnięte z seriali klasy „C”. Równie dobrze akcja mogłaby się rozgrywać na Grenlandii, nie byłoby widać różnicy.

Dramaturgia leży. Zapomnijcie o punktach zwrotnych, kulminacjach czy związkach przyczynowo - skutkowych. Akcja jest niemiłosiernie rozwleczona, równie dobrze moglibyście czytać tę książkę od końca.

Dialogi drewniane i o niczym. Dziesiątki słów i nic z tego nie wynika. Przykład:

„- Co robisz? Czemu stoimy? (…)

- O co chodzi?

- O co tobie chodzi?

- To ty powiedziałaś, że nie chcę… nie chcemy z tobą rozmawiać. Dlaczego tak powiedziałaś?

- Nie powiedziałam, że wy nie chcecie, tylko że Jason chciał...

- Przestań filozofować, co? (…) Dobrze cię słyszałem.”

I takie zapychacze przez cały czas, okraszane od czasu do czasu przekleństwami i wulgaryzmami, żeby grzeczne dziewczątka z wypiekami na twarzy spróbowały owocu zakazanego.

Bohaterów nie ma. No niby są jakieś postacie, ale zupełnie przezroczyste. Jest pięciu braci, ale wszyscy, jak jeden mąż – tacy sami. Różnią się tylko wiekiem i tym, że jednego z nich główna bohaterka bardziej lubi. Jej postać, na tle innych, nijakich i sztampowych rzeczywiście się wyróżnia. Bezbrzeżną głupotą.

To jest książka dla osób, które potrafią czytać po polskiemu. Ja straciłam tę umiejętność po ukończeniu szkoły podstawowej. Liczba błędów językowych, stylistycznych, logicznych i rzeczowych poraża jak seria z kałasznikowa. Próbka:

„Cała zdrętwiałam, ale odwróciłam się natychmiast [skoro cała zdrętwiała, to jak mogła się odwrócić?] i moje otwarte szeroko oczy spoczęły na twarzy Dylana [wyjęła sobie oczy i położyła na twarzy Dylana czy może chodzi o wieczny odpoczynek?]. Jego usta wykrzywiały się w kpiarskim uśmieszku, ale wciąż promieniowała od niego mroczna aura [czy wykrzywione usta wykluczają promieniowanie mrocznej aury, a jeśli tak, to dlaczego?] (…) Pomijając już nawet jego imponującą muskulaturę, z powodzeniem udało mu się również mnie zawstydzić swoim wysokim wzrostem [jeśli wysoki wzrost potrafi zawstydzić, to dlaczego naga klata już nie?] tak, że zupełnie zapomniałam o tym, że przecież nie zrobiłam nic złego [jeśli zupełnie zapomniała, to skąd wie, że nie zrobiła nic złego?].”

Próbowałam tłumaczyć na polski, co autorka chciała powiedzieć, lecz nie dałam rady. Ale przecież wiedziałam na co się piszę, zacisnęłam więc zęby, wyłączyłam tryb czytania ze zrozumieniem i fotografowałam strony na szybko. W końcu, nie sięgnęłam po tę książkę po to, żeby ją kontemplować, tylko aby się dowiedzieć, na czym polega jej fenomen.

Wyjaśnienie okazało się banalne.

Bohaterką i narratorką tej opowieści jest piętnastolatka, rozmemłana dziunia, która mentalnie jest na poziomie mało rozgarniętej dziesięciolatki. I to dla takiego odbiorcy, wyłącznie płci żeńskiej, „Rodzina Monet” jest przeznaczona. Rzuciły się więc na nią tłumy nierozgarniętych dziewczynek (a takich jest dużo więcej niż rozgarniętych), które wreszcie mogą się utożsamić z bohaterką. Pamiętacie książki Bahdaja, Ożogowskiej czy Nienackiego? Jacy tam byli inteligentni spryciarze! Jak świetnie sobie radził Poldek z „Podróży za jeden uśmiech” i nawet lalusiowaty Duduś Fąferski przeszedł przemianę. Jaka to musiała być mordęga dla nierozgarniętych dziewczynek – czytać książki o bohaterach, którym nigdy się nie dorówna. A tu Hailie zachowuje się tak bezsensownie, że taka dziesięciolatka myśli sobie: „jeśli ona ma piętnaście lat i tak samo się zachowuje jak ja, to może ja nie jestem taka głupia”. Grunt to dowartościować czytelniczkę.

Niektórzy recenzenci zwracają uwagę, że „Rodzina Monet” gloryfikuje przemoc, bo bracia stresują główną bohaterkę, zmuszając do przestrzegania całej listy zakazów i nakazów. Nie widzę w tym niczego nagannego. Pięciu braci - to archetyp troskliwego ojca, który mając świadomość jak bezdennie głupia jest jego córka, chce ją uchronić przed popełnianiem błędów. Taki jest bowiem  tryb myślenia piętnastolatki (!): Ojej, nie pozwolili mi, a ja ich oszukałam i poszłam z nim do kina, a on nie oglądał filmu, tylko mnie obmacywał i włożył język do buzi; myślałam, że to miłość, ale on to samo zrobił koleżance i jeszcze jej zrobił dziurkę w cipce. Skoro więc córka łamie zakazy, należy ją ukarać. Kiedyś taki ojciec wbijał rozum do głowy przy pomocy pasa, w dzisiejszych czasach trzeba się bardziej gimnastykować, zwłaszcza jeśli się jest ojcem w pięciu osobach.

I tylko jednego nie łapię. O ile rozumiem popularność tej książki wśród małolatów, to jednak zachwycają się nią również dorosłe osoby. Czy potraficie mi wyjaśnić dlaczego???

czwartek, 17 października 2024

Grzegorz Dziedzic „Blady świt” Ocena: 2/6

KAŻDEMU BĘDZIE DANE TO, W CO WIERZY

Bardzo żałuję, że Grzegorzowi Dziedzicowi się nie udało. Skąd ten śmiały wniosek? „Blady świt” miał premierę cztery tygodnie temu, a na największym portalu czytelniczym tylko trzy recenzje sponsorowane (czytaj: oceniające książkę na 9-10 gwiazdek). Prawdziwi czytelnicy są bardziej powściągliwi w ocenach. Wydawnictwo Agora widać założyło, że nie ma co rozsyłać darmowych egzemplarzy, bo książka i tak się nie sprzeda.

Żałuję również, że autor, któremu tak bardzo kibicowałam po przeczytaniu pierwszego tomu trylogii chicagowskiej („Żadnych bogów, żadnych panów”) nie spełnił moich oczekiwań.

No nie, panie autorze, tak się nie pisze powieści sensacyjnych. Po słabej drugiej części ("Gangway") miałam nadzieję, że znajdzie się w wydawnictwie ktoś, kto zatroszczy się o część trzecią, zasugeruje poprawki. A gdzie tam!

W pierwszym rozdziale dowiadujemy się, co główny bohater uczyni trzy miesiące później. I prask! – nie ma żadnej tajemnicy. Sprawa jest mocna, kryminalna, o wiele ciekawiej by było, gdyby pojawiła się we właściwym czasie. A tak, gdy już przyjdzie co do czego – nie ma żadnej kulminacji, jest za to giga spoiler.

Drobne spojlery autor wrzuca regularnie, uprzedzając fakty. I po co informować, że będzie tajne spotkanie? Nie lepiej zacząć od spotkania i wyjaśnić, dlaczego jest tajne? Niestety, Grzegorz Dziedzic nie opanował zasad budowania napięcia.

Akcja się wlecze, nie ma punktów zwrotnych, brak dramaturgii. Opis spotkania gangsterów w Hot Springs równie pasjonujący, jak sprawozdanie korporacyjnego stażysty z konferencji sprzedawców nawozów sztucznych. Opisy Chicago na zasadzie: to było fajne miejsce, więc wrzucę, kiedy nie mam o czym pisać, i co z tego, że nie ma związku z fabułą.

Główni bohaterowie, którzy już w drugiej części zmienili się na gorsze, teraz są własnymi karykaturami. Roman, jako asystent swojej żony - hochsztaplerki przewidującej przyszłość, z przekonaniem głosi, że jesteśmy potomkami Atlantydów, którzy będą mogli wrócić na Ziemię i ocalić ludzkość przed zderzeniem z planetą Nibiru (!). Opis tego żenującego spektaklu zajmuje cały rozdział i oczywiście nie ma żadnego wpływu na akcję. Nie wiem, czy Roman jest totalnym idiotą czy jedynie żałosnym naciągaczem. Teo jest już tylko maszynką do zabijania, zastrzelenie człowieka to dla niego jak splunąć. A swoje kobiety traktuje tak: „Kim ty kurwa, jesteś, co? Powiem ci! Kurwą, zwykłą czarną szmatą.” Nie tylko nie da się lubić takich bohaterów, budzą pusty śmiech a nawet odrazę.

Postaci drugoplanowych jest zbyt wiele i wszystkie bezbarwne, nie do odróżnienia. Nawet Al Capone – zupełnie bez jaj.

Zakończenie… Wolałabym, żeby było zgodne z regułami gatunku, ale cóż, licentia poetica. Właściwie to nawet dobrze, że tak to się skończyło. Słyszałam gdzieś, że każdemu będzie dane to, w co wierzy. A jeśli ktoś nie wierzy w nic?

No trudno, nie jest to pierwszy autor, z którym trzeba się będzie pożegnać. Szkoda, bo po „Żadnych bogów, żadnych panów” miałam nadzieję, że zaprzyjaźnię się z pisarzem na dłużej.

Podobno każdy nosi w sobie pomysł na jedną książkę. Grzegorz Dziedzic napisał trzy, o dwie za dużo.

środa, 9 października 2024

Agnieszka Peszek „Je2bnik” Ocena: 1/6

WYBRAKOWANE

Odkrywanie nowych polskich autorów kryminałów, to zawsze jest ruletka.

Tym razem zaczęło się przeciętnie. Długi wstęp wprowadzający krótki wątek, który szybko się kończy i nie ma żadnego wpływu na akcję, nudni, sztampowi policjanci bez charakteru, którzy niczym się od siebie nie różnią, kilometrowe dialogi, z których nic nie wynika, okraszone dla ubarwienia akcji wtrętami o gotowaniu ryżu. Kiedy akcja wreszcie ruszy z miejsca, jakoś się to czyta, ponieważ autorka opanowała zasady dramaturgii i wie na czym polegają cliffhangery. Język też nie zgrzyta, jest poprawny, chociaż szkolny.

Przeczytałam w opisie na okładce, że każda część serii to zamknięta historia, co bardzo mnie zachęciło. Gdybym jednak sprawdziła, że w ciągu ostatnich trzech lat autorka wydała już jedenaście powieści, nie wiem, czy już tak chętnie zabrałabym się do lektury.

Agnieszka Peszek wydaje książki we własnym wydawnictwie i należy pogratulować jej odwagi. Rozumiem, że wszyscy oszczędzają, ale skoro autorki nie stać na porządną redakcję i korektę, a nie pamięta, co wcześniej napisała, to mogłaby chociaż przeczytać książkę przed oddaniem jej do druku i sama poprawić błędy. Oczywiście, jeśli chce traktować poważnie swoich czytelników. A tu mamy takie kwiatki: ofiara zabójstwa w siódmym rozdziale ma 19 lat i jest studentką prawa, a kilka rozdziałów dalej jest już po studiach i pracuje w biurze projektowania wnętrz; ochroniarz nie wiadomo jak wchodzi do zamkniętego domu, widzi mężczyznę, który kiwa się w stuporze na podłodze, a policja, która przyjeżdża na jego wezwanie kilka minut później, strzela do wybudzonego z osłupienia mężczyzny, nie mając kompletnie pojęcia po co i do kogo zostali wezwani. Nie wiedzą przecież, czy to porywacz, czy ofiara, zwykły włamywacz czy Bogu ducha winny właściciel. Może byli jasnowidzami? Szkoda czasu na wytykanie wszystkich błędów, bo za korektę na pewno mi nikt nie zapłaci.

Sama fabuła sensu większego nie ma. Co druga ważna postać (nie przesadzam) była maltretowana przez rodziców i z tego tytułu przeżywa ciężkie traumy w dorosłym życiu. Wszystko według tego samego, powtarzalnego do bólu schematu.

W powieści mamy dwa niezależne, niełączące się ze sobą główne wątki. Pierwszy - to porwanie i przetrzymywanie więźnia, drugi - to poszukiwanie seryjnego mordercy. Oba niewiarygodne. Człowiek przymocowany do krzesła, unieruchomiony, z rękami związanymi na plecach, po kilku godzinach w takiej pozie traci przytomność, taka jest fizjologia, a nasz więzień spokojnie wytrzymuje tak kilka dni, prowadzi z porywaczem miłe pogaduchy i nie podejmuje żadnych prób, żeby się uwolnić. Biorąc pod uwagę, że jest to komisarz policji, to się nie mieści w głowie. Opis sytuacji, która doprowadziła do porwania jest również wyssany z palca. Czy niepełnosprawny umysłowo chłopak poradziłby sobie z wyniesieniem z mieszkania w bloku ciała dużo większego mężczyzny i to jeszcze tak, by nikt tego nie zauważył? Końcówka – na zasadzie deus ex machina.

Wątek kryminalny jest ciekawy do momentu, kiedy na końcu wyjaśnia się, kto zabił. No niestety, nie ma takiej opcji, żeby to była ta osoba. Pomijam już zasadniczy błąd warsztatowy, polegający na tym, że morderca w ogóle nie pojawia się w czasie śledztwa i czytelnik nie ma żadnej możliwości, aby rozwiązywać zagadkę razem z detektywami. Mimo szczerych chęci nie potrafię sobie wyobrazić, jak mogłoby się to odbywać, a już tym bardziej nie wierzę w takiego pomocnika, jakiego zaproponowała Agnieszka Peszek. No chyba, że wszyscy ludzie są psychopatami, co w pewnym sensie może i jest prawdą.

Dodam jeszcze, że okładka, co zapewne było niezamierzone, bardzo mnie rozśmieszyła. Pomijając drobiazg, że ten facet nijak się ma do treści (ale pewnie zdjęcie było za darmo), to w tytule grafik jeszcze mocniej zaszalał. Kiedy już wasz umysł załapie, po krótkiej chwili, że cyfrę „2” należy czytać jak „dwa” jest ok. Jednak spróbujcie „sfotografować” to słowo pierwszym, nieuważnym spojrzeniem, tak jak się spogląda na okładki skrolowane w zestawieniach. Jak to przeczytaliście? Miałam dużą pokusę, żeby tak właśnie, bez dwójki, zatytułować tę recenzję, ale staram się nie używać brzydkich wyrazów.

Niezmiennie mnie też bawi, jak autorzy potrafią „podkładać się” w posłowiach. Tu autorka składa podziękowania mężowi, który: „po nocach siedzi i wyłapuje moje potknięcia i mocno się nie wścieka, że nie dostaje pełnej powieści. Zazwyczaj jest bez zakończenia i z błędami. Może kiedyś przeczyta [mąż] taką niewybrakowaną, czego serdecznie mu życzę.” A ja serdecznie życzę pani Agnieszce Peszek, żeby jej czytelnicy również otrzymywali niewybrakowane powieści. Bez błędów i z sensownymi zakończeniami. Ale moje życzenia nigdy się nie spełniają.