Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Można.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Można.... Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2026

Piotr Górski „Ósmy grzech” Ocena: 3/6

ZAMIENIŁ STRYJEK SIEKIERKĘ NA KIJEK*

Dlaczego Piotr Górski zamienił komisarza Kruka na komisarza Dusznego? Co sprawiło, że postać charyzmatyczna, zapadająca w pamięć, z którą zaprzyjaźniłam się od pierwszego wejrzenia i dałabym się za nią pokroić na kawałki, gdyby była taka potrzeba, została zastąpiona osobą antypatyczną, nijaką i etycznie niejednoznaczną? I tylko nie mówcie, że on te wszystkie przekręty robi w zbożnym celu, no bo przecież przyjaciel. Plusy nie przesłoniły mi minusów. Duszny ma prawo źle się prowadzić (Kruk w końcu też święty nie był), ale te wszystkie drobne świństwa, traktowanie ludzi per noga i brak kręgosłupa moralnego, wszystko to sprawia, że nowy bohater Górskiego mało mnie obchodzi.

Dawniej pewnie, swoim zwyczajem, przeprowadziłabym prywatne śledztwo, dlaczego tak się stało, ale dziś, kiedy muszę się zmuszać do pisania (i czytania), pójdę na skróty. Autor ma prawo się znudzić swoim bohaterem, może eksperymentować, a czy nowa opcja się przyjmie, zadecydują czytelnicy.

Przeniesienie akcji z Gdańska do Sopotu ma swoje uzasadnienie, w końcu to jedno z niewielu miast z prawdziwym klimatem, który można by wykorzystać, ale mam wrażenie, że Górski robi to trochę na siłę. Tak jakby wydawca powiedział: weź pan i napisz coś w Sopocie, bo Sopot jest modny. Wniosek ten wysnuwam z faktu, że autor opisom miasta poświęca o wiele więcej miejsca, niż to konieczne, robi to drobiazgowo i bez zaangażowania. Po co dwa razy powtarzać Teatr Atelier imienia Agnieszki Osieckiej? Redaktor przysnął, i potem jeszcze kilka razy, ale spoko, nie będę się rozwodzić, moje zaangażowanie w pisanie tej recenzji jest również ograniczone.

Intryga, jak to u Górskiego, ładnie się łączy i zamyka, ale wprowadzenie wątków równoległych powoduje, że zbyt wcześnie domyślam się, kto za wszystkim stoi. Nie ma przecież innych podejrzanych, którym poświęca się tak dużo uwagi. Na szczęście do końca nie znam motywu działania sprawcy, więc czytam z zainteresowaniem, bo dramaturgia jak zwykle nie zawodzi.

Kiedy jednak przychodzi do zakończenia, czuję duże rozczarowanie. Naprawdę Piotr Górski to napisał? Naprawdę poszedł śladem Mrozów, Gorzków, Piotrowskich, Mossów i Kościelnych? Kolejna książka o psychopatach? Nawet się nie wkurzam, po prostu mi żal.

Mam niczym nieuzasadnione wrażenie, że autor trochę się męczył pisząc tę powieść, tak jak i mnie już męczy pisanie recenzji, które jest rzucaniem grochem o ścianę. Może i obchodzi to jakąś garstkę czytelników, ale świat (literacki) i tak będzie się staczał swoją drogą i nie mamy na to żadnego wpływu. Już Kopernik zauważył, że pieniądz gorszy wypiera lepszy. Z literaturą jest tak samo.

*ludowe

wtorek, 3 lutego 2026

Maryla Szymiczkowa „Rozdarta zasłona” Ocena: 3/6

NIECH ŻYJE WOLNOŚĆ

I tak, i nie.

Od dawna się przymierzałam do Maryli Szymiczkowej (duet Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński ukryci pod pseudonimem), ale wydawca z premedytacją unika ebooków i audiobooków, więc trzeba było poczekać na buszowanie po antykwariatach, żeby zdobyć tradycyjną książkę.

No niby to bardzo moje klimaty: Kraków, Młoda Polska, sentyment do cesarsko-królewskich, zamierzchłych czasów. Wszystko to tam jest, ale…

Proporcje. Złote proporcje. Widać, że autorzy (podobnie jak ja) są zakochani w tamtej epoce, i to zakochanie wychodzi na plan pierwszy. O wiele ważniejsze są ciekawostki z dawnych czasów, niemające żadnego wpływu na akację, chociaż jakoś tam budujące klimat, niż dbanie o dramaturgię, która sprawiłaby, że czytelnik nie chciałby oderwać się od lektury. Czytałam więc, no bo w końcu między innymi dla klimatu sięgnęłam po tę książkę, ale bez entuzjazmu.

I to by było tyle - na nie. Na tak – zręcznie skonstruowana intryga, z zaskoczeniem na końcu. Młodziutka, śliczna pokojówka profesorowej Szczupaczyńskiej zostaje zamordowana, a powody jej śmierci są na pierwszy rzut oka oczywiste, ale po głębszym spojrzeniu całkiem niezwykłe, co jednak może odkryć jedynie dociekliwa kobieta.

Profesorowa Szczupaczyńska w roli detektywa budzi mieszane uczucia. Dociekliwość jest zaletą, jednak mocno konserwatywne podejście do spraw politycznych i obyczajowych (antyfeministka, antysocjalistka) niekoniecznie zachęca, ale jest dowodem odwagi autorów w dzisiejszych czasach. Może bohaterka będzie się rozwijać.

Nie wiem jeszcze, czy mam ochotę na zgłębianie kolejnych jej przygód. Może coś dorzucę przy następnym przeszukiwaniu antykwariatów, kiedy trzeba będzie dodać do koszyka kolejną książkę, żeby mieć darmową dostawę. Ale tak, żeby zacząć od tej autorki (autorów) i dla niej dobierać kolejne książki, to raczej nie.

Możecie spróbować. Nie zachęcam, ale też nie odradzam. Niech żyje wolność!

poniedziałek, 8 września 2025

Miika Nousiainen „Korzenie” Ocena: 3/6

W LEWO ZWROT

Podtytuł głosi, że jest po powieść genealogiczno-stomatologiczna. Powiedziałabym raczej, że stomatologiczno-podróżnicza, mocno lewicująca. Gdyby nie optymistyczne, poprawiające nastrój przesłanie, z którym pozostajemy po lekturze, czepiałabym się bardziej. A tak, tylko trochę ponarzekam, głownie na to, że wszystkie wymienione na wstępie składniki tej zadziwiającej mikstury są zbyt mocno skondensowane.

Z opisami leczenia zębów autor naprawdę przesadził, nie tylko ilościowo, ale również merytorycznie. Każdy z nas kiedyś musiał trafić do dentysty, więc trudno podzielać optymizm autora. Po jednym, leczonym kanałowo zębie pacjent pada na twarz, i nie wyobrażam sobie, żeby za jednym zamachem pozwolił sobie zrobić cztery zęby. Ja bym tego nie przeżyła. Nie wierzę też, żeby ktoś wysiedział na fotelu dentystycznym przez cały dzień, żeby sobie naprawić lub wymienić wszystkie zęby. Miika Nousiainen albo jest masochistą i myśli, że inni też tak mają, albo ma zbyt wybujałą wyobraźnię.

Poszukiwanie korzeni w odległych zakątkach świata jest na szczęście bardzo ciekawe, ale autor przesadził trochę ze swoim socjalistycznym podejściem do zjawisk społecznych. Nie, żebym miała jakieś zastrzeżenia do takiego światopoglądu („kto za młodu nie był socjalistą, ten na starość będzie sk****synem” – podobno Bismarck coś takiego powiedział), ale kiedy wciska się polityczne poglądy przy każdej okazji, to choćby były nie wiem jak słuszne, w pewnym momencie zaczyna się to robić mało strawne.

A tak poza tym, po zbyt długim, stomatologicznym wstępie powieść zaczyna wciągać i czyta się ją całkiem miło. Niezobowiązująca lektura akurat na wciąż jeszcze letni czas.

poniedziałek, 9 czerwca 2025

Alicja Sinicka „Podopieczna” Ocena: 4-/6

JAK TO W RODZINIE

Alicja Sinicka pozytywnie mnie zaskoczyła. Do ostatnich publikacji nowych polskich autorów podchodzę z rezerwą. Najczęściej przecież trzeba spodziewać się wyrobów thrilleropodobnych w stylu Karoliny Wójciak („Oszukana”) czy Agnieszki Peszek („Je2bnik”), a tym razem mamy całkiem sensownie napisaną powieść. Autorka twardo chodzi po ziemi i nie wciska kitu. Nie czytajcie jednak opisu na okładce, bo wprowadza w błąd. Trochę nie o to w tej książce chodzi, i całe szczęście.

Sinicka zna zasady dramaturgii, potrafi budować napięcie, są zwroty akcji, kiedy trzeba, dobrze się to czyta. Trochę mi przeszkadzał czas teraźniejszy w narracji, bo to siłą rzeczy sprawia, że język jest uboższy, ale cóż, może i jest uboższy, ale jednak poprawny (z wyjątkiem prologu, bo na początku redaktorka chyba przysnęła).

Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, więc od razu zapaliło mi się światełko alarmowe. A co, jeśli Sinicka zaraz wprowadzi kolejnego pierwszoosobowego narratora, bo wzorem innych polskich popularnych autorek (Stachula „Pisarka”, Przydryga „Mursz”) nie potrafi pisać w trzeciej osobie? Na szczęście nie było tego problemu. Opowieść prowadzona jest cały czas z punktu widzenia Anny - żony i matki, a niespodziewanie, w zastępstwie, również opiekunki do dziecka w znajomej rodzinie. Autorce sprawnie udaje się utrzymać uwagę czytelnika, bez żonglowania narracjami wszystkich bohaterów, co świadczy o dobrze opanowanym warsztacie.

Sama fabuła nie jest jakoś szczególnie oryginalna czy porywająca. Mamy dwa wątki, które w zasadzie się ze sobą nie łączą. Pierwszy to historia raczej obyczajowa, nauczyciela podejrzewanego o nieczyste relacje ze swoją uczennicą, która zaginęła, drugi – to wątek bardziej kryminalny, gdzie jest dużo więcej thrillu.

Ta fabuła byłaby zupełnie stereotypowa i przeciętna, gdyby Alicja Sinicka nie postarała się również o moją ulubioną „wartość dodaną”. To również historia o tym, jak bardzo słowa mogą ranić. Przemoc bywa nie tylko fizyczna. Przemoc psychiczna bywa o wiele bardziej niszcząca. Nie jest to opowieść tak przejmująca, jak na przykład „Zdrada” Karin Alvtegen, ale mimo wszystko zakończenie sprawia, że wartość tej książki wzrasta.

Chętnie przekonam się jak dalej Alicja Sinicka będzie sobie radzić, ale biorąc pod uwagę jak bardzo wydawcy zmuszają autorów do pracy na akord, nie robię sobie większych nadziei. Magda Stachula też kiedyś dobrze zaczynała.

niedziela, 4 maja 2025

Izrael Jozue Singer „Josie Kałb” Ocena: 3/6


DLACZEGO?

Nie mam wątpliwości, że Singer opisuje świat chasydów w sposób do bólu prawdziwy (akcja toczy się pod koniec dziewiętnastego wieku na terenach zaboru rosyjskiego i austriackiego), jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że czytam opowieści jak z tolkienowskiego Śródziemia. Tak bardzo ten świat jest „egzotyczny”, tak bardzo inny, a przecież nie znajdował się gdzieś za siedmioma górami, tylko wręcz za miedzą. Problem w tym, że ten świat prawie nie mieszał się z naszym światem i już nigdy nie będzie miał szans do niego przeniknąć. Będzie atrakcyjny przez inność, ale jednak zawsze obcy.

Przyznam otwarcie, że moja wiedza na temat żydowskich ruchów religijnych o charakterze mistycznym była do tej pory bardzo skromna. Lektura Singera na wiele rzeczy otworzyła mi oczy, ale też uświadomiła mi, że aby zrozumieć ten świat potrzeba znacznie większego wysiłku i zaangażowania niż lektura powieści.

Mój problem z tą książką polega na tym, że chociaż zachwycam się językiem i stylem, że choć z przejęciem zagłębiam się w opisy obyczajów tego odmiennego świata, mimo, że z ciekawością śledzę losy bohaterów, to nie odczytuję jej przesłania. Postanowiłam sprawdzić czy to tylko mój problem, może inni recenzenci wpadli na to, co autor chciał powiedzieć. No niestety. Nikt nie pomógł mi znaleźć odpowiedzi na pytanie „dlaczego”? Dlaczego bohater w ostatniej części zrobił to co zrobił (żeby nie zdradzać zbyt wiele)? Z miłości? No przecież nie. Z poczucia obowiązku? No może. Bo szukał schronienia? Nie, to za łatwe. Z poczucia winy? Najchętniej wybrałabym chęć zemsty, ale tego też nie widzę. Bohater jest tak bierny, że już bardziej nie można i ta bierność wręcz irytuje. Chciałabym go zrozumieć, a nie mogę.

Zdaję sobie sprawę, że moje wątpliwości biorą się prawdopodobnie z braku odpowiedniej wiedzy. Podejrzewam, że każdy chasydzki rabin potrafiłby przekonująco wyjaśnić motywacje Josiego. Człowiek wychowany w kulturze europejskiej czuje się jednak w tym świecie bezradny. Jest przygotowany na pewien schemat ludzkich zachowań, a nieustannie zostaje zaskakiwany. Do pewnego stopnia jest to nawet ciekawe. Po pierwszej części, która jest czymś na podobieństwo romansu, gdy wydaje się, że historia będzie się rozwijać w oczywisty sposób, następuje zwrot akcji, który prowadzi fabułę na zupełnie inne tory. Kolejny, nieprzewidywalny zwrot akcji znów stawia wszystko na głowie. Po takiej huśtawce należałoby się spodziewać jakiegoś arystotelesowskiego zakończenia ("każda opowieść ma początek, środek i koniec"), ale, o co przecież nie można autora obwiniać, to nie te kręgi kulturowe.

Chyba czas wreszcie przetestować drugiego z braci Singerów. Może on odpowie na moje pytania.

poniedziałek, 10 marca 2025

Ben Mezrich „Bogowie bitcoina” Ocena: 3/6

SPÓŹNIONE INWESTYCJE

Postanowiłam wreszcie się dowiedzieć, o co chodzi z tym bitcoinem. Za późno. Miliony dolarów przeszły mi koło nosa. Nie mnie jednej, i to jest jakieś pocieszenie.

Jeżeli poszukujecie rzetelnej wiedzy o kryptowalutach, to ta książka nie jest dla was. Jeśli jednak dopiero zaczynacie zgłębiać ten temat, podstawowe informacje podane w przystępnej formie powinny wam wystarczyć.

Bitcoin to pierwsza zupełnie wirtualna waluta, której idea polega na tym, że jest kompletnie niezależna od banków, rządów, podatków, itp. Można ją nabyć lub „wykopać” całkowicie anonimowo. Jej idee zawarł niejaki Satoshi Nakamoto w 2009r., w opublikowanym manifeście. Piszę „niejaki”, ponieważ tożsamość twórcy bitcoina pozostaje tajemnicą do dziś. Nie wiadomo nawet czy jest to jeden, wyjątkowo zdolny człowiek czy grupa ludzi.

Kopanie bitcoina polega na tym, że trzeba zainstalować na komputerze aplikację, wykonującą skomplikowane obliczenia, które służą do budowania bloków, a z nich łańcuchów, zaś wszystko to ma za zadanie chronić sieć bitcoina (w blokach gromadzone są informacje o transakcjach dokonanych za pomocą bitcoina w danej jednostce czasu). W nagrodę właściciel komputera otrzymuje (wykopuje) monety, które odkładają się na jego koncie (w dużym uproszczeniu).

Gdybyście chcieli samodzielnie zacząć kopać, to muszę was rozczarować. Na domowym komputerze wykopanie jednej monety zajęłoby całe lata i pożarło niewyobrażalnie duże ilości prądu, a komputer i tak przegrzałby wam się wcześniej, niż wykopalibyście choć ułamek bitcoina. Ale jeżeli kupicie komputer za kilkadziesiąt tysięcy dolarów, z odpowiednim urządzeniem chłodzącym, i dostarczycie mu prądu za kolejne kilkadziesiąt tysięcy dolarów, być może wyjdziecie na swoje. Ale nie z polskimi cenami prądu. W Chinach jest taniej.

Ta książka jest jednak nie tyle o bitcoinie, co o ludziach, którzy przyczynili się do jego sukcesu. To fabularyzowana opowieść o braciach bliźniakach Cameronie i Tylerze Winklevoss, znanych kiedyś głównie z tego, że zostali wyrolowani przez Marka Zuckerberga. Ponieważ sami nie byli informatykami, przyszli do niego z pomysłem na stworzenie sieci społecznościowej i zamówili oprogramowanie do strony, która miała tą siecią zarządzać. Następnego dnia Zuckerberg zarejestrował domenę thefacebook kropka com i założył własną sieć opartą na pomyśle bliźniaków. Prawnikom braci udało się uzyskać dla nich odszkodowanie w wysokości 65 milionów dolarów, a chłopcy mieli na tyle rozumu w głowach, żeby większość tej sumy wziąć nie w gotówce, tylko w udziałach. I tak ich fortuna wzrosła kilkakrotnie.

Szukając biznesu, w który mogliby zainwestować swoje miliony, odkryli bitcoina. Nie mieli co robić z pieniędzmi, więc zaryzykowali i w odpowiednim momencie weszli w ten interes. Tak z milionów zrobiły się miliardy. I o tym jest ta książka.

Gdybyście chcieli powtórzyć ten manewr, to uprzejmie donoszę, że dziś ten numer nie przejdzie. Bliźniacy Winklevoss kupowali bitcoina, kiedy kosztował on mniej niż dolara, dziś na jedną monetę trzeba wydać ponad sto tysięcy dolarów!

Tego już nie ma w książce, ale przeprowadziłam dalsze śledztwo.

Obecnie istnieje ponad dziesięć tysięcy kryptowalut, bo każdy może wprowadzić własną na rynek. Jest ponad dwieście giełd, na których można nimi handlować.

Ja nie zainwestuję w kryptowaluty nawet, gdyby mnie było na to stać. Równie dobrze mogłabym zagrać w ruletkę, albo kupić akcje banku Lehman Brothers tuż przed wrześniem 2008 roku. Ale, jeśli macie żyłkę hazardzisty – proszę bardzo.

poniedziałek, 24 lutego 2025

Anna Potyra „Potwory” Ocena: 4-/6

POPRAWNOŚĆ PERFEKCJONISTY

Ta książka jest jak praca domowa prymusa, któremu bardzo zależało, żeby dobrze wypaść.

Rzadko ostatnio pozwalam sobie na ryzyko poznawania nowych polskich autorów, bo ci, o których robi się głośno, im bardziej stają się popularni, tym szybciej obniżają loty, a ci, o których nic nie słychać, a powinno być, są coraz trudniejsi do namierzenia.

Anna Potyra została mi polecona, ale ponieważ ostatnio stosuję zasadę ograniczonego zaufania, podeszłam do pisarki bez większych oczekiwań, ale też bez uprzedzeń. Rozczarowania nie było.

Potyra jest perfekcjonistką. Pisze bardzo poprawnym językiem, realia, które odtwarza są dobrze zdokumentowane, nie robi błędów rzeczowych, czuję, że autorka wie o czym pisze.

Pisarka bardzo precyzyjnie prowadzi dwuwątkową narrację, a oba wątki, mimo że początkowo wydają się odrębne, bardzo ładnie się uzupełniają. Jeden z nich dotyczy pedofilii, i chociaż mam przesyt tym tematem, widząc jak solidnie autorka potraktowała tę sprawę, nie marudzę.

Intryga jest również dobrze zapętlona. Widać, że nie została wymyślona na kolanie, bo terminy gonią i trzeba wymyślić zakończenie.

Mam tylko pewien problem z postaciami detektywów. Jest ich trójka i wszyscy są bardzo poprawni. Aż za bardzo. Nie da się ich nie lubić, ale emocji większych nie budzą.

Jeśli miałabym się czegoś czepiać, to dwóch rzeczy, jednej drobnej, drugiej istotniejszej. Nie wiem po co morderca podał ofierze środek obezwładniający (autorka nie wyjaśnia, jak to się odbyło), ale na to mogę przymknąć oko. Nie do końca przemawia do mnie jednak sposób działania przestępcy. O ile motyw zemsty dokonanej pośrednio, cudzymi rękami jest bardzo przekonujący, to samo wykonanie już niekoniecznie. Wykorzystanie pomocnika w tak niecny sposób (żeby nie spoilerować), nie mieści się w ramach psychologicznych tej postaci. No chyba, że jest to regularny psychol, ale to nie ten przypadek. Nie zabija się wujka po to, żeby ciocia miała wyższą rentę. Raczej. Tak w uproszczeniu. No chyba, że ktoś ma w głowie coś nie tak.

Ale to tylko moje nałogowe czepialstwo. Pomysł dobry, tylko coś nie do końca z nim zaskoczyło. I tak przeczytam jeszcze jakąś książkę Anny Potyry, bo naprawdę ze świecą szukać drugiego takiego autora, który traktuje poważnie swojego czytelnika.

Już po przeczytaniu książki odkryłam, że zaczęłam od drugiego tomu serii, a nawet tego nie zauważyłam. Dla mnie to duża zaleta.