Archiwum bloga

Szukaj na tym blogu

piątek, 28 grudnia 2018

Mariusz Ziomecki „Odetchnij jeszcze raz” Ocena: 4/6


JACK REACHER Z GROCHOWA
Dziwne. Całkiem fajna książka i nikt jej nie czyta? Nikomu na portalu Lubimy Czytać nie chce się nawet skrobnąć recenzyjki?

Na Legimi powieść dostępna jest już od ponad miesiąca, czyżby nie dotarła do zwykłych księgarń? A może po prostu wydawcy nie chciało się ruszyć nawet małym palcem, aby poinformować o nowości czytelnika? Szkoda, bo książka ma sporo zalet.

Dużego plusa daję za fajnego bohatera. Znów używam tego słowa wytrychu, bo akurat w przypadku i książki, i bohatera pasuje jak ulał. Owszem, Roman Medyna to też facet po przejściach, ale w przeciwieństwie do ulubionego szablonu postaci detektywa z upodobaniem stosowanego przez rodzimych twórców, nie jest zgorzkniały i wypalony, tylko ze wszystkich sił stara się jakoś poukładać swoje pogmatwane życie.

Prywatny detektyw, były policjant, niespecjalnie dbający o to, by postępować zgodnie z literą prawa. Jak trzeba dać w mordę, przyłoży bez skrupułów. Przyjaźń z gangsterem? Dlaczego nie? Małe oszustwo? Jeśli w zbożnym celu, to co stoi na przeszkodzie? Taki  swojski Jack Reacher z Grochowa, na miarę naszych możliwości. Trochę pyszałkowaty, ale kto jest bez wad? Chciałby być supermanem, ale przecież nie zawsze wychodzi, więc czym się tu przejmować? Jutro będzie lepiej. Albo nie. No, polubiłam gościa za ten luz, więc od razu wybaczam więcej, niż innym.

Kolejna zaleta – to niezła fabuła. Mamy trzy wątki kryminalne połączone osobą głównego bohatera: historia kompozytora szantażowanego w związku z tajemniczą śmiercią żony przed wielu laty, z pozoru banalna sprawa napadów na Spółdzielcze Banki, która okazuje się bardziej skomplikowana i wątek prywatny, czyli ratowanie brata – utracjusza, który poważnie naraża się mafiozom. Wszystkie wątki dokończone i spięte ze sobą jak trzeba (choć końcówka bankowa trochę zbyt przekombinowana), akcja pędzi jak pendolino (prędkość może nie zawrotna, ale wystarczy), a damsko-męskie kłopoty bohatera zostają rozwiązane tak, że czytelnik nie może narzekać.

Jedyne, o co mogę mieć pretensje do autora, to spoilerowanie jednego z wątków w prologu. Nikt w redakcji nie powiedział, że czytelnicy czasem też bywają sprytni i domyślą się w połowie, o co w tym wszystkim chodzi?

Zabieram gwiazdkę za ten spoiler, ale dorzucam jedną, żeby się wyrównało. Pisarz nie może być przecież ofiarą nieudolności wydawnictwa. To już trzecia książka Mariusza Ziomeckiego z tej serii, więc naprawdę, warto by się o autora trochę bardziej zatroszczyć.

Tagi: Mariusz Ziomecki „Odetchnij jeszcze raz” , Ziomecki "Odetchnij jeszcze raz" recenzja, Ziomecki „Odetchnij jeszcze raz” opinie, „Odetchnij jeszcze raz”

czwartek, 13 grudnia 2018

Remigiusz Mróz „O pisaniu. Na chłodno” Ocena:3/6


O MROZIE. NA TRZEŹWO.
Obiecałam sobie, że nie przeczytam już żadnej książki Remigiusza Mroza. Obiecanki cacanki. No przecież nie mogłam ominąć takiej gratki. Autor, który sam powinien uczyć się pisać, postanowił udzielić nauk innym. Och, co za smaczek! Cymesik dla recenzenta!

Przeczytałam trzy książki Mroza i żadnej nie postawiłam pały. Bo te książki naprawdę dobrze się czyta. Wartka akcja, dobra dramaturgia, przystępny język, czego chcieć więcej? No chciałoby się, żeby autor nie robił z czytelnika idioty. Może za stara jestem, albo za dużo czytam, ale kiedy po wkręceniu w akcję dochodzę w powieściach Mroza do rozwiązania, nijak nie mogę zdzierżyć absurdów, które autor mi wciska. Zwyczajny czytelnik może tego nie zauważa i jest zadowolony. Ja się pienię.

Po lekturze „O pisaniu” nie wkurzam się, że autor pisze bzdury. Pisze momentami całkiem ciekawe i pouczające rzeczy. Tylko, tym razem, o wiele gorzej się to czyta. Kiedy nie ma nagłych zwrotów akcji, fajerwerków, ucieczek z najpilniej strzeżonych więzień, wszystko robi się takie… letniutkie. No chyba, że ktoś jest aż takim wielbicielem Remigiusza Mroza, że interesują go anegdoty o cioci, która rozpłakała się po przeczytaniu kiepskiego wiersza naszego bohatera (to nie ja oceniam, to samokrytyka), albo smętne opowieści, jak to młody Remigiusz w latach szkolnych pracował w gazetce szkolnej, a potem internetowej.

Część pierwsza książki - to autobiografia. Nudna tak, jak tylko może być nudna biografia człowieka, którego sensem życia jest pisanie. Część druga - to poradnik pisania, w którym autor udziela rad, jednak w taki sposób, że sam sobie zaprzecza.

To oczywiste, że gdy czytamy cudze teksty, widzimy błędy jak na dłoni. Nasze własne dzieła podlegają innym prawom. Jesteśmy ślepi na niedociągnięcia i NIE MA na to rady. Tej zasadzie podporządkował się Mróz. Bez przerwy powtarza, żeby unikać powtórzeń (chyba, że to środek stylistyczny, jak właśnie w tym zdaniu), a potem ponownie wbija czytelnikowi do głowy rzeczy, które już nie raz zostały powiedziane.

W części autobiograficznej czytam na przykład, jaki to autor ma sposób na tworzenie: pisze do czternastej, albo do 10 stron, potem długi bieg albo jazda na rowerze, potem lanczyk, odcinek serialu, i znowu pisanie, tak długo, jak się da, ale żeby chociaż pięć stron było. W drugiej części znajdujemy dokładnie to samo.

Hej, panie autorze. Naprawdę zrozumiałam. Nie trzeba mi dwa razy powtarzać, zwłaszcza, że z metody na pewno nie skorzystam. „Słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać”. Z jakiego kultowego serialu to cytat? Może jednak warto zanurzyć się w ten inny świat, gdzie jest czas na drobne przyjemności? Albo przeczytać to, co się napisało jeszcze raz? Przyjemniej jest pisać coś nowego? Wiem. Ale jest jeszcze coś takiego, jak poczucie obowiązku w stosunku do czytelnika. Kumamy?

Jednego Mrozowi na pewno nie daruję i będę wypominać przy każdej okazji (uczymy się na błędach, prawda?). Remigiusz Mróz wychwala pod niebiosa Wiesława Myśliwskiego, choć zdaje się przeczytał tylko jedną jego książkę: „Traktat o łuskaniu fasoli” (o innych przynajmniej nie wspomina). Myśliwski został mu polecony przez redaktora (naiwnego, niestety). Redaktor „oświadczył, że są dwaj polscy pisarze, od których mogę się czegoś nauczyć [zadziwiające, że tylko dwaj, dop. mój]. Wiesław Myśliwski i Bruno Schulz. Jeszcze tego samego dnia poleciałem do księgarni po „Traktat o łuskaniu fasoli” pierwszego z jegomościów”.

No, come on, panie Mrozie (i proszę mi nie poprawiać deklinacji). Najwybitniejszego żyjącego, polskiego pisarza nazwać sobie jegomościem? Ja bym się schowała w norce pod ziemią ze wstydu. Całe szczęście, że Myśliwski na pewno pana książki nie przeczyta. Tej recenzji też nie. I nawet nikt mu nie doniesie, czy pan go ceni, czy nie, mam nadzieję.

Czy ta książka się komuś przyda? To jest tak, jak ze wszystkimi poradnikami czy kursami. Jeżeli ktoś czuje iskrę bożą, to Mróz może być pewną inspiracją i na pewno nie zaszkodzi. Jeśli nie, nawet Mróz nie pomoże. Niestety, grafomani mogą utwierdzić się w przekonaniu, że są genialni. Mróz bowiem podaje multum przykładów pisarzy, którzy musieli latami walczyć o sukces. Byli wybitni, na początku mieli pecha, ale w końcu się udało. Każdemu więc może się udać. To prawda, ale nie każdy może być tym każdym. I to zupełnie nieprawda, w tym kontekście, że praktyka czyni mistrza. Może, ale tylko wtedy, gdy kandydat ma zadatki. A co, jeśli tylko tak nam się wydaje? „Warto pisać, pisać, pisać” radzi Mróz. Ale dla kogo? „Upór czyni pisarza”. Naprawdę?

To książka dla tych, którzy mają przemożną chęć pisania i wierzą, że jak przeczytają książkę Mroza o pisaniu, to będą pisać tak jak Mróz. Wierzycie w to, moi drodzy czytelnicy? Jak was znam, to niekoniecznie.

Niedawno na portalu Lubimy Czytać można było zadać pytanie Remigiuszowi Mrozowi. Bardzo mnie korciło, żeby zapytać: „Czy gdyby za jedną książkę zapłaciliby panu tyle, ile za sześć, to czy byłby pan w stanie napisać taką, która nie obrażałby inteligencji czytelnika?” Oczywiście, takie prowokacyjne pytanie nigdy nie przeszłoby przez sito redakcji, a gdyby nawet, jakimś cudem, odpowiedź byłaby wymijająca. Ale u siebie mogę pisać, co chcę. Tylko, że po przeczytaniu „O pisaniu” widzę, że to pytanie jest cholernie głupie. Metodą Sherlockowej dedukcji doszłam do wniosku, że w przypadku Mroza w ogóle nie chodzi o kasę. Autor jest po prostu od pisania ciężko uzależniony. Nie potrafi przestać. Kiedy jakiś wydawca zaproponowałby duże poprawki, już ustawi się kolejka następnych, którzy wydadzą dzieło bez żadnych przeróbek. I pewny zarobek trafi do kogoś innego. Więc po co się wysilać?

Żeby powstała książka, trochę mądrzejsza niż do tej pory, trzeba by najpierw ze dwa miesiące nic nie pisać, tylko myśleć. Potraficie to sobie wyobrazić? Remigiusz Mróz na pewno nie.

P.S Tę recenzję, zgodnie z zaleceniem Hemingwaya pisałam po pijaku. Ale poprawiałam na trzeźwo :-)

Tagi: Remigiusz Mróz „O pisaniu. Na chłodno”, Mróz "O pisaniu" recenzja, Mróz "O pisaniu" opinie, poradnik pisania, Remigiusz Mróz autobiografia

wtorek, 4 grudnia 2018

Yrsa Sigurdardottir „Odziedziczone zło” Ocena: 4/6


YRSA
Najtrudniej było zapamiętać nazwisko, bo już po przeczytaniu pierwszej książki wiedziałam, że warto. Z imieniem poszło łatwiej. Kolejnych książek szukałam wypatrując wybitego większą czcionką YRSA na okładce. Wystarczyło jednak z dowiedzieć się w jaki sposób tworzone są nazwiska w Islandii – do imienia ojca dodaje się son (syn) w przypadku chłopców i dottir (córka) w przypadku dziewczynek – i nazwisko córki Sigurdara utrwaliło się w mej pamięci.

Jeżeli nie mieliście jeszcze do czynienia z autorką, to uczciwie radzę zacząć od jakiejś innej książki. „Odziedziczone zło” nie jest szczytem osiągnięć pisarki, ale i tak bije o głowę większość dzieł naszych rodzimych twórców. Sigurdardottir nigdy bowiem nie pozostawia niedokończonych wątków, nieuzasadnionych w żaden sposób motywacji morderców, zawsze logicznie prowadzi intrygę i proponuje fascynującą opowieść z wciągającą fabułą. Tym razem jednak zawiodła trochę dramaturgia. Śledztwo bardzo wolno się rozkręca. Elementów obyczajowych nie mających wpływu na akcję jest tak wiele, że czytamy tę powieść bez dreszczyku emocji, który pojawiał się przy lekturze wcześniejszych powieści.

Opowieści Sigurdardottir zawsze są mroczne jak noc polarna, sięgają do ukrytych głęboko pokładów najgorszego zła, ukazują bohaterów czasem tak odrażających, że strach by było ich minąć na ulicy. No trudno, w tej Islandii chyba taki mają klimat. Jednak przyczyny siedzącego w ludziach zła są zawsze bardzo dobrze umotywowane, charaktery postaci wiarygodne, a zakończenie nie rozczarowuje.

Jeżeli nie znacie jeszcze Sigurdardottir, spróbujcie zacząć od „Niechcianych” lub „Pamiętam cię”. Albo dacie się uwieść, wsiąkniecie i przeczytacie wszystko, albo, jeśli mroczny, skandynawski klimat was nie wciągnie, poszukacie czegoś lżejszego. Ja wsiąkłam, czego i wam życzę.

Tagi:  Yrsa Sigurdardottir „Odziedziczone zło”, Sigurdardottir „Odziedziczone zło” recenzja, Sigurdardottir „Odziedziczone zło” opinie, Yrsa

środa, 28 listopada 2018

Katarzyna Gurnard „Pani Henryka i morderstwo w pensjonacie” Ocena: 3/6


MISS HENIA
Odkąd pokochałam pannę Murple mam słabość do detektywek na emeryturze.

Z Agatą Christie próbowało mierzyć się wielu autorów, ale mało któremu udało się wyjść z tego pojedynku przynajmniej remisując. Nic więc dziwnego, że i „Pani Henryka” nie dorównuje pierwowzorowi. Niestety, porównań nie da się uniknąć, no chyba, że ktoś nigdy w życiu nie słyszał o miss Murple. Niepozorna staruszka w roli detektywa – to owszem, było odkrywcze osiemdziesiąt lat temu. Za wtórność bohaterki zabieram więc jedną gwiazdkę. Drugą - za język i zaniedbania dotyczące realiów pracy policji.

Sama książka swoje zalety jednak ma. Intryga jest zręcznie poprowadzona, akcja nie siada, nie ma niepotrzebnego gadulstwa, bardzo dobrze zarysowane postaci bohaterów - jest ich nie za dużo i nie za mało, wszyscy mają coś do ukrycia, więc wszyscy są podejrzani. Motyw zbrodni trochę na wyrost, nie bardzo wierzę, że można zabić z takiego powodu, ale przynajmniej zaskakuje, więc plusy i minusy równoważą się.

Panią Henrykę da się polubić, chociaż mnie osobiście trochę martwi, że jest taka „oczywiście oczywista”. Brakuje mi w niej jakiejś nuty szaleństwa, drobnych przywar, albo pasji, które by tę postać ubarwiły. Jeśli autorka planuje kontynuację przygód pani Orłowskiej, to jeszcze jest szansa, żeby nad tym popracować.

Jest również nadzieja, że wydawnictwo przy okazji kolejnej powieści autorki zainwestuje w pracowitszego redaktora. A może sama autorka nabierze wprawy i wyeliminuje nieporadności językowe i uwierającą momentami toporność stylu. O swojej głównej bohaterce, znanej z imienia i nazwiska, narratorowi naprawdę nie wypada wyrażać się per „kobieta”. To brzmi obcesowo.

Sugerowałabym również zaprzyjaźnić się z jakimś policjantem i przepytać go, jak dzisiaj wygląda praca w policji, kiedy w grę wchodzi zabójstwo. Żartobliwa forma nie usprawiedliwia ignorancji. Można też poczytać autorów, którzy ten temat mają świetnie zdokumentowany, albo zapytać wujka Googla, albo zafundować sobie jakiś kurs z technik kryminalistyki. Rozumiem, że autorka mogła nie słyszeć, że w dzisiejszych czasach policjanci zajmują się czymś takim, jak zabezpieczanie śladów biologicznych, ale to, że od ponad dwudziestu lat w polskiej policji nie funkcjonuje stopień kapitana, to już naprawdę, pisząc kryminał, wypadałoby wiedzieć.

Chętnie przeczytam kolejne przygody pani Henryki, aby się przekonać, czy autorce udało się wyeliminować wpadki i poczynić jakieś postępy warsztatowe. Jeśli nie, to pozostanie mi już tylko miss Murple.

Tagi:  Katarzyna Gurnard "Pani Henryka i morderstwo w pensjonacie", Gurnard "Pani Henryka" opinie, Gurnard "Pani Henryka" recenzja, Miss Murple

wtorek, 20 listopada 2018

Marek Krajewski „Mock. Ludzkie zoo” Ocena: 1/6


GHOSTWRITER
Po wtopie z debiutantem (patrz niżej) warto sięgnąć po pewniaka – myślę sobie. Pora nadrobić zaległości. Czas na Krajewskiego. I co? Myśleliście, że takie rzeczy się nie zdarzają w przyrodzie? Ja też. A jednak. Przyznaję pałę autorowi, którego zaliczam do swoich ulubionych. Nawet nie wiecie, jak mi głupio.

Pała za to, że nie udało mi się dotrwać do końca. A do tej pory przeczytałam wszystkie powieści Krajewskiego. Były lepsze i gorsze, ale każda trzymała jakiś poziom. A „Ludzkie zoo” sprawia wrażenie, jakby je pisał ghostwriter.

Poprzedni, odmłodzony „Mock” był świetny i zaostrzył apetyt. „Mock” drugi z tej serii nie daje się czytać. Przez kilkadziesiąt stron nic się nie dzieje, tylko duchy straszą. Jak się okazuje, że to nie duchy, tylko jednak pospolitość skrzeczy, to pojawiają się jakieś inne fantasmagorie, i to w takim zagęszczeniu, że kompletnie nie mam ochoty się w nie zagłębiać.

Autor zaczyna stosować chwyty niedouczonych debiutantów w stylu: „zabili go i uciekł”. Mock od razu wpada w tarapaty, bo zachowuje się tak, jakby mu nagle rozum odjęło, i tylko przypadkowo udaje się mu wykaraskać z kłopotów. Suspensu brak, no bo przecież wiadomo, że na początku głównemu bohaterowi nic nie może się stać. Przewracanie kolejnych kartek to udręka. Zaraz sobie wyobrażam, że znowu zrobi jakieś głupstwo i znowu pan Bóg zejdzie z nieba i go uratuje.

Detektyw jakiś taki bez jaj wcale. Mock idzie z kwiatami do dziewczyny z dylematem bohatera czytanki dla gospodyń domowych: czy wręczając te kwiaty oświadczyć się Marii, czy z nią zerwać. To jest Mock? I nie potrafi podjąć decyzji? Chyba jego karykatura. Naprawdę, ciężko uwierzyć, że Marek Krajewski to napisał.

Długo mi przeleżało „Ludzkie zoo” na półce, ale jak widać, był w tym jakiś sens. Chyba to był znak, żeby nie czytać. Czasami trzeba wierzyć w znaki.

Aż się boję sięgać po „Pojedynek”, który też leży na półce i czeka.

Tagi:  Marek Krajewski „Mock. Ludzkie zoo”, Krajewski "Ludzkie zoo" opinie, Krajewski "Ludzkie zoo" recenzja, Marek Krajewski "Mock"

piątek, 16 listopada 2018

Magdalena Kuydowicz „Stało się” Ocena: 1/6


ZASZANTAŻOWANI?
Nie wiem, co jest bardziej tragiczne. Sama książka, czy skład osobowy recenzentów zachęcających do jej przeczytania.

W skrócie, żeby nie tracić czasu – to jest powieść o zaludniających świat idiotkach i kretynach (normalni ludzie nie występują w przyrodzie), nieustannie naśmiewająca się z tychże (jeżeli ktoś to lubi, bo się tak dowartościowuje, to proszę dalej nie czytać), z idiotyczną fabułą pozbawioną jakiejkolwiek logiki. To książka udająca kryminał i podszywająca się pod Chmielewską (z kurcgalopkiem włącznie), nieudolna dramaturgicznie, przegadana tak, że od połowy czytałam co drugie zdanie (nie da się inaczej, nie da, chyba, że ktoś lubi zapis rozmów w kolejce do fryzjera bez żadnego montażu). Totalny chaos i bzdura – tak można najkrócej opisać tę powieść.

Naprawdę cud, że dobrnęłam do końca, chyba tylko po to, żeby teraz odreagować bez poczucia winy, że piszę o czymś, czego nie przeczytałam. Właściwie to dotarłam do końca przez Roberta Górskiego i Michała Rusinka. I do nich mam największe pretensje. Więc teraz o natrętnej propagandzie na okładce (uwaga! na pierwszej stronie). Lista osób zachęcających do przeczytania tej książki jest imponująca.

Rozumiem, że koleżankę może chwalić pani Magda Mołek: „Gdy w roli głównej twojego życia występują wyobraźnia, odwaga sięgania po własne marzenia, talent, pracowitość i ucho do ludzkich spraw, można mówić o szczęściu. Magda Kuydowicz to wszystko ma. I nie zawahała się tego użyć”. Widzicie? Bardzo sprytnie. Nic o książce, tylko o osobie.

Jakobe Mansztajn, którego nazwisko nic mi nie mówi, również wyrabia się sprytem: „Jedyny i najlepszy kryminał jaki przeczytałem”. Jak jedyny, to wiadomo, że najlepszy.

Michał Rusinek także próbuje używać inteligencji: „Lubisz kryminały, ale masz już dość ich zimnej, skandynawskiej scenerii? Zajrzyj do powieści Magdy Kuydowicz, zanurzonej nie tylko w lokalnych realiach, ale i napisanej z tak bardzo nam ostatnio potrzebnym przymrużeniem oka.” Tak pochwalić, żeby nie pochwalić. Rozumiem, nie wypadało odmówić koleżance, albo miało się zobowiązania, albo wydawca bardzo prosił, albo szantażował. Ale stało się (nomen omen), recenzent dał sobie przyprawić gębę.

Katarzyna Bonda: „ Bawiłam się przednio! Przeurocze! Przezabawne. Joanna Chmielewska byłaby dumna”. To ja wreszcie rozumiem, dlaczego ostatnie powieści Katarzyny Bondy zupełnie mnie nie bawią. „Przeurocze”. O, panie Boże!

Robert Górski to już totalnie dał czadu. „Wciągająca, wartka akcja – świetny kryminał. Sam chciałbym taki napisać, ale raz, że nie umiem, dwa, że przyjemniej się czyta, jak ktoś inny napisze, bo nie wiadomo, co się wydarzy na następnej stronie. Gorąco polecam.” Panie Robercie kochany! Czytam pana felietony, oglądam pana skecze i jakże się cieszę, że pan się nie bierze za pisanie kryminałów. Jeżeli to dla pana jest śmieszne, jeśli to jest wartka akcja, to ja już kompletnie zgłupiałam. Mam jednak nadzieję, że może nie. Może pana też zmusili, żeby pan to napisał, albo może pan po prostu tej książki nie przeczytał. Nadzieja umiera ostatnia.

Pani Magdo roztomiła, ja wiem, że to fajnie być pisarzem, ale błagam, niech pani już więcej kryminałów nie pisze. Chyba tylko Górski będzie w stanie je czytać. Niech pani lepiej zaprasza fajnych ludzi do programów. I nie prosi ich więcej o niedźwiedzie przysługi. Jest pani pewnie miłą osobą, więc głupio im będzie odmówić, zwłaszcza, jeśli mają w stosunku do pani zobowiązania. Ale efekt jest taki, że oni się kompromitują, a czytelnik wścieka.

A Górskiemu, to ja to zapamiętam do końca życia.

Tagi:  Magdalena Kuydowicz „Stało się”. Kuydowicz "Stało się" recenzja, Kuydowicz "Stało się" opinie, Robert Górski, Michał Rusinek

niedziela, 11 listopada 2018

Monika Powalisz „ Ósme ciało” Ocena: 3/6


LAS W ROLI BOHATERA
Monika Powalisz – współautorka scenariusza „Belfra” i kilku innych seriali postanowiła zadebiutować w prozie. I świetnie, tylko dlaczego akurat wybrała kryminał? Głupie pytanie w przypadku autorki serialu kryminalnego? Nie do końca.

Gdybym nie używała czytnika, to pewnie zwróciłabym uwagę na ostatnią stronę okładki ze streszczeniem i może zastanowiłabym się: czytać - nie czytać. A tak – już za późno. Ostrzeżenie dotarło post factum.

„Ósme ciało” to nowoczesna powieść kryminalna (…)” – czytam na okładce. Już to powinno dać mi do myślenia. Jeżeli ktoś opisuje książkę kryminalną słowem „nowoczesna”, to musi w tym być jakiś haczyk. Czytam dalej: „(…) powieść (…) łącząca wątki kryminalne z obyczajowymi (…)”. Na razie nic nowego, wszyscy tak piszą. „(…) łącząca (…) tło społeczne z wrażliwością na głos przyrody (…)” Oj, robi się trochę zbyt nowocześnie, jak na kryminał. „(…) łącząca (…) wreszcie historię spóźnionej miłości z niebezpieczeństwem gry uczuciami.” Nowoczesność zaczyna wylewać się bokami.

„Las Rydzyński, leśniczy i policjantka to równorzędni bohaterowie tej powieści…” – wnikam w opis dalej. Tak, dobrze przeczytaliście, w tej właśnie kolejności. Wydawca nie kłamie. Opowieści o lesie jest tak wiele, że wychodzą na pierwszy plan i tu się naprawdę robi nowocześnie. To jednak nie koniec bo „(...) szokujące zbrodnie nie dają się wyjaśnić racjonalnie, dopóki będziemy myśleć tak jak zawsze i tak jak wszyscy”. Rozumiecie coś z tego? W moim przypadku myślenie „tak jak zawsze” jest myśleniem racjonalnym. Skoro myśląc racjonalnie nie mogę wyjaśnić szokujących zbrodni racjonalnie, to jak mam myśleć? Nieracjonalnie? I wtedy znajdę odpowiedź? I co to znaczy myśleć „jak wszyscy”? Racjonalnie czy głupio?

I jeszcze taka perełka na zakończenie: „Las i ludzie strzegą swoich tajemnic i ujawniają je tylko temu, kto sam nie jest bez winy, kto potrafi cierpieć i wybaczać.”  Uwierzcie, nie jestem bez winy. Możecie rzucić we mnie kamieniem. Potrafię i cierpieć, i wybaczać. Ale żaden las jakoś nie wyjawił przede mną żadnej tajemnicy.

Całe szczęście, że nie przeczytałam tego przekombinowanego opisu wcześniej, bo na pewno bym się za tę książkę nie wzięła. A tymczasem… powieść jest jednak lepsza niż jej streszczenie. Mimo tego, że kryminału jest tam jak na lekarstwo (choć trupy są), mimo lasu w roli głównego bohatera, mimo nieustannych dygresji leśniczego, który ględzi o czym tylko się da - od napoleońskich grenadierów na mrozie po martwe zające obgryzane przez owady, mimo irytujących snów o małpiątkach w cedrowym lesie, mimo, że śledztwo toczy się ślamazarnie i wystarczy tylko znaleźć jeden dowód, aby dotrzeć do celu, mimo tego, że morderca w końcu odkryty zostaje przypadkiem, mimo tych wszystkich mimo – ta książka jednak ma w sobie coś. Nie przelatuje przez głowę i nie umyka chyłkiem, tylko gdzieś tam siedzi i drąży.

Trochę żal, że Monika Powalisz postawiła na powieść gatunkową. Jako kryminał „Ósme ciało” mało satysfakcjonuje. Jako powieść obyczajowa – trochę bardziej. A wystarczyło tylko wynająć człowieka, który potrafi napisać tekst na okładkę bez pseudointelektualnego zadęcia, i nie upierać się, że to kryminał. A tak - wyszła zupełnie przeciętna hybryda.

Jeśli zastanawiacie się, czy czytać, czy nie czytać, to powiem w sekrecie, że jest tam kilka całkiem dobrze napisanych scen seksu. Nie takich jak u Pauliny Świst w „Prokuratorze” (recenzja z 27.12.2017r.), że można tylko wejść pod stół i wyć. He, he, he, zachęciłam?

Tagi:  Monika Powalisz „ Ósme ciało”, Powalisz "Ósme ciało recenzja, Powalisz "Ósme ciało" opinie, Belfer scenariusz

poniedziałek, 5 listopada 2018

Andrew Wilson „Inny rodzaj zła” Ocena 2/6


AGATA NA TO NIE ZASŁUŻYŁA
Kryminał, w którym w roli detektywa występuje sama Agata Christie – to dla wielbicieli autorki gratka nie lada. Od razu jednak włączam tryb przypuszczający. Byłaby. Ale nie jest, a wielka szkoda.

Pomysł marketingowo świetny, no bo wielbicieli Agaty są miliony i prawie każdy, z taką samą nadzieją jak ja, skusi się do przeczytania książki, by zanurzyć się znów w świat five o’clocków, genialnych detektywów, błyskotliwych intryg i kipiących, choć głęboko skrywanych emocji bohaterów. Skusi się i będzie żałował.

Powieść Andrew Wilsona ma się tak do twórczości Agaty Christie jak kawa parzona z fusów do włoskiego espresso: cienka, przewidywalna, na kilometr pachnąca imitacją.

Agata Christie w roli detektywa jest bezbarwna i drętwa. Gdzie jej tam do miss Murple czy Herkulesa Poirot, który opanował do mistrzostwa posługiwanie się małymi, szarymi komórkami. Agacie – detektywowi szare komórki do dedukcji nie są potrzebne. Prowadzi nudne dochodzenie opierając się prawie wyłącznie na intuicji.

Ulubionym sformułowaniem Wilsona, które ma w zamierzeniu popychać śledztwo do przodu jest konstatacja: coś tu się nie zgadza. To słaba taktyka, niestety. Nic dziwnego, że się nie zgadza, skoro intryga jest tak mocno naciągana. Do tego akcja toczy się ślamazarnie, właściwie tylko z obowiązku przerzucamy kolejne kartki.

Autor korzysta też nagminnie z ulubionego chwytu, który, jak mniemam, w założeniu ma być źródłem suspensu. Detektyw już-już ma się dowiedzieć czegoś istotnego, aż tu nagle coś mu w tym przeszkadza. Taki zabieg sprawdziłby się może, gdyby został użyty raz, dwa razy, ale za piątym - naprawdę zaczyna irytować.

Gdy z ulgą skończyłam „Inny rodzaj zła” od razu nabrałam apetytu, aby przypomnieć sobie coś Agaty. Sięgnęłam po „Zabójstwo Rogera Ackroyda. Mimo, że wiedziałam, jak to się skończy, przeczytałam książkę z wypiekami na twarzy. I od razu było widać, czym różni się literatura genialna w swym gatunku, od przeciętnej. Niewymuszony suspens, barwne, soczyste postaci, wszyscy, tak naprawdę podejrzani, dowcip podszyty ironią (Poirot jako hodowca dyń, którego sąsiedzi biorą za emerytowanego fryzjera), perfekcyjna, dopięta na ostatni guzik intryga, możliwa do rozwikłania dzięki małym szarym komórkom, a nie przy pomocy zbiegów okoliczności, zaskakujące zakończenie, które tak zirytowało kolegów pisarzy, że aż wyrzucili Christie z „Klubu Detektywów” za łamanie zasad. Ech, kto dziś tak potrafi łamać zasady?

Wniosek jest jeden: lepiej czytajcie Agatę, nawet dwa razy, niż jej kiepskich naśladowców. Twórczość Andrew Wilsona, na moją odpowiedzialność, spokojnie możecie sobie darować.

Tagi:
Andrew Wilson "Inny rodzaj zła", Andrew Wilson Agata Christie, Wilson "Inny rodzaj zła" recenzja, Wilson "Inny rodzaj zła" opinie, "Wilson Christie"

piątek, 2 listopada 2018

Piotr Górski „Kruk”, „Gorszy” Ocena: 5/6


INTELIGENCJA NIE BOLI
Na mój rozpaczliwy apel, po przeczytaniu pod rząd kilku absurdalnych kryminalnych fabuł: dajcie mi wreszcie logiczny polski kryminał, dostałam podpowiedź od Marzeny z portalu Lubimy Czytać: czytaj Górskiego. Podeszłam do „Kruka” z powściągliwością, ale uff, co za ulga. Naprawdę mamy kolejnego polskiego autora, któremu inteligencja w pisaniu nie przeszkadza i który nie zakłada, że czytelnikowi można wcisnąć każdy kit, bo przecież i tak tego nie zauważy. Oczywiście nie mogłam się powstrzymać, żeby jednym ciągiem nie przeczytać „Gorszego”.

Fabuła w obu powieściach skonstruowana jest misternie i precyzyjnie. Nie ma żadnych luk, nie wyskakują króliki z kapelusza, Pan Bóg nie schodzi z nieba, aby podrzucić jakiś dowód rzeczowy, a detektyw nie wpada na trop, bo co coś mu się przyśniło. Dramaturgia jest perfekcyjna, zwroty akcji pojawiają się w odpowiednim momencie, zręcznie sprowadzając podejrzenia czytelnika na błędne tory. Autor nie przynudza, nie ma skłonności do gadulstwa, nie wprowadza rozwlekłych wątków, których nie kończy i które nie mają żadnego wpływu na akcję. Dzięki temu obie powieści czyta się jednym tchem.

Piotr Górski to jeden z niewielu polskich autorów, którego nie udało mi się przyłapać na żadnej logicznej wpadce. Kiedy Kruk w pierwszej części odkrywa, kto jest mordercą, już mam zamiar się obruszyć - zaraz, zaraz, ale jak on na to wpadł? - ale autor chyba czyta mi w myślach, bo w odpowiednim czasie wyjaśnia wszystko, co trzeba. W części drugiej sposób na genialny przekręt (jak kupić od siebie samego ziemię za kwotę trzy razy większą niż jest ona warta i jeszcze na tym zarobić drugie tyle) jest tak dopracowany, że sama się zastanawiam, czy nie skorzystać z tego pomysłu, jak tylko będę miała parę wolnych milionów. To znaczy… jeśli będę miała.

Błyskotliwego detektywa poznajemy również od strony prywatnej i jest to facet, z którym naprawdę warto się zaprzyjaźnić. Oczywiście, można by ponarzekać, że to kolejny, sfrustrowany czterdziestolatek po przejściach, z którym żona nie wytrzymała, ale cóż, takie są realia. Policjanci od najcięższych zbrodni tak łatwo w życiu to przecież nie mają. Dzięki temu my, czytelnicy mamy przynajmniej bohatera z krwi i kości, wiarygodnego aż do bólu, a nie papierową postać policjanta, który mówi ojejku! (Agnieszka Pruska „Żeglarz”, recenzja z 25.05.2017) albo policjantkę lesbijkę wymyśloną na zasadzie: jak by tu jeszcze tego detektywa udziwnić, kiedy wszystko już było (Igor Brejdygant „Szadź”, recenzja z 11.12.2017).

Powieści Piotra Górskiego mocno zapadają w pamięć. Opis metody uboju kurczaków w rzeźni („Kruk”) wykorzystany jako analogia tego, co czeka niezdyscyplinowanych dłużników, będzie mi się po nocach śnić.

Chciałoby się zawołać: dajcie mi więcej takich Górskich, drodzy czytelnicy, ale tym razem podpowiedzi chyba nie będzie. Poprzeczka została zawieszona zbyt wysoko.

Oby tylko Piotr Górski nie dał się zbałamucić wydawcom, którzy z zasady przedkładają ilość nad jakość, oby nie zabrakło mu weny i oby obce mu było powiedzenie „osiadł na laurach”. Trzymam kciuki.

Tagi:  Piotr Górski "Kruk", Piotr Górski "Gorszy", "Kruk" recenzja, "Gorszy" recenzja, Górski "Kruk" opinie, Górski "Gorszy" opinie

poniedziałek, 15 października 2018

Jakub Małecki "Dygot" Ocena: 3/6


NA SKRÓTY
Podobno teraz się czyta Jakuba Małeckiego (nie mylić z Robertem). Nie lubię mieć zaległości, więc zachęcona pozytywnymi opiniami znajomych z portalu Lubimy Czytać, czytam wreszcie i ja.

Nie dygoczę. Stękam. Nie zachwycam się. Wybrzydzam. Narażam się wszystkim znajomym. Trudno. Wybaczcie, albo nie, ale skoro już tę książkę przeczytałam, to muszę wyłożyć, dlaczego dla mnie jest ona zaledwie przeciętna.

Może gdyby poprzeczka moich oczekiwań nie została zawieszona tak wysoko… Ale została. Skoro widzę w recenzjach nazwisko Jakuba Małeckiego wymieniane jednym tchem obok Wiesława Myśliwskiego i Olgi Tokarczuk, to czemu tu się dziwić? Więc pierwszy zawód - to jednak nie ta liga.

Jeśli chodzi o język, styl i umiejętność budowania fascynującej anegdoty Małeckiemu rzeczywiście nic nie można zarzucić. Wielka literatura, to jednak nie tylko zdolność prowadzenia wartkiej narracji ciekawym językiem, ale coś więcej. Coś nieuchwytnego, coś, co sprawia, że książka chwyta za gardło i porusza tak, że nie można o niej zapomnieć. Dlaczego więc nie zachwyca, skoro zachwyca?

Najbardziej mi szkoda, że autor mając tak wielki potencjał, poszedł na skróty. Skupił się wyłącznie na przedstawieniu ciągu anegdot, i to takich, które są ze swej natury najbardziej atrakcyjne dla czytelnika. Lawina nieszczęść, wiszące w powietrzu klątwy, odmienność, która zawsze jest pociągająca – wszystko to sprawia, że książkę czyta się z dużym zainteresowaniem, ale szybko się o niej zapomina.

Bohaterów jest tak wielu, że żadnemu z nich nie mamy szansy przyjrzeć się uważniej. A kiedy już mamy nadzieję, że może uda nam się wejść głębiej, poznać psychikę postaci, motywację działania, znaleźć odpowiedzi na nurtujące nas pytania, przejąć się czyimś losem, to bohater zaraz umiera. Klątwa? Dygot? Nie kupuję tego. To tylko unik autora.

Jakub Małecki traktuje po macoszemu nie tylko psychologię postaci, ale również polską historię. Gdyby poszedł na całość i osadził akcję w jakimś fikcyjnym Macondo, wtedy można by mu wybaczyć wszystko. Ale jesteśmy w Wielkopolsce, w konkretnych ramach czasowych i miejscach, a mamy poczucie, że moglibyśmy być wszędzie, czyli nigdzie.

Prowadząc akcję przez prawie siedemdziesiąt lat Małecki miał okazję napisać epicki fresk mocno osadzony w historycznych i topograficznych realiach. Z szansy nie skorzystał, i to jego święte, autorskie prawo, ale mnie, dociekliwemu czytelnikowi naprawdę jest żal, że na przykład o wysiedleniach z Wielkopolski w czasie II Wojny Światowej dowiedziałam się tylko tyle, że jakieś były. Rodzina wyjeżdża nie wiadomo gdzie, potem wraca nie wiadomo skąd, więc właściwie nic takiego się nie stało. Dla ludzi nie związanych z regionem to temat zupełnie nieznany (nie to, co opisywane na sto sposobów wywózki do Kazachstanu), potencjał ma ogromny, więc szkoda, że został zupełnie odpuszczony. Po co w ogóle było go sygnalizować, skoro dla tej historii nie ma to żadnego znaczenia?

To nie jest książka o wpływie historii na losy jednostki – powiecie. Zgoda. Nie jest. Ale nie można, zasłaniając się „realizmem magicznym”, udawać, że takiego wpływu w ogóle nie ma. Wypadałoby też, jeżeli pisze się o czasach historycznych, włożyć trochę pracy w dokumentację. Rodzina prowadzi prywatny sklep prawie przez cały okres powojenny, jakby nie było ustawy o nacjonalizacji przemysłu i handlu. Kolejny dowód na to, że dla młodego pokolenia okres komuny różni się tylko tym od współczesności, że kiedyś było trochę więcej biedy i ludzie byli bardziej zabobonni (patrz recenzja "Wiary" Anny Kańtoch z 17 sierpnia 2018). Więc po co się brać za opisywanie czasów historycznych, skoro tak mało się o nich wie?

Mam takie nieodparte wrażenie, że "Dygot” to jest właściwie dopiero szkic powieści. Objętość tak wątła, że nawet autorzy kryminałów piszący po kilka książek rocznie potrzebują więcej słów żeby wyłożyć temat. Liczba anegdot i barwnych postaci jest za to tak duża, że można by nią obdzielić spokojnie jeszcze niejedną powieść.

I to jest chyba największy zarzut do Jakuba Małeckiego: brak zachowania odpowiednich proporcji. Bujna wyobraźnia ponosi autora tak daleko, że nie potrafi jej okiełznać i założyć sobie cugli. I stąd właśnie wrażenie, że tylko ślizga się po zamarzniętej powierzchni, ledwie dotyka ważnych tematów i nie interesuje go sięganie głębiej, pod lód. Dygot, i wystarczy. Dla mnie to za mało.

Mam szczerą nadzieję, że to tylko błąd młodości, a nie świadomie wybrana droga. Że to nie Coelho, który udaje, że jest Marquezem, tylko Małecki, któremu brak doświadczenia. Na pewno sięgnę jeszcze po jakąś jego książkę, ale tak najwcześniej za dwa, trzy lata, żeby się przekonać, czy nadal będzie szedł na skróty, czy uda mu się dorosnąć.

Tagi: Jakub Małecki "Dygot", Jakub Małecki "Dygot" opinie, Jakub Małecki "Dygot" recenzja

piątek, 5 października 2018

Małgorzata Warda „Dziewczyna z gór” Ocena: 5/6


PORWANA ZA MŁODU
Narzekałam ostatnio na polskie kryminały, aż tu nagle, niechcący, wpadłam na polską powieść, która wcale kryminałem nie jest (bo żaden trup nie pada), a jednak skonstruowana jest jak najlepszy thriller. Po prostu otworzyłam książkę w księgarni, zerknęłam na kilka pierwszych zdań i już wiedziałam, że muszę ją doczytać do końca.

Fani pisarki, którzy znają Małgorzatę Wardę jako autorkę powieści obyczajowych nie będą zawiedzeni, ale tym razem myślę, że grono jej czytelników rozszerzy się o wielbicieli innych gatunków.

Od początku wiemy, że historia dotyczy porwanej kilkanaście lat temu jedenastoletniej dziewczynki. Wiemy również, kto ją porwał, i że bohaterka, dziś dorosła kobieta pozostaje z porywaczem w bardzo przyjaznych stosunkach. Nie chodzi więc o rozwiązanie klasycznej zagadki detektywistycznej – kto to zrobił? - ale o grę dużo bardziej wyrafinowaną: znalezienie odpowiedzi na pytanie – dlaczego?

Ta książka nieustannie prowokuje do myślenia. W trakcie lektury nasuwa się czytelnikowi wiele innych pytań, na które najpierw sam próbuje znaleźć odpowiedź. Autorka z premedytacją podrzuca tropy, które nie zawsze prowadzą prosto do celu. Kiedy już-już wydaje nam się, że wiemy naprawdę dużo, że dalej wszystko będzie oczywiste, okazuje się, że w potocznym powiedzeniu „pozory mogą mylić” jest więcej prawdy, niż nam się wydaje.

Wielką zaletą tej książki jest jednak to, że Małgorzata Warda nie pozostawia żadnych pytań bez odpowiedzi. Ciekawość czytelnika w najodpowiedniejszym momencie zostaje zaspokojona, ale mimo wszystko umysł nie przestaje pracować. O tej powieści rozmyśla jeszcze długo po przeczytaniu ostatniego zdania.

Okazuje się, że poszukiwanie przyczyn, poznawanie motywacji działania bohaterów, odkrywanie sekretów z przeszłości i zagłębianie się w psychologię postaci, które wciąż odczytujemy na nowo może być nie mniej fascynujące, niż rozwiązywanie kryminalnych zagadek. Jeśli jeszcze do tego dodam, że zakończenie zaskakuje…

Czytajcie „Dziewczynę z gór”. Na pewno nie będziecie żałować.

Tagi:  Małgorzata Warda "Dziewczyna z gór", Warda "Dziewczyna z gór" recenzja, Warda "Dziewczyna z gór" opinie, porwania dzieci

wtorek, 2 października 2018

Jay Asher „ 13 powodów”


NAGRODA DARWINA
Pierwszy raz odkąd prowadzę te zapiski postanowiłam nie oceniać przeczytanej książki. Dlaczego? Bo to książka nie dla mnie. Zupełnie niechcący trafiłam na powieść dla nastolatków. Gdybym chciała oceniać tę książkę z punktu widzenia osoby dorosłej, bez wahania postawiłabym pałę. Zakładam jednak z nadzieją (być może płonną), że dzieciaki nie zauważą absurdów tej książki i wezmą do serca postawioną przez autora mało odkrywczą tezę: „uważajcie, jak zachowujecie się w stosunku do innych, bo może to prowadzić do tragedii”. Jeżeli rzeczywiście, choć jednej niepotrzebnej tragedii uda się w ten sposób uniknąć, to niech małolaty to czytają.

Absurdem numer jeden tej książki jest punkt wyjścia, czyli motywacja głównej bohaterki. W skrócie: „na złość mojej mamie odmrożę sobie uszy”. Tylko, że stawka jest niewspółmiernie wyższa – własne życie. Jak wam się podoba osoba, która popełnia samobójstwo, aby móc powiedzieć swoim znajomym, jak bardzo się na nich zawiodła? Żeby, de facto, wziąć na nich odwet, ukarać, zemścić się? Czy osoba, która tak postępuje nie zasłużyła na nagrodę Darwina (za eliminację swoich genów z puli genów ludzkości w nadzwyczaj idiotyczny sposób)?

Oczywiście, gorzko ironizuję, ale infantylność głównej bohaterki wręcz poraża dorosłego czytelnika. Mając osiemnaście (mniej więcej) lat zachowuje się ona tak, jakby nie miała bladego pojęcia o świecie, w którym żyje. Jakby została przeniesiona z jakiejś planety, na której wszyscy ludzie są dobrzy, nie kłamią, nie mają złych intencji i na dodatek jeszcze potrafią czytać w myślach i wyrażać swoją empatię wtedy, gdy tylko dostrzegą, że ich rozmówca ma jakieś problemy.

Hannah Baker nie może się pogodzić z tym, że wygrała ranking na „najlepszą dupę wśród pierwszoklasistek”. No dobrze, ranking głupi, żarty na żenującym poziomie, ale to jednak tylko żarty. Dziwi się, że na pierwszej randce chłopak kładzie jej rękę na kolanie i uważa, że to wynik jej złej reputacji spowodowanej rankingiem. O ile znam chłopaków, każdy chciałby na pierwszej randce położyć dziewczynie rękę na kolanie (no chyba, że gej), ale nie każdy się odważy. I to nie kwestia reputacji dziewczyny, tylko kwestia indywidualnego podejścia i taktu chłopaka. Czasami się trafia na buców.

Hannah nie może wyjść ze zdumienia, że chłopcy lubią podglądać dziewczęta (no chyba, że: patrz wyżej), ale również, dziwi się, że kiedy mówi chłopakowi „idź precz”, to on posłusznie sobie idzie. A powinien się domyślić, że ma zostać i ją pocieszyć.

Jednym z kolejnych powodów do samobójstwa jest odkrycie, że koleżanka zaprosiła ją na przyjęcie nie z czystej przyjaźni, tylko dlatego, żeby zwyczajnie ktoś ją na to przyjęcie podwiózł. No okropni są ludzie, prawda?

Ze wspomnień Hannah wyłania się obraz osoby niestabilnej emocjonalnie, obwiniającej innych za to, że sama nie może sobie poradzić ze sobą. To się kwalifikuje do wizyty u psychoanalityka (bo rzecz dzieje się w Stanach) albo solidnej rozmowy z rodzicami. Rodzice w tych wspomnieniach praktycznie nie istnieją, ani jako postaci, do których można by się zwrócić o pomoc, ani jako osoby, które można by o coś obwinić. Czyli pewnie są zupełnie zwyczajni, do tego mają własne problemy zawodowe. Więc może warto też pomyśleć o nich, jaki ból im się sprawi pozbawiając się życia?

Taka myśl najwyraźniej nie przyszła bohaterce do głowy. Ma natomiast pretensje do kolegi, że skorzystał z okazji, żeby się z nią kochać, mimo, że sama mu na to wyraźnie pozwoliła, i pretensje do szkolnego psychologa, że jednak nie potrafił czytać w jej myślach i nie drążył tematu, którego sama nie chciała drążyć.

Jedyne uzasadnione pretensje Hannah ma do samej siebie: że nie zareagowała, widząc, jak chłopak gwałcił pijaną, prawie nieprzytomną koleżankę, i że nie zgłosiła w porę braku znaku drogowego, co doprowadziło do wypadku i niepotrzebnej śmierci. I to, ewentualnie, mógłby być pretekst, bardzo wątły, do odebrania sobie życia, gdyby nie fakt, że przecież za te swoje zaniechania bohaterka również obwinia innych.

Hanno Baker, naprawdę bardzo przykro mi to mówić, ale wcale mi nie żal, że cię z nami już nie ma.

Tagi: Jay Asher "13 powodów" książka, Jay Asher "13 powodów" recenzja, "13 powodów" opinie, samobójstwa nastolatków

poniedziałek, 24 września 2018

Max Czornyj "Najszczęśliwsza" Ocena: 2/6


UWIERZ MI NA SŁOWO
Na nazwisko Maxa Czornyja wpadam już od jakiegoś czasu. Wszyscy chwalą, no to może pora, żeby wyrobić sobie własne zdanie. Niestety, wygląda na to, że znów jest to zdanie odrębne. Chyba pora przestać czytać polskie kryminały. Drodzy czytacze – pomocy! Podpowiedzcie jakiś dobry, nowy tytuł. Tylko trzy warunki muszą być spełnione, ale jednocześnie. Ma być: a) logicznie, b) prawdopodobnie, c) bez przynudzania. I nawet nie próbujcie polecać mi Mroza.

„Najszczęśliwsza” zaczyna się mocno, a potem, przez więcej niż połowę książki akcja kompletnie siada. Obserwujemy z jednej strony zdruzgotanego po śmierci żony głównego bohatera, a z drugiej - historię skrzywdzonej w dzieciństwie dziewczyny. Wątki prowadzone są równolegle, drugi z pozoru nie wiąże się z pierwszym. Jednak średnio wyrobiony czytelnik dość szybko się orientuje, że obie te historie muszą mieć ze sobą coś wspólnego.

Do „Najszczęśliwszej” zarzut mam podobny, jak do „Żmijowiska” Chmielarza (recenzja z 21 maja 2018): historia ta jest kompletnie niewiarygodna. Zakończenie zaskakuje, ponieważ oparte jest na fałszywych przesłankach. Skoro błędy i luki w postępowaniu bohaterki wyłapuje nawet zwykły czytelnik kryminałów, to jak te fakty mogły umknąć w śledztwie? Czy tam w Lublinie, w policji i prokuraturze pracują sami idioci? Na dodatek autor w posłowiu dokonuje emocjonalnej manipulacji i próbuje nas przekonać, że takie rzeczy się zdarzają. Podaje przykłady konkretnych, prawdziwych, niewinnych osób, które zostały skazane na skutek nadużyć w policji, niechlujstwa prokuratorów, nieudolności sędziów. I domaga się prawa oskarżonych do obrony.

Dlaczego więc sam tego nie robi? Dlaczego urywa historię w momencie, kiedy tak naprawdę powinna się zacząć? Żeby zaskoczyć czytelnika? Ja za takie akcje dziękuję. Postępując w ten sposób autor sprawia, że czytelnik po prostu mu nie wierzy i zaczyna zadawać pytania. Dlaczego tak się to kończy? Bo ktoś naprawdę wziął na poważnie zeznania jedynego świadka, którego wiarygodność jest tak łatwa do podważenia? Bo adwokat się nie przyłożył do obrony? Bo prokurator się uwziął? Bo policjant chciał mieć jakiś sukces na koncie? Bo sędziemu nie chciało się pracować?

Żeby nie zostać źle zrozumianą – nie staram się pisać za autora innej książki, tylko domagam się prawa do informacji. To, że inne podobne sytuacje miały miejsce w rzeczywistości nie oznacza przecież, że zaniedbania w sądownictwie prowadzące do skazywania niewinnych, to norma.

Autor popełnia również błąd techniczny, przez który czytelnik szybko orientuje się, kto za tym wszystkim stoi. Ale teraz, to już muszą być spoilery, więc ostrzegam.

Bohater wymienia w mieszkaniu zamki na supernowoczesne, nie do złamania, a jeśli już, to przez jakiegoś superwłamywacza. Jeżeli założymy, że zwykły włamywacz nie potrafi przenikać przez mury, a jedyną osobą, która oprócz bohatera ma klucze do domu jest jego dziewczyna, to jaki z tego wniosek? Kto mógł podrzucać te wszystkie przedmioty? Zgadliście. Żadnego superwłamywacza nie było.

Na sztuczkę z zamianą imion również się nie nabrałam. To, że Mery i Magda to jedna osoba można było wyczuć nosem, no bo dlaczego nagle, jak królik z kapelusza pod koniec książki miałaby się pojawić jakaś nowa postać?

Magda – zabójczyni - przez wiele lat pała żądzą zemsty, ale nie na ojcu, którego oskarża o wszystkie swoje nieszczęścia, bo ojciec już nie żyje, tylko na Bogu ducha winnym przyrodnim bracie, o którego istnieniu przez wiele lat nie miała nawet pojęcia. Dlaczego? Bo jest zazdrosna o jego lepsze dzieciństwo i dobre relacje z ojcem pod koniec życia. No dajcie spokój! Ten ojciec był kryminalistą, mordercą (!) i gwałcicielem (Magda została poczęta w wyniku gwałtu), więc naprawdę tak jej na tych dobrych relacjach zależało???

Motywy działania Magdy są tak niewiarygodne psychologicznie, że da się je uzasadnić jedynie skłonnościami psychopatycznymi, ocierającymi się poważnie o chorobę umysłową. Żeby zemsta się dokonała, dziewczyna bez wahania wchodzi w relację kazirodczą z własnym bratem i bez żadnych skrupułów, z zimną krwią morduje kilka zupełnie jej obojętnych, niewinnych osób, po to tylko, żeby wrobić brata w morderstwo.  Czy ktoś uwierzy w to, że dziewczyna jest przy zdrowych zmysłach? Sama zresztą przyznaje, że chodziła na terapię.

O rozdwojeniu osobowości świadczy również prowadzony przez nią pamiętnik. O ile sąd mógłby dać wiarę, że kochanek zmuszał ją do pewnych zachowań (ale wciąż mamy słowo przeciw słowu i sporo świadków, którzy mogliby temu zaprzeczyć), to zapisywanie wspomnień, w których poczesną rolę zajmuje fałszywa rodzina i wyimaginowane dziecko, powinno już wydać się podejrzane. Kochanek jej kazał pisać fałszywy pamiętnik? I co? Sprawdzał, czy pisze tak jak trzeba?

Kiedy w pamiętniku Magdy czytam, że zaczyna podejrzewać swojego męża o popełnienie morderstwa, zupełnie nie wiem, dlaczego wpadła na taki pomysł. Tylko dlatego, że kiedy doszło do zbrodni nie było go w domu? No, w tej sytuacji, to chyba wszystkie żony powinny zacząć zabraniać mężom wychodzić na piwo, bo każda nieobecność w domu może być podejrzana.

Max Czornyj napisał historię niespójną i zaproponował czytelnikowi najłatwiejsze rozwiązanie: „tak było, uwierz mi na słowo”. Większość czytelników, jak widać uwierzyła. Ja jednak stosuję zasadę ograniczonego zaufania i na pytanie: „dlaczego?” nie wystarcza mi odpowiedź: „bo tak”.

Tagi: Max Czornyj "Najszczęśliwsza", Czornyj "Najszczęśliwsza", Czornyj "Najszczęśliwsza" opinie, Czornyj "Najszczęśliwsza" recenzja

poniedziałek, 10 września 2018

"Pułapka" serial TVN Odcinek 1, reż.: Ł. Palkowski, scen.: Karolina Frankowska i Michał Godzic Ocena: 1/6


KIBEL ZAMYKA SIĘ OD ŚRODKA
Agata Kulesza, Joanna Kulig, Krzysztof Pieczyński, a do tego Łukasz Palkowski, autor największych hitów ostatnich lat („Bogowie”, „Najlepszy”), jako reżyser. Czego chcieć więcej?

Dobrej historii. I aktor dupa, gdy do grania kupa. Albo jakoś tak tam to leciało.

W pierwszym odcinku tego serialu najbardziej kuleje scenariusz. To pilot, więc ma zachęcać. A nie zachęca wcale.

Po pierwsze – nie ma bohatera, z którym widz mógłby się utożsamiać. Bohaterowie są „odrażający, brudni, źli”. To hiperbola, oczywiście.

Postać grana przez Agatę Kuleszę – arogancka, bezczelna, rozkapryszona, alkoholiczna, udająca nieudolnie głęboką traumę, miotająca się bez sensu – odpada. Innych bohaterów, których losy mogłyby nas przejąć – nie ma.

Już po dziesięciu minutach, zgodnie z zaleceniami Syda Fielda, guru amerykańskich scenarzystów powinniśmy wiedzieć, o czym będzie ten film. Inaczej mamy prawo się przerzucić na inny kanał. Nie wiemy, do końca odcinka, ale się nie przerzucamy, bo to pierwszy odcinek, więc wciąż jeszcze mamy nadzieję. Ale za to, jak już dochodzimy do końca, możemy spokojnie przewidzieć, co autorzy będą nam wciskać przez całą serię, i jak się to skończy.

Ważny minister od spraw wewnętrznych jest zamieszany w porwanie (albo nawet śmierć) nastolatki z bidula. Albo dostanie za to po dupie, albo mu to ujdzie płazem. Jeśli będzie kontynuacja serialu, to mu to ujdzie płazem.

Policja pomaga oczywiście swojemu ministrowi i dlatego nie wymienia w samochodzie stłuczonego lusterka, które jest dowodem na to, że śledzą dziewczynę, która z kolei coś wie o zaginięciu poprzedniej. Albo scenarzyści nie mają zaufania do widza i uważają , że musi on zobaczyć to lusterko, żeby zrozumieć o co chodzi, albo sugerują, że policja jest głupia. To się wyjaśni w następnym odcinku.

Będzie jeszcze wielu „odrażających, brudnych i złych”, i parę innych wątków skonstruowanych na zasadzie: „jak mądry scenarzysta wyobraża sobie, co ciemny lud kupi”. Wszystkie będą wkurzać widza, który ma więcej niż jedną szarą komórkę. Ale autorzy scenariusza na pewno zakładają, że to nie dla takich widzów jest ten serial, więc mogą się nie przejmować.

No i wreszcie, drodzy czytelnicy, czas na wyjaśnienia, co chodzi w moim tytule. Jest w tym odcinku taka scena, w której dziewczyna z bidula ucieka z pokoju hotelowego głównej bohaterki. Ojej, jakie to okropne miejsce na prowincji, fuj, musi rozpaczać biedna Agata Kulesza. I ma za swoje. Dziewczyna zamyka ją w łazience, która ma zasuwkę… na zewnątrz (!). Czy ktokolwiek z was, w całym swoim życiu, widział chociaż raz kibel, który zamykany jest od zewnątrz? Jeżeli tak, i uważacie, że to normalne, to spokojnie możecie oglądać dalej ten serial. Jeżeli jednak uważacie, że coś w tym jest nie tak, to zapraszam do mojego elitarnego klubu widzów, którzy temu serialowi mówią bye-bye.

Tagi:  "Pułapka" serial TVN, "Pułapka" recenzja, "Pułapka" serial opinie, "Pułapka" opinie, "Pułapka" Odcinek 1, "Pułapka" pilot

poniedziałek, 3 września 2018

Dolores Redondo „Dam ci to wszystko” Ocena: 6/6


O MARKIZACH, KSIĘŻACH I GEJACH
Strasznie ostatnio narzekałam na polskich autorów, więc jakże się cieszę, że nareszcie mogę się pozachwycać. Może dlatego, że autorka zagraniczna (sarkazm, ale uzasadniony, o czym będzie dalej).

„Dam ci to wszystko” to moja pierwsza książka Dolores Redondo i aż się boję sięgać po następne, bo może przypadkiem trafiłam na najlepszą?

Opowieść Redondo jest klasycznym kryminałem, ale spokojnie można ją oceniać w kategorii „literatura piękna” i wcale nie wypadnie gorzej. Doskonałe pod względem psychologicznym postaci bohaterów, barwny język, umiejętne budowanie klimatu galisyjskiej prowincji, dogłębna znajomość tematu (świat współczesnych, hiszpańskich arystokratów, do którego można zajrzeć od kuchni, prywatne szkoły z internatem, winnice na wzgórzach, posiadłości warte miliony), misternie skonstruowana intryga (jak ktoś nie łapie, to jego wina), wielowarstwowa tajemnica, która wisi w powietrzu jak burzowa chmura, ale w końcu przynosi i deszcz, i wiatr, i oczyszczenie.

W powieści Redondo wszystkie klocki są idealnie dopasowane i ani razu nie mamy wrażenia (tak, jak w polskich powieściach), że coś nas uwiera, że dźwięczą fałszywe nuty, że brakuje logiki, że autor nie przemyślał tematu, zanim usiadł do pisania. Nie drażni mnie również sam temat, chociaż gdybym w opisie jakiejś polskiej książki kryminalnej przeczytała, że głównym bohaterem jest gej i dotyczy ona pedofilii wśród kleru, nie przyszłoby mi nawet do głowy, żeby ją otworzyć.

Ten temat ostatnio stał się w naszym kraju tak „modny”, że już naprawdę wychodzi mi bokiem. A polscy autorzy, do tego, mają zwyczaj opowiadania o wszystkim wprost, wbijania czytelnikowi swoich poglądów do głowy młotkiem, licząc, że wzburzenie niezdrowej sensacji przysporzy im reklamy. Kościół wciągnie ich na indeks, i w ten sposób zdobędą czytelników.

Tymczasem Dolores Redondo na ten sam temat potrafi wypowiadać się z subtelnością i perfekcyjnym wyczuciem dobrego smaku, o którym polscy autorzy nawet nie mają co marzyć. Wbrew pozorom, działa to książce na korzyść. Okazuje się, że można, nie wzbudzając taniej sensacji tematem, a mając zaledwie (albo aż) umiejętność prowadzenia narracji zgodnie z zasadami dramaturgii, zdobyć nawet większe zainteresowanie czytelnika. Aha, i jeszcze potrzebny jest talent.

Czytajcie Redondo, rodacy.

Tagi: Dolores Redondo "Dam ci to wszystko", Redondo "Dam ci to wszystko, Dolores Redondo, "Dam ci to wszystko" recenzja, "Dam ci to wszystko" opinie

piątek, 17 sierpnia 2018

Anna Kańtoch „Wiara” Ocena: 2/6


NAJGORSZE ZAKOŃCZENIE, JAKIE PRZECZYTAŁAM W ŻYCIU
Trochę mi głupio, bo znowu muszę iść pod prąd i nie zgodzić się z pozytywnymi ocenami tej książki. Przeczytałam wiele dobrych i złych zakończeń, ale żadne nie wkurzyło mnie tak bardzo, jak zakończenie „Wiary” Anny Kańtoch. Kolejna książka nominowana w tym roku do Nagrody Wielkiego Kalibru i kolejny niewypał. To już przestaje być zabawne.

Na początku chciałam tylko poczepiać się szczegółów, bo książka jest naprawdę bardzo sprawnie napisana. Niby szczegóły, ale istotne. Skoro umieszcza się akcję powieści w 1986 roku, to wypadałoby przynajmniej cokolwiek o tych czasach wiedzieć, albo przynajmniej zrobić dobry risercz. A tymczasem Anna Kańtoch o życiu w czasach realnego socjalizmu pisze tak, jakby wszystko działo się wczoraj. W barze na zapadłej prowincji bez problemu można kupić coca-colę (chyba polo-coctę, i to też trzeba na nią polować jak w „Kingzajzie”) albo wielkiego jak stół schabowego (raczej przedwczorajsze cynaderki albo panierkę z odrobiną kotleta). Policjanci szukają najtańszego hotelu w mieście, jakby był jakiś wybór, a wydawanie państwowej kasy kogokolwiek obchodziło. Mieszczuchy mają prywatne, letniskowe domy, a mogliby najwyżej pozwolić sobie na wynajęcie kwatery u górala i to też za pośrednictwem FWP. Biedna jak mysz kościelna dziewczyna robi „artystyczne” fotografie z wakacji. Zdjęcia są, a jakże, kolorowe i na tyle wyraźne, że można na nich rozpoznać… krowę. Tylko, że w tamtych czasach w powszechnym użyciu były filmy czarno-białe, a jeśli nawet, jakimś cudem komuś udało się kupić kolorowy film, to najwyżej ORWO, a zdjęcia robione aparatem Smiena 8M, którym co najwyżej mogła dysponować dziewczyna, były tak słabej jakości, że niewiele było na nich widać. Ktoś wychodzi do sklepu żeby kupić kiełbasę i ta kiełbasa po prostu jest! Bez kartek! No, sielanka, po prostu.

Skoro było tak fajnie, i problem tylko w tym, że milicjanci nie mogli chodzić do kościoła, to po co było robić tę całą rewolucję? – pomyśli sobie młodzież i będzie miała rację. I dlatego się czepiam, bo kształtowanie takiego zafałszowanego obrazu lat 80-tych jest po prostu szkodliwe społecznie. A wystarczyło tylko pooglądać „07 zgłoś się” albo poczytać Ćwirleja, który ma swoje wady, ale akurat w odwzorowaniu realiów czasów komuny jest bezbłędny, ale najwyraźniej Annie Kańtoch się nie chciało. Rozumiem, że autorka może być za młoda, żeby pamiętać tamte czasy, ale od czego są redaktorzy?

Hej, redakcjo wydawnictwa „Czarne”, jest tam kto? Czy ktoś w ogóle przeczytał tę książkę, zanim ją wysłał do drukarni? Szczerze wątpię. Nawet autorka jej nie przeczytała, bo inaczej musiałaby zauważyć idiotyczny błąd: ksiądz najpierw jeździ rowerem i nawet „myślał o kupnie samochodu, ale to niewiele by mu dało (...) w parafii istniało mnóstwo miejsc, do których dotrzeć mógł jedynie pieszo albo właśnie na rowerze”, co nie przeszkadza mu parę godzin później rozbijać się po tych bezdrożach od dawna posiadanym samochodem. Pawliczkowa raz jest wdową, a parę rozdziałów dalej rozwiodła się z mężem. Takie faktograficzne niechlujstwo obraża czytelnika.

No i pora wreszcie popastwić się nad zakończeniem. Najgorsze jest to, że książkę tak dobrze się czyta, praktycznie jednym tchem, nie mogąc doczekać się, co będzie dalej. Gdyby od początku było słabo i nudno, efekt końcowy nie byłby tak piorunujący. Ale, gdy po tak świetnie poprowadzonej intrydze dowiadujemy się jak autorka postanowiła rozwiązać problem, możemy wymagać reanimacji na oddziale intensywnej opieki. Tyle godzin pasjonującej lektury, żeby na koniec przeczytać tak absurdalne wyjaśnienie?

Dalej będzie spojler, jak się zapewne domyślacie, więc możecie albo uwierzyć mi na słowo, albo na własną odpowiedzialność czytać dalej, jeśli chcecie wiedzieć, co mnie tak wkurzyło.

Najpierw morderstwo sprzed lat. Chłopak zabija matkę, brata i siostrę (siostra cudem przeżyła), bo dowiaduje się że siostra będzie miała dziecko z drugim bratem. No, wariat, po prostu, bo tłumaczenie, że zabił bliskich, ponieważ po śmierci ojca nie sprawdzał się w roli głowy rodziny, a rodzeństwo nie chciało pomagać w domu (!), chyba nikogo nie przekona. W porządku. Niech będzie wariat. Zostaje zamknięty w psychiatryku i nie odzywa się przez dwadzieścia lat.

Dwie bliźniaczki – owoc kazirodczej miłości rodzeństwa są wychowywane na plebanii przez kolejnego wariata - psychopatycznego proboszcza, który tłamsi dziewczynki psychicznie i wmawia, że jako zrodzone z grzechu są przekleństwem dla wioski i muszą ponieść zasłużoną karę. Wszystko to pod okiem ich matki (!), która spokojnie pracuje na plebanii i na maltretowanie dzieci zezwala. Dlaczego akurat niewinne dzieci mają cierpieć, a nie ich matka, na przykład? No, ale ustaliliśmy, że proboszcz jest psychopatą, co zdarza się w każdej profesji, więc od wariata nie można wymagać, żeby myślał logicznie.

Kiedy proboszczowi już zupełnie odbija i twierdzi, że tylko krew dziewczynek może odkupić winę, ministrant z parafii - dziesięcioletnie dziecko, postanawia ratować bliźniaczki. Wsadza siedmiolatki do pociągu i wysyła w świat. Dziewczynki trafiają do Domu Dziecka, a jedna z nich zostaje adoptowana.

Po dwudziestu latach dorosły już były ministrant, obecnie milicjant, zmienia zdanie. Dochodzi do wniosku, że niepotrzebnie pomógł uciec dziewczynkom, bo rzeczywiście ksiądz miał rację i tylko ich śmierć może uratować wioskę przed zagładą, czyli budową elektrowni atomowej (!). Przekonuje bliźniaczki, do spółki z ich matką (!), że ich śmierć zbawi świat i zabija dziewczyny, które bez oporów dają się uśmiercić i złożyć w ofierze. Kolejny psychol? O, nie, autorka przekonuje nas, że zrobił to będąc w pełni władz umysłowych. Czyli co? Jak nie wariat, to kto? Głupol? Wziął bajania wariata proboszcza na poważnie? No przecież dał się poznać jako całkiem zwyczajny, zdrowo myślący milicjant. Więc dlaczego to zrobił, jeśli mu szajba nie odbiła? Gdzie tu sens, gdzie logika? Nie ma wytłumaczenia, z wyjątkiem tego, że wyobraźnia poniosła autorkę o wiele za daleko.

Czy waszym zdaniem, jest w tym coś, co trzyma się kupy? Nie bolą was zęby, gdy czytacie ten opis? Ja, odkładając książkę zazgrzytałam zębami i zawyłam, że można czytelnikowi wciskać takie bzdury. I musiałam podzielić się z wami refleksją, niestety.

Tak absurdalne zakończenie chyba wyjaśnia przynajmniej, dlaczego Anna Kańtoch umiejscowiła akcję w latach 80-tych. Po prostu założyła, że w tamtych czasach ludzie byli tak zabobonni, przesądni, niedouczeni i bezdennie głupi, że mogli dokonać takiej zbrodni z przyczyn, powiedzmy, religijnych. Zapewniam - nie byli. Żeby ta historia miała jakikolwiek sens, trzeba by było się cofnąć chyba do średniowiecza.

Współcześni czytelnicy miewają jednak czasami trochę oleju w głowie. Kapituła Nagrody Wielkiego Kalibru niekoniecznie. 

Tagi: Anna Kańtoch "Wiara", Kańtoch "Wiara" recenzja, Kańtoch Wiara opinie, Nagroda Wielkiego Kalibru 2018