niedziela, 26 lutego 2017

Alex Marwood „Morderca z sąsiedztwa” Ocena 6/6



CZYTAĆ, NIE ZWLEKAĆ
         Zawsze ogromnie się cieszę, gdy odkrywam nowego autora, którego już po pierwszej przeczytanej książce mogę wpisać na listę ulubionych.
         „Morderca z sąsiedztwa”, zgodnie ze słynną zasadą Hitchcocka (do której jednak mistrz nie zawsze się stosował) zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie już tylko rośnie. Przeczytałam tę książkę na jednym wdechu, bo nie można się było oderwać, przez cały czas zamartwiając się, żeby tylko autorka nie zniszczyła wszystkiego jakimś nonsensownym zakończeniem. Nie jeden raz zdarzyło mi się przecież, szczególnie czytając polskich autorów, że już byłam w ogródku, już witałam się z gąską, a potem okazywało się, że nieudolna, nieprzemyślana końcówka niweczyła doszczętnie wszystkie wcześniejsze pozytywne wrażenia. Ale – co za ulga – nie w tym przypadku. Można? Można. Bierzcie przykład, drodzy polscy autorzy.
         Powieść skonstruowana jest z niebywałą precyzją. Nie pojawia się ani jeden niepotrzebny wątek, który by został „puszczony” i nie miał swojego uzasadnienia. Jesteśmy wodzeni za nos od samego początku, i chociaż zakończenie jest takie, jakiego od pewnego czasu się spodziewamy, to akceptujemy je bez zastrzeżeń właśnie dlatego, że bardzo chcieliśmy, żeby tak akurat to się potoczyło.
         Wszystkie postaci są niezwykle barwne, pełnokrwiste, lubimy je – nawet mordercę. Każdy z sąsiadów ma swoją tajemnicę. Informacje o kolejnych bohaterach dawkowane są bardzo umiejętnie – o wszystkim dowiadujemy się we właściwym czasie. Do tego jeszcze szczypta czarnego, angielskiego humoru i londyńskie klimaty, do których mam słabość.
         W pierwszej chwili przeszkadzało mi trochę, że autorka opowiada historię w czasie teraźniejszym, co zwykle prowadzi do uproszczeń językowych. I znów - nie doszło do tego w tym przypadku. Okazuje się, że można tak biegle operować językiem, że czas teraźniejszy narracji nie kojarzy się z kiepskim scenariuszem, tylko dostarcza prawdziwych wrażeń lingwistycznych. Wszystko jest takie, jak trzeba, a to dopiero druga książka autorki!
         Szybko kończę, bo szkoda czasu na czytanie recenzji. Za samą książkę się bierzcie, i to już! I czekajcie razem ze mną na kolejną powieść Alex Marwood.

czwartek, 23 lutego 2017

Daphne du Maurier „Rebeka” Ocena: 3/6



HERBATKA I CIASTECZKA
         Uległam presji zbyt łatwo. Artykuł na portalu „Lubimy czytać” rekomendujący „Najlepsze powieści kryminalne napisane przez kobiety” oczywiście natychmiast wzbudził moje zainteresowanie.
         Na drugim miejscu, zaraz po Agacie Christie, której, na szczęście, nie odebrano palmy pierwszeństwa znalazła się „Rebeka”. Skonstatowawszy zawstydzona, że nazwisko autorki nic mi nie mówi, zaraz wzięłam się do nadrabiania zaległości. W Polsce przetłumaczono zaledwie kilka książek du Maurier. „Rebeka” jest wznowieniem powieści z 1938 roku, wydanej po polsku pierwszy raz, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. Moją ignorancję uznałam więc za częściowo usprawiedliwioną. Im głębiej jednak pogrążałam się w lekturze, tym bardziej nie znajdowałam usprawiedliwienia dla umieszczenia tej powieści we wspomnianym zestawieniu. „Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”.
         Całe szczęście, że kocham angielskie klimaty z czasów, kiedy jeszcze „five o’clock” był porą świętą, pokojówki szczotkowały swym paniom włosy, a rozmowy międzymiastowe zamawiało się przez centralę, przebrnęłam więc ze stoickim spokojem przez dwa długie, ślamazarnie wlokące się akty. Nie wydaje mi się jednak, żeby współczesny czytelnik, szczególnie rodzaju męskiego, przyzwyczajony do innego sposobu narracji miał tyle cierpliwości, co ja. Obserwowanie naiwnej, chorobliwie nieśmiałej, momentami po prostu głupiutkiej bohaterki i oczekiwanie, kiedy w końcu rozpocznie się obiecywana powieść kryminalna - to mało ekscytujące zadanie. Gdy wreszcie pojawia się trup, zaczyna się coś dziać i ostatni, trzeci akt naprawdę trzyma w napięciu, tak jak trzeba. Mocne zakończenie zaskakuje. Co z tego, kiedy kompletnie nie mogę uwierzyć w nagłą przemianę bohaterki. Z nierozgarniętego dziewczątka z kompleksem niższości zmienia się w zdeterminowaną, pełną wiary we własne siły kobietę i to jeszcze po to, żeby chronić mordercę. Potęga miłości? No, dajcie spokój.
         Oczywiście, zaraz po lekturze obejrzałam „Rebekę” Hitchcocka - film z 1940 roku zrealizowany na podstawie powieści. Zestarzał się chyba tak samo, jak książka. Koturnowość aktorów jest przytłaczająca. To dość wierna adaptacja, z niezbędnymi skrótami, powtarzająca błędy konstrukcyjne powieści ale też, na szczęście, eliminująca nieścisłości (w książce, na przykład, rzeczywiste śledztwo prowadzone jest już po zapadnięciu wyroku, w filmie zostało to „wyprostowane”). Reżyser korzysta pełnymi garściami z szeregu środków filmowych, które wprawdzie nie przyspieszają narracji, ale wprowadzają poczucie zagrożenia i w ten sposób stopniują napięcie. No i filmowa bohaterka jest o wiele bardziej wiarygodna, niż ta w książce.
         Poszukiwaczom niedzisiejszych klimatów polecam jednak niezawodną Agatę. Atmosfera ta sama i do tego jeszcze perfekcyjne wykonanie.

czwartek, 16 lutego 2017

„Belle Epoque” Odcinek I Ocena: 4/6



EPOKA, ZAISTE, PIĘKNA
         No nareszcie! Stacja TVN wyprodukowała serial kryminalny, który nie obraża inteligencji widza. Fakt, że nie obraża, nie oznacza jednak wcale, że docenia. Ale złośliwościom – koniec. Teraz konkrety.
         Klimat opowieści – jak dla mnie super. Od razu zostałam kupiona i założyłam różowe okulary. Rzeczywiście, czegoś takiego od dawna w polskiej telewizji nie było. Świetne kostiumy i charakteryzacja, ale już scenografia – oszczędnościowa. Ten sam dom robi za siedzibę różnych osób, „grają” dwie ulice na krzyż, raz w dzień, raz w nocy. Gdzie jak gdzie, ale w Krakowie, plenerów żywcem wyjętych z początków XX wieku akurat nie brakuje, zabrakło więc chyba pieniędzy albo ochoty, żeby je wydawać na takie rzeczy.
         Eryk Lubos i przystojnie odchudzony Olaf Lubaszenko – oklaski. Paweł Małaszyński, jak to Małaszyński – zawsze ten sam, i nawet najlepszy reżyser tego nie zmieni. Dziewczyny na razie za wiele się nie nagrały, chociaż Anna Próchniak w portkach – obiecująca. Może później dostaną szansę.
         Sposób opowiadania historii – za szybki, przez co wydaje się zbyt uproszczony. Główny bohater dedukuje z łatwością Sherlocka Holmesa, niestety, o wnioskach do których dochodzi dowiadujemy się prawie wyłącznie z dialogów. Zabrakło oddechu, przedstawienia postaci w bardziej filmowy, a nie telenowelowy sposób. Wszystko dzieje się w dużym pośpiechu, tak, aby w krótkim czasie jednego odcinka zmieścić wszystkie niezbędne do zrozumienia intrygi informacje. A wystarczyłoby, żeby pilot serialu był trochę dłuższy – tak się przecież robi na świecie. Wtedy zdążylibyśmy i zaprzyjaźnić się z bohaterami, i docenić opowieść.
         Jest duża szansa, że w kolejnych odcinkach, kiedy nie będziemy musieli już poznawać bohaterów, scenarzyści skupią się na akcji i będzie lepiej. Naprawdę, chętnie się o tym przekonam. I dam znać, jeśli się zawiodę.

wtorek, 7 lutego 2017

Plebiscyt Książka Roku 2016 portalu „Lubimy czytać”

DLA KOGO TA ZABAWA?


         Wydawało mi się, że czytam sporo - dwie, trzy książki tygodniowo, choć wśród czytelników portalu "Lubimy czytać" to chyba żaden wyczyn. 
          Plebiscyt „Książka roku 2016”. Klikam w literaturę piękną i co? Nie czytałam żadnej z tych powieści. Żadnej. Załamka.
         Zaglądam do kryminałów, które lubię najbardziej. Trzy tytuły znajome: jeden bardzo zły, drugi średni, trzeci może być. Matko Boska!!! Naprawdę jestem taka zacofana? Naprawdę powinnam czytać to, co inni i zachwycać się jakimiś „bieżączkami”, tylko dlatego, że wydawcy postanowili zarobić na nich najwięcej i zainwestowali w półkę „bestsellery” w Empiku? Jeśli czytam to, co chcę, to już się nie liczę? Nie mogę nawet zagłosować w plebiscycie, bo jak mam głosować uczciwie, kiedy nie wiem na co?
         Przypadkiem klikam w powieść historyczną, bo przecież takie czytam rzadko. O dziwo, tytuły znajome: Szczepan Twardoch „Król”, Yaa Gyasi „Droga do domu”, Mary Chamberlain „Krawcowa z Dachau”. To są powieści historyczne??? A jakie wydarzenia historyczne albo historyczne postaci opisują? Czy to, że akcja się dzieje kilkadziesiąt lub kilkaset lat temu, to wystarczający powód, aby zaliczyć powieść do tego gatunku?
         I jeszcze jedno - kryteria nominacji. Najważniejsza jest „popularność książki w serwisie”, dopiero na drugim miejscu walory artystyczne.
         Kochani czytelnicy, czy wydaje Wam się, że książka, którą do tej pory oceniło na portalu 49 osób ma jakąkolwiek, najmniejszą chociaż szansę wygrać z książką, która w tej samej kategorii zdobyła głosów 1018? No błagam, nie żartujmy sobie. Nie ma żadnych szans. Więc po co ta zabawa? Żeby znowu nabijać kabzę wydawcom? Tym już i tak najbogatszym, których stać na promocję autorów i ich książek?
         Czy jestem wymarłym dinozaurem, czy może jednak jest ktoś, kto myśli podobnie, jak ja?