Szukaj na tym blogu

niedziela, 23 lipca 2017

Przemysław Borkowski „Zakładnik” Ocena: 3/6



RZECZYWISTOŚĆ RÓWNOLEGŁA
„Zakładnik” Przemysława Borkowskiego zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem, wbrew słynnej zasadzie Hitchcocka napięcie systematycznie spada.

Dawno nie czytałam tak dobrego otwarcia w polskiej powieści kryminalnej. Do studia telewizyjnego wpada facet z bronią w ręku. Terroryzuje obsługę, bierze zakładników i żąda możliwości wygłoszenia oświadczenia na wizji. Wypalony zawodowo psychoterapeuta, który miał być jednym z gości programu zostaje postawiony w nowej roli – ma negocjować z terrorystą. Niestety stawia błędną diagnozę – facet z bronią, choć nie sprawiał wrażenia skrzywionego psychicznie i miał być nieszkodliwy, zabija strzałem w głowę jednego z zakładników, a po wygłoszeniu swojego, jak się wydaje bezsensownego oświadczenia, w którym tylko prosi o wybaczenie - popełnia na oczach kamer samobójstwo. Pragnący uciszyć swe wyrzuty sumienia psychoterapeuta oraz będąca jedną z zakładniczek dziennikarka, która w ten sposób znalazła temat życia postanawiają przeprowadzić śledztwo, aby wyjaśnić motywy działania samobójcy.

Przyznajcie sami – nieźle się zaczyna. Mnie wciągnęło tak, że odłożyłam na bok inne obowiązki (widocznie mogły poczekać). Niestety, dalej było gorzej.

W powieści kryminalnej nie powinno być tak, że średnio rozgarnięty czytelnik na kolejny trop wpada dużo wcześniej, niż bohaterowie. No przecież oczywistym jest, że skoro z przygotowanej wcześniej kartki rzekomy terrorysta odczytuje nazwisko ofiary, którą zastrzelił, to znaczy, że musiał ją wcześniej znać i to ofiara była celem ataku, a nie znajdujące się w  studiu przypadkowe gwiazdy telewizyjne. Odkrycie tej prawdy zajmuje jednak naszym detektywom dużo czasu. Gdyby coś takiego zdarzyło się raz, można by uznać, że to zabieg literacki mający na celu dowartościowanie czytelnika. Niestety, takich kwiatków, kiedy czytelnik chciałby podpowiedzieć bohaterom, co mają robić i irytuje się, że Zygmunt i Karolina nie widzą rzeczy oczywistych jest jednak więcej, nie będę ich jednak przytaczać, żeby nie spoilerować.

Bohaterowie są sympatyczni, ich relacja damsko-męska ciekawie się rozwija, motywy działania mordercy i samobójcy zostają przekonująco wyjaśnione, a dodatkowy wątek z porwaniem podnosi temperaturę powieści o kilka stopni. Co z tego, kiedy autor popełnia błąd kardynalny, który podobnie, jak w opisywanym przeze mnie wcześniej „Tysiącu” Andryki kwalifikuje tę powieść do gatunku fantasy (no dobrze, trochę przesadzam).

Karolina i Zygmunt prowadzą swoje dziennikarskie śledztwo tak, jakby wolne media w Polsce nie istniały, jakby byli jedynymi osobami, które znają temat. Tymczasem facet popełnił morderstwo, a potem samobójstwo w studiu telewizyjnym, na oczach milionów widzów! To był news dnia we wszystkich mediach na całym świecie! To temat życia nie tylko dla Karoliny, ale dla setki innych dziennikarzy ze wszystkich możliwych gazet i telewizyjnych czy radiowych stacji. Pod domem samobójcy i jego ofiary koczowałyby wozy transmisyjne i paparazzi, a nieszczęsne rodziny opędzałyby się przed dziennikarzami jak przed szarańczą. A tymczasem cisza, spokój, wszyscy tak pięknie otwierają się przed Karoliną i wyznają co trzeba. Jeśli to nie jest fantasy, to chyba tylko rzeczywistość równoległa.

Pomysłu szkoda. Ale autor operować piórem potrafi, więc może następnym razem trochę dłużej pomyśli zanim zacznie pisać.

środa, 19 lipca 2017

Robert Małecki „Najgorsze dopiero nadejdzie” Ocena: 3/6



ZAWSZE MOŻE BYĆ GORZEJ
Jeżeli lubicie komiksy o Supermanie  - ta książka jest dla was.

Nadzieja na odkrycie kolejnej perły wśród polskich debiutów kryminalnych rozwiała się już gdzieś tak w połowie lektury. Autor bardzo ładnie zawiązał intrygę, przedstawił ciekawego bohatera, nakreślił socjologiczne tło, rozpędził akcję tak, że trudno było odłożyć książkę z ciekawości, co będzie dalej. A dalej, niestety, było już tylko mordobicie.

Zaczęłam nawet liczyć ile razy nasz bohater – toruński dziennikarz Marek Bener - wpada w łapy gangsterów i z nich się wyrywa. A to przy pomocy własnych pięści (był kiedyś bokserem), a to dzięki nieprzeciętnemu sprytowi, a to nagle szczęście mu sprzyja i pojawia się ktoś, kto ratuje mu życie, a to gangsterzy popełniają błędy. Przestałam liczyć. Uwierzcie - było tego na tyle dużo, że zaczęło się robić nudno. W końcu, skoro dowiadujemy się, że Superman zawsze wygrywa, to w tym momencie kończy się zabawa.

Próba wyjaśnienia o co tak naprawdę chodzi w tej skomplikowanej intrydze również skończyła się niepowodzeniem. Jakaś działka, która nie wiadomo dlaczego jest taka istotna, jakaś niezwrócona kiedyś niewielka pożyczka, która nagle bez powodu staje się ważna, jakieś podejrzenie szantażu, ale kto, kogo i dlaczego - to już nie ma znaczenia. Zagęszczenie tajemnic i ledwo jedna – gwałt - wyjaśniona jak należy.

Końcowa zamiana podejrzanych to tylko zwyczajny chwyt literacki, mający na celu zmyłkę czytelnika i nie ma logicznego uzasadnienia. Prawdziwy winny nie miał szczególnej motywacji do ukrywania swej przeszłości, w końcu to nie on planował polityczną karierę, a był na tyle bogaty, że nie musiał martwić się, za co przeżyje do pierwszego. Kara jaka go spotyka (znów bardzo spektakularna, kolejny chwyt literacki) jest niewspółmierna do winy. No chyba, że to on był szefem gangsterów i zleceniodawcą morderstw, ale tego autor niestety nie wyjaśnia; a jeśli nawet tak było, to dlaczego jego świta nagle obróciła się przeciw niemu? W ogóle gangsterów z pistoletami jest tam tylu, że trudno się połapać, kto jest kim, z kim pracuje i dlaczego.

Udział naszego głównego bohatera w wymierzeniu winnemu kary stawia go w tak fatalnym świetle, że cała sympatia do niego znika. Owszem, lubimy Dextera [bohater amerykańskiego serialu „Dexter”], ale tam motywacje działania bohatera są tak przekonująco wyjaśnione, że mamy moralne podstawy, żeby go usprawiedliwiać. Tymczasem motywacje Marka Benera są bardzo wątłe. To nie jest „oko za oko, ząb za ząb” tylko głowa za oko. Nieładnie.

Autor, zgodnie z powszechnie stosowaną manierą nie oparł się też pokusie wystawienia licznych podziękowań za wsparcie w tworzeniu powieści. Mam wrażenie, że jedyną poradą, jaką udzielili Robertowi Małeckiemu koledzy po piórze było: „słuchaj stary, pisz tak, żeby ci wydali kolejną książkę”. Dlatego też zapewne, znów zgodnie z panoszącą się modą, autor nie dokończył najważniejszego wątku powieści, który towarzyszy bohaterowi przez cały czas i prześladuje jego psychikę – sprawie zaginionej przed trzema laty ciężarnej żony. O ile rozumiem i godzę się z tym, że można kontynuować w kolejnych powieściach wątki drugoplanowe, to jednak zasugerowanie, że będzie to opowieść o poszukiwaniach zaginionej i pozostawienie tej historii bez echa uznaję za lekceważenie czytelnika.

„Najgorsze dopiero nadejdzie” odgraża się autor. Jeśli ma być jeszcze gorzej, to ja za kontynuację tej opowieści już teraz podziękuję.

czwartek, 13 lipca 2017

Krzysztof Bochus „Czarny manuskrypt” Ocena 5/6



Z POZDROWIENIAMI DLA DZIADKA KRZYSZTOFA
Dla takiej chwili warto przemierzać bezdroża polskiej literatury i ocierając kurz z zapoconego czoła co i rusz narażać się na miny. Bo nagle, na tym pustkowiu potrafi pojawić się perła, i to zupełnie niespodziewanie. Dlaczego niespodziewanie? – ja się pytam! Dlaczego o książce muszę dowiadywać się pocztą pantoflową, a wydawnictwo nie zrobiło nic, aby pochwalić się swoim skarbem przed czytelnikiem? Od lat nie przeczytałam tak dobrego kryminalnego debiutu. W internecie co chwila atakują mnie jakieś czereśnie, do których akurat ja nie zajrzę, przez przekorę. Ale nie wszyscy są tacy charakterni. Inni by pewnie chętnie zajrzeli do „Czarnego manuskryptu”, gdyby wiedzieli, że taki w ogóle jest.

Krzysztofa Bochusa można pochwalić właściwie za wszystko. Przede wszystkim – za miejsce akcji. Kryminałów retro było już u nas sporo, ale jeszcze nikt nie opisywał przedwojennych Prus wschodnich (dzisiejszy Kwidzyn i Malbork) w burzliwych latach 30-tych, z odwołaniami do początków Zakonu Krzyżackiego (też brawo za Krzyżaków, to temat samograj i jak do tej pory biała karta w polskiej powieści sensacyjnej). To się czuje, że autor doskonale wie, o czym pisze, dokumentacja tła historycznego nie jest dla niego czarną robotą, tylko prawdziwą pasją. Do tego informacje historyczne przekazywane są czytelnikowi z doskonałym wyczuciem umiaru. Najciekawsze rzeczy, to co trzeba i kiedy trzeba, wszystko doskonale wyważone. Nie ma się odczucia, że mamy do czynienia z nudną lekcją historii (jak na przykład w „Sedinum” Leszka Hermana czy „Czerwonym kapitanie” Daniela Dana).

Autor nie ma też żadnych kłopotów z budowaniem dramaturgii – zawiesza akcję, kiedy trzeba, by powrócić do starych motywów w stosownym momencie, nie cierpi na wodolejstwo, nie pozostawia niedokończonych wątków do dopowiedzenia „w kolejnym odcinku”. Widać, że nie jest jeszcze skażony wymogami rynku (albo wymaganiami wydawców, już sama nie wiem).

Jeżeli musiałabym się czegoś czepić (taka już natura recenzenta), to dwóch drobnych rzeczy: że akcja w początkowej fazie powieści rozwija się jednak dość ślamazarnie i przydałby się jakiś pazur, i że główny bohater trochę za bardzo kojarzy się z Eberhardtem Mockiem. Ta druga uwaga jest też jednak komplementem, oznacza bowiem, że Markowi Krajewskiemu rośnie wreszcie godny konkurent. Mam nadzieję, że sytuacja ta wpłynie mobilizująco na autorów i będziemy czytać coraz lepsze książki obu panów.

Pewnie jeszcze chcielibyście wiedzieć, skąd ten dziwny tytuł? Otóż autor zadedykował tę książkę… swoim wnukom. To już na wstępie nastawiło mnie do niego pozytywnie. To fantastyczne, że można zadebiutować będąc już dziadkiem. Chyba na razie wnuki mi nie grożą, ale może już teraz powinnam zacząć rozglądać się za wyborem odpowiedniej dziedziny.

wtorek, 11 lipca 2017

Marek Ławrynowicz „Mundur” Ocena: 5/6



BAJKA O ŻELAZNYM WILKU
Ta książka to żaden kryminał, ale jest tak fajna, że nie mogłam się nią z wami nie podzielić. Chociaż mi ją zarekomendowało wiarygodne źródło, długo ociągałam się z lekturą. Tematy militarne raczej mało mnie interesują. Sezon urlopowy skłania jednak do nadrabiania zaległości. Kiedy już się zebrałam, pochłonęłam książkę za jednym przysiadem, zaśmiewając się momentami do łez. Czyta się ją lekko i przyjemnie, nie można się oderwać, chociaż nie ma zwrotów akcji i zagadki do rozwiązania.

To książka, niestety, nie dla wszystkich. Dzisiejsze pokolenie raczej niewiele z niej nie zrozumie. To opowieść o czasach, kiedy młodym chłopcom państwo zabierało rok, dwa, a nawet trzy lata najpiękniejszej młodości, żeby ich zamknąć, jak w więzieniu w celu, jak się to mówiło „odbycia zasadniczej służby wojskowej”. Z punktu widzenia dzisiejszego nastolatka sytuacje opisane w książce są tak absurdalne, że nie miały prawa się wydarzyć, to taka bajka o żelaznym wilku. A jednak – tak było. Czytając te okraszone czarnym humorem opowieści nie wyczuwa się ani krztyny fałszu. To jest po prostu część naszej wstydliwej historii.

Jeśli ktoś jednak choć skrawkiem świadomego życia otarł się o komunę, doskonale wczuje się we wszystkie niuanse, odczuwając przyjemność w doszukiwaniu się związków z twórczością Stanisława Barei, przypominając sobie przygody dobrego wojaka Szwejka, a nawet dostrzegając powiązania ze słynnym „Akwarium” Suworowa. Armie we wszystkich demoludach konkurowały ze sobą, jeśli chodzi o wyczucie absurdu i nasze ludowe wojsko wcale nie zajmowało w tej konkurencji najwyższego miejsca.

Warto się czasem skusić na rekomendację z wiarygodnego źródła. Mam nadzieję, że ja też będę dla was takim źródłem.

niedziela, 9 lipca 2017

Dagmara Andryka "Tysiąc" Ocena: 3/6



UWIERZ W DUCHA
Żeby zasiąść do przeczytania „Tysiąca” Dagmary Andryki musicie najpierw uwierzyć w dwie rzeczy. Po pierwsze - że w dzisiejszych czasach, gdzieś w północnej Polsce jest takie miasteczko, w którym WSZYSCY mieszkańcy, od burmistrza po dwóch młodych gejów prowadzących kafejkę internetową święcie wierzą w klątwę sprzed setek lat rzuconą przez kobietę oskarżoną o czary i spaloną na stosie. Wedle klątwy ludność miasteczka nie może przekroczyć tysiąca obywateli. Jeśli osiedli się ktoś nowy, ktoś inny musi zginąć. Po drugie – że wzięta dziennikarka z wielkiego miasta, pracująca w prestiżowym piśmie może sobie zniknąć na wiele tygodni i NIKT ani NIC nie będzie jej ścigać. Jedyny telefon z poprzedniego życia, który bohaterka odbiera, to telefon od szefa, który niczemu się nie dziwi. Żadnych rachunków do zapłacenia, żadnych kwiatków do podlania, żadnych monitów od przyjaciółek, które domagają się wyjścia na kawę albo aktualnego numeru telefonu do jakiegoś ministra. Nic. Tak jakby bohaterka wcześniej żyła samotnie jak palec albo wcześniejsze życie nie istniało i wszystko, bez żadnych konsekwencji można rozpocząć od nowa.

Jeśli założycie z góry, że taka sytuacja jest możliwa, może nawet będziecie mieć z lektury jakąś satysfakcję. Wątek zagadkowych śmierci w miasteczku, regulujących populację do tytułowego tysiąca został w końcu dość sensownie wyjaśniony. Jeśli jednak, tak jak ja dojdziecie do wniosku, że opisany wyżej punkt wyjścia jest tak nierzeczywisty, że nadawałby się raczej do powieści w stylu fantasy, zakończycie lekturę z przekonaniem, że motywacją do przeczytania kryminału nie powinna być ciekawość, czy autorowi uda się jakoś wybrnąć z galimatiasu, który sam sobie zgotował na własne życzenie, tylko chęć rozwiązania pasjonującej zagadki.

Zagadka może i pasjonująca, tylko pod warunkiem, że się wierzy w duchy. Jeśli wierzycie  – czytajcie.

środa, 5 lipca 2017

Rachel Abbott „Zabij mnie znów” Ocena 5/6



LAURKA DLA RACHELI
Za każdym razem gdy odkrywam nowego, zagranicznego, świetnego autora kryminałów mam duży dylemat. Czy natychmiast rzucić się i pochłonąć z ogromną przyjemnością wszystkie pozostałe jego książki czy z uporem maniaka krzewić swoją masochistyczną misję i poznawać dzieła i dziełka coraz to nowych, rodzimych pisarzy?

„Zabij mnie znów” Rachel Abbott jest książką perfekcyjną pod każdym względem. Precyzyjnie poprowadzona, wielowątkowa narracja, umiejętnie dawkowana tajemnica, zwroty akcji właśnie wtedy, kiedy wydaje się, że wszystko już wiemy. Ta książka to połączenie powieści kryminalnej i thrillera, więc jesteśmy przez autorkę umiejętnie straszeni i trzymani w szachu, co chwila zamartwiając się o głównych bohaterów.

Zakończenie nie dość, że zaskakuje, to zaskakuje podwójnie. I do tego jeszcze na końcu jest to coś, co sprawia, że nasze szare komórki zaczynają szybciej pracować i dzięki temu książki tak łatwo się nie zapomina. Nie powiem co to, przeczytajcie sami.

W tej powieści jest tylko jedna rzecz, która uwiera – ta perfekcyjność właśnie, że wszystko jest tak zapięte na ostatni guzik. Recenzent zwariował – powiecie. Najpierw wystawia laurkę, a potem narzeka na to, co wcześniej pochwalił. Zrozumcie recenzenta. Laurka absolutnie się należy. Laurka właśnie. To dobre słowo. Ale sami wiecie, jak to jest z laurkami. No niby fajne są, ale… Więcej inspiracji na pewno znajdę na naszym, polskim podwórku.