Szukaj na tym blogu

piątek, 17 sierpnia 2018

Anna Kańtoch „Wiara” Ocena: 2/6


NAJGORSZE ZAKOŃCZENIE, JAKIE PRZECZYTAŁAM W ŻYCIU
Trochę mi głupio, bo znowu muszę iść pod prąd i nie zgodzić się z pozytywnymi ocenami tej książki. Przeczytałam wiele dobrych i złych zakończeń, ale żadne nie wkurzyło mnie tak bardzo, jak zakończenie „Wiary” Anny Kańtoch. Kolejna książka nominowana w tym roku do Nagrody Wielkiego Kalibru i kolejny niewypał. To już przestaje być zabawne.

Na początku chciałam tylko poczepiać się szczegółów, bo książka jest naprawdę bardzo sprawnie napisana. Niby szczegóły, ale istotne. Skoro umieszcza się akcję powieści w 1986 roku, to wypadałoby przynajmniej cokolwiek o tych czasach wiedzieć, albo przynajmniej zrobić dobry risercz. A tymczasem Anna Kańtoch o życiu w czasach realnego socjalizmu pisze tak, jakby wszystko działo się wczoraj. W barze na zapadłej prowincji bez problemu można kupić coca-colę (chyba polo-coctę, i to też trzeba na nią polować jak w „Kingzajzie”) albo wielkiego jak stół schabowego (raczej przedwczorajsze cynaderki albo panierkę z odrobiną kotleta). Policjanci szukają najtańszego hotelu w mieście, jakby był jakiś wybór, a wydawanie państwowej kasy kogokolwiek obchodziło. Mieszczuchy mają prywatne, letniskowe domy, a mogliby najwyżej pozwolić sobie na wynajęcie kwatery u górala i to też za pośrednictwem FWP. Biedna jak mysz kościelna dziewczyna robi „artystyczne” fotografie z wakacji. Zdjęcia są, a jakże, kolorowe i na tyle wyraźne, że można na nich rozpoznać… krowę. Tylko, że w tamtych czasach w powszechnym użyciu były filmy czarno-białe, a jeśli nawet, jakimś cudem komuś udało się kupić kolorowy film, to najwyżej ORWO, a zdjęcia robione aparatem Smiena 8M, którym co najwyżej mogła dysponować dziewczyna, były tak słabej jakości, że niewiele było na nich widać. Ktoś wychodzi do sklepu żeby kupić kiełbasę i ta kiełbasa po prostu jest! Bez kartek! No, sielanka, po prostu.

Skoro było tak fajnie, i problem tylko w tym, że milicjanci nie mogli chodzić do kościoła, to po co było robić tę całą rewolucję? – pomyśli sobie młodzież i będzie miała rację. I dlatego się czepiam, bo kształtowanie takiego zafałszowanego obrazu lat 80-tych jest po prostu szkodliwe społecznie. A wystarczyło tylko pooglądać „07 zgłoś się” albo poczytać Ćwirleja, który ma swoje wady, ale akurat w odwzorowaniu realiów czasów komuny jest bezbłędny, ale najwyraźniej Annie Kańtoch się nie chciało. Rozumiem, że autorka może być za młoda, żeby pamiętać tamte czasy, ale od czego są redaktorzy?

Hej, redakcjo wydawnictwa „Czarne”, jest tam kto? Czy ktoś w ogóle przeczytał tę książkę, zanim ją wysłał do drukarni? Szczerze wątpię. Nawet autorka jej nie przeczytała, bo inaczej musiałaby zauważyć idiotyczny błąd: ksiądz najpierw jeździ rowerem i nawet „myślał o kupnie samochodu, ale to niewiele by mu dało (...) w parafii istniało mnóstwo miejsc, do których dotrzeć mógł jedynie pieszo albo właśnie na rowerze”, co nie przeszkadza mu parę godzin później rozbijać się po tych bezdrożach od dawna posiadanym samochodem. Pawliczkowa raz jest wdową, a parę rozdziałów dalej rozwiodła się z mężem. Takie faktograficzne niechlujstwo obraża czytelnika.

No i pora wreszcie popastwić się nad zakończeniem. Najgorsze jest to, że książkę tak dobrze się czyta, praktycznie jednym tchem, nie mogąc doczekać się, co będzie dalej. Gdyby od początku było słabo i nudno, efekt końcowy nie byłby tak piorunujący. Ale, gdy po tak świetnie poprowadzonej intrydze dowiadujemy się jak autorka postanowiła rozwiązać problem, możemy wymagać reanimacji na oddziale intensywnej opieki. Tyle godzin pasjonującej lektury, żeby na koniec przeczytać tak absurdalne wyjaśnienie?

Dalej będzie spojler, jak się zapewne domyślacie, więc możecie albo uwierzyć mi na słowo, albo na własną odpowiedzialność czytać dalej, jeśli chcecie wiedzieć, co mnie tak wkurzyło.

Najpierw morderstwo sprzed lat. Chłopak zabija matkę, brata i siostrę (siostra cudem przeżyła), bo dowiaduje się że siostra będzie miała dziecko z drugim bratem. No, wariat, po prostu, bo tłumaczenie, że zabił bliskich, ponieważ po śmierci ojca nie sprawdzał się w roli głowy rodziny, a rodzeństwo nie chciało pomagać w domu (!), chyba nikogo nie przekona. W porządku. Niech będzie wariat. Zostaje zamknięty w psychiatryku i nie odzywa się przez dwadzieścia lat.

Dwie bliźniaczki – owoc kazirodczej miłości rodzeństwa są wychowywane na plebanii przez kolejnego wariata - psychopatycznego proboszcza, który tłamsi dziewczynki psychicznie i wmawia, że jako zrodzone z grzechu są przekleństwem dla wioski i muszą ponieść zasłużoną karę. Wszystko to pod okiem ich matki (!), która spokojnie pracuje na plebanii i na maltretowanie dzieci zezwala. Dlaczego akurat niewinne dzieci mają cierpieć, a nie ich matka, na przykład? No, ale ustaliliśmy, że proboszcz jest psychopatą, co zdarza się w każdej profesji, więc od wariata nie można wymagać, żeby myślał logicznie.

Kiedy proboszczowi już zupełnie odbija i twierdzi, że tylko krew dziewczynek może odkupić winę, ministrant z parafii - dziesięcioletnie dziecko, postanawia ratować bliźniaczki. Wsadza siedmiolatki do pociągu i wysyła w świat. Dziewczynki trafiają do Domu Dziecka, a jedna z nich zostaje adoptowana.

Po dwudziestu latach dorosły już były ministrant, obecnie milicjant, zmienia zdanie. Dochodzi do wniosku, że niepotrzebnie pomógł uciec dziewczynkom, bo rzeczywiście ksiądz miał rację i tylko ich śmierć może uratować wioskę przed zagładą, czyli budową elektrowni atomowej (!). Przekonuje bliźniaczki, do spółki z ich matką (!), że ich śmierć zbawi świat i zabija dziewczyny, które bez oporów dają się uśmiercić i złożyć w ofierze. Kolejny psychol? O, nie, autorka przekonuje nas, że zrobił to będąc w pełni władz umysłowych. Czyli co? Jak nie wariat, to kto? Głupol? Wziął bajania wariata proboszcza na poważnie? No przecież dał się poznać jako całkiem zwyczajny, zdrowo myślący milicjant. Więc dlaczego to zrobił, jeśli mu szajba nie odbiła? Gdzie tu sens, gdzie logika? Nie ma wytłumaczenia, z wyjątkiem tego, że wyobraźnia poniosła autorkę o wiele za daleko.

Czy waszym zdaniem, jest w tym coś, co trzyma się kupy? Nie bolą was zęby, gdy czytacie ten opis? Ja, odkładając książkę zazgrzytałam zębami i zawyłam, że można czytelnikowi wciskać takie bzdury. I musiałam podzielić się z wami refleksją, niestety.

Tak absurdalne zakończenie chyba wyjaśnia przynajmniej, dlaczego Anna Kańtoch umiejscowiła akcję w latach 80-tych. Po prostu założyła, że w tamtych czasach ludzie byli tak zabobonni, przesądni, niedouczeni i bezdennie głupi, że mogli dokonać takiej zbrodni z przyczyn, powiedzmy, religijnych. Zapewniam - nie byli. Żeby ta historia miała jakikolwiek sens, trzeba by było się cofnąć chyba do średniowiecza.

Współcześni czytelnicy miewają jednak czasami trochę oleju w głowie. Kapituła Nagrody Wielkiego Kalibru niekoniecznie. 

Tagi: Anna Kańtoch "Wiara", Kańtoch "Wiara" recenzja, Kańtoch Wiara opinie, Nagroda Wielkiego Kalibru 2018

sobota, 11 sierpnia 2018

Ryszard Ćwirlej „Tylko umarli wiedzą” Ocena 2/6


VOTUM SEPARATUM
Pierwszy raz trafiłam na powieść Ryszarda Ćwirleja kilka lat temu i pamiętam tylko, że nieźle były odwzorowane realia lat 80-tych, a poza tym, strasznie się wynudziłam.

Nie zapałałam chęcią sięgnięcia po kolejne książki autora, ale w tym roku Ryszard Ćwirlej otrzymał przecież Nagrodę Wielkiego Kalibru. No i jak ta mucha poleciałam na lep. I znów wynudziłam się okrutnie, ale tym razem postanowiłam zanalizować przyczyny.

Dlaczego więc Ćwirlej przynudza? Ponieważ kompletnie nie posiada umiejętności zaskakiwania czytelnika. Najpoważniejszy błąd polega na tym, że autor najpierw zdradza, co się wydarza, a potem tłumaczy, jak do tego doszło. Jeżeli wiemy, że trup został utopiony w rzece, to potem naprawdę nie musimy przez cały rozdział poznawać losów flisaka i zgłębiać, na czym polega jego trudna praca, bo przecież i tak wiadomo, że ta epizodyczna postać pojawiła się tylko po to, żeby wyłowić zwłoki.

Kiedy mniej więcej w jednej trzeciej książki dowiadujemy się jaki jest motyw zbrodni (wspomnienie postrzelonej kobiety), ja wiem już w zasadzie wszystko (ale może za dużo czytam kryminałów), więc naprawdę trudno mi wykrzesać w sobie jakąś ciekawość, która pozwoliłaby bez bólu dotrwać do końca.

Drugi wątek dotyczący zamachu na Hitlera, tuż przed jego dojściem do władzy, z oczywistych powodów zaskoczyć nie może. No więc czytamy, jak się ci komuniści męczą i nieudolnie kombinują, ale przecież przez cały czas nie mamy wątpliwości, że im się nie uda. No, chyba, że ktoś przespał w szkole wszystkie lekcje historii.

O tym, że o faktach historycznych, które wszyscy znają można pisać z dreszczykiem dowodzi przykład „Monachium” Roberta Harrisa (patrz: recenzja z kwietnia). Tam, chociaż dobrze wiemy, że konferencja w Monachium nie uratuje świata, przez cały czas wierzymy, że to się może udać. W powodzenie zamachu na Hitlera według Ćwirleja nie uwierzyłby nawet ktoś, kto wierzy w UFO.

Kolejny powód, dla którego „Tylko umarli wiedzą” czyta się bez żadnych emocji, to brak jednego, głównego bohatera, któremu moglibyśmy towarzyszyć w śledztwie, przejmować się jego losami, kibicować. Postaci pierwszoplanowych jest tak wiele, że żadnej z nich nie mamy okazji poznać na tyle dobrze, aby mogła nas w jakikolwiek sposób obchodzić. Niemiecki policjant starszy, niemiecki policjant młodszy, polski policjant, polski kasiarz – czytelniku wybierz sobie bohatera.

Wątek wywiadowczy również kompletnie nie przekonuje. Oficer wywiadu wysokiego szczebla, zlecający tak ważną misję kompletnie nie ma pojęcia o sytuacji politycznej w Polsce i Niemczech, natomiast jego podwładny z prowincji albo ma zdolności jasnowidza, albo może podróżować w czasie, bo potrafi przewidzieć wszystko, co stanie się, gdy tylko Hitler dojdzie do władzy.

Trochę mnie martwi, a nawet przeraża, że tak słaba książka otrzymuje tak ważną w świecie powieści kryminalnych nagrodę. Nie wiem, czemu to można przypisać i nawet nie chciałabym wiedzieć. Wiem natomiast, że po kolejną książkę Ryszarda Ćwirleja nie sięgnę na pewno. Autor, który został utwierdzony w swojej wielkości tak prestiżową nagrodą nie będzie przecież zainteresowany rozwijaniem swojego warsztatu. W tym, że pisze dobrze utwierdzają go również czytelnicy (czego akurat zupełnie nie rozumiem), przyznając od czasu do czasu swoje nagrody na różnych festiwalach i dodając plusy na różnych portalach. Moje votum separatum nie przekona przecież nikogo.

Tagi:  Ryszard Ćwirlej "Tylko umarli wiedzą", Ćwirlej Tylko umarli wiedzą recenzja, Tylko umarli wiedzą opinie, Nagroda Wielkiego Kalibru 2018

środa, 8 sierpnia 2018

Maja Wolny „Księgobójca” Ocena: 3/6


Z OPÓŹNIONYM ZAPŁONEM
To nie jest książka, która zapiera dech. Wręcz przeciwnie. Wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. Z jednej strony nic dziwnego, skoro prawie wszyscy bohaterowie są w wieku emerytalnym, czyli, jak to się młodzieży wydaje, już nic się im w życiu nie chce, z drugiej strony jednak, jak oglądam na przykład taki „Hotel Marigold”, film o jeszcze starszych staruszkach, to aż mi się nie chce oderwać oczu od ekranu. Czyli nawet o „nudnej” starości można ciekawie, tylko autorowi musi się chcieć zachęcić czytelnika. Mai Wolny najwidoczniej się nie chciało.

Przez trzy czwarte książki sprzedawanej jako kryminał mamy powieść obyczajową. Morderstwo było, albo nie było, po co się nim tak naprawdę zajmować. Zamiast pasjonującego śledztwa obserwujemy przeplatające się, zupełnie nieekscytujące historie znudzonych swym życiem bohaterów i dowiadujemy się, dlaczego się tym życiem znudzili. Nawet pani detektyw o trzy dekady młodsza od reszty towarzystwa wpisuje się w ten klimat, bo też jest znudzona swoją pracą.

Akcja „Ksiegobójcy” umiejscowiona została w Amsterdamie, duża jej część rozgrywa się w małym antykwariacie. - Co za potencjał! – powiecie. - To miejsce z natury rzeczy mogłoby być magiczne! Niestety, nie jest. Nie oczekujcie fajerwerków na miarę Zafona czy nawet pana Penumbry, skoro księgarnia jest po prostu nudnym miejscem pracy znudzonego starszego pana, któremu, oprócz tej księgarni nic innego w życiu nie wyszło, i któremu marzy się wielkie uczucie, ale nie potrafi się do niego przyznać. I dopiero kiedy ten starszy pan postanawia wreszcie postawić wszystko na jedną kartę, w końcu zaczyna się coś dziać. Określenie „w końcu” należy rozumieć dosłownie. Zwrot akcji pojawia się o wiele za późno, jednak na korzyść autorki trzeba dodać, że jest on dużym i pozytywnym zaskoczeniem. Kiedy już zdążymy sobie pomyśleć, że przeczytaliśmy kolejną powieść, o której natychmiast zapomnimy, nagle dostajemy linijką po łapkach. A nie! To jeszcze nie koniec.

I właśnie dla zakończenia warto przebrnąć przez tę powieść do końca. Jeżeli nie zaśniecie przez pierwszych trzydzieści rozdziałów, doczekacie się satysfakcji. Będzie kolejny zwrot akcji i kolejne zaskoczenie.

Mam wrażenie, że Maja Wolny najpierw wymyśliła jaki będzie finał (skrajnie romantyczny, niepotrzebny gest zakochanego starszego pana), a potem przeholowała w rozbudowywaniu życiorysów postaci, i nie udało jej się zachować odpowiednich proporcji. Potencjał twórczy jednak widzę i jeśli tylko autorka popracuje nad dramaturgią jest szansa, że następną książką nie będzie nas usypiać.

Tagi:  Maja Wolny "Księgobójca", Ksiegobójca opinie, Księgobójca recenzja, Księgobójca Wolny