Szukaj na tym blogu

czwartek, 17 września 2020

Elena Ferrante „Zakłamane życie dorosłych” Ocena: 3/6

COŚ DLA PENSJONAREK

Obiektywnie rzecz biorąc – to nie jest zła książka, a nawet całkiem dobra biorąc pod uwagę to, co się teraz wydaje.. Tło obyczajowe doskonale przedstawione, konstatacje, jak zawsze u tej autorki bezcenne. Ale…

O ile obserwacje życia dorosłych z punktu widzenia dziecka są interesujące, jeśli tych dorosłych dotyczą, to jednak, gdy gdzieś tak od połowy powieść zamienia się w „pamiętnik z okresu dojrzewania”, treść zaczyna robić się ciekawa wyłącznie dla ograniczonego grona odbiorców. Tak naprawdę, to nie wiem dla kogo. Czytelnik trochę bardziej dojrzały, niż nastoletnia dziewica zaczyna się nudzić i przerzucać kartki na przyspieszonych obrotach. Nastolatki raczej po tę książkę nie sięgną, bo jednak niektóre treści są dla nich za poważne i zbyt anachroniczne. Małolaty, jeśli już coś czytają, to „Zmierzch”. Autorka nie wcelowała w target, że się tak brzydko wyrażę.

Ktoś kto zna „Sagę neapolitańską” Ferrante, czytając „Zakłamane życie dorosłych” będzie miał również poczucie, że miejscami czyta odrzuty, które nie zmieściły się w poprzednich książkach. Deja vu.

Zakończenie na pewno spodobałoby się przedwojennym pensjonarkom. Dzisiejsze nastolatki raczej się nie zbulwersują. Ja też nie.

 

piątek, 11 września 2020

Caroline Eriksson „Podglądaczka”, Ocena: 1/6

NUDA I ZŁOŚĆ

Chyba sobie zamówię pieczątkę z napisem „wyrób thrilleropodobny” i będę stemplować wszystkie obyczajówki dla kobiet udające thrillery, zamiast pisać recenzje, w których wciąż muszę się powtarzać.

Trup w prologu. Oho! Jasny sygnał, że dalej przez długi czas nic się nie będzie działo. Zgadłam. Złość.

Nuda. Nic się nie dzieje. Bohaterka ma jakiś kłopot ze sobą i z siostrą, ale nie wiadomo o co chodzi.

Nic się nie dzieje. Bohaterka ma jakiś problem z mężem, rozstała się z nim, chociaż go kocha i tęskni, ale nie wiadomo dlaczego. Jak by było wiadomo, to może bym się nawet przejęła, ale nie wiem, więc ani mnie to grzeje, ani ziębi. Bohaterka nudziara.

Nic się nie dzieje. Bohaterka (autorka thrillerów!) przeżywa męki twórcze, bo nie potrafi zabrać się do pisania kolejnej powieści. A niby dlaczego czytelnika thrillera (sic!) ma to obchodzić?

Nuda. Nic się nie dzieje. O, przepraszam, to z rozpędu. Coś się dzieje w domu naprzeciwko. Bohaterka wietrzy tragedię małżeńską u sąsiadów i postanawia dowiedzieć się, o co chodzi.

Nawet trochę się dzieje. Bohaterka prowadząc śledztwo zachowuje się jak totalna blondynka, ale ma szczęście, jak to blondynka, i przypadkiem ustala kilka ważnych szczegółów. Blondynki górą!

80% na czytniku. Teraz naprawdę coś się dzieje. W wyniku tej akcji autorka postanawia wyjawić nam, że do tej pory przez cały czas nas oszukiwała. Złość.

Uwaga! Spoiler:


Okazuje się, że to wcale nie była historia sąsiadów, chociaż autorka przez cały czas to nam wmawiała, prowadząc narrację w taki sposób, że trudno było mieć co do tego wątpliwości. To była historia naszej głównej bohaterki/narratorki! To siebie sportretowała w roli sąsiadki! To ona chciała zamordować męża. Na szczęście jednak, chwalmy Pana, nie zamordowała go. Hurra! Dobro zwycięża, a zła kochanka zostaje ukarana przez los! Trupa zasugerowanego w prologu - brak. Dałeś się nabrać czytelniku? Ha, ha, ha, ja tylko żartowałam.

Jeżeli ktoś, tak jak ja dał się wciągnąć w pułapkę, poczuje się oszukany. Jeśli ktoś domyśli się od razu, czyją historię autorka opowiada, nie będzie miał żadnej zabawy z rozwiązania zagadki. Złość.

Zakończenie. Nuda. Już wiemy o co chodzi, więc końcówka ciągnie się jak nitka ze swetra w rozmiarze XXL. Bohaterka wyjaśnia siostrze wszystko to, co wcześniej szczegółowo opisała.

Bohaterka informuje nas, że nie jest tą samą kobietą co wcześniej. Dla niej to pewnie istotne. Dla nas wcale. Zostawmy ją więc z tą błogą świadomością i omijajmy książki pani Eriksson bardzo szerokim łukiem.

piątek, 4 września 2020

Ida Żmijewska „Warszawianka” Ocena 5/6

KIEDY MISTRZOWIE ZAWODZĄ… 

…warto czytać debiuty.

Młodym (niekoniecznie wiekiem, ale literackim stażem) jeszcze się chce, jeszcze muszą walczyć, żeby zaistnieć, wiedzą, że muszą się starać i dopieszczają swoje pierwsze dzieło tak, że od razu widać, ile serca i pracy w to włożyli.

Taka jest właśnie „Warszawianka” Idy Żmijewskiej. Autorka umieściła akcję w Warszawie, pod koniec (umowny) XIX wieku. Jeśli chcielibyście poczuć klimaty jak z „Lalki” Prusa, nie będziecie zawiedzeni. Żmijewska doskonale zna epokę, którą opisuje i robi to z pieczołowitością ale jednocześnie z umiarem. Nie ma poczucia, że coś jest niepotrzebne lub przegadane, że historia przez duże W jest ważniejsza niż akcja. To wielka zaleta w przypadku autorów kryminałów.

Autorka już na samym początku pozytywnie mnie do siebie nastawiła takim drobiazgiem: lekarz patolog nazywa się Patkiewicz i jak mniemam, nie jest to zbieg okoliczności. Przypomnę, bo nie wszyscy muszą kojarzyć: tak w „Lalce” nazywał się student medycyny, który drażnił baronową Krzeszowską, stukając w jej okna trupią czaszką zawieszoną na sznurku. Mała rzecz, a cieszy.

Fabuła powieści została bardzo precyzyjnie skonstruowana i wszystko wyjaśnione, jak należy. Każdy wątek jest potrzebny i znajduje swoje uzasadnienie. Pamiętajmy, że akcja toczy się około półtora wieku temu, więc detektywi w śledztwie mogą posługiwać się wyłącznie swoimi szarymi komórkami, co mnie akurat nie przeszkadza, a wręcz ekscytuje.

Ważnym elementem powieści jest wątek miłosny. Panów uspokajam, że nienachlany i dobrze osadzony w realiach: seksu w tym tyle, co w „Lalce”, mniej więcej. Dla niektórych będzie to pewnie zaletą, dla innych wadą. Jedynie ten wątek nie zostaje zamknięty, co daje nadzieję na kontynuację, na którą już się cieszę.

Zwróciłam uwagę na tę powieść, gdyż została nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru. Ponieważ jednak zasadę ograniczonego zaufania stosuję w równym stopniu do czytelników, którzy w swoich opiniach uznają książki Mroza za arcydzieła, jak i do szacownej kapituły wybierającej najlepsze książki roku (tegoroczna nominacja do tej samej nagrody bardzo słabej „Wady” Małeckiego, to chyba przez zasiedzenie), dlatego z przeczytaniem „Warszawianki” ociągałam się tak długo. A szkoda.

Ostatnio staram się również nie przechwalać debiutantów. Niestety, często bywa tak, że pierwszą książkę wycyzelują jak należy, a kolejne piszą po łebkach (nie dotyczy Piotra Górskiego i serii z Krukiem, jak na razie). Zachwyciłam się „Czarnym manuskryptem” Krzysztofa Bochusa, a jego następna książka „Martwy błękit” była już tak przeciętna, że zrezygnowałam z kolejnych. Nieźle zabłysnął Leszek Herman przy okazji „Sedinum” (powieść rozwlekła, ale temat ciekawy), lecz „Latarnia umarłych” już nie nadawała się do czytania.

Trzymam kciuki za Idę Żmijewską, mając nadzieję, że na jej kolejnych warszawskich kryminałach się nie zawiodę.

 

czwartek, 27 sierpnia 2020

Małgorzata Rogala „ Ostatni skok” Ocena: 1/6

PAN BÓG ZAPRACOWANY 

W tej książce Pan Bóg tyle razy schodził z nieba, aby pomóc jej bohaterom, że musiał chyba wyczerpać wszystkie limity dla polskich autorów.

Małgorzata Rogala znudziła się najwyraźniej bohaterami swojej udanej kryminalnej serii z Agatą Górską i Sławkiem Tomczykiem i postanowiła zacząć wszystko od nowa. Już w przypadku wcześniejszej próby („Kopia doskonała”) wyszło jej tak sobie, poniżej możliwości, ale „Ostatni skok” to już, niestety, kompletny niewypał.

Książka sprawia wrażenie, jakby była pisana lewą ręką przez prawe ramię, a pisarka nie miała pewności, czy pisze melodramat czy kryminał. Ani jedno, ani drugie jej nie wyszło.

Gdyby to miał być melodramat, powinniśmy odczuwać więcej empatii w stosunku do bohaterów, a tymczasem postaci są płaskie psychologicznie i niewiele dowiadujemy się o ich uczuciach. Dlatego zawiłości relacji Nadia – Igor niewiele nas obchodzą, a już w ogóle nie interesuje nas, czy będą razem, czy nie. I nie pomoże zakończenie rodem z najbardziej kiczowatej, brazylijskiej telenoweli.

Gdyby to miał być kryminał… tu lista zarzutów jest dłuższa.

Po pierwsze, prawie wszystko w tej powieści dzieje się chyba siłą woli. Przypadek goni przypadek. Mogę uwierzyć, że młoda policjantka przypadkiem jest świadkiem kradzieży, ale potem zaraz przypadkiem ogląda przedstawienie, które jest kluczowym dla dalszego przebiegu akcji. Następnie osoba biorąca udział w rzeczonym przedstawieniu znów przypadkowo pojawia się w miejscu przestępstwa, i tak dalej, i tak dalej, nie będę wyliczać, bo autorce teraz to już nie pomoże. Czujecie jak słowo „przypadek” drażni w tym jednym akapicie? Przypadki w tej książce drażnią tak samo. Trudno. Mleko się wylało. Kompletna niedoróbka poszła w świat i teraz trzeba się będzie mocniej napracować, żeby kolejną powieścią obłaskawić zawiedzionych czytelników.

Fabularnie książka leży na obu łopatkach. Zaskakujące (zapewne w mniemaniu autorki i czytelników Mroza) zakończenie zostało zbudowane na oszustwie. Tak nie uchodzi. Autorka z całych sił sugeruje nam, kto jest mordercą. Profil psychologiczny przestępcy tak bardzo jednak odbiega od profilu osoby sugerowanej, że dociekliwy czytelnik myśli sobie: albo to podpucha i zaraz wyskoczy jakiś królik z kapelusza, albo autorka próbuje nas traktować jak inteligentnych inaczej i od początku podpowiada rozwiązanie.

Do tego jeszcze mamy papierowych bohaterów. Młodsza policjantka przynajmniej sympatyczna i ma jakiś potencjał, ale starsza - zupełnie nijaka. No niby jest, ale nikt by nie zauważył, gdyby jej nie było. Przestępcy – bez jaj. Cyrk – główne miejsce akcji i środowisko bohaterów – kompletnie nieograne. Szkoda.

Droga autorko, nie idźcież tą drogą! Jeszcze jest szansa, żeby nie stracić czytelników.

wtorek, 11 sierpnia 2020

Jarosław Sokół „Wyspa zero” Ocena: 1/6

 

POWIEŚĆ TO NIE SERIAL

Jako scenarzysta „Czasu honoru” Jarosław Sokół sprawdził się znakomicie, dlatego też wiele sobie obiecywałam po jego powieści. Akcja toczy się tuż po zakończeniu II Wojny Światowej, w Świnoujściu – to już dobra rekomendacja. Juliusz Machulski obiecuje na okładce, że będzie klimat jak z filmu „Prawo i pięść” – jeszcze lepiej. Okazało się, że wyobrażałam sobie zbyt wiele. Rozczarowanie rosło z każdą przeczytaną stroną. Sam klimat, to trochę za mało, żeby stworzyć przekonującą opowieść. Od autora z takim doświadczeniem oczekiwałam profesjonalizmu w konstruowaniu fabuły, a tymczasem czytałam tę książkę zgrzytając zębami, ponieważ co chwila natrafiałam na szkolne błędy.

Najważniejsze, co zawodzi w tej powieści – to dramaturgia. Długo musimy czekać na zawiązanie akcji, ponieważ autor rozpoczyna książkę od przedstawienia kilkunastu postaci, wśród których przez długi czas trudno jest wyłowić głównego bohatera. Kilku polskich milicjantów wysłanych do Świnoujścia, żeby przejąć tam władzę, sowieckie dowództwo, które nic o tym nie wie, niemieckie władze miasta nominowane przez Rosjan, autochtoni. Gubimy się w natłoku bohaterów. Zamiast z zapartym tchem śledzić przebieg dochodzenia, obserwujemy zupełnie nieistotne dla akcji zmagania, w rodzaju kto ma właściwie prowadzić śledztwo w sprawie zabójstwa i przepychanki między Rosjanami i Polakami, kto tu właściwie rządzi.

Bardzo mi przeszkadzało również to, że autor spoileruje kluczowe dla akcji wydarzenia. Kiedy czytam już w pierwszych słowach, że komuś pozostała mniej niż doba życia, to mam ochotę przeskoczyć do następnego rozdziału, bo przecież wiem, co się wydarzy. Gdy autor najpierw zdradza przeczucia bohatera (to będzie „najgorszy dzień w jego życiu”), a potem te przeczucia się sprawdzają, ziewam z nudy, bo już wcześniej, dowiedziałam się, że będzie kiepsko. Albo coś takiego: „Gdyby wiedział, że ktoś go obserwuje, nie popełniłby tego błędu.” Czyli od razu wiemy, że będzie jakiś błąd. I po co mi ta wiedza? Dlaczego recenzentom wypomina się spoilery, a autorom uchodzi to na sucho?

Kiedy Sokół próbuje mnie przekonać, że życiu jednego z bohaterów coś zagraża, spokojnie patrzę na licznik i nawet nie drgnę, bo wiem, że nie uśmierca się tak ważnej postaci w jednej trzeciej powieści. Nie wierzę też w żadne z kolejnych zagrożeń. Niestety, bardzo nieudolne te próby wywołania suspensu. Wszystkie na to samo kopyto (aresztują - wypuszczają, aresztują - wypuszczają, aresztują…), więc powodują tylko ziewanie, a nie niepokój.

Już nie ziewam, a pienię się ze złości, gdy po raz siódmy czytam o pocztówce z Argentyny, i kiedy o tych samych rzeczach jestem informowana wielokrotnie. Hej, autorze, skąd przekonanie, że twoi czytelnicy nie załapią wszystkiego za pierwszym razem albo mają sklerozę?

Jarosław Sokół wrzucił w tę powieść tyle wątków i tematów, że można by nimi obdzielić kilka sezonów telewizyjnego serialu. Mamy i „zagospodarowywanie” Ziem Zachodnich zaraz po zakończeniu II wojny światowej, są obozy w Auschwitz, Ravensbruck, Dachau, mamy Katyń, sfingowane napady Polaków na Żydów w Warszawie przed utworzeniem getta, są oddziały specjalne SS, do których rekrutowano Polaków w czasie wojny, białoruska partyzantka, ukrywanie Żydów w czasie wojny i na dodatek jeszcze rozbudowany wątek miłosny. Dodam, że gatunkowo jest to kryminał. Doceniam zamysł edukacyjny i wkład pracy w dokumentację tematu, ale chyba jednak w powieści tego rodzaju podręcznikowa wiedza nie powinna górować nad historią fabularną, zwłaszcza jeśli na akcję nie ma żadnego wpływu.

Nie mogę też wybaczyć autorowi tego, że prowadzi z czytelnikiem nieuczciwą grę. Kryminałem rządzą konkretne prawa. Czytelnik chce prowadzić śledztwo równolegle z detektywem i to jego święte prawo, żeby otrzymał te same przesłanki co detektyw. Tym cytatem z „Dwudziestu zasad pisania powieści detektywistycznych” Van Dine’a podpierałam się wielokrotnie: „Nie można umyślnie wprowadzać czytelnika w błąd, stosując sztuczki inne niż te, których przestępca zasadnie używa wobec detektywa”. Jarosław Sokół nie dość, że umyślnie wprowadza czytelnika w błąd, aby w końcówce uzyskać efekt zaskoczenia, to jeszcze absurdalnością zakończenia dorównuje najwyższym standardom wyznaczonym przez Remigiusza Mroza. O szczegółach będzie na końcu, tylko dla wielbicieli spoilerów.

Nie potrafię dociec, dla kogo jest ta książka. Czytelnicy, którzy od książek wymagają tylko, żeby „łatwo się czytało” znudzą się po kilku rozdziałach, a jeśli dotrwają do końca, pogubią się w poskładaniu wszystkich wątków. Ci, który wymagają więcej, zorientują się, że wątków nie da się logicznie poskładać i zakończenie – to wielka lipa.

Może jednak lepiej by było, gdyby autor powrócił do pisania scenariuszy. Redaktorzy w wydawnictwach książkowych, jak widać, zupełnie się nie sprawdzają. W filmie jest większa szansa, że tekst zostanie poprawiony w na jakimś etapie produkcji. Może trafi się dobry reżyser, który wyrzuci niepotrzebne sceny, albo montażysta, który poukłada cegiełki tak, aby napięcie rosło. Może.

Uwaga! A teraz coś dla wielbicieli spoilerów:


Na końcu okazuje się, że prawie wszystkie występujące w książce postaci: Polacy, Rosjanie, Niemcy, były ze sobą powiązane. Bez żadnych problemów, w czasach największej zawieruchy (maj 1945 roku, tuż po oficjalnym zakończeniu wojny, kiedy wciąż wybuchały bomby, można było dostać kulkę zza węgła, a zdobycie środka transportu i pozwolenia na podróżowanie graniczyło z cudem) znaleźli się w tym samym czasie, w tej samej mieścinie na końcu świata. Cóż za cudowny zbieg okoliczności! Tak jakby skrzyknęli się na Facebooku, wsiedli w skrzydlate maszyny i pojechali na wycieczkę po strefie Schengen.

Nie poddaję w wątpliwość istnienia maszyny tabulacyjnej, kodującej dane i odczytującej informacje dotyczące więźniów obozów koncentracyjnych, bo nawet nie chce mi się tego sprawdzać. Natomiast pomysł, że na pocztówce z Argentyny w podanym adresie został zakodowany numer obozowy, że autorka listu mogła przypuszczać, że adresat pocztówki w ogóle na to wpadnie i rozszyfruje, że to właśnie jej numer, mogą się nabrać wyłącznie ci, którzy nie zrozumieli tego, co przeczytali.

Na koniec okazuje się, że gmatwanie tych wszystkich wątków nie miało żadnego sensu, bo mordercą okazuje się człowiek, który mści się za śmierć przyjaciela, ale tak naprawdę „chce przywrócić porządek” i opowiada się za świętą przemocą – czyli regularny wariat. Wariat, który liczbą odciętych palców u kolejnych ofiar szyfruje numer obozowy kobiety, w której kocha się główny bohater, a robi to dlatego, że znalazł przypadkiem adres na pocztówce i dziwnym trafem natychmiast domyślił się, że to właśnie kod. I jeszcze, los był tak łaskawy, że wszystkie osoby potrzebne mu do zemsty, znalazły się akurat w Świnoujściu.

Takie rozwiązanie nigdy nie przyszłoby czytelnikom do głowy (niektórzy może nawet ucieszą się, że zostali zaskoczeni), bo kiedy wariat ujawnia się pod koniec książki, już dawno zdążyliśmy o nim zapomnieć. Autor oszukuje nas, że gość przez cały czas leży nieprzytomny w szpitalu. A wariat tylko sprytnie wszystkich nabiera, że jest prawie denatem, i co chwila hyc, hyc, wyskakuje, żeby sobie pozabijać.

Przez cały czas otrzymujemy również fałszywe tropy, że to główny bohater – detektyw jest głównym podejrzanym, tylko o tym nie pamięta. Kiepski to pomysł. Detektyw/narrator – morderca to żaden wynalazek, Agata Christie już prawie sto lat temu coś takiego wymyśliła, tylko, że potrafiła wszystko logicznie uzasadnić, natomiast zabiegi Sokoła są tylko nieudolnymi próbami wyprowadzenia czytelnika w pole nieuczciwymi metodami.

Jeśli lubicie takie powojenne klimaty, oglądajcie „Prawo i pięść”. „Wyspę zero” naprawdę możecie sobie darować.

czwartek, 30 lipca 2020

Dror A. Mishani „Chłopiec, który zaginął” Ocena: 5/6

DLACZEGO W IZRAELU NIE PISZE SIĘ KRYMINAŁÓW

Kiedy ostatnim razem pisałam o izraelskim thrillerze dotyczącym działalności służb specjalnych (Nir Hezroni „Trzy koperty”) ruch na moim blogu zwiększył się dwudziestokrotnie. Nie, nie pomyliłam się w rachunkach. Chyba, że Google Analytics kłamie. Natychmiast wysnułam na ten temat pewne wnioski, które po lekturze „Chłopca, który zaginął” wciąż sprawiały wrażenie teorii spiskowych, ale jednak takich, które niebezpiecznie zbliżają się do rzeczywistości.

Główny bohater powieści - Awi Awraham zastanawia się, dlaczego nie ma książek o detektywach w Izraelu, i od oficera ze Służby Bezpieczeństwa Ogólnego otrzymuje taką odpowiedź: „…bo policjanci w Izraelu są odpowiedzialni za gówniane dochodzenia, o których nikt nie chce ani czytać ani pisać. A większość policjantów w dodatku nie jest dość bystra. Ważnymi śledztwami zajmują się detektywi z Szin Bet, a o nas nikt nic nie wie, a ci, którzy wiedzą nie mogą napisać pół słowa.

Dror A. Mishani nie miał więc wyjścia, napisał powieść o „gównianym” dochodzeniu, ale tak napisał, że aż ciary przechodzą. I po tym właśnie można poznać prawdziwy talent. Nie potrzeba fajerwerków, żeby osiągnąć efekt wow, jak mawiają małolaty. Wystarczy banalny, wydałoby się sztampowy temat: zaginięcie nastolatka ze zwyczajnej rodziny. Wystarczy bardzo skromna liczba podejrzanych, którzy nawet nie są prawdziwymi podejrzanymi, nie potrzeba twistów ani cliffhangerów, a i tak autor gra na naszych emocjach tak, jak Mark Knopfler na gitarze.

Uprzedzam lojalnie: to jest powieść kryminalna z gatunku „nic się nie dzieje”. Nie chodzi o to, żeby akcja pędziła i bohater co chwila wpadał w kłopoty, albo, tak jak lubią wielbiciele Remigiusza, łatwo się czytało. Bez tanich chwytów autorowi udaje się do samego końca nami manipulować i utrzymywać w napięciu. Dzieje się tak dlatego, że Mishani stworzył stuprocentowo wiarygodne psychologicznie postaci i z każdą z nich mamy szanse w jakimś stopniu się utożsamić.

Bardzo ciekawy jest główny bohater. Detektyw Awraham różni się od jego europejskich i amerykańskich kolegów tym, że niewiele ma w sobie z supermana, za to dużo więcej ze zwykłego człowieka. Gdy poznajemy jego rozterki, od razu robi się nam bliższy. Przyznajcie sami, rzadko zdarza się policjant, który ma wyrzuty sumienia, ponieważ wydaje mu się, że nie okazał matce zaginionego dziecka wystarczająco dużo współczucia. Bardzo interesująca jest również narracja z punktu widzenia nauczyciela – niespełnionego pisarza, który pełni w tej powieści podwójną rolę. Nie powiem jaką, bo byłby to spoiler. Sami szybko odkryjecie, o co chodzi. A pomysł z listami – to prawdziwy majstersztyk.

Książek Drora A. Mishaniego nie można znaleźć w formie e-booka, więc trzeba trochę pokombinować, żeby je zdobyć. Jeżeli jednak macie ochotę przeczytać kryminał, który w żadnym calu nie będzie przypominać tego, co hurtowo produkują na zlecenie wydawców polscy i zagraniczni autorzy, wysiłek na pewno się opłaci. Otrzymacie kawałek prawdziwej literatury, książkę, po przeczytaniu której nie trzeba będzie się zastanawiać, jakie błędy popełnił autor i dlaczego mu nie wyszło, tylko będzie można zwyczajnie się nią zachwycić, bez poczucia zmarnowanego czasu. Zakończenie wbija w fotel i sprawia, że treść „Chłopca, który zaginął” nie uleci z pamięci, zaraz gdy tylko zamkniemy książkę po przeczytaniu ostatniego zdania.

Już sobie ostrzę zęby na kolejne powieści autora. 

piątek, 17 lipca 2020

Julie Clark „Ostatni lot” Ocena: 2/6

ZNACIE? TO POSŁUCHAJCIE

Kolejny, amerykański wyrób thrilleropodobny dla zdesperowanych kobiet, które albo nigdy wcześniej nie miały do czynienia z powieściami tego typu, albo mają taką potrzebę, aby o pewnych rzeczach czytać po kilka razy, bo inaczej im się nie utrwali (panowie na dzień dobry mogą sobie odpuścić, chyba że najdzie ich nagła chęć na zgłębianie skomplikowanej natury kobiet).

Jeśli nic ci nie mówią nazwiska takich autorek jak: B.A. Paris, Jenny Blackhurst, Sheryl Browne czy Laura Lippman, możesz zaryzykować. Jeżeli czytałaś takie dzieła jak: „Za zamkniętymi drzwiami”, „Spalona słońcem” albo nawet „Wyrwa” Chmielarza, i bardzo ci się podobało – bierz się za lekturę. Będzie tak, jak lubisz, rozwlekle, nudno, schematycznie. Nic nowego.

Ile razy można pisać o kobietach maltretowanych przez mężów, które nagle wpadają na pomysł, żeby się od dręczyciela uwolnić? Ile razy można odkrywać prawdę, że jak się człowiek zaangażuje w handel narkotykami, to nie tak łatwo od tego uciec? Można, jak widać, w nieskończoność. „Ostatni lot” najlepszym tego przykładem.

Po zaciekawiającym początku, przez dwie trzecie książki autorka snuje ckliwą opowieść o trudnym dzieciństwie i młodości mało rozgarniętych bohaterek. Obie takie biedne, maltretowane przez los, no współczuj im czytelniczko. Jedna nawet nie znała rodziców, wychowywana w domu dziecka, próbuje dotrzeć do swoich korzeni, druga, opuszczona przez ojca, straciła matkę i siostrę w wypadku, w bardzo młodym wieku i nie może sobie z tym poradzić nawet po wielu latach. Obie próbują rozpocząć nowe życie z różnymi rezultatami.

Dopiero pod koniec pojawia się coś w rodzaju zagrożenia, ale słabiutkie ono, leciutkie i naciągane. Nie pierwszy to przypadek, kiedy bohaterom udaje się wyjść z opresji tylko dlatego, że los im sprzyja. Ach ci szczęściarze!

Jedyne, co przemawia na korzyść tej powieści, to dość sprawnie obmyślana intryga. Na szczęście, zawiązanie akcji, które w pierwszej chwili wydaje się absurdalne, na końcu okazuje się uzasadnione. To jednak za mało, żeby twórczością Julii Clark jeszcze kiedyś się zainteresować. Tej pani już dziękujemy.

piątek, 10 lipca 2020

John Grisham „Dzień rozrachunku” Ocena 2/6

„I TAK SIĘ TRUDNO ROZSTAĆ”*

Czytając tę książkę, już gdzieś w połowie zaczęłam zastanawiać się, co tu nie gra. Wszystko stało się jasne, gdy tylko jeden z bohaterów wspomniał o Williamie Faulknerze. Każdy pisarz gatunkowych bestsellerów musi chyba czasami marzyć o tym, żeby choć raz napisać książkę, która będzie „prawdziwą” literaturą. John Grisham postanowił dorównać Faulknerowi ale, piszę to z bólem, porwał się z motyką na słońce.

Na pewno macie ulubionych autorów, na których kolejne książki czekacie z wytęsknieniem i którym wybaczacie wiele błędów. Do tej pory nie odpuściłam żadnej powieści Grishama. Doceniam w nich nie tylko dobrą fabułę, ale przede wszystkim pasję autora, który walczy z niesprawiedliwościami tego świata. Od kilku lat obserwuję, że książki ulubionego pisarza są coraz słabsze, a jednak mój związek z nim ma chyba w sobie coś z uzależnienia, bo nie potrafię się odciąć, tak jak zerwałam z wieloma innymi. I teraz też nie potrafię się rozstać, ponieważ widzę dobre intencje autora i bardzo mi żal, że nie udało mu się napisać powieści, która sprostałaby wymaganiom, które sobie narzucił.

Grisham miał materiał na grecką tragedię. W tej historii jest wielki potencjał. Mamy i miłość, i śmierć, i zdradę i odpowiedzialność za swoje czyny. Niestety, autor tylko lekko potrącił za strunę, nie wydobywając pełnego dźwięku. Dlaczego mu nie wyszło?

Największą słabością „Dnia rozrachunku” jest forma. Odwrócona struktura dramaturgiczna: najpierw dowiadujemy się, co się wydarzyło, a potem, cofając się w czasie poszukujemy prawdy – tym razem się nie sprawdziła. Ciężko w retrospekcyjnej drugiej części śledzić z zainteresowaniem losy bohatera, skoro z pierwszej części dobrze wiemy, jak się to wszystko potoczyło. Motyw zbrodni też jest oczywisty, choć jak się potem okaże, nie tak bardzo, bo na końcu autor postanowił nas zaskoczyć. Finał, który w założeniu miał wstrząsnąć i zostawić w umyśle czytelnika głęboki ślad, powoduje tylko refleksję podobną, jak w przypadku lektury nieudanych kryminałów: ojej, a skąd to się wzięło? A wzięło się z tej przyczyny, że autor niepotrzebnie skupił się na losach kompletnie nijakich dzieci, a najważniejsza ofiara dramatu – żona – została zepchnięta na trzeci plan. Szkoda, bo to najciekawsza postać i to o niej powinna być ta książka.

Język powieści również nie pomaga w odbiorze. Autor stosuje suchą narrację obiektywną, opisując tylko wydarzenia i pomijając odczucia bohaterów. O życiu wewnętrznym postaci nic nie wiemy i przez to nie mamy do nich stosunku emocjonalnego. Wszystkie są nam obojętne. Trzeba być naprawdę mistrzem, żeby wydobyć głębię, pokazując bohaterów jedynie w działaniu. Hemingwayowi się to udawało, ale Grisham w tej powieści jest tak daleko od Hemingwaya, jak od Faulknera. Opisy działań wojennych wyglądają tak: „W ciągu całej wojny do Japonii przewieziono około 125000 alianckich jeńców. Spośród nich 21000 zmarło na statkach albo poszło z nimi na dno (…) Ocenia się, że amerykańskie torpedy zabiły 5000 amerykańskich jeńców zamkniętych w ładowniach japońskich statków.” To powieść, czy podręcznik do historii?

Książka ma jednak niezaprzeczalne walory edukacyjne. Jej wielką zaletą jest oddanie realiów życia na amerykańskim Południu w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Dla kogoś, kto nie zna twórczości Williama Faulknera, Harper Lee czy Carson McCullers może to być objawienie. Dla polskiego czytelnika ciekawe będzie również poznanie działań amerykańskiej armii na Filipinach w czasie II wojny światowej. Opisy okrucieństw Japończyków w stosunku do amerykańskich więźniów jednak tak bardzo przypominają dobrze znane wydarzenia z naszej własnej historii (transporty do Auschwitz w bydlęcych wagonach, głodzenie więźniów, komory gazowe, eksperymenty na ludziach, mord w Katyniu), że nie budzą przerażenia, tylko oczywistą refleksję: wojna jest tak samo okrutna w każdym zakątku świata.

Żal.

*„I tak się trudno rozstać. I tak się trudno rozstać.

Nas chyba tutaj zaczarować musiał deszcz.”

sł. Konstanty Ildefons Gałczyński, muz. Władysław Szpilman, śpiewa Irena Santor (i inni też)

wtorek, 30 czerwca 2020

Liza Marklund „Farma pereł” Ocena: 1/6


DWIE KRÓLOWE

W Szwecji nazwisko Lizy Marklund wymieniane jest jednym tchem obok Camilli Läckberg. Obie pisarki nazywane są „królowymi kryminału”. Jednak jeśli chodzi o popularność na świecie (czytaj: liczbę sprzedanych egzemplarzy) Camilla wyprzedza Lizę o kilka dystansów. Bardzo bym chciała odkryć tajemnicę, dlaczego tak się dzieje.

Kryminalne serie obu pań są bardzo do siebie podobne. Ciekawe historie, porządnie skonstruowana intryga, dopracowane zakończenia, dobra dramaturgia. W obu przypadkach detektywem jest kobieta – amator, u Läckberg pisarka, u Marklund – dziennikarka i ważną rolę odgrywa tło obyczajowe oraz życie prywatne bohaterek. Na początku w ogóle miałam przygodę i pomyliłam serie. Czytam książkę Läckberg i nie poznaję głównej bohaterki. Zastanawiam się: zaraz, to ona nie miała więcej dzieci? Miała, tylko bohaterka innej autorki.

Wybaczcie tę przydługą refleksję, ale piszę o tym, dlatego, że naprawdę mnie ten fenomen zastanawia. Liczę, że może ktoś pomoże mi znaleźć odpowiedź. Czy umieszczenie akcji na zapadłej prowincji (nadmorska Fjällbacka) to wystarczający powód, aby zdobyć serca czytelników? Czy może chodzi o to, że Marklund nie istnieje w mediach społecznościowych i nie dzieli się z czytelnikami informacjami w rodzaju: właśnie zmieniam męża?

Ad rem. „Farma pereł” jest kolejnym dowodem na to, że obie wspomniane wyżej pisarki naprawdę mają ze sobą wiele wspólnego. Läckberg niedawno postanowiła odpocząć od swojej kryminalnej serii i spróbować sił w thrillerze. Na „Złotej klatce” poległa z kretesem. Marklund wpadła na ten sam pomysł, niestety z podobnym rezultatem. Wyszło minimalnie lepiej, ale tylko dlatego, że tym razem autorka miała na tyle instynktu samozachowawczego, aby powstrzymać się przed epatowaniem scenami seksu.

Marklund już w prologu zdradza zakończenie. No dobrze, ale to doświadczona pisarka – myślę sobie – może to jakaś podpucha. Czytam więc dalej, ale im bardziej się zagłębiam w treść, tym mocniej zgrzytam zębami.

Żeby przeczytać tę książkę bez bólu, musicie uwierzyć, że Marlon Brando steruje waszym życiem z kosmosu. Albo w co tam tylko chcecie, byle poziom absurdu przekroczył dopuszczalne granice. Bo dalej jest tak:

Lata 90-te ubiegłego wieku. Akcja rozpoczyna się na atolu Manihiki należącym do Wysp Cooka. Na samym środku Pacyfiku, tysiące kilometrów od Australii, jeszcze dalej od Ameryki Południowej. Większej pipidówy trudno sobie wyobrazić. Nie można nawet powiedzieć, że psy tam dupami szczekają, bo nie ma tam psów. Na wyspie żyje kilkaset osób. Nie ma prądu, bo od dwóch lat nie przypłynął tam żaden statek i zabrakło ropy do generatorów. Telefonów komórkowych i internetu też oczywiście nie ma, z resztą świata można się połączyć przy pomocy starego radia. Ludzie utrzymują się z połowu pereł, żywią się tym, co złowią i orzechami kokosowymi, a po wiosce biegają samopas kurczaki i świniaki, które zjada się od wielkiego święta. Na tej wyspie mieszka sobie dziewczyna, Maoryska Kiona. I na tymże zadupiu czytuje książki Umebrto Eco, Paula Coelho i Fryderyka Nietschego. I doskonale orientuje się, kim był Gorbaczow i dlaczego komunizm złą ideologią jest, jak prawie każda nastoletnia Szwedka. No super, czytelniku, witaj w świecie równoległym. Ale to tylko wstęp, wyprawa w kosmos dopiero się zaczyna.

Dziewczyna rusza w szeroki świat, i chociaż po raz pierwszy widzi na oczy takie wynalazki jak samochód, autostrada, jumbo-jet, metro, konto bankowe, telefon, internet, nie czuje się w tym nowym środowisku jak Krokodyl Dundee, tylko jak globtroterka, która widziała tyle, że zdziwić ją może tylko fakt, że są jeszcze miejsca na ziemi, gdzie ludzkie mięso służy za pożywienie.

Intryga sensacyjna jest prosta jak budowa cepa, a inspirację zakurzonymi Bondami, z Seanem Connery w głównej roli widać jak na dłoni. Rosyjsko-chiński spisek, mający na celu przejęcie władzy nad światem został wyciągnięty z najgłębszego lamusa. I do tego szwedzki bohater, który wie, jak ograbić Stany Zjednoczone ze wszystkich zasobów gotówki. I dzielna Maoryska, która przejmuje po nim schedę.

Jedyne, co mogę zaliczyć na plus tej powieści, to powzięcie postanowienia, aby odwiedzić kiedyś Wyspy Cooka. Wczuwając się w klimat powieści, już teraz planuję zakup skrzydeł na AliExpress. Jak tylko przesyłka dotrze, przypnę je sobie do ramion i lecę, lecę, lecę.

Jeżeli nie mieliście jeszcze do czynienia z Lizą Marklund, pod żadnym pozorem nie zaczynajcie znajomości z nią od „Farmy pereł”. Możecie się nabawić ciężkiego urazu. Za to do kryminalnej serii z Anniką Bengtzon możecie zajrzeć bez większych obaw.

wtorek, 16 czerwca 2020

Przemysław Piotrowski „Piętno” Ocena: 2/6

DANSE MACABRE

Dopiero co marudziłam, że „Wyrwa” Chmielarza taka niemrawa i powielająca schematy, a teraz muszę ponarzekać na coś z przeciwnego bieguna. Przemysław Piotrowski w „Piętnie” zaproponował nam tyle atrakcji, na tak wielu płaszczyznach, że aż się od tego kręci w głowie. Już Arystoteles twierdził, że najważniejsze jest zachowanie odpowiednich proporcji. Niestety, wydaje się, że obaj wspomniani autorzy o tym zapomnieli.

Przemysławowi Piotrowskiemu na pewno nie można zarzucić, że nie chciało mu się wymyślić wciągającej intrygi. Już sam punkt wyjścia jest ciekawy: komisarz warszawskiej policji (twardziel, z osobistymi problemami) dowiaduje się nagle, że ma brata bliźniaka, który został oskarżony o zabójstwo. Komisarz Igor Brudny (zbieżność z „Brudnym Harrym” nieprzypadkowa) wychowywał się w Domu Dziecka (dobry pomysł na budowanie postaci) i nie znał swoich rodziców, ani tym bardziej nie przypuszczał, że ma jakieś rodzeństwo. To bardzo dobre zawiązanie akcji. Niestety, tak świetnie rozpoczęty wątek szybko skierowany zostaje w rejony balansujące na granicy nieprawdopodobieństwa. Żeby tym razem nie spoilerować powiem tylko, że sytuacja opisana przez autora w końcówce, związana z osobą mordercy, mogła przytrafić się raz na milion. Tak twierdzą internety. Okoliczności wyjaśniające ten wątek – również zostały wyssane z palca. Urodzone w warunkach wiejskiej chaty, takie dzieci, nie miały szansy na przeżycie. No, może miały, jedną na milion. Oj, przekombinował autor, albo kit wciska. Szkoda.

Piotrowski niepotrzebnie przegina, epatując opisami odrażających zbrodni. Po lekturze setek kryminałów wydawałoby się, że moja wrażliwość powinna być uodporniona na takie rzeczy, ale tym razem się zbuntowała. Jak policjanci znajdują wycięte, ludzkie narządy porozrzucane po ulicach, jeszcze daję radę. Ale opisy tortur zadawanych przez psychopatę i wszystkie inne makabreski które, gdybym chciała opisać je tu jednym zdaniem, spowodowałyby skręt kiszek, autor mógł sobie darować. Czytelnik naprawdę wiele jest w stanie sobie wyobrazić, nie trzeba wywracać mu bebechów.

Jak po raz sto siedemdziesiąty ósmy czytam o pedofilii wśród kleru, również zaczynam reagować alergicznie. To już nawet nie jest eksploatacja „modnego” tematu, to już jest wtórność nad wtórnościami.

Ciężko mi też zdzierżyć gadulstwo autora. Gdy policjant przesłuchuje drugorzędnego świadka, to (błagam!) nie musimy trzy razy utrwalać sobie jak on się nazywa i poznawać wszystkie adresy jego zamieszkania. Hej redaktorzy, jesteście tam? Jest taki przycisk „delete”.

W części środkowej powieści, gdy kryminał zamienia się w thriller, bo zbrodniarz zaczyna prowadzić grę z policjantami, na chwilę wzrasta napięcie, ale zaraz potem perypetie bohaterów zaczynają budzić znużenie. No ile razy można wpadać w kłopoty? Wykazywać się nadludzkimi zdolnościami? W ostatniej chwili przychodzić z ratunkiem? Ile kłód można rzucać pod nogi? Ciągnie się to i ciągnie, a ja myślę tylko o tym, żeby oni już wreszcie złapali tego mordercę. Bo raczej nie biorę pod uwagę, że nie złapią. Takie jest prawo gatunku.

Efekt ogólny – taki sobie. Z dwojga złego wolę jednak, kiedy autor za mocno główkuje, niż gdy idzie na łatwiznę, więc jakiś tam potencjał w Piotrowskim jest. Teraz tylko od niego zależy, którą pójdzie drogą. Czy nadal będzie tworzyć atrakcyjne tematycznie ale nieprawdopodobne życiowo opowieści, czy bardziej skupi się na budowaniu wiarygodnych postaci i przekonujących historii. I czy weźmie sobie do serca złotą myśl Arystotelesa: "piękno polega na odpowiedniej wielkości i porządku".

Czemu jednak czarno widzę ewentualność, że autor wybierze tę drugą drogę? Bo przecież o wiele łatwiej zostać kolejnym klonem Remigiusza Mroza.

czwartek, 4 czerwca 2020

Wojciech Chmielarz „Wyrwa” Ocena: 2/6

MROŹNO, CORAZ MROŹNIEJ

To prawda, podchodziłam do tej książki uprzedzona. Po dobrym dramaturgicznie, chociaż niedopracowanym co do motywu i psychologii postaci „Żmijowisku” i bardzo słabej, moim zdaniem „Ranie”, przyszedł czas na weryfikację autora. Wóz, albo przewóz. Warto dalej czytać Chmielarza, czy dołączy do powiększającego się wciąż grona niegdyś lubianych, a dziś porzuconych?

Gdyby tę książkę opatrzyć naklejką „kobiety to czytają”, nie miałabym problemu. Po prostu bym ją ominęła. Ale wydawca wmawia mi, że to thriller psychologiczny, i to już jest mataczenie. Thrillera się nie dopatrzyłam, a do psychologii postaci mam dużo zastrzeżeń, ale o tym będzie na końcu.

Chmielarz wkracza w rejony, w których kiedyś królowali Katarzyna Grochola i Janusz Wiśniewski, a dzisiaj prym wiodą pisarki z dawnej „grupy siedleckiej” (w Siedlcach odbywały się Festiwale Literatury Kobiecej „Pióro i pazur”). W porządku, jego sprawa, pisarz może pisać co chce i kudy nam, czytelnikom dyktować cokolwiek autorom. Nie ma przecież obowiązku, żeby czytać wszystko co stworzyli. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że Chmielarz na własne życzenie wpakował się na minę. Napisał książkę w gatunku, którego sam nie czyta, bo przecież wiedziałby wtedy, że proponuje nam historię pospolitą i wtórną, opisywaną przez polskie pisarki na tysiąc sposobów, z o wiele lepszym rezultatem.

Dramaturgicznie książka leży na obu łopatkach. Przez połowę powieści mamy rozważania zrozpaczonego męża, który po śmierci żony odkrywa, że miała przed nim tajemnice. W tej części bohater musi stawić czoła traumie i zaopiekować się dwójką dzieci. Jak na razie jest nudno, ale dość wiarygodnie.

Sytuacja trochę zaczyna się rozkręcać, gdy bohater dowiaduje się, że w życiu żony był drugi mężczyzna, z którym emocjonalnie się związała (niczego nie spoileruję, wszystko to możecie przeczytać w opisie wydawcy).

Jeżeli wielbiciel thrillerów wcześniej nie zaśnie, to po przeczytaniu dwóch trzecich książki coś nareszcie zaczyna się dziać. I nawet, na moment, pojawia się niepokój. Działania bohaterów są wprawdzie nielogiczne, a nawet idiotyczne, ale nie pierwszy to przypadek w historii, kiedy mężczyźni, jak wbiją sobie coś do głowy, to postępują jak dzieci, więc ciągle jeszcze zachowanie takie mieści się w kategorii „ujdzie”. 

Ale przychodzi wreszcie do zakończenia. I tutaj znów, podobnie jak w „Żmijowisku”, jest ono zaskakujące, ale tylko dlatego, że zostało wyciągnięte jak królik z kapelusza. Nie miało prawa się wydarzyć. Jeżeli rzeczywiście taki był motyw postępowania żony bohatera, to wszystko to, czego o tej parze wcześniej się dowiedzieliśmy jest jedną, wielką ściemą. Nie trzyma się kupy. Syndrom Mroza. Żeby jednak wyjaśnić, dlaczego tak uważam, nie obejdzie się bez paskudnego spoilera, więc żeby nie psuć wam zabawy (wątpliwej), wrócę do tego na końcu.

Zniechęca mnie do autora również jego nonszalancja w warstwie formalnej. Przez jakieś trzy czwarte książki prowadzi spójną narrację w pierwszej osobie, z punktu widzenia zdradzanego męża, a potem, na kilka rozdziałów przerzuca się na narrację w trzeciej osobie, aby znów powrócić do głównego bohatera. No, niby nic takiego, większość czytających nawet nie zwróci na to uwagi, ale mnie to irytuje, bo wyczuwam lekceważenie czytelnika. Chmielarzowi nie chciało się wcześniej przemyśleć konstrukcji (gdyby to zrobił, dramaturgia by nie kulała), dopiero jak zaczął zbliżać się do końca, przypomniał sobie, że nie da się opowiedzieć tej historii, nie pokazując wydarzeń z punktu widzenia drugiej strony. Zwykła niedoróbka, która jednak w przypadku tak doświadczonego pisarza nie powinna mieć miejsca. To nie jest tak, że Chmielarz nie potrafi budować przekonujących i spójnych fabuł, wystarczy przeczytać jego wcześniejsze kryminały, chyba jednak doszedł do etapu, który najlepiej opisuje cytat z „Wesela”: „ino oni nie chcom chcieć.”

Bardzo mi przykro, ale po tej lekturze, ja już mówię panu Chmielarzowi zdecydowane NIE! Jeżeli coś się zmieni i autorowi znów zacznie się chcieć, jeśli przypomni sobie, że przy konstruowaniu thrillera warto korzystać z szarych komórek – nie omieszkajcie mnie o tym powiadomić. Może jeszcze nie wszystko stracone.

A teraz obiecany spoiler. Uwaga!

 

Dość wcześnie dowiadujemy się, że żona bohatera popełniła samobójstwo i była w ciąży. Nie z naszym bohaterem, bo przez ostatnie pół roku, chociaż spali w jednym łóżku, nie uprawiali ze sobą seksu ani razu. Czyli totalny rozkład pożycia. A nasz bohater, który szuka przyczyn tak desperackiego kroku żony, jest totalnie zaskoczony, że w czasie kiedy on zaniedbywał ją przez pół roku, ona znalazła sobie innego pocieszyciela. Ojej! Miała kochanka? Nie do wiary! To, że ja ją zdradzałem, to normalne, ale ona? Jak to możliwe? Taki tryb myślenia byłby naturalny, gdyby bohater sam sobie nie miał nic do zarzucenia, co autor sugeruje przez prawie całą powieść. Dopiero kiedy dowiadujemy się, że sam też święty nie był, wychodzi na to, że albo bohater jest idiotą, albo, że autor przez cały czas nas oszukiwał. Obie opcje odbierają satysfakcję z lektury.

Ukrywanie do samego końca informacji, że bohater ma romans z najlepszą przyjaciółką żony, ma na celu wywołać efekt zaskoczenia i wyjaśnić powód samobójstwa żony. I owszem, daję się zaskoczyć, przynajmniej pod względem osoby kochanki, choć niekoniecznie co do zdrady. Skoro autor wielokrotnie podkreśla, że zdrowy, młody mężczyzna nie spał z żoną przez pół roku, to mam prawo przypuszczać, że gdzie indziej realizował swoje seksualne potrzeby. Natomiast wyjaśnienie przyczyny popełnienia samobójstwa zupełnie mnie nie przekonuje. Postać żony jest niewiarygodna. Żeby pisać powieści kobiece, to trzeba jednak trochę więcej wiedzieć o psychologii kobiet.

Po pierwsze: kobieta zostaje zgwałcona, szybko biegnie do ginekologa po pigułkę „dzień po”, czyli nie ma skrupułów natury moralnej, ale pigułka nie działa, więc zachodzi w ciążę. A potem nic z tym nie robi, bo gdyby zgłosiła gwałt na policji, a wtedy mogłaby legalnie usunąć ciążę, to by się wydało, że miała romans w Mrągowie. Oczywiście, do głowy jej nie przyjdzie, że można tę ciążę usunąć na przykład w Czechach. Pieniądze przecież nie grają roli. Uczulam – autor ani słowem nie wspomina o dylematach moralnych kobiety związanych z aborcją. Utrzymanie ciąży z gwałtu nie ma więc żadnego uzasadnienia, oprócz tego, że autor nie wiedział jak wybrnąć z tego, co namotał.

Po drugie – kobieta popełnia samobójstwo pod wpływem impulsu: nagle dowiaduje się, że mąż ją zdradza, i to do tego z najlepszą przyjaciółką. A ona właśnie chciała zakończyć swój romans i na nowo ułożyć sobie z mężem życie (ciekawe, jak sobie wyobrażała wychowywanie dziecka poczętego z gwałtu). Wyobraźcie sobie, drogie panie, taką sytuację: wasz mąż/partner, lat trzydzieści kilka, a więc w szczycie seksualnych potrzeb, leży sobie obok was w łóżku i nawet was nie dotknie. I tak codziennie, od pół roku. Nie jest gejem i nie złożył ślubów czystości. A wam nawet do głowy nie przyjdzie, że ma kogoś innego. To chyba musiałybyście być ślepe i głuche, albo niepełnosprawne umysłowo. Oj, nie ma Wojciech Chmielarz o kobietach wysokiego mniemania. Drodzy panowie, nawet nie próbujcie uwierzyć autorowi. Jeśli macie zamiar zdradzać wasze żony/partnerki tak, aby się o tym nie dowiedziały, musicie im poświęcać więcej uwagi.

Naprawdę, trudno będzie mi jeszcze kiedyś uwierzyć Chmielarzowi.