Szukaj na tym blogu

piątek, 10 lipca 2020

John Grisham „Dzień rozrachunku” Ocena 2/6

„I TAK SIĘ TRUDNO ROZSTAĆ”*

Czytając tę książkę, już gdzieś w połowie zaczęłam zastanawiać się, co tu nie gra. Wszystko stało się jasne, gdy tylko jeden z bohaterów wspomniał o Williamie Faulknerze. Każdy pisarz gatunkowych bestsellerów musi chyba czasami marzyć o tym, żeby choć raz napisać książkę, która będzie „prawdziwą” literaturą. John Grisham postanowił dorównać Faulknerowi ale, piszę to z bólem, porwał się z motyką na słońce.

Na pewno macie ulubionych autorów, na których kolejne książki czekacie z wytęsknieniem i którym wybaczacie wiele błędów. Do tej pory nie odpuściłam żadnej powieści Grishama. Doceniam w nich nie tylko dobrą fabułę, ale przede wszystkim pasję autora, który walczy z niesprawiedliwościami tego świata. Od kilku lat obserwuję, że książki ulubionego pisarza są coraz słabsze, a jednak mój związek z nim ma chyba w sobie coś z uzależnienia, bo nie potrafię się odciąć, tak jak zerwałam z wieloma innymi. I teraz też nie potrafię się rozstać, ponieważ widzę dobre intencje autora i bardzo mi żal, że nie udało mu się napisać powieści, która sprostałaby wymaganiom, które sobie narzucił.

Grisham miał materiał na grecką tragedię. W tej historii jest wielki potencjał. Mamy i miłość, i śmierć, i zdradę i odpowiedzialność za swoje czyny. Niestety, autor tylko lekko potrącił za strunę, nie wydobywając pełnego dźwięku. Dlaczego mu nie wyszło?

Największą słabością „Dnia rozrachunku” jest forma. Odwrócona struktura dramaturgiczna: najpierw dowiadujemy się, co się wydarzyło, a potem, cofając się w czasie poszukujemy prawdy – tym razem się nie sprawdziła. Ciężko w retrospekcyjnej drugiej części śledzić z zainteresowaniem losy bohatera, skoro z pierwszej części dobrze wiemy, jak się to wszystko potoczyło. Motyw zbrodni też jest oczywisty, choć jak się potem okaże, nie tak bardzo, bo na końcu autor postanowił nas zaskoczyć. Finał, który w założeniu miał wstrząsnąć i zostawić w umyśle czytelnika głęboki ślad, powoduje tylko refleksję podobną, jak w przypadku lektury nieudanych kryminałów: ojej, a skąd to się wzięło? A wzięło się z tej przyczyny, że autor niepotrzebnie skupił się na losach kompletnie nijakich dzieci, a najważniejsza ofiara dramatu – żona – została zepchnięta na trzeci plan. Szkoda, bo to najciekawsza postać i to o niej powinna być ta książka.

Język powieści również nie pomaga w odbiorze. Autor stosuje suchą narrację obiektywną, opisując tylko wydarzenia i pomijając odczucia bohaterów. O życiu wewnętrznym postaci nic nie wiemy i przez to nie mamy do nich stosunku emocjonalnego. Wszystkie są nam obojętne. Trzeba być naprawdę mistrzem, żeby wydobyć głębię, pokazując bohaterów jedynie w działaniu. Hemingwayowi się to udawało, ale Grisham w tej powieści jest tak daleko od Hemingwaya, jak od Faulknera. Opisy działań wojennych wyglądają tak: „W ciągu całej wojny do Japonii przewieziono około 125000 alianckich jeńców. Spośród nich 21000 zmarło na statkach albo poszło z nimi na dno (…) Ocenia się, że amerykańskie torpedy zabiły 5000 amerykańskich jeńców zamkniętych w ładowniach japońskich statków.” To powieść, czy podręcznik do historii?

Książka ma jednak niezaprzeczalne walory edukacyjne. Jej wielką zaletą jest oddanie realiów życia na amerykańskim Południu w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Dla kogoś, kto nie zna twórczości Williama Faulknera, Harper Lee czy Carson McCullers może to być objawienie. Dla polskiego czytelnika ciekawe będzie również poznanie działań amerykańskiej armii na Filipinach w czasie II wojny światowej. Opisy okrucieństw Japończyków w stosunku do amerykańskich więźniów jednak tak bardzo przypominają dobrze znane wydarzenia z naszej własnej historii (transporty do Auschwitz w bydlęcych wagonach, głodzenie więźniów, komory gazowe, eksperymenty na ludziach, mord w Katyniu), że nie budzą przerażenia, tylko oczywistą refleksję: wojna jest tak samo okrutna w każdym zakątku świata.

Żal.

*„I tak się trudno rozstać. I tak się trudno rozstać.

Nas chyba tutaj zaczarować musiał deszcz.”

sł. Konstanty Ildefons Gałczyński, muz. Władysław Szpilman, śpiewa Irena Santor (i inni też)

wtorek, 30 czerwca 2020

Liza Marklund „Farma pereł” Ocena: 1/6


DWIE KRÓLOWE

W Szwecji nazwisko Lizy Marklund wymieniane jest jednym tchem obok Camilli Läckberg. Obie pisarki nazywane są „królowymi kryminału”. Jednak jeśli chodzi o popularność na świecie (czytaj: liczbę sprzedanych egzemplarzy) Camilla wyprzedza Lizę o kilka dystansów. Bardzo bym chciała odkryć tajemnicę, dlaczego tak się dzieje.

Kryminalne serie obu pań są bardzo do siebie podobne. Ciekawe historie, porządnie skonstruowana intryga, dopracowane zakończenia, dobra dramaturgia. W obu przypadkach detektywem jest kobieta – amator, u Läckberg pisarka, u Marklund – dziennikarka i ważną rolę odgrywa tło obyczajowe oraz życie prywatne bohaterek. Na początku w ogóle miałam przygodę i pomyliłam serie. Czytam książkę Läckberg i nie poznaję głównej bohaterki. Zastanawiam się: zaraz, to ona nie miała więcej dzieci? Miała, tylko bohaterka innej autorki.

Wybaczcie tę przydługą refleksję, ale piszę o tym, dlatego, że naprawdę mnie ten fenomen zastanawia. Liczę, że może ktoś pomoże mi znaleźć odpowiedź. Czy umieszczenie akcji na zapadłej prowincji (nadmorska Fjällbacka) to wystarczający powód, aby zdobyć serca czytelników? Czy może chodzi o to, że Marklund nie istnieje w mediach społecznościowych i nie dzieli się z czytelnikami informacjami w rodzaju: właśnie zmieniam męża?

Ad rem. „Farma pereł” jest kolejnym dowodem na to, że obie wspomniane wyżej pisarki naprawdę mają ze sobą wiele wspólnego. Läckberg niedawno postanowiła odpocząć od swojej kryminalnej serii i spróbować sił w thrillerze. Na „Złotej klatce” poległa z kretesem. Marklund wpadła na ten sam pomysł, niestety z podobnym rezultatem. Wyszło minimalnie lepiej, ale tylko dlatego, że tym razem autorka miała na tyle instynktu samozachowawczego, aby powstrzymać się przed epatowaniem scenami seksu.

Marklund już w prologu zdradza zakończenie. No dobrze, ale to doświadczona pisarka – myślę sobie – może to jakaś podpucha. Czytam więc dalej, ale im bardziej się zagłębiam w treść, tym mocniej zgrzytam zębami.

Żeby przeczytać tę książkę bez bólu, musicie uwierzyć że Marlon Brando, steruje waszym życiem z kosmosu. Albo w co tam tylko chcecie, byle poziom absurdu przekroczył dopuszczalne granice. Bo dalej jest tak:

Lata 90-te ubiegłego wieku. Akcja rozpoczyna się na atolu Manihiki należącym do Wysp Cooka. Na samym środku Pacyfiku, tysiące kilometrów od Australii, jeszcze dalej od Ameryki Południowej. Większej pipidówy trudno sobie wyobrazić. Nie można nawet powiedzieć, że psy tam dupami szczekają, bo nie ma tam psów. Na wyspie żyje kilkaset osób. Nie ma prądu, bo od dwóch lat nie przypłynął tam żaden statek i zabrakło ropy do generatorów. Telefonów komórkowych i internetu też oczywiście nie ma, z resztą świata można się połączyć przy pomocy starego radia. Ludzie utrzymują się z połowu pereł, żywią się tym, co złowią i orzechami kokosowymi, a po wiosce biegają samopas kurczaki i świniaki, które zjada się od wielkiego święta. Na tej wyspie mieszka sobie dziewczyna, Maoryska Kiona. I na tymże zadupiu czytuje książki Umebrto Eco, Paula Coelho i Fryderyka Nietschego. I doskonale orientuje się, kim był Gorbaczow i dlaczego komunizm złą ideologią jest, jak prawie każda nastoletnia Szwedka. No super, czytelniku, witaj w świecie równoległym. Ale to tylko wstęp, wyprawa w kosmos dopiero się zaczyna.

Dziewczyna rusza w szeroki świat, i chociaż po raz pierwszy widzi na oczy takie wynalazki jak samochód, autostrada, jumbo-jet, metro, konto bankowe, telefon, internet, nie czuje się w tym nowym środowisku jak Krokodyl Dundee, tylko jak globtroterka, która widziała tyle, że zdziwić ją może tylko fakt, że są jeszcze miejsca na ziemi, gdzie ludzkie mięso służy za pożywienie.

Intryga sensacyjna jest prosta jak budowa cepa, a inspirację zakurzonymi Bondami, z Seanem Connery w głównej roli widać jak na dłoni. Rosyjsko-chiński spisek, mający na celu przejęcie władzy nad światem został wyciągnięty z najgłębszego lamusa. I do tego szwedzki bohater, który wie, jak ograbić Stany Zjednoczone ze wszystkich zasobów gotówki. I dzielna Maoryska, która przejmuje po nim schedę.

Jedyne, co mogę zaliczyć na plus tej powieści, to powzięcie postanowienia, aby odwiedzić kiedyś Wyspy Cooka. Wczuwając się w klimat powieści, już teraz planuję zakup skrzydeł na AliExpress. Jak tylko przesyłka dotrze, przypnę je sobie do ramion i lecę, lecę, lecę.

Jeżeli nie mieliście jeszcze do czynienia z Lizą Marklund, pod żadnym pozorem nie zaczynajcie znajomości z nią od „Farmy pereł”. Możecie się nabawić ciężkiego urazu. Za to do kryminalnej serii z Anniką Bengtzon możecie zajrzeć bez większych obaw.

wtorek, 16 czerwca 2020

Przemysław Piotrowski „Piętno” Ocena: 2/6

DANSE MACABRE

Dopiero co marudziłam, że „Wyrwa” Chmielarza taka niemrawa i powielająca schematy, a teraz muszę ponarzekać na coś z przeciwnego bieguna. Przemysław Piotrowski w „Piętnie” zaproponował nam tyle atrakcji, na tak wielu płaszczyznach, że aż się od tego kręci w głowie. Już Arystoteles twierdził, że najważniejsze jest zachowanie odpowiednich proporcji. Niestety, wydaje się, że obaj wspomniani autorzy o tym zapomnieli.

Przemysławowi Piotrowskiemu na pewno nie można zarzucić, że nie chciało mu się wymyślić wciągającej intrygi. Już sam punkt wyjścia jest ciekawy: komisarz warszawskiej policji (twardziel, z osobistymi problemami) dowiaduje się nagle, że ma brata bliźniaka, który został oskarżony o zabójstwo. Komisarz Igor Brudny (zbieżność z „Brudnym Harrym” nieprzypadkowa) wychowywał się w Domu Dziecka (dobry pomysł na budowanie postaci) i nie znał swoich rodziców, ani tym bardziej nie przypuszczał, że ma jakieś rodzeństwo. To bardzo dobre zawiązanie akcji. Niestety, tak świetnie rozpoczęty wątek szybko skierowany zostaje w rejony balansujące na granicy nieprawdopodobieństwa. Żeby tym razem nie spoilerować powiem tylko, że sytuacja opisana przez autora w końcówce, związana z osobą mordercy, mogła przytrafić się raz na milion. Tak twierdzą internety. Okoliczności wyjaśniające ten wątek – również zostały wyssane z palca. Urodzone w warunkach wiejskiej chaty, takie dzieci, nie miały szansy na przeżycie. No, może miały, jedną na milion. Oj, przekombinował autor, albo kit wciska. Szkoda.

Piotrowski niepotrzebnie przegina, epatując opisami odrażających zbrodni. Po lekturze setek kryminałów wydawałoby się, że moja wrażliwość powinna być uodporniona na takie rzeczy, ale tym razem się zbuntowała. Jak policjanci znajdują wycięte, ludzkie narządy porozrzucane po ulicach, jeszcze daję radę. Ale opisy tortur zadawanych przez psychopatę i wszystkie inne makabreski które, gdybym chciała opisać je tu jednym zdaniem, spowodowałyby skręt kiszek, autor mógł sobie darować. Czytelnik naprawdę wiele jest w stanie sobie wyobrazić, nie trzeba wywracać mu bebechów.

Jak po raz sto siedemdziesiąty ósmy czytam o pedofilii wśród kleru, również zaczynam reagować alergicznie. To już nawet nie jest eksploatacja „modnego” tematu, to już jest wtórność nad wtórnościami.

Ciężko mi też zdzierżyć gadulstwo autora. Gdy policjant przesłuchuje drugorzędnego świadka, to (błagam!) nie musimy trzy razy utrwalać sobie jak on się nazywa i poznawać wszystkie adresy jego zamieszkania. Hej redaktorzy, jesteście tam? Jest taki przycisk „delete”.

W części środkowej powieści, gdy kryminał zamienia się w thriller, bo zbrodniarz zaczyna prowadzić grę z policjantami, na chwilę wzrasta napięcie, ale zaraz potem perypetie bohaterów zaczynają budzić znużenie. No ile razy można wpadać w kłopoty? Wykazywać się nadludzkimi zdolnościami? W ostatniej chwili przychodzić z ratunkiem? Ile kłód można rzucać pod nogi? Ciągnie się to i ciągnie, a ja myślę tylko o tym, żeby oni już wreszcie złapali tego mordercę. Bo raczej nie biorę pod uwagę, że nie złapią. Takie jest prawo gatunku.

Efekt ogólny – taki sobie. Z dwojga złego wolę jednak, kiedy autor za mocno główkuje, niż gdy idzie na łatwiznę, więc jakiś tam potencjał w Piotrowskim jest. Teraz tylko od niego zależy, którą pójdzie drogą. Czy nadal będzie tworzyć atrakcyjne tematycznie ale nieprawdopodobne życiowo opowieści, czy bardziej skupi się na budowaniu wiarygodnych postaci i przekonujących historii. I czy weźmie sobie do serca złotą myśl Arystotelesa: "piękno polega na odpowiedniej wielkości i porządku".

Czemu jednak czarno widzę ewentualność, że autor wybierze tę drugą drogę? Bo przecież o wiele łatwiej zostać kolejnym klonem Remigiusza Mroza.

czwartek, 4 czerwca 2020

Wojciech Chmielarz „Wyrwa” Ocena: 2/6

MROŹNO, CORAZ MROŹNIEJ

To prawda, podchodziłam do tej książki uprzedzona. Po dobrym dramaturgicznie, chociaż niedopracowanym co do motywu i psychologii postaci „Żmijowisku” i bardzo słabej, moim zdaniem „Ranie”, przyszedł czas na weryfikację autora. Wóz, albo przewóz. Warto dalej czytać Chmielarza, czy dołączy do powiększającego się wciąż grona niegdyś lubianych, a dziś porzuconych?

Gdyby tę książkę opatrzyć naklejką „kobiety to czytają”, nie miałabym problemu. Po prostu bym ją ominęła. Ale wydawca wmawia mi, że to thriller psychologiczny, i to już jest mataczenie. Thrillera się nie dopatrzyłam, a do psychologii postaci mam dużo zastrzeżeń, ale o tym będzie na końcu.

Chmielarz wkracza w rejony, w których kiedyś królowali Katarzyna Grochola i Janusz Wiśniewski, a dzisiaj prym wiodą pisarki z dawnej „grupy siedleckiej” (w Siedlcach odbywały się Festiwale Literatury Kobiecej „Pióro i pazur”). W porządku, jego sprawa, pisarz może pisać co chce i kudy nam, czytelnikom dyktować cokolwiek autorom. Nie ma przecież obowiązku, żeby czytać wszystko co stworzyli. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że Chmielarz na własne życzenie wpakował się na minę. Napisał książkę w gatunku, którego sam nie czyta, bo przecież wiedziałby wtedy, że proponuje nam historię pospolitą i wtórną, opisywaną przez polskie pisarki na tysiąc sposobów, z o wiele lepszym rezultatem.

Dramaturgicznie książka leży na obu łopatkach. Przez połowę powieści mamy rozważania zrozpaczonego męża, który po śmierci żony odkrywa, że miała przed nim tajemnice. W tej części bohater musi stawić czoła traumie i zaopiekować się dwójką dzieci. Jak na razie jest nudno, ale dość wiarygodnie.

Sytuacja trochę zaczyna się rozkręcać, gdy bohater dowiaduje się, że w życiu żony był drugi mężczyzna, z którym emocjonalnie się związała (niczego nie spoileruję, wszystko to możecie przeczytać w opisie wydawcy).

Jeżeli wielbiciel thrillerów wcześniej nie zaśnie, to po przeczytaniu dwóch trzecich książki coś nareszcie zaczyna się dziać. I nawet, na moment, pojawia się niepokój. Działania bohaterów są wprawdzie nielogiczne, a nawet idiotyczne, ale nie pierwszy to przypadek w historii, kiedy mężczyźni, jak wbiją sobie coś do głowy, to postępują jak dzieci, więc ciągle jeszcze zachowanie takie mieści się w kategorii „ujdzie”. 

Ale przychodzi wreszcie do zakończenia. I tutaj znów, podobnie jak w „Żmijowisku”, jest ono zaskakujące, ale tylko dlatego, że zostało wyciągnięte jak królik z kapelusza. Nie miało prawa się wydarzyć. Jeżeli rzeczywiście taki był motyw postępowania żony bohatera, to wszystko to, czego o tej parze wcześniej się dowiedzieliśmy jest jedną, wielką ściemą. Nie trzyma się kupy. Syndrom Mroza. Żeby jednak wyjaśnić, dlaczego tak uważam, nie obejdzie się bez paskudnego spoilera, więc żeby nie psuć wam zabawy (wątpliwej), wrócę do tego na końcu.

Zniechęca mnie do autora również jego nonszalancja w warstwie formalnej. Przez jakieś trzy czwarte książki prowadzi spójną narrację w pierwszej osobie, z punktu widzenia zdradzanego męża, a potem, na kilka rozdziałów przerzuca się na narrację w trzeciej osobie, aby znów powrócić do głównego bohatera. No, niby nic takiego, większość czytających nawet nie zwróci na to uwagi, ale mnie to irytuje, bo wyczuwam lekceważenie czytelnika. Chmielarzowi nie chciało się wcześniej przemyśleć konstrukcji (gdyby to zrobił, dramaturgia by nie kulała), dopiero jak zaczął zbliżać się do końca, przypomniał sobie, że nie da się opowiedzieć tej historii, nie pokazując wydarzeń z punktu widzenia drugiej strony. Zwykła niedoróbka, która jednak w przypadku tak doświadczonego pisarza nie powinna mieć miejsca. To nie jest tak, że Chmielarz nie potrafi budować przekonujących i spójnych fabuł, wystarczy przeczytać jego wcześniejsze kryminały, chyba jednak doszedł do etapu, który najlepiej opisuje cytat z „Wesela”: „ino oni nie chcom chcieć.”

Bardzo mi przykro, ale po tej lekturze, ja już mówię panu Chmielarzowi zdecydowane NIE! Jeżeli coś się zmieni i autorowi znów zacznie się chcieć, jeśli przypomni sobie, że przy konstruowaniu thrillera warto korzystać z szarych komórek – nie omieszkajcie mnie o tym powiadomić. Może jeszcze nie wszystko stracone.

A teraz obiecany spoiler. Uwaga!

 

Dość wcześnie dowiadujemy się, że żona bohatera popełniła samobójstwo i była w ciąży. Nie z naszym bohaterem, bo przez ostatnie pół roku, chociaż spali w jednym łóżku, nie uprawiali ze sobą seksu ani razu. Czyli totalny rozkład pożycia. A nasz bohater, który szuka przyczyn tak desperackiego kroku żony, jest totalnie zaskoczony, że w czasie kiedy on zaniedbywał ją przez pół roku, ona znalazła sobie innego pocieszyciela. Ojej! Miała kochanka? Nie do wiary! To, że ja ją zdradzałem, to normalne, ale ona? Jak to możliwe? Taki tryb myślenia byłby naturalny, gdyby bohater sam sobie nie miał nic do zarzucenia, co autor sugeruje przez prawie całą powieść. Dopiero kiedy dowiadujemy się, że sam też święty nie był, wychodzi na to, że albo bohater jest idiotą, albo, że autor przez cały czas nas oszukiwał. Obie opcje odbierają satysfakcję z lektury.

Ukrywanie do samego końca informacji, że bohater ma romans z najlepszą przyjaciółką żony, ma na celu wywołać efekt zaskoczenia i wyjaśnić powód samobójstwa żony. I owszem, daję się zaskoczyć, przynajmniej pod względem osoby kochanki, choć niekoniecznie co do zdrady. Skoro autor wielokrotnie podkreśla, że zdrowy, młody mężczyzna nie spał z żoną przez pół roku, to mam prawo przypuszczać, że gdzie indziej realizował swoje seksualne potrzeby. Natomiast wyjaśnienie przyczyny popełnienia samobójstwa zupełnie mnie nie przekonuje. Postać żony jest niewiarygodna. Żeby pisać powieści kobiece, to trzeba jednak trochę więcej wiedzieć o psychologii kobiet.

Po pierwsze: kobieta zostaje zgwałcona, szybko biegnie do ginekologa po pigułkę „dzień po”, czyli nie ma skrupułów natury moralnej, ale pigułka nie działa, więc zachodzi w ciążę. A potem nic z tym nie robi, bo gdyby zgłosiła gwałt na policji, a wtedy mogłaby legalnie usunąć ciążę, to by się wydało, że miała romans w Mrągowie. Oczywiście, do głowy jej nie przyjdzie, że można tę ciążę usunąć na przykład w Czechach. Pieniądze przecież nie grają roli. Uczulam – autor ani słowem nie wspomina o dylematach moralnych kobiety związanych z aborcją. Utrzymanie ciąży z gwałtu nie ma więc żadnego uzasadnienia, oprócz tego, że autor nie wiedział jak wybrnąć z tego, co namotał.

Po drugie – kobieta popełnia samobójstwo pod wpływem impulsu: nagle dowiaduje się, że mąż ją zdradza, i to do tego z najlepszą przyjaciółką. A ona właśnie chciała zakończyć swój romans i na nowo ułożyć sobie z mężem życie (ciekawe, jak sobie wyobrażała wychowywanie dziecka poczętego z gwałtu). Wyobraźcie sobie, drogie panie, taką sytuację: wasz mąż/partner, lat trzydzieści kilka, a więc w szczycie seksualnych potrzeb, leży sobie obok was w łóżku i nawet was nie dotknie. I tak codziennie, od pół roku. Nie jest gejem i nie złożył ślubów czystości. A wam nawet do głowy nie przyjdzie, że ma kogoś innego. To chyba musiałybyście być ślepe i głuche, albo niepełnosprawne umysłowo. Oj, nie ma Wojciech Chmielarz o kobietach wysokiego mniemania. Drodzy panowie, nawet nie próbujcie uwierzyć autorowi. Jeśli macie zamiar zdradzać wasze żony/partnerki tak, aby się o tym nie dowiedziały, musicie im poświęcać więcej uwagi.

Naprawdę, trudno będzie mi jeszcze kiedyś uwierzyć Chmielarzowi.

czwartek, 28 maja 2020

Michael Dobbs „House of Cards” Ocena: 4/6

BAGNO Z KART

Tę książkę kupiłam w antykwariacie. Na siedemdziesiątej stronie znalazłam zakładkę. Pierwszy nabywca nie miał widać cierpliwości, aby dotrwać do końca i postanowił odchudzić biblioteczkę. Doskonale to rozumiem. Jeżeli ktoś liczył na to, że dostanie powieść na miarę genialnego, amerykańskiego serialu pod tym samym tytułem, to po tych kilkudziesięciu stronach musiał mocno się rozczarować.

Początek bardzo się wlecze. Autor drobiazgowo opisuje procedurę wyborów w Wielkiej Brytanii, przedstawia nam kilka równorzędnych postaci, więc zupełnie nie wiadomo, z kim trzymać. Dość późno dowiadujemy się, o co tak naprawdę głównemu bohaterowi chodzi i dopiero wtedy ta historia zaczyna wciągać.

Akcja powieści dzieje się w Wielkiej Brytanii, a serialu w Stanach Zjednoczonych. Brytyjski system polityczny różni się od amerykańskiego mniej więcej tak, jak system polski od tych dwóch razem wziętych. Na szczęście, mechanizmy rządzące działaniami polityków wszędzie są takie same; zawsze są zwycięzcy i pokonani. Dlatego Amerykanom tak świetnie udało się zaadaptować tę książkę do swoich realiów.

Michael Dobbs dobrze wie o czym pisze. Politykę zna na wylot, przez wiele lat był szefem kancelarii premier Margaret Thatcher. Rozżalony po utracie stanowiska, postanowił w osobliwy sposób wziąć odwet za niesprawiedliwe potraktowanie – napisał książkę. „Nie myślałem, żeby to opublikować” – zwierzył się w posłowiu – „dla mnie była to tylko mała, prywatna terapia”. Aż by się chciało, żeby któryś z polskich polityków odkrył w sobie talent pisarski, bo na naszym poletku powodów do „osobistych terapii” wiele by się uzbierało.

Zarówno książka, jak i serial uświadamiają nam, że polityka to bagno, w którym rozgrywa się bezpardonowa walka o władzę i ochronę własnych interesów, a wszystkie chwyty są dozwolone. Nic nowego, powiecie. Jasne, ale zakładam, być może naiwnie, że ten tekst przeczytają również ludzie młodzi, tacy którzy jeszcze wierzą, że to władza powinna służyć społeczeństwu, a nie odwrotnie, i że głosujemy na polityków dlatego, żeby w naszym imieniu zrobili dla kraju coś dobrego. Nic z tych rzeczy, drodzy młodzi przyjaciele. Przeczytajcie tę książkę, albo lepiej zobaczcie serial, i to wystarczy, żebyście pozbyli się wszelkich złudzeń. Kiedyś trzeba stracić dziewictwo.

Serial ma jedną, zasadniczą przewagę nad książką. Kevin Spacey w roli Francisa Underwooda od razu rzuca na nas swój wszeteczny urok. Doskonale wiemy, że jest diabłem wcielonym, ale mimo wszystko idziemy za nim jak w dym i pozwalamy się uwieść. Zupełnie nie można tego powiedzieć o Franku Urquhartcie, bohaterze powieści. Scenarzyści serialu wykonali kawał dobrej roboty, aby z antybohatera stworzyć postać, której można kibicować, i przez to serial ma o wiele większą siłę rażenia.

Dla fanów serialu, ta książka będzie tylko ciekawostką. Jeśli ktoś chce przybliżyć sobie, jak działa brytyjski system parlamentarny, powinien być zadowolony. Jednak, jeżeli jeszcze, jakimś cudem, nie widzieliście serialu, to biegiem marsz, nadrabiać zaległości. To naprawdę jest pozycja obowiązkowa.

czwartek, 14 maja 2020

Alex Marwood „Zatruty ogród” Ocena: 3/6


ZADRA
Zanim zaczniecie czytać tę książkę, powinniście wiedzieć o dwóch rzeczach:
1.To nie jest thriller psychologiczny, jak twierdzi wydawca. Setka trupów – to za mało. Thrill w powieści pojawia się wtedy, gdy czujmy niepokój o los bohaterów. A w tej książce bohaterzy są tacy, że ja przynajmniej miałabym ochotę ich wszystkich udusić. Jak więc mam się martwić o ich dalsze losy?
2. To jest powieść obyczajowa o życiu w sekcie, tak mocna, że nie da się jej przeczytać bez psychicznego doła, a do tego akcja się wlecze, jak epidemia koronawirusa. Sami zadecydujcie, czy jesteście na to przygotowani.

Nie zwróciłam uwagi na opis na okładce. Tak bardzo mi się spodobała poprzednia książka autorki - „Zabójca z sąsiedztwa” (recenzja tu: https://www.czytacz.pl/2017/02/alex-marwood-morderca-z-sasiedztwa.html ), że w ciemno postanowiłam przeczytać kolejną powieść. Dostałam mocny, realistyczny, wiarygodny psychologicznie opis ludzi, którzy decydują się na życie na dobrowolnym wygnaniu, którzy dają sobie wmówić, że czarne jest białe i bez żadnych oporów akceptują totalitarną władzę. Mój osobisty problem z lekturą polegał na tym, że takie zachowanie budzi we mnie ogromny sprzeciw; pierwsza partia tej książki była więc udręką.

Jedną z cech, których najbardziej nie potrafię w ludziach zaakceptować - jest bierność. Dlatego, na przykład, nigdy nie zdołałam przebrnąć przez „Proces” Kafki. Tym razem jednak przetrwałam pierwsze trzy godziny audiobooka, bo w trakcie podróży nic innego nie miałam do słuchania. Później przerzuciłam się na wersję pisaną i było już lepiej. Akcja ruszyła z miejsca, coś wreszcie zaczęło się dziać i pojawiło się światełko w tunelu.

W „Zatrutym ogrodzie” przemówiło do mnie na plus zaskakujące zakończenie To ono zmieniło moje początkowe, negatywne nastawienie do całości, ale w dość przewrotny sposób. I właśnie ta przewrotność przeważyła na korzyść tej książki.

W poprzedniej książce autorki - „Zabójcy z sąsiedztwa” - końcówka była dość przewidywalna, ale właśnie czegoś takiego, oczekiwałam. Otrzymałam więc satysfakcję emocjonalną. Czytając „Zatruty ogród” przez cały czas miałam nadzieję, że stanie się coś, co sprawi, że będę mogła znów optymistycznie popatrzeć na świat, ale nie wydarzyło się nic zgodnego z moimi pragnieniami. Na szczęście, brak satysfakcji emocjonalnej zrównoważyła refleksja innego rodzaju: to przerażające, jak łatwo można ludźmi manipulować. Wystarczy dać im namiastkę tego, w co wierzą, potem totalnie odciąć ich od informacji, nafaszerować propagandą, a wtedy uwierzą we wszystko, co im się powie. To niby nic nowego, ta prawda znana jest przecież od dawien dawna wielkim dyktatorom, jednak dzięki Alex Marwood przekonałam się, że zasada ta sprawdza się również w skali mikro, w małych społecznościach. Właściwie wystarczy podstawowa komórka społeczna, czyli rodzina.

Czytajcie, jeśli gotowi jesteście na opowieść, w której nic nie będzie takie, jakie chcielibyście, żeby było, i która, mimo wszystko, a może dzięki temu, będzie siedziała w głowie jak zadra.

piątek, 8 maja 2020

M.C. Beaton „Agatha Raisin i zemsta topielicy” Ocena: 3/6


PANNA MURPLE VS. OJCIEC MATEUSZ
„Agatha Raisin” to nowa panna Murple” zostałam zachęcona na okładce. Oj, tych nowych panien Murple mamy ostatnio zatrzęsienie, i żadnej jeszcze nie udało się dorównać pierwowzorowi, ale może tym razem… A morze było szerokie i głębokie…

Takie sobie lekkie czytadełko pisane nieskomplikowanym językiem, z dość sympatyczną bohaterką, co chwila podpadającą w kłopoty sercowe. Intryga całkiem zgrabnie skonstruowana, bez dziur logicznych, wątków pobocznych niewiele, więc akcja szybko się toczy. Wydawnictwo Edipresse zaoszczędziło na tłumaczu (w polskim tekście występują kalki z angielskiego), ale też na redakcji i korekcie, co trochę irytuje.

Można przeczytać i zapomnieć, ale można też się wciągnąć w serię, jeśli ktoś lubi takie klimaty. Czyta się niezobowiązująco. Do panny Murple jednak pani Raisin daleko, bliżej do ojca Mateusza.

środa, 29 kwietnia 2020

Tadeusz Konwicki „Mała apokalipsa”


PAMIĘCI PIOTRA S.
Wszyscy teraz czytają „Dżumę” Camusa. Idę o krok dalej. „Mała apokalipsa”.

Konwicki zaczął swą powieść od słów: „oto nadchodzi koniec świata”. Dodam od siebie: naszego świata. W dziedzinie słowa pisanego wieszczę go od dawna, a teraz może się okazać… Ale ja przecież nie o tym.

Lektura „Małej apokalipsy”, wyciągniętej z najwyższej, pokrytej najgrubszym kurzem półki uświadomiła mi, jak bardzo, bardzo w ciągu ostatnich czterdziestu lat, zmienił się nasz świat.

Jak nieprawdopodobnie ta książka się zestarzała! Kiedyś – ikona. Jedna z najważniejszych książek swojej epoki. Wydana w podziemiu, bo przecież władza nigdy by na nie pozwoliła, aby ktoś tak ostentacyjnie ją szkalował. Ukazała się w 1979 roku, jeszcze przed strajkami sierpniowymi, być może przyczyniła się do przełomu. Czytana ukradkiem, podawana w zaufaniu z rąk do rąk. Nikt wcześniej tak dojmująco nie opisał zniewolenia człowieka przez system komunistyczny, tej obłudy, duszności, życia w kłamstwie, bez możliwości wykrzyczenia tego, co naprawdę się myśli, tej paranoi, z której, jak się wtedy wydawało, nie ma ucieczki.

Jakie to było ważne, że ktoś wreszcie odważnie opisał słowami to, co wszyscy czuli (wszyscy myślący, dodam złośliwie). I jakie to ważne, że autor zrobił to bez autocenzury, nie uciekając się do aluzji. „Po jakimś czasie odbiorca będzie przedkładał aluzję do prawdy nad samą prawdę. Bo aluzja jest swego rodzaju formą sztuki. Aluzja to prawda ubrana w formę metafory”. Metafory jakoś cenzorzy przepuszczali. W końcu były one czytelne dla nielicznych, dla tych, którzy i tak sami dobrze wiedzieli, dlaczego nie kochają komuny.

Jak odczytają tę książkę pokolenia urodzone po 1989 roku? Na pewno ktoś zapyta: ale o co chodzi? Dlaczego ten facet tak się miota? Nie może się odnaleźć, to niech pójdzie do psychologa. Bohater cierpi, bo nie podoba mu się państwo w którym żyje? A cóż to za problem? Niech się wyprowadzi. I co to za nuda. Akcji żadnej, tylko gadają i gadają i gadają… Bohater krąży po Warszawie jak w onirycznym śnie, napotyka nowe postaci, jak Alicja w krainie czarów, ale do niczego to nie prowadzi.

Czytelnik, który trochę więcej pamięta, nie będzie zadawać żadnych pytań. Zastanowi się tylko, czy tamte dylematy bohatera w dzisiejszych czasach mają dla niego nową wartość. I po długim namyśle może nie znaleźć odpowiedzi.

Jak ważne jest, żeby trafić książką w swój czas. Konwickiemu wtedy się to udało. Na pewno nie miał świadomości, że jego dzieło pokryje się kurzem, trafi do lamusa, będzie wystawiane za szybą jak muzealny eksponat. Mam jednak przekonanie, że nawet gdyby wtedy to wiedział, napisałby tę książkę tak samo.

Dlaczego młody czytelnik nie znajdzie w „Małej apokalipsie” czegoś dla siebie? Ponieważ nie będzie potrafił odróżnić, co jest prawdą, a co kreacją, wszystko mu się wymiesza. To trochę tak, kiedy pokolenie millenialsów ogląda filmy Barei (jeśli ogląda). Pyskata kasjerka w barze mlecznym – wiadomo, najprawdziwsza, ale „piure z dżemem”? Było czy nie? A metalowe talerze przykręcane do stołu i widelce na łańcuchach? Zgrywa się reżyser, czy może prawda ekranu to prawda życia?

Podobnie u Konwickiego: babcia klozetowa – studentka archeologii na praktyce, nadgorliwie egzekwuje opłaty za korzystanie z kibla, żeby dostać zwolnienie z egzaminu z propedeutyki filozofii. Prawda to, czy fałsz? Zakazany film w kinie, a w oficjalnym programie w gazecie i na plakatach przed kinem „Lenin w październiku”. Orkiestra spółdzielni inwalidów gra wiązankę przebojów amerykańskich, dla niepoznaki od tyłu do przodu, żeby nie płacić dewizowych tantiem. Gdzie kończy się groteska, a zaczyna życie?

Dzisiejszy młody człowiek tego nie czuje, a ówczesny czytelnik – cieszy się, że już nie musi o tym pamiętać. Podobnie, jak próbuje zapomnieć, że zniewolenie przez państwo, przez ustrój, mogło być przyczyną bólu tak głębokiego, tak prawdziwego, że człowiekowi odechciewało się żyć.

Tak opisuje Konwicki tamtą rzeczywistość:
„W moim kraju nie ma nędzy. Mało kto żebrze na rogach ulic, a jeśli to robi, to jakoś bez przekonania, bez tej siły wewnętrznej, bez tych praw moralnych właściwych prawidłowemu żebractwu. […] Nasza nędza współczesna jest przezroczysta jak szkło i niewidzialna jak powietrze. Nasza nędza to kilometrowe ogonki, to nieustanny tłok łokci, to złośliwy urzędnik, to spóźniony bez powodu pociąg, to odcięta przez fatalne siły woda, czyli brak wody, to zamknięty nieoczekiwanie sklep, to rozwścieczony sąsiad, to kłamliwa gazeta i wielogodzinne przemówienie w telewizji zamiast transmisji sportowej, to przymus należenia do partii, to zepsuta pralka sprzedana w państwowym magazynie, to specjalne sklepy, w których możesz sobie coś kupić za dolary, to monotonia życia bez żadnej nadziei, to rozpadające się miasta historyczne, to pustynniejące województwa i zatrute rzeki. Nasza nędza to łaska totalnego państwa, łaska z której żyjemy.”

A teraz przeczytajcie powyższy cytat na spokojnie, jeszcze raz. Co z tej listy straciło aktualność i już nie wróci, a co jest wciąż żywe? Czy tak wiele się zmieniło? Dlaczego więc wątpię w przydatność powieści Konwickiego w naszych czasach?

W 2017 roku pewien człowiek postanowił wykonać pod Pałacem Kultury ten sam gest, co bohater „Małej apokalipsy” – podpalić się pod Pałacem Kultury w proteście przeciwko łamaniu konstytucji przez państwo pod rządami PiS. Nikt się tym nie przejął, żadnego oddźwięku, tak jak w przypadku Jana Palacha czy Ryszarda Siwca, którzy zostali męczennikami swoich czasów. Cisza. Zrobiono z człowieka wariata. Nawet nie znamy jego nazwiska. Po prostu Piotr S.

Pamiętajmy.

czwartek, 23 kwietnia 2020

Alicia Giménez-Bartlett „Milczenie krużganków” Ocena 4/6


ALICIA KONTRA EVA
Na Alicię Giménez-Bartlat sama pewnie nigdy bym nie wpadła, gdyby nie rekomendacja Almosa (dziękuję). Takie, na przykład wydawnictwo Muza potrafiło zadbać, żeby inna Hiszpanka, Eva García Sáenz de Urturi, autorka Trylogii Białego Miasta wyzierała z każdej strony internetu (dlatego, z wrodzonej przekory nie zamierzam dokładać się do zysków wydawcy czytając jej książki), a wydawnictwo Noir sur Blanc poskąpiło na reklamę. I co? „Milczenie krużganków” na największym portalu czytelniczym zdecydowało się ocenić zaledwie dwanaście osób. Będę więc trzynastą (niekoniecznie Wielką Trzynastą). I z premedytacją zawyżę średnią ocen. Wszyscy tak robią, więc dlaczego ja nie mogę? I co mi zrobicie?

Dopiero co narzekałam na lakoniczność Simenona, a teraz mam ochotę pomarudzić na coś wręcz przeciwnego. W tej powieści pobocznych wątków obyczajowych mamy sporo. Są, na szczęście, na tyle oryginalne (jak na hiszpański kryminał), że gdyby tylko autorce udało się poskromić gadulstwo, zdecydowanie wyszłoby to powieści na korzyść.

Głównym detektywem, i do tego narratorem jest Petra Delicado, kobieta szczęśliwa w związku małżeńskim z trzecim już mężem (to dziewiąta część serii, więc domyślam się, że w poprzednich odcinkach czytelnicy mieli okazję poznać pozostałych dwóch, nieudanych małżonków pani inspektor). Aktualny mąż nie marudzi, że żona poświęca mu zbyt mało czasu, a nawet potrafi ugotować dla niej kolację, gdy ta wraca zmęczona po całodziennym śledztwie. Już nieźle, prawda? To pytanie do pań, panowie mogą potraktować je retorycznie. Do tego mąż ma czwórkę dzieci z poprzednich dwóch małżeństw i zajmuje się nimi często (szwedzki wariant rodziny patchworkowej w Hiszpanii – kolejny ewenement) i nasza inspektor musi sprawdzić się w roli macochy rozbrykanych i inteligentnych dzieciaków. To wszystko nawet fajne, tylko mocno przedawkowane, bardzo opóźnia śledztwo i niecierpliwy czytelnik zaczyna się irytować.

Na szczęście, jest jeszcze wątek główny: w żeńskim klasztorze zostaje zamordowany mnich, który rekonstruuje mumię średniowiecznego świętego i mumia ta zostaje z klasztoru wykradziona. Klimat żeńskiego klasztoru, tak na mojego czuja, bo nigdy w takim miejscu nie byłam, został oddany wiernie. Mogę się mylić, ale nie wyczułam żadnych zgrzytów.

Niestety, od początku nic się w tym śledztwie nie klei, wszystkie tropy wydają się absurdalne, nie wiadomo od czego zacząć. Może dlatego autorka bardziej skupia się na życiu osobistym detektywów (bo jest jeszcze interesujący podwładny bardzo wymagającej pani inspektor). Aż wreszcie – bomba! Sprytne posunięcie naszej detektyw, i śledztwo rusza z kopyta, w zupełnie innym kierunku, niż się wydawało. Zakończenie zaskakuje i satysfakcjonuje. No, ładnie daliśmy się przez zabójcę wywieść w pole.

Podoba mi się jeszcze, że w tej Hiszpanii (właściwie Katalonii) policjanci nie mają oporów przed zjadaniem „porządnych posiłków pełnych kalorii i cholesterolu”, i beztrosko sobie popijają w godzinach pracy, a to piwko, a to winko, a to whisky. Szkoda, że nie można tego miłego zwyczaju przenieść na grunt polski. Bardzo by to ożywiło stosunki międzyludzkie i rodzimą literaturę kryminalną.

Warto czasami pobuszować w innych klimatach.

środa, 15 kwietnia 2020

Georges Simenon „Wariatka Maigreta” Ocena:3/6


PRACUŚ LAKONICZNY
Ta książka ma tak skromną objętość, że można ją przeczytać w pociągu z Gdańska do Warszawy. To wcale nie zarzut. „Wariatka Maigreta” powstała w 1970 roku. Tak się wtedy pisało kryminały. Autorzy mieli świadomość, że tworzą literaturę rozrywkową i właśnie rozrywki (bez przynudzania) starali się czytelnikowi dostarczyć. Zwięźle, na temat, z jedną historią, ciekawą zagadką i dobrze przeprowadzoną intrygą. Bez zbędnych zapychaczy, ołowianych chmur wiszących nad jeziorami, problemami osobistymi detektywów, bez siedmiu niepotrzebnych wątków, z których, w optymistycznym wariancie kończy się połowa, a reszta pozostaje do wyjaśnienia w kolejnym odcinku.

Do tej zwięzłości twórców raczej nie wrócimy. Autorzy musieliby wtedy więcej czasu przeznaczyć na obmyślanie fabuł, a mniej na pisanie, a na to zachłanni wydawcy im przecież nie pozwolą.

Simenon – to jeden z niewielu klasyków gatunku, z którym nie udało mi się wcześniej poflirtować. To dziwne, bo jak poinformowała mnie Wikipedia, Simenon napisał ponad 450 powieści i opowiadań (tak! to zero na końcu to nie pomyłka) i potrafił pisać nawet 80 stron dziennie (tak! znów nie ma pomyłki z ostatnim zerem). Remigiusz Mróz pozostaje za słynnym Belgiem daleko w tyle i powinien czuć się zawstydzony, że w tak ślimaczym tempie pracuje.

To pierwsze spotkanie wypadło, niestety, bez większych uniesień, ale może to kwestia wyboru przypadkowego tytułu, kolejnego z długiej serii. Rozumiem, że komisarza Maigreta już nie trzeba przedstawiać, ale klimatu Paryża lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku trochę mi brakowało. Akcja mogłaby się rozgrywać w dowolnym miejscu i czasie. Okazuje się, że lakoniczność nie zawsze jest zaletą, wszystko zależy od odpowiednich proporcji. Ograniczenie liczby podejrzanych do trzech osób za bardzo ułatwiało rozwiązanie zagadki, a motywu zbrodni domyśliłam się już na stronie 47, dużo wcześniej, niż sam komisarz. Na szczęście uratowało „Wariatkę” zaskakujące zakończenie.

Nie zniechęcam się do Simenona, bynajmniej, chętnie przeczytam kolejną jego powieść, bardziej się przykładając do wyboru odpowiedniego tytułu. To może być jednak trudne, niestety, bo wznowień w postaci ebooków nie ma, czyli na Simenona trzeba polować w bibliotekach lub antykwariatach.

środa, 8 kwietnia 2020

Robert Harris „Drugi sen” Ocena: 1/6


SEN MARA
No, panie Harris! Takich rzeczy się nie robi wiernemu czytelnikowi! Ja tu do pana podchodzę z najwyższym zaufaniem, a pan co? Tak mnie zawieść?
No cóż, jak widać nikt nie jest doskonały i zawsze musi być ten pierwszy raz.

Czytam w opisie, że Robert Harris popełnił powieść postapo. Ten gatunek zazwyczaj omijam szerokim łukiem, ale przecież to Harris. Wyszedł obronną ręką ze sprawy Dreyfussa, poradził sobie z konferencją w Monachium, napisał autobiografię za brytyjskiego premiera, a nawet zdał wiarygodną relację z wyborów papieża. Tym razem jednak poległ.

Harris opisuje świat po Armagedonie, osiemset lat po katastrofie, która miała miejsce w naszych czasach. Ludzkość dotarła wtedy do etapu rozwoju porównywalnego z późnym średniowieczem. Im dalej zagłębiam się w ten nowy, postapokaliptyczny świat, tym bardziej wydaje mi się on niewiarygodny. Podstawowym środkiem lokomocji są konie i muły, miast jest niewiele, ludzie mieszkają w małych osadach, w lepiankach krytych strzechą, albo tysiącletnich, kamiennych budynkach, zarośniętych jak Angkor Wat. Nic nie wiedzą o przeszłości, sprzed apokalipsy. Niepodzielną władzę sprawuje ortodoksyjny kościół katolicki (budynki świątyń, o dziwo, się zachowały), przypominający skrzyżowanie hiszpańskiej inkwizycji i folwarku zwierzęcego Orwella. W porządku – taka jest wizja autora. Tylko dlaczego ludzie żyjący w tych dziwnych czasach mają mentalność współczesnego człowieka?

Skoro ludzie żyją pod kościelnym batem, gdzie wszyscy na wszystkich donoszą, i za wolnomyślicielstwo i sprzeciwianie się regułom grożą srogie kary, to skąd ta swoboda w wyrażaniu poglądów i w dziedzinie obyczajowej? Skoro po naszej cywilizacji nie pozostało nic i wszystko trzeba było zaczynać od zera, a bardzo ograniczony dostęp do skąpej wiedzy mają tylko osoby duchowne, to w jaki sposób zwykły obywatel przeprowadza kalkulacje biznesowe, których nie powstydziliby się Jeff Bezos czy Bill Gates? Samorodne talenty się zdarzają? To chyba nie ten przypadek.

Ten świat po apokalipsie jest tak nieprzemyślany i niedopracowany, że czytając kolejne rozdziały przez cały czas oczekuję, że wreszcie coś się wydarzy, coś co by usprawiedliwiało takie dziury logiczne, które nigdy wcześniej nie przytrafiały się temu autorowi. Laptopy przetrwały w jaskini przez osiemset lat w stanie nienaruszonym i mają na tyle sprawną baterię, że wydają dźwięki? No dajcie spokój! Chyba autor zainkasował niezłe honorarium za reklamę produktów z symbolem nadgryzionego jabłka.

Książka ma tytuł „Drugi sen” więc mam nadzieję, że może dostaniemy coś w rodzaju „Incepcji”, że wreszcie coś ważnego się wyjaśni i doznam olśnienia. Niestety – płonne nadzieje.

Najgorsze jednak jest to, że książka nie ma zakończenia. Być może nie doczytałam, że to jest pierwsza część całości, i żeby dowiedzieć się, o co w niej chodziło muszę przeczytać część drugą. Wątek głównych bohaterów kończy się tak, że satysfakcji z tego nie ma za grosz. Czytam tę powieść przecież nie po to, żeby się dowiedzieć, czy bohaterom uda się odnaleźć skarb czy nie, ale przede wszystkim dlatego, żeby poznać przyczynę upadku naszej cywilizacji. To jest najważniejsza tajemnica w tej powieści, i niestety, nie zostaje rozwiązana. Zamiast wyjaśnienia wpisującego się w kanony gatunku, do banalnej i usypiającej fabuły przygodowej autor dokleił końcówkę wziętą z moralitetu, jakby chciał pójść w ślady McCarthy’ego i dostać nagrodę Pulitzera.

I niech mi ktoś teraz powie, czy to co napisałam wyżej, to jest spoiler, czy nie? Czy informacja o tym, że kluczowa zagadka nie została rozwiązana, to ujawnienie zakończenia? Jakkolwiek by nie było - nie mam skrupułów, że to robię. Może was to zniechęci do czytania. Taką książkę mógłby napisać niedouczony polski debiutant, ale mistrzowi gatunku nie wypada.

Areszt domowy wciąż trwa, a złość na autora powoli mija. Tym razem wybaczam mu potknięcie. Do następnego spotkania z Robertem Harrisem podejdę jednak z dużą rezerwą.

czwartek, 2 kwietnia 2020

Andrea Camilleri „Pomarańczki komisarza Montalbano” Ocena 5/6


BRATNIA DUSZA
Gdyby nie to, że uwielbiam odkrywać nowe, literackie lądy, po przeczytaniu tej książki miałabym ochotę zakupić karton czerwonego wina, rozpalić ogień w kominku, wtulić się w fotel, okryć wątłe ciało kocykiem (to zimą) i nic innego nie robić, tylko czytać Camilleriego. Ten scenariusz będzie musiał trochę poczekać, ale przynajmniej już wiem, co będę robić na emeryturze.

Jak ja mogłam dopiero teraz odkryć Camilleriego?! Czy autor naprawdę musiał umrzeć, żebym zwróciła na niego uwagę? Tak. Niestety, tak się to odbyło. Chociaż na nazwisko Camilleri wpadałam od czasu do czasu, to jednak dopiero wiadomość o śmierci autora zmobilizowała mnie do działania.

Ostatnio przydarza mi się coraz częściej, że zaglądam do jakiejś książki i odkładam ją po przeczytaniu kilku stron, bo nie wczuwam się w styl pisania autora (o, dzięki ci, moja aplikacjo, że nie muszę za to płacić!). To są czasem pewnie i niezłe książki, nie tylko takie, że już po kilku akapitach da się zwietrzyć grafomaństwo autora. Przerywam czytanie, bo po prostu czuję, że między mną, a autorem od początku nie iskrzy. Z Camillerim zaiskrzyło od pierwszej strony.

Co mnie uwiodło? Camilleri tak przedstawia komisarza Montalbano, który nie może udać się na przechadzkę z powodu sztormu. „Mógł tylko pójść pod prysznic i od razu wylądować w łóżku z książką w ręku. Łatwo to mówić! Kiedy wybierał książkę, z którą mógłby zasypiać, dzieląc z nią łóżko i poświęcając jej ostatnie myśli, gotów był tracić na to godzinę.”
Natychmiast wyczuwam w komisarzu bratnią duszę.

Dwa zdania dalej już wiem, że wyrafinowane, podszyte sarkazmem poczucie humoru autora również idealnie trafia w moje gusta. „Sięgnąć po esej historyczny mówiący o zdarzeniach ostatniego stulecia? Lepiej z tym uważać; przy dzisiejszej modzie na rewizję poglądów można natrafić na autora, który zechce ci wmawiać, że Hitler był w gruncie rzeczy figurą słono opłacaną przez Żydów, aby mogli oni, dzięki jego wyczynom, stać się opłakiwanymi przez cały świat ofiarami. Czytasz to i ponosi cię taka złość, że do rana nie możesz zmrużyć oka”.
Jak ja dobrze to rozumiem!

Zakochuję się więc w autorze i w jego bohaterze platonicznie (albo w bohaterze i autorze, bez znaczenia), od pierwszego wejrzenia. Zakładam na nos różowe okulary i niech mi tylko ktoś zaprzeczy, że Camilleri wielkim pisarzem był, to rozkrochmalę nochal na miazgę.

Rzeczywistość komisarza Montalbano i jego współpracowników to oaza normalności we współczesnym świecie, taka trochę z innej epoki, z czasów kiedy wszystko było lepsze i piękniejsze. Przypomina mi świat wykreowany przez Fred Vargas w jej kryminałach. Podobna ironia, dowcip, menażeria ludzka budząca uśmiech i sympatię. Detektyw optymistycznie patrzący na świat, ale również kontestujący rzeczywistość kiedy trzeba, przenikliwy i inteligentny, nie mający kłopotów z okazywaniem szacunku ludziom, z różnych powodów usuniętym na margines życia. Mechanizm identyfikacji działa tak mocno, że rozwiązuję zagadki niemalże wcielając się w bohatera.

Zaczęłam od zbioru opowiadań (Betsy, dzięki za podpowiedź), żeby poznać styl pisania autora, ocenić umiejętność opowiadania ciekawych historii i konstruowania intrygi. Camilleri mnie nie zawiódł, chociaż przyznam szczerze, że w niektórych opowiadaniach bardziej zachwycił mnie klimat opowieści, niż same anegdoty. Ale tak miało być i nie każdemu musi to odpowiadać. Jeżeli szukacie w kryminałach nagłych zwrotów akcji i efektownych cliffhangerów, to nie tutaj. Ale jeżeli potrzebujecie chwilki wytchnienia, zadumy nad otaczającym światem, kapki uśmiechu, i nie przeszkadza wam, że to wszystko okraszone jest niezłą zagadką kryminalną – czytajcie Camilleriego.

Na to, żeby delektować się tą czystą przyjemnością do woli, na razie nie zasłużyłam. Będę dawkować sobie Camilleriego z umiarem, jeśli uznam, że należy mi się nagroda.

piątek, 20 marca 2020

Andrzej Sapkowski „Narrenturm” Ocena: 2/6


MAGICZNA STRONA 296 I PÓŁ
Kiedy zasnęłam nad tą książką po raz trzeci, przyszedł czas, aby podjąć radykalną decyzję. To nic, że to Sapkowski. To nic, że jego fani mnie zjedzą. Własne zdrowie psychiczne ważniejsze. Jeśli dotrwam do połowy książki (magiczna strona 296 i pół) i nadal nie dowiem się, po co autor mi tę historię opowiada, i nie będę miała ochoty dowiedzieć się – co dalej? – powiem: pas. Jak myślicie, co zrobiłam?

Co mnie w „Narrenturm” zirytowało najbardziej? Nic na to nie poradzę, ale lubię czytać ze zrozumieniem. Jeżeli dostaję cały akapit, z którego nie dociera do mnie NIC, nabieram przekonania, że autor mnie, czytelnika ma głęboko w… sami wiecie gdzie. Zastanawiam się, czym się narazili autorowi jego fani, że aż tak bardzo postanowił ich przeczołgać.

Nie wiesz, co to beginaż, wagant, szarszun, wańtuch, gędźba, armiger? To twój problem. Wystarczy, że autor wie. Nie zdobyłeś klasycznego wykształcenia i nie znasz łaciny? To powinieneś wpaść w kompleksy. A ja właśnie dlatego przedkładam powieści, nad rozprawy naukowe, żeby nie wpadać w kompleksy, że czegoś nie wiem, tylko żeby przy okazji czegoś się nauczyć. I bardzo lubię zagadki, ale wtedy, gdy dostaję szansę na ich rozwiązanie.

I tylko nie próbujcie mi wmówić, drodzy fani, że czytając „Narrenturm” wszystko zrozumieliście, albo że uwielbiacie czytać książki przygodowe z wyszukiwarką Google w dłoni (jeśli ktoś czytał tę powieść wtedy, gdy się ukazała, w 2002 roku, to musiał mieć pod ręką „Wielki słownik języka polskiego”, „Słownik wyrazów obcych” i „Słownik łacińsko-polski”). Założę się o skrzynkę pilznera, że większość entuzjastów wszystkie te popisy erudycji autora omijała wzrokiem. Jak więc możecie twierdzić, że coś jest dobre, skoro nie zrozumieliście wszystkiego? Zrozumieliście? A to przepraszam. Nie trzeba rozumieć wszystkiego – powiecie? Zgodzę się, tylko po co zatem wkładać do książki treści, które i tak znakomita większość zignoruje?

Ja jednak jestem dociekliwym czytelnikiem. Czytam na przykład coś takiego:

„Przykładem choćby Marcabru, którego, pomimo nachalnych sugestii zdecydowanie nic nie łączyło z Eleonorą Akwitańską. Wyolbrzymione są też, moim zdaniem, romanse Bernarta de Ventadorn z panią Alaiz de Montpellier i Raula de Coucy z panią Gabrielą de Fayel. Wątpliwości budzi też Tybald z Szampanii, gdy przechwala się względami Blanki Kastylijskiej. A także Arnold de Mareil, według własnych słów kochanek Adalazji z Beziers faworyty króla Aragonii.”

Czytam, analizuję i próbuję dociec, do czego to było potrzebne. Nie znajduję odpowiedzi. Czy tylko mnie te nazwiska nic nie mówią? Czy tylko ja gubię się w ich natłoku? W książce pojawiają się setki postaci, setki nowych nazwisk, i w związku z tym nie zwracamy uwagi na nikogo. W głowie zostaje pustka. Co z tego, że mamy również postaci łatwo rozpoznawalne, jak Zawisza Czarny, Jan Gutenberg czy nawet biskup Konrad, skoro są tylko ozdobnikami, nie mającymi żadnego wpływu na akcję powieści. Ot, popierdzą trochę (to wcale nie moja metafora, to słowa autora; rycerza Zawiszę zapamiętujemy głównie dlatego, że ma gastryczne kłopoty) i jadą dalej.

Chylę czoła przed autorem za rzetelną dokumentację czasów, obyczajów, postaci i miejsc, które opisuje, ale nie mogę mu wybaczyć, że przyjemność z czerpania wiedzy o tamtych czasach zachował dla siebie i nie podzielił się nią taki sposób, aby była pożyteczna dla czytelnika.

„Narrenturm” nie przemówiło do mnie jeszcze z kilku powodów. Kompletnie nie kupuję występującego na kartach powieści fantastycznego świata. Gdyby realia historyczne nie zostały oddane z tak drobiazgową, fotograficzną wręcz dokładnością, gdyby to było jakieś Śródziemie albo Westeros, wtedy uwierzyłabym w pomurniki i wilkełaki bez wahania. Ale straszydła, bajkowe wiedźmy i czarodzieje na Dolnym Śląsku, w latach dwudziestych XV wieku? Po co mi one, skoro realia historyczne są jeszcze bardziej przerażające i krwawe. Spokojnie można było się skupić na prawdziwych polowaniach na urojone czarownice.

Dramaturgia w tej powieści nie istnieje. Po napisaniu kilku książek Sapkowski zapomniał, że istnieją takie środki budowania napięcia, jak zwroty akcji, kulminacje, cliffhangery. Fabuła jest prosta jak budowa cepa: Reynevan ucieka, ścigają go, ucieka, ścigają go, ucieka.

Zupełnie mnie nie też przekonuje postać głównego bohatera. Reynevan von Bielau nic mnie nie obchodzi. Na początku wydaje się tylko naiwny i nijaki, ale dość szybko okazuje się, że jest również durnowaty. Jego o wiele barwniejsi towarzysze podróży, tym bardziej podkreślają mizerotę głównego bohatera. Mam chyba jakiś uraz, bo nie bawią mnie opowieści o durniach.

W „Narrenturm” broni się jedynie sapkowskie poczucie humoru. I to ratuje tę książkę przed pałą. Zabawne sceny giną jednak w zalewie zupełnie niepotrzebnych słów.

Dla mnie Andrzej Sapkowski pozostanie więc wyłącznie autorem „Wiedźmina”. Całą sagę przeczytałam w swoim czasie, i nawet miałam ochotę ją sobie przypomnieć, ale chyba dobrze, że zrezygnowałam. Wspomnienie sprzed dwudziestu lat jest wyidealizowane. Pamiętam, że wtedy wszystko mi się podobało. Mam obawy, że gdybym zajrzała do „Wiedźmina” dzisiaj, mając dużo większe doświadczenie czytelnicze, mogłabym się mocno rozczarować. A po co? Nie wrócę więc do Sapkowskiego. Obejrzę serial.

czwartek, 12 marca 2020

Rachel Abbott „Zmuszona, by zabić” Ocena: 3/6


NAPRAWDĘ ZMUSZONA?
Książkom Rachel Abbott na pewno nie można zarzucić, że są harlequinami w kostiumie thrillera. W „Zmuszonej, by zabić” na suspens nie można narzekać. Książkę rozpoczyna mocny prolog, który jednak, jak to się często zdarza wielu autorom, nie spoileruje przyszłych wydarzeń, tylko umiejętnie podkręca temperaturę i sprawia, że śledzimy dalszą akcję z przejęciem i zainteresowaniem. Niby wiemy, co się wydarzyło, ale o wiele ciekawsze okazuje się dochodzenie – dlaczego. Autorka precyzyjnie, w odpowiednim czasie dozuje potrzebne informacje.

Od początku też czujemy, że głównej bohaterce nie do końca możemy ufać, co również podbija atmosferę zagrożenia. Jest thrill. Potem trochę siada, ale bywało gorzej.

Jest również sensownie poprowadzona intryga, są wiarygodne psychologicznie postaci, chociaż sympatii nie budzą. Mam wprawdzie wątpliwości, czy sędziowie przysięgli tak łatwo wydaliby wyrok, który wydali, na podstawie bardzo wątłych dowodów, ale w tym przypadku, zważywszy na okoliczności, nie upieram się – tak też mogło się zdarzyć.

Jednak coś mnie uwiera w tej książce, i to na tyle mocno, że mimo wspomnianych wcześniej zalet oceniam ją tak powściągliwie – zakończenie. I tutaj również do jego logiczności nie mogę mieć zastrzeżeń. Rozchwiana emocjonalnie bohaterka z rysem psychopatycznym, która podporządkowała życie jednemu celowi budzi moją irytację, ale miała prawo tak się zachować. Moja awersja ma charakter wyłącznie subiektywny – po prostu chciałabym, żeby inaczej się to potoczyło, tylko nie bardzo wiem jak. Może po prostu dlatego, że tej historii nie da się lepiej zakończyć? Rzadko mi się zdarza, że tak trudno mi zaakceptować całkiem rozsądnie uzasadnione zakończenie autora i to jest właśnie ten przypadek. Chyba po prostu poczułam zbyt dużą niechęć do Evie, stąd osobisty żal do autorki, że taką postać uczyniła głównym bohaterem.

Nie wiem, czy mogę zarekomendować tę książkę. Raczej nie będziecie się nudzić, a zakończenie może trochę was pouwierać, zanim wyleci z głowy, więc jeśli jesteście na to gotowi… Ale przymusu nie ma.