Szukaj na tym blogu

czwartek, 2 kwietnia 2020

Andrea Camilleri „Pomarańczki komisarza Montalbano” Ocena 5/6


BRATNIA DUSZA
Gdyby nie to, że uwielbiam odkrywać nowe, literackie lądy, po przeczytaniu tej książki miałabym ochotę zakupić karton czerwonego wina, rozpalić ogień w kominku, wtulić się w fotel, okryć wątłe ciało kocykiem (to zimą) i nic innego nie robić, tylko czytać Camilleriego. Ten scenariusz będzie musiał trochę poczekać, ale przynajmniej już wiem, co będę robić na emeryturze.

Jak ja mogłam dopiero teraz odkryć Camilleriego?! Czy autor naprawdę musiał umrzeć, żebym zwróciła na niego uwagę? Tak. Niestety, tak się to odbyło. Chociaż na nazwisko Camilleri wpadałam od czasu do czasu, to jednak dopiero wiadomość o śmierci autora zmobilizowała mnie do działania.

Ostatnio przydarza mi się coraz częściej, że zaglądam do jakiejś książki i odkładam ją po przeczytaniu kilku stron, bo nie wczuwam się w styl pisania autora (o, dzięki ci, moja aplikacjo, że nie muszę za to płacić!). To są czasem pewnie i niezłe książki, nie tylko takie, że już po kilku akapitach da się zwietrzyć grafomaństwo autora. Przerywam czytanie, bo po prostu czuję, że między mną, a autorem od początku nie iskrzy. Z Camillerim zaiskrzyło od pierwszej strony.

Co mnie uwiodło? Camilleri tak przedstawia komisarza Montalbano, który nie może udać się na przechadzkę z powodu sztormu. „Mógł tylko pójść pod prysznic i od razu wylądować w łóżku z książką w ręku. Łatwo to mówić! Kiedy wybierał książkę, z którą mógłby zasypiać, dzieląc z nią łóżko i poświęcając jej ostatnie myśli, gotów był tracić na to godzinę.”
Natychmiast wyczuwam w komisarzu bratnią duszę.

Dwa zdania dalej już wiem, że wyrafinowane, podszyte sarkazmem poczucie humoru autora również idealnie trafia w moje gusta. „Sięgnąć po esej historyczny mówiący o zdarzeniach ostatniego stulecia? Lepiej z tym uważać; przy dzisiejszej modzie na rewizję poglądów można natrafić na autora, który zechce ci wmawiać, że Hitler był w gruncie rzeczy figurą słono opłacaną przez Żydów, aby mogli oni, dzięki jego wyczynom, stać się opłakiwanymi przez cały świat ofiarami. Czytasz to i ponosi cię taka złość, że do rana nie możesz zmrużyć oka”.
Jak ja dobrze to rozumiem!

Zakochuję się więc w autorze i w jego bohaterze platonicznie (albo w bohaterze i autorze, bez znaczenia), od pierwszego wejrzenia. Zakładam na nos różowe okulary i niech mi tylko ktoś zaprzeczy, że Camilleri wielkim pisarzem był, to rozkrochmalę nochal na miazgę.

Rzeczywistość komisarza Montalbano i jego współpracowników to oaza normalności we współczesnym świecie, taka trochę z innej epoki, z czasów kiedy wszystko było lepsze i piękniejsze. Przypomina mi świat wykreowany przez Fred Vargas w jej kryminałach. Podobna ironia, dowcip, menażeria ludzka budząca uśmiech i sympatię. Detektyw optymistycznie patrzący na świat, ale również kontestujący rzeczywistość kiedy trzeba, przenikliwy i inteligentny, nie mający kłopotów z okazywaniem szacunku ludziom, z różnych powodów usuniętym na margines życia. Mechanizm identyfikacji działa tak mocno, że rozwiązuję zagadki niemalże wcielając się w bohatera.

Zaczęłam od zbioru opowiadań (Betsy, dzięki za podpowiedź), żeby poznać styl pisania autora, ocenić umiejętność opowiadania ciekawych historii i konstruowania intrygi. Camilleri mnie nie zawiódł, chociaż przyznam szczerze, że w niektórych opowiadaniach bardziej zachwycił mnie klimat opowieści, niż same anegdoty. Ale tak miało być i nie każdemu musi to odpowiadać. Jeżeli szukacie w kryminałach nagłych zwrotów akcji i efektownych cliffhangerów, to nie tutaj. Ale jeżeli potrzebujecie chwilki wytchnienia, zadumy nad otaczającym światem, kapki uśmiechu, i nie przeszkadza wam, że to wszystko okraszone jest niezłą zagadką kryminalną – czytajcie Camilleriego.

Na to, żeby delektować się tą czystą przyjemnością do woli, na razie nie zasłużyłam. Będę dawkować sobie Camilleriego z umiarem, jeśli uznam, że należy mi się nagroda.

piątek, 20 marca 2020

Andrzej Sapkowski „Narrenturm” Ocena: 2/6


MAGICZNA STRONA 296 I PÓŁ
Kiedy zasnęłam nad tą książką po raz trzeci, przyszedł czas, aby podjąć radykalną decyzję. To nic, że to Sapkowski. To nic, że jego fani mnie zjedzą. Własne zdrowie psychiczne ważniejsze. Jeśli dotrwam do połowy książki (magiczna strona 296 i pół) i nadal nie dowiem się, po co autor mi tę historię opowiada, i nie będę miała ochoty dowiedzieć się – co dalej? – powiem: pas. Jak myślicie, co zrobiłam?

Co mnie w „Narrenturm” zirytowało najbardziej? Nic na to nie poradzę, ale lubię czytać ze zrozumieniem. Jeżeli dostaję cały akapit, z którego nie dociera do mnie NIC, nabieram przekonania, że autor mnie, czytelnika ma głęboko w… sami wiecie gdzie. Zastanawiam się, czym się narazili autorowi jego fani, że aż tak bardzo postanowił ich przeczołgać.

Nie wiesz, co to beginaż, wagant, szarszun, wańtuch, gędźba, armiger? To twój problem. Wystarczy, że autor wie. Nie zdobyłeś klasycznego wykształcenia i nie znasz łaciny? To powinieneś wpaść w kompleksy. A ja właśnie dlatego przedkładam powieści, nad rozprawy naukowe, żeby nie wpadać w kompleksy, że czegoś nie wiem, tylko żeby przy okazji czegoś się nauczyć. I bardzo lubię zagadki, ale wtedy, gdy dostaję szansę na ich rozwiązanie.

I tylko nie próbujcie mi wmówić, drodzy fani, że czytając „Narrenturm” wszystko zrozumieliście, albo że uwielbiacie czytać książki przygodowe z wyszukiwarką Google w dłoni (jeśli ktoś czytał tę powieść wtedy, gdy się ukazała, w 2002 roku, to musiał mieć pod ręką „Wielki słownik języka polskiego”, „Słownik wyrazów obcych” i „Słownik łacińsko-polski”). Założę się o skrzynkę pilznera, że większość entuzjastów wszystkie te popisy erudycji autora omijała wzrokiem. Jak więc możecie twierdzić, że coś jest dobre, skoro nie zrozumieliście wszystkiego? Zrozumieliście? A to przepraszam. Nie trzeba rozumieć wszystkiego – powiecie? Zgodzę się, tylko po co zatem wkładać do książki treści, które i tak znakomita większość zignoruje?

Ja jednak jestem dociekliwym czytelnikiem. Czytam na przykład coś takiego:

„Przykładem choćby Marcabru, którego, pomimo nachalnych sugestii zdecydowanie nic nie łączyło z Eleonorą Akwitańską. Wyolbrzymione są też, moim zdaniem, romanse Bernarta de Ventadorn z panią Alaiz de Montpellier i Raula de Coucy z panią Gabrielą de Fayel. Wątpliwości budzi też Tybald z Szampanii, gdy przechwala się względami Blanki Kastylijskiej. A także Arnold de Mareil, według własnych słów kochanek Adalazji z Beziers faworyty króla Aragonii.”

Czytam, analizuję i próbuję dociec, do czego to było potrzebne. Nie znajduję odpowiedzi. Czy tylko mnie te nazwiska nic nie mówią? Czy tylko ja gubię się w ich natłoku? W książce pojawiają się setki postaci, setki nowych nazwisk, i w związku z tym nie zwracamy uwagi na nikogo. W głowie zostaje pustka. Co z tego, że mamy również postaci łatwo rozpoznawalne, jak Zawisza Czarny, Jan Gutenberg czy nawet biskup Konrad, skoro są tylko ozdobnikami, nie mającymi żadnego wpływu na akcję powieści. Ot, popierdzą trochę (to wcale nie moja metafora, to słowa autora; rycerza Zawiszę zapamiętujemy głównie dlatego, że ma gastryczne kłopoty) i jadą dalej.

Chylę czoła przed autorem za rzetelną dokumentację czasów, obyczajów, postaci i miejsc, które opisuje, ale nie mogę mu wybaczyć, że przyjemność z czerpania wiedzy o tamtych czasach zachował dla siebie i nie podzielił się nią taki sposób, aby była pożyteczna dla czytelnika.

„Narrenturm” nie przemówiło do mnie jeszcze z kilku powodów. Kompletnie nie kupuję występującego na kartach powieści fantastycznego świata. Gdyby realia historyczne nie zostały oddane z tak drobiazgową, fotograficzną wręcz dokładnością, gdyby to było jakieś Śródziemie albo Westeros, wtedy uwierzyłabym w pomurniki i wilkełaki bez wahania. Ale straszydła, bajkowe wiedźmy i czarodzieje na Dolnym Śląsku, w latach dwudziestych XV wieku? Po co mi one, skoro realia historyczne są jeszcze bardziej przerażające i krwawe. Spokojnie można było się skupić na prawdziwych polowaniach na urojone czarownice.

Dramaturgia w tej powieści nie istnieje. Po napisaniu kilku książek Sapkowski zapomniał, że istnieją takie środki budowania napięcia, jak zwroty akcji, kulminacje, cliffhangery. Fabuła jest prosta jak budowa cepa: Reynevan ucieka, ścigają go, ucieka, ścigają go, ucieka.

Zupełnie mnie nie też przekonuje postać głównego bohatera. Reynevan von Bielau nic mnie nie obchodzi. Na początku wydaje się tylko naiwny i nijaki, ale dość szybko okazuje się, że jest również durnowaty. Jego o wiele barwniejsi towarzysze podróży, tym bardziej podkreślają mizerotę głównego bohatera. Mam chyba jakiś uraz, bo nie bawią mnie opowieści o durniach.

W „Narrenturm” broni się jedynie sapkowskie poczucie humoru. I to ratuje tę książkę przed pałą. Zabawne sceny giną jednak w zalewie zupełnie niepotrzebnych słów.

Dla mnie Andrzej Sapkowski pozostanie więc wyłącznie autorem „Wiedźmina”. Całą sagę przeczytałam w swoim czasie, i nawet miałam ochotę ją sobie przypomnieć, ale chyba dobrze, że zrezygnowałam. Wspomnienie sprzed dwudziestu lat jest wyidealizowane. Pamiętam, że wtedy wszystko mi się podobało. Mam obawy, że gdybym zajrzała do „Wiedźmina” dzisiaj, mając dużo większe doświadczenie czytelnicze, mogłabym się mocno rozczarować. A po co? Nie wrócę więc do Sapkowskiego. Obejrzę serial.

czwartek, 12 marca 2020

Rachel Abbott „Zmuszona, by zabić” Ocena: 3/6


NAPRAWDĘ ZMUSZONA?
Książkom Rachel Abbott na pewno nie można zarzucić, że są harlequinami w kostiumie thrillera. W „Zmuszonej, by zabić” na suspens nie można narzekać. Książkę rozpoczyna mocny prolog, który jednak, jak to się często zdarza wielu autorom, nie spoileruje przyszłych wydarzeń, tylko umiejętnie podkręca temperaturę i sprawia, że śledzimy dalszą akcję z przejęciem i zainteresowaniem. Niby wiemy, co się wydarzyło, ale o wiele ciekawsze okazuje się dochodzenie – dlaczego. Autorka precyzyjnie, w odpowiednim czasie dozuje potrzebne informacje.

Od początku też czujemy, że głównej bohaterce nie do końca możemy ufać, co również podbija atmosferę zagrożenia. Jest thrill. Potem trochę siada, ale bywało gorzej.

Jest również sensownie poprowadzona intryga, są wiarygodne psychologicznie postaci, chociaż sympatii nie budzą. Mam wprawdzie wątpliwości, czy sędziowie przysięgli tak łatwo wydaliby wyrok, który wydali, na podstawie bardzo wątłych dowodów, ale w tym przypadku, zważywszy na okoliczności, nie upieram się – tak też mogło się zdarzyć.

Jednak coś mnie uwiera w tej książce, i to na tyle mocno, że mimo wspomnianych wcześniej zalet oceniam ją tak powściągliwie – zakończenie. I tutaj również do jego logiczności nie mogę mieć zastrzeżeń. Rozchwiana emocjonalnie bohaterka z rysem psychopatycznym, która podporządkowała życie jednemu celowi budzi moją irytację, ale miała prawo tak się zachować. Moja awersja ma charakter wyłącznie subiektywny – po prostu chciałabym, żeby inaczej się to potoczyło, tylko nie bardzo wiem jak. Może po prostu dlatego, że tej historii nie da się lepiej zakończyć? Rzadko mi się zdarza, że tak trudno mi zaakceptować całkiem rozsądnie uzasadnione zakończenie autora i to jest właśnie ten przypadek. Chyba po prostu poczułam zbyt dużą niechęć do Evie, stąd osobisty żal do autorki, że taką postać uczyniła głównym bohaterem.

Nie wiem, czy mogę zarekomendować tę książkę. Raczej nie będziecie się nudzić, a zakończenie może trochę was pouwierać, zanim wyleci z głowy, więc jeśli jesteście na to gotowi… Ale przymusu nie ma.

czwartek, 5 marca 2020

Robert Wegner, „Północ Południe. Opowieści z mekhańskiego pogranicza” Ocena: 2/6


WINTER IS COMING
Uwaga! To nie jest recenzja dla facetów!

Może gdybym doczytała tę książkę do końca, mogłabym zachwycić się nią tak, jak większość czytelników. Ale autor nie dał mi takiej szansy.

Kiedy czytnik pokazał 25%, a ja nadal nie dowiedziałam się, kto jest bohaterem i o co w tym wszystkim będzie chodziło – odpuściłam. Odpuściłam również dlatego, że przez jedną czwartą powieści autor skupia się prawie wyłącznie na scenach militarnych, a ta tematyka interesuje mnie mniej więcej tyle, co traktat o rozmnażaniu się muszki owocówki.

Atakują, odpierają atak. Piechota, konnica, łucznicy. Odpierają atak, atakują. Łucznicy, piechota, konnica. I tak w kółko, z dziesięć razy. Przestałam liczyć.

Bitwa, więc niby powinno być dramatycznie, ale nie jest, bo zupełnie nie wiadomo, komu kibicować. U takiego Sienkiewicza, na przykład, nie mamy wątpliwości, że trzeba trzymać z Kmicicem, Skrzetuskim czy panem Wołodyjowskim, i wtedy żadna bitwa nie jest straszna i można ją ścierpieć w imię wyższych celów, a tu? Nie pomaga nawet to, że bitwa opisana jest z punktu widzenia obrońców, ponieważ nie mamy do nich żadnego stosunku emocjonalnego. Wszyscy są anonimowi (to nic, że niektórzy nawet mają imiona), nie wiemy kto jest dobry, a kto zły. Obrońcy twierdzą, że to oni są dobrzy, bo zostali napadnięci. Ale może najeźdźcy mieli naprawdę dobry powód, żeby zaatakować? Może walczyli o przetrwanie?

Dotrwałam z bólem do końca tej bitwy tylko dlatego, aby dowiedzieć się, po co autor tę historię opowiada. Dlaczego właściwie oni się tłuką? Nie dowiedziałam się. Odpowiedź: tłuką się, bo ludzie od początków świata tak robią i sami nie wiedzą dlaczego – nie satysfakcjonuje mnie, niestety.

Czytając tę książkę nie mogłam uwolnić się od skojarzeń z „Grą o tron”. Tu jest Górska Straż, tam Nocna. Tu jest lodowiec, który rozgradza krainy – tam lodowy mur. I za lodowcem, i za murem mieszkają barbarzyńcy, którzy są zagrożeniem. Tylko czekałam, aż ktoś rzuci: winter is coming. Być może wszystkie powieści w tym gatunku wyglądają podobnie. Nie wiem, bo fantasy mnie nie wciąga, więc małe mam możliwości porównania.

Chyba zupełnie mi nie po drodze z panem Wegnerem, i tego będę się trzymać.

piątek, 28 lutego 2020

Szczepan Twardoch „Królestwo” Ocena: 2/6


TRZY DO JEDNEGO
„Królestwo” ma tylko jedną przewagę nad „Królem”  – nie ma w nim kaszalotów (recenzja tu: https://www.czytacz.pl/2016/10/normal-0-21-false-false-false.html ).

Zastanawiam się, jaki sens miało napisanie tej książki i nie przychodzi mi do głowy nic innego, niż klasyczny powód merkantylny: produkt wyjątkowo dobrze się sprzedał, więc grzechem by było zarobić na sequelu. Zarobić na „Królestwie” chyba jednak nie było tak łatwo, jak na „Królu”. Na jednym z portali książkowych część pierwszą oceniło po przeczytaniu kilka tysięcy czytelników, zaś część drugą - trzy razy mniej osób.

Powody tak drastycznego spadku zainteresowania mogą być dwa. Albo popularność „Króla” została sztucznie nadmuchana i ktoś zawiedziony tą powieścią nie nabrał ochoty na kontynuację, albo rozeszło się pocztą pantoflową, że „Królestwa” nie warto czytać.

A „Królestwa” nie warto czytać z kilku powodów.

Autor zaczął pisać tę książkę chyba nie mając pojęcia, o czym ona będzie, i tak mu już do końca zostało. Pisał sobie i pisał, wyrzucał setki niepotrzebnych słów, zapewne wciąż mając nadzieję, że przyjdzie natchnienie i problem rozwiąże się sam, ale natchnienie nie przyszło. I tak czytamy niekończące się opisy Ryfki błąkającej się w ruinach, chociaż już po kilku stronach mamy doskonałe rozeznanie w sytuacji. Jak się nie wie o czym pisać, to dlaczego nie wrzucić jako zapychacza całej listy żołnierzy (wymienionych z imienia i nazwiska!) z batalionu Jakuba w kampanii wrześniowej, z informacją, kto go znał sprzed wojny, a kto nie, i dlaczego. Żadna z tych osób nie odgrywa potem w powieści najmniejszej roli. Więcej niż połowa książki to takie właśnie zapychacze niewiadomopoco.

W „Królestwie” nie ma ani jednej wiarygodnej, pełnokrwistej postaci. Jakub Szapiro jest tylko kukłą w tle. Ryfka i Dawid są irytująco nijacy i bezbarwni. Szczepan Twardoch nie zrobił nic, bym mogła ich polubić. Rozumiem, że mógł to być artystyczny zabieg, bo w końcu nie każdy bohater musi budzić sympatię, ale autor nie wskrzesił we mnie również żadnych innych odruchów. Stworzył postaci, które ani mnie grzeją ani ziębią, ze wskazaniem na to drugie. Nie współczuję im, choć może powinnam, biorąc pod uwagę ogrom nieszczęść, jaki na nie spada. Buta bohaterów wywołuje odczucie, że sami sobie zasłużyli na ten los. Jeżeli przy każdej okazji Żydzi podkreślają, jak bardzo nienawidzą Polaków, to jak mogą od Polaków wymagać, aby nie odpłacali się tym samym? Albo żeby Polacy ryzykowali dla nich życiem? Nie wiem czy o taki właśnie efekt autorowi chodziło, ale do spadku nastrojów antysemickich w Polsce raczej się ta książka nie przysłuży.

„Królestwo” dużo mniej daje, niż obiecuje. Dawid Szapiro już w pierwszym zdaniu oznajmia: „Spotkałem w życiu wielu złych ludzi, ale nie spotkałem nikogo gorszego niż mój ojciec.” Po takim wstępie, przez cały czas czekam, aż autor mi w końcu wyjaśni, o co chodzi. Tak mocna jest wartość emocjonalna tego zdania. Nastawiam się, że to będzie opowieść o niewiemjakich zbrodniach. A tu nic. Okazuje się, że syn nienawidzi ojca z takich powodów, że naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, że w czasie wojny nie spotkał większego drania. Jakub za mało czasu poświęcał synowi w dzieciństwie. Jak żona go rzuciła, to bez walki pozwolił jej odejść razem z dziećmi. Był policjantem w gettcie, bo jakoś trzeba było zarabiać, jednak nic nie wiemy o tym, żeby komuś specjalnie zaszkodził, bo szybko z tej funkcji zrezygnował. Skąd więc ta wzgarda i nienawiść?

W powieści nie ma żadnej dramaturgii. Suspens nie istnieje. A jak ma istnieć, skoro nie ma ani jednej osoby, której można by kibicować?

Nie przekonuje mnie też zabieg formalny polegający na uczynieniu narratora w pierwszej osobie wszechwiedzącym (boski punkt widzenia). To niepotrzebne efekciarstwo, które tylko zmniejsza wiarygodność opowieści. Jeśli czytam narrację prowadzoną z punktu widzenia dziesięcioletniego chłopca, to naprawdę trudno mi uwierzyć w dorosłe przemyślenia, nawet, jeśli mam świadomość, że wspomnienia spisywane są przez trochę starszego Dawida. Nadanie bohaterom rysu - ja wiem wszystko, wszystko rozumiem i przenikam mym umysłem - jeszcze bardziej odrealnia te postaci i sprawia, że im nie ufamy.

Książka nie wnosi też nic nowego w zakresie wiedzy historycznej. Człowiek po maturze, jako tako otrzaskany z historią, wszystko to, o czym pisze Twardoch powinien już wiedzieć, jeśli nawet nie ze szkoły, bo nie chciało mu się czytać Borowskiego, Nałkowskiej czy Szpilmana, to chociażby z setek filmów, które utrwaliły obraz wojny w kulturze masowej.

Naprawdę, nic się nie stanie, jeśli tej akurat książki nie przeczytacie.

poniedziałek, 24 lutego 2020

Steve Cavanagh „Trzynaście” Ocena: 2/6


MĘŻCZYZNA POTRZEBNY OD ZARAZ
„Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy”. Gdybym chciała potraktować poważnie tę złotą myśl Leszka Millera, musiałabym uznać, że Steve Cavanagh nie jest prawdziwym mężczyzną.

Bardzo nie lubię takich numerów, bardzo. Książka świetnie się zaczyna, akcja toczy się na najwyższych obrotach, a napięcie wciąż rośnie. Zarywam noc i czytam. Od razu czuję sympatię do głównego bohatera i odrazę do antagonisty, więc nie mam wątpliwości z kim trzymać. Już, już mam nadzieję, że odkryłam nowego, fajnego autora, że go pochwalę, jak to dorównuje Johnowi Grishamowi z jego wczesnych, najlepszych powieści, ale przychodzi do zakończenia i poskładania wszystkich wątków, a wtedy balon pęka. Syndrom Mroza.

Z powieści Grishama można uczyć się, jak działa system prawny w Stanach. Wiadomo, nie dość, że prawnik, to jeszcze skrupulatny researcher. Cavanagh, niby też prawnik, ale irlandzki, więc może dlatego sprawia wrażenie, jakby funkcjonowania amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości uczył się z powieści klasy B i do tego jeszcze bardzo nie chciało mu się odrabiać lekcji.

Do pewnego momentu wszystko wydaje się wiarygodne, jednak gdy autor odsłania kolejne rąbki tajemnicy, konstrukcja zaczyna się sypać. Ej, naprawdę w tych amerykańskich sądach pracują tacy idioci? Tak łatwo wszyscy przysięgli dają się manipulować, a wszyscy gliniarze idą na łatwiznę i nie chce im się przykładać do roboty? W jeden przypadek uwierzę. Uwierzę nawet w pięć. Ale w trzynaście?!

Po przeczytaniu dziewięćdziesięciu procent powieści zaczęłam odnosić wrażenie, że autor odjechał w kosmos. Taka scena w sądzie, na przykład. Policjanci przychodzą, aby dokonać aresztowania. Zamiast wyciągnąć blachę i po prostu powiedzieć: jesteś aresztowany, rzucają gościa na glebę i bez uzasadnienia przywalają mu w mordę, niczym antyterroryści przy ujęciu groźnego terrorysty. W sądzie, gdzie nie ma możliwości wniesienia broni. W sądzie, na oczach sędziego, agentów FBI i wielu innych świadków. W sądzie, gdzie wiadomo, że facet nie ucieknie. Wariaci jacyś czy samobójcy? Za taką akcję to nie tylko w Stanach się idzie do więzienia.

Książka od początku ma naprawdę wartką akcję, ale jej ostatnie dziesięć procent, to już rollercoaster. Wygląda to tak, jakby autor chciał w końcówkę wpakować trzy filmy akcji: z Bruce’m Willisem, Danielem Craigiem i Jean-Claudem Van Damme na raz. Litości, sam Willis by wystarczył. Co chwila nasz dzielny bohater dostaje w dupę i co chwila cudem udaje mu się uniknąć śmierci.

Tym razem nie będę spoilerować, żeby wyjaśnić absurdy zakończenia, bo mam do autora poważniejszy zarzut: zwyczajnie nas oszukał. Gdyby istniał jeszcze Klub Detektywów, z którego kiedyś wyrzucono Agatę Christie za złamanie zasad, to Cavanagh’owi też by powinni pokazać drzwi. Jedna z tych zasad brzmiała: „Nie można umyślnie wprowadzać czytelnika w błąd, stosując sztuczki inne niż te, których przestępca zasadnie używa wobec detektywa”.* Autor umyślnie wprowadził nas w błąd, stosując sztuczkę z zamianą ról. I po co? Dla jeszcze jednego, zupełnie niepotrzebnego zwrotu akcji? I tak w końcówce ich było za dużo. Jakieś wyczucie proporcji też trzeba mieć.

Nic więcej nie zdradzę, bo może jednak zechcecie przeczytać tę książkę. Przez dziewięćdziesiąt procent naprawdę fajnie się czytało. Nawet nie wiecie, jak żałuję, że nie do końca.

* S.S. Van Dine „Dwadzieścia zasad pisania powieści detektywistycznych”

wtorek, 18 lutego 2020

Wiesław Myśliwski „Ucho igielne” Ocena: 6/6


TARGOWANIE SIĘ ZE ŚMIERCIĄ
Do napisania tej recenzji zbierałam się prawie tak długo, jak do przeczytania powieści. Leżała sobie przez cały czas obok łóżka, na szczycie stosiku. Książki z niższych poziomów regularnie znikały, pojawiały się nowe, ale upychałam je pod spodem. „Ucho igielne” wciąż przypominało o sobie i upominało się swój czas.

Myśliwskiego nie wolno czytać w pośpiechu, na dziesięć minut przed zaśnięciem albo w przerwie między jednym kryminałem a drugim. Myśliwskiemu należy okazać przynajmniej tyle atencji, ile sam Mistrz okazuje swoim czytelnikom. Jeżeli jedną stronę tekstu cyzeluje się przez cały dzień, to trudno o większy dowód szacunku dla odbiorcy. Trzeba więc odpłacić się autorowi tym samym, czytać tak, aby dotarł każdy sens, aby móc zachwycić się każdym zdaniem.

Kłopot z Myśliwskim mogą mieć czytelnicy, którzy z racji młodego wieku nie będą w stanie dostrzec niuansów, tak oczywistych dla ludzi w wieku dojrzałym. Żeby docenić wszystkie treści, trzeba być już po tej drugiej stronie świadomości, którą najlepiej opisuje sformułowanie „już bliżej, niż dalej”.

Myśliwski sięga pamięcią głęboko wstecz, opisuje sytuacje, które zasłyszał lub zna z autopsji i dlatego jest do bólu wiarygodny. Mamy pewność, że ocieramy się o prawdę, a nie tylko o literacką kreację, chociaż pisarz mruga do nas okiem: „(…) prawdy nie powinno się podawać na tacy. Trzeba ją zawsze doprawić. Żeby tak rzec, trochę soli, trochę pieprzu. Prawda musi smakować. Z prawdą, jak ze złotem, ile musi przejść zabiegów, nim stanie się biżuterią.”

Z tej rady rzadko korzystają młodzi autorzy, umieszczający akcję swych książek w czasach, o których tylko słyszeli lub przeczytali w internecie. Wydaje im się, że kreacja może zastąpić prawdę. Myśliwski ma nad nimi jeszcze tę przewagę, że zdaje sobie sprawę z ulotności pamięci. W „Uchu igielnym” ten motyw, o wiele bardziej niż w poprzednich powieściach, wysuwa się na pierwszy plan.

„(…) człowiek nie jest w stanie sprostać swojej pamięci, a tym bardziej jej zmusić, aby pamiętała to, co by chciał. Pamięć zresztą służy w równym stopniu zapominaniu. I na szczęście. Gdyby musiało się pamiętać wszystko, cokolwiek się przeżyło, pamięć by rozsadziła człowieka. (…) gdybyśmy nie umieli zapominać, całe nasze życie płynęłoby w nas jak jakaś niewyobrażalna rzeka, która nie ma brzegów i płynie we wszystkich kierunkach.”

U Myśliwskiego nie znajdziecie wartkiej akcji i fabuły z jedną, wyraźną osią dramaturgiczną. Każda z powieści (zwłaszcza te ostatnie) to szereg anegdot powiązanych ze sobą osobą głównego bohatera. Każda z tych historii niesie jednak ogromny ładunek emocjonalny. Aż trzeba czasem na chwilę przerwać lekturę, aby dojść do siebie. Kiedy czytam jak matka bohatera szyje biało-czerwoną chorągiew z prześcieradła i wsypy, aby uczcić koniec wojny, po policzkach kapią mi łzy. Opisy powojennego biedowania, gdy trzech uczniów musiało korzystać z jednego łóżka przedstawione są z takim taktem i poczuciem humoru, że zaśmiewam się bez poczucia winy, że przecież powinnam raczej współczuć chłopakom.

Czytajcie Myśliwskiego, jeśli jesteście gotowi, by zmierzyć się z tematem odchodzenia. Żeby nie zanudzać w stylu „co autor chciał powiedzieć” po prostu oddaję mu głos:

„(…) może tak się umiera. Po prostu nie przyjdzie się, nie odpisze na list, nie podniesie się słuchawki telefonu.”

„Całe życie trzeba najpierw przeżyć, żeby móc się na nie powoływać.”

„Naprawdę żal mi pana, gdy pomyślę, że ta pańska młodość przeoblecze się kiedyś w moją starość”.

„Poza młodością cała reszta jest przymuszaniem się do życia, w najlepszym razie przyzwyczajeniem. Gdyby nie młodość, czym byśmy tę resztę karmili? Położyć tę całą resztę, choćby najdłuższą , na jednej szalce, a na drugiej nie tak wiele lat naszej młodości, młodość by z pewnością przeważyła. W najgorszym razie szalki by się zrównały. Być może to cały sens istnienia, przynajmniej według mnie.”

„(…) coś, co nie jest nazwane, nie istnieje. Nazwanie jest poznaniem. Potrzebujemy słów, jeśli chcemy wiedzieć. Prócz słów, jakie mamy inne możliwości, żeby wejrzeć w siebie, zrozumieć innych, wyobrazić sobie świat? Weźmy nadzieję, czym jest jeśli nie słowami? A sumienie, czy nie udręką zadawaną przez słowa? A nasze myśli bez słów, czy w ogóle są możliwe? A nasze uczucia pozbawione słów? Nasze sny bezsłowne?”

„Może samotność sami sobie zadajemy jako niezgodę na świat, w którym przyszło nam żyć? Może jej źródło kryje się w naszej bezbronności wobec tego świata? A może i wobec naszego losu, na który nie mamy wpływu?”

„Z czyjegoś życia też mogą płynąć dla nas pożytki. Kto wie, czy nie większe niż z naszego własnego. Nasze własne rozłazi nam się, gdy próbujemy je zebrać. Chyba że znajdziemy sobie jakiś stały punkt, z którego będziemy mogli patrzeć, jak się wokół nas obraca, niczym wokół osi, jak płynie, jak wyprzedza nas, jak cofa się przed nami, jak nas zwodzi, przyspiesza, zwalnia razem z kulą ziemską.”

„Spyta ktoś, a o cóż można targować się ze śmiercią? A chociażby o to, aby nam darowała przynajmniej tę najkrótszą chwilę, jaką można odczuć w sobie, abyśmy doznali samowiedzy, że umarliśmy. Dlaczego to inni mają za człowieka wiedzieć, że umarł? Nikt nie żył za niego, sam za siebie żył, a jego życie, to i jego śmierć. Dlaczego nie mógłby się jeszcze zdobyć choćby na westchnienie:
- Dobrze, że żyłem.”

Jeżeli jakimś cudem nie odkryliście jeszcze Myśliwskiego, radzę zacząć od „Widnokręgu”. Od razu zorientujecie się, czy to wasze klimaty, czy nie.

Czytajcie Myśliwskiego, gdy przyjdzie na was czas.

środa, 12 lutego 2020

Laura Lippman „Spalona słońcem” Ocena: 1/6


PRZEKRĘT TRZECIEJ ŚWIEŻOŚCI
Straszna cienizna.
Bestseller New York Timesa – przeczytałam na okładce. Tylko, to znaczy? Bestseller według czytelników tej gazety czy jej redaktorów? Czy według jej właścicieli, którzy mają układ z wydawnictwem, albo nawet w nim udziały? Nie doszłam o co chodzi, ale zaufanie do gazety uleciało bezpowrotnie.

Akcja dość ciekawie się zawiązuje. Przez pierwszą połowę jednak nic się nie dzieje, ale wielbicielki powieści "kobiecych" nie powinny narzekać. Thrillera wprawdzie nie widać, ale warstwa obyczajowa na razie wydaje się być w porządku, chociaż zachowanie głównej bohaterki jest lekko mówiąc kontrowersyjne.

Już mam zamiar odpuścić sobie dalszą lekturę, ale pada trup i w części drugiej coś wreszcie zaczyna się dziać. Kiedy jednak przychodzi pora, aby dowiedzieć się na czym polegał przekręt stulecia  szumnie anonsowany przez pół powieści, okazuje się, że to żaden przekręt stulecia, tylko szereg zbiegów okoliczności, które pomogły głupiutkiej bohaterce wyjść na prostą. I wtedy okazuje się również, że warstwa obyczajowa, która początkowo wydawała się być w porządku, teraz kompletnie się rozłazi. Gdy dowiadujemy się, jakie motywy kierowały bohaterką, jej zachowanie staje się niedorzeczne, idiotyczne wręcz i kompletnie niewiarygodne.


Nie musicie tego czytać, naprawdę. Wystarczy, że ja to dla was zrobiłam.



wtorek, 4 lutego 2020

Marcel Moss „Nie patrz” Ocena: 1/6


REKORD! REKORD! REKORD!
Po raz pierwszy trafiłam na książkę, która odrzuciła mnie już pierwszym akapitem:
„Nie dość, że zboczeniec, to jeszcze lamus. Dałeś się sponiewierać babie! Jesteś z siebie dumny? – przypadkowy komentarz przypadkowego internauty.”

W celach poznawczych (bo lubię wiedzieć dlaczego) postanowiłam rozebrać ten akapit na czynniki pierwsze.

„Nie dość, że zboczeniec…”
Czyli będzie o „odmiennościach” seksualnych, a ten temat kompletnie mnie nie interesuje.

„… to jeszcze lamus.” Zgodnie z definicją „Miejskiego słownika slangu i mowy potocznej” lamus to „klasowy odrzutek, zazwyczaj nie lubiany przez nikogo. Samotnik lub też trzymający się z innymi jego pokroju. Nie umie sam nic zrobić, wszystkiego się boi i jest słaby ze sportu. Dawniej nazywano takiego osobnika kujonem, ofermą, gamoniem, nieudacznikiem, niedojdą, mymłokiem, lalusiem czy też sierotą. Teraz noszą oni miano frajerów, ciot i również lamusów.”
No, jakoś średnio mam ochotę zagłębiać się w losy zboczeńca i lamusa.

„Dałeś się sponiewierać babie!”
Autor zapewne uważa, że niedowartościowane czytelniczki powinny poczuć jakąś satysfakcję z powodu sponiewierania osobnika męskiego, ale w moim przypadku taka reakcja jednak nie zachodzi.

„Jesteś z siebie dumny?” Absolutnie nie rozumiem, dlaczego rzeczony lamus miałby być dumny z tego, że został sponiewierany. Bezsensowne pytanie retoryczne, aby zaciekawić czytelnika? Nie nabieram się na takie chwyty.

„… przypadkowy komentarz przypadkowego internauty”. Zupełnie też nie widzę powodu, aby przypadkowe uwagi przypadkowych osób miały dla mnie jakiekolwiek znaczenie.

Ponieważ jednak zasadę ograniczonego zaufania stosuję do wszystkich, zwłaszcza do siebie, nie dowierzam intuicji i mimo wszystko czytam dalej:
„Dziś jestem psem.
Klęczę na czworaka w ciemnym chłodnym pomieszczeniu i nasłuchuję jej kroków. Każdy szelest drzew na zewnątrz sprawia, że się wzdrygam i jęczę jak wygłodniałe zwierzę wyczekujące z utęsknieniem powrotu pana, który napełni mu miskę. Podoba jej się to, że jestem bezbronny. Gnębienie mnie sprawia jej frajdę”.

I tak dalej, w ten deseń, aż do końca prologu, przez kilka tłustych stron. A nawet jeszcze gorzej, bo mamy bicie pejczem, maltretowanie psychiczne, miętoszenie penisa, stek wulgaryzmów i wszystko to, czego nawet nie chcielibyście sobie wyobrazić.

W trakcie lektury zamieniam się w „wygłodniałe zwierzę wyczekujące z utęsknieniem powrotu pana, który napełni mu miskę” i zaczynam toczyć pianę z pyska. Przerywam lekturę, kiedy zbiera mi się na wymioty. Autor może tam sobie być sadystą, ale ja nie czytam książek za karę. Moja pierwsza reakcja obronna była jednak prawidłowa. Chyba znów intuicja mnie nie zawiodła.

Zaglądam na portale czytelnicze i co widzę? Dziesiątki recenzentów uznało tę książkę za genialną! Tak, moi drodzy, ocena dziesięć gwiazdek to norma. Konta wielu zachwyconych recenzentów na LC są niedostępne bez specjalnych uprawnień, ale i tak widać, że ich biblioteczki składają się z jednej lub kilku książek. Jak się przeczytało tylko jedną książkę, i do tego własną, nic dziwnego, że uważa się ją za doskonałą.

Jeżeli tak dzisiaj mają wyglądać arcydzieła, to naprawdę pora umierać. Albo schować się gdzieś w najgłębszej piwnicy, czekać aż ktoś przyniesie michę z żarciem i przestać czytać książki.

Jeżeli się pomyliłam w ocenie, i ta powieść jest naprawdę godna uwagi, bardzo was proszę, dajcie mi o tym znać. Jeśli uda wam się doczytać tę książkę do końca, przekonajcie mnie, że było warto, i proszę, napiszcie dlaczego. Poważnie. Przecież recenzenci też mogą popełniać błędy, nie tylko autorzy.

czwartek, 30 stycznia 2020

Jørn Lier Horst „Ukryty pokój” Ocena: 2/6


OPOWIEŚCI Z REPUBLIKI BANANOWEJ
Zawsze myślałam, że ostatnimi czasy Norwegia stoi cywilizacyjnie wyżej niż Polska. Tymczasem czytam historię, która niby dzieje się w Norwegii, ale powinna rozgrywać się w jakiejś republice bananowej.

Prokurator generalny zleca śledztwo szeregowemu policjantowi z pominięciem wszelakich procedur. W domu zmarłego nagle na zawał polityka zostają znalezione kartony, w których leżą sobie dolary, funty i euro o wartości, w przeliczeniu, około trzydziestu pięciu milionów (!!!) złotych. Prokurator nakazuje policjantowi: zrób pan z tym coś i dowiedz się skąd on to miał. Policjant zabiera więc paczki z forsą do własnego domu, w którym nie ma nawet zainstalowanego alarmu (zakłada potem; alarm instalują mu od ręki, w godzinę, co może jednak oznaczać, że moja wstępna refleksja o wyższości cywilizacyjnej Norwegii była skądinąd słuszna, chociaż skłaniam się ku tezie, że to tylko efekt nieposkromionej wyobraźni autora). Oczywiście, od razu wiem, dlaczego detektyw robi coś tak idiotycznego – żeby potem ktoś mu te pieniądze mógł ukraść (to nie spoiler, nawet ćwierćinteligent by to załapał, a czytelnicy kryminałów mają podobno inteligencję na poziomie przynajmniej średnim).

To moje pierwsze spotkanie z autorem, i znów, tak jak w przypadku Simona Becketta, trafiam na niewypał. Tym razem, na szczęście autor nie zdradza, co wydarzyło się w poprzednich odcinkach, ale już sam absurdalny punkt wyjścia nastawia mnie do niego mało przychylnie. Dalej akcja jakoś się toczy, ale w pewnym momencie okazuje się, że wszystko to, do czego ekipa doszła już na wstępie, potwierdza się. Nie ma żadnych zwrotów akcji (z wyjątkiem kradzieży, zaanonsowanej już na początku umieszczeniem forsy w idiotycznym miejscu), a zakończenie zupełnie mnie nie przekonuje. Detektyw nie przedstawia żadnego dowodu, że tak działo się naprawdę, muszę mu uwierzyć na słowo, a nie robię tego z zasady, bo autorom kryminałów nigdy nie ufam.

„Ukryty pokój” to dwunasta powieść z serii o detektywie Wistingu. Niestety, również w przypadku tego autora potwierdza się moja obserwacja, co do „wypalenia” uznanych twórców. Grisham, Krajewski, Pérez-Reverte, Beckett, Horst, Nesbø, Läckberg, Gerritsen mają swoje wierne grono fanów, którzy kupią każdą ich książkę, więc po co się wysilać. Nowych, niestety, w ten sposób nie zdobędą, a starzy mogą się znudzić.

Dlatego właśnie lubię czytać debiuty. Miło jest czasem wyłowić perełkę.

środa, 22 stycznia 2020

Robert Małecki „Wada” Ocena: 1/6


CZARNE CHMURY
Co byście zrobili, gdyby przyjaciel dał wam do oceny swoją naprawdę źle napisaną powieść? Nie wystarczyłoby się wymigać mówiąc - pierwszy rozdział trochę się dłuży, albo - weź i wytnij parę scen z żoną, bo niepotrzebne. Można by tylko powiedzieć - wiesz, stary, tę książkę to właściwie trzeba by napisać od nowa. Żaden z długiej listy przyjaciół, którym Robert Małecki złożył gorące podziękowania za pomoc przy pisaniu tej powieści nie odważył się na coś takiego. Nawet to rozumiem. Sama chyba też nie miałabym serca, gdyby chodziło o bliską mi osobę. Na szczęście, nie przyjaźnię się z autorem, więc mogę napisać to, czego nie powiedzieli mu przyjaciele.

Chwaliłam niedawno Roberta Małeckiego przy okazji „Skazy”, że tak ładnie rozwija się twórczo, a tymczasem moje zachwyty były przedwczesne. Po lekturze „Wady” mam wrażenie, że autor cofnął się w rozwoju o lata świetlne.

Książka jest niemiłosiernie przegadana. Zaczęłam, niestety, słuchać audiobooka więc wszystkie dłużyzny wyszły jak szydło z worka. Płynący z głośnika stek niepotrzebnych przekleństw również nie pomagał w odbiorze. Nie pomagał też lektor, który co trzecie zdanie wzdychał.

Autor celebruje opisy nie mające żadnego wpływu na przebieg akcji, tak jakby płacili mu od słowa i za wszelką cenę musiał nadmuchać objętość. To się nie sprawdza w kryminale. Czasem opisy budują klimat, ale Małecki używa wciąż tych samych, zgranych motywów i sformułowań, i to jest niestrawne w tak dużym natężeniu. „Smagały go gorące podmuchy niespokojnego wiatru. W oddali na nieboskłonie dostrzegł zwarte pola czarnych chmur”. „(…) z plaży przegoniły ich zbierające się nad jeziorem kłębowiska ciężkich stalowych chmur. Porywisty wiatr wyginał gałęzie drzew i krzewów, szarpał przybrzeżną trzciną”. „W zniekształconej powierzchni wody odbijały się ciemne chmury”. „(…) pierwsze grube krople deszczu uderzyły o granatową plandekę przyczepy. Tuż obok złowrogo zaszumiały drzewa”. „(…) uczucie to wzmagał silny wiatr, który gnał czarne chmury nad opustoszałe, gotowe na kolejną ulewę miasto”.

W celu uatrakcyjnienia fabuły autor wprowadza tak pożądane ostatnio przez wydawców sceny bara-bara. Już słyszę w głowie głos redaktora: więcej seksu, Małecki, więcej seksu! Jednak ekscesy seksualne Moniki Skalskiej mają taki sam wpływ na akcję, jak opisy przyrody - są tylko zapychaczami.

Wątek z nowym policjantem który, oczywiście przypadkowo, ginie w wypadku samochodowym nie ma żadnego uzasadnienia. Opóźnienie śledztwa o kilka dni nic nie zmienia, pozostali policjanci i tak w końcu dowiadują się tego samego. Gdyby chociaż to nie był wypadek, tylko na przykład ktoś się chciał go pozbyć. Albo gdyby z powodu wyrzutów sumienia za tę śmierć, Gross naprawdę odszedł z policji. Ale nic z tych rzeczy. Wprowadzenie wątku, tylko po to, aby dorzucić komisarzowi kolejną traumę? Po co? I tak ma ich wystarczająco dużo.

Książka roi się od błędów rzeczowych, które powinna wyłapać redaktorka. Robert Małecki zamiast składać jej podziękowania za dobrą robotę, powinien złożyć reklamacje. Dwa lata po zdarzeniu ktoś złożył anonimowy donos, że pod dom zaginionej kobiety podjeżdżał czerwony polonez. Policja odnalazła samochód i uznała, że to nie mógł być ten polonez, ponieważ samochód nie wyjeżdżał z garażu, i przez trzy tygodnie zbierał na masce kurz. Tylko, że zdarzenie miało miejsce dwa lata wcześniej, więc jakie znaczenie może mieć trzytygodniowy kurz?

Najwięcej błędów pojawia się w wątku harcerskim, który w ogóle jest tutaj ni przypiął, ni przyłatał. Równie dobrze wszystko mogło rozegrać się na kolonii albo zwykłym obozie, albo gdziekolwiek. Jeśli już jednak osadza się akcję w tak charakterystycznym środowisku, wypadałoby cokolwiek o nim wiedzieć. Jeśli przeczyta tę książkę ktoś, kto miał coś wspólnego z harcerstwem, włosy staną mu na głowie, i to bynajmniej nie z tego powodu, że każdy występujący tu harcerz to czarny charakter - albo gwałciciel, albo oszust, albo morderca. Na obozach harcerskich nie używa się słowa „opiekun”. Są funkcje: komendant, drużynowy, oboźny, zastępowy. Komisarz Gross, gdy pojechał na obóz, na pewno został o tym poinformowany. Autor już nie. Pięćdziesięcioletni harcmistrz pełni na tym obozie funkcję skarbnika? Chyba kwatermistrza, bo to on trzyma kasę. Autor z uporem używa też sformułowania „koszula harcerska”. Koszule to były w ZSMP albo HSPSie (jeśli pamiętacie jeszcze, co to było). W harcerstwie są mundury, mundurki, ewentualnie bluzy od mundurów. A lilijka, to lilijka, a nie harcerska przypinka.

Najgorsza jest jednak sama intryga – wymyślona na kolanie, ledwie zafastrygowana. Stąd pewnie te zapychacze. Łatwiej wsadzić dwie strony opisu klejenia modelu motocykla, niż wymyślić, jak sensownie poskładać wszystko do kupy. Przypadek goni przypadek, a rozwiązanie intrygi jest pełne absurdów, jeszcze gorszych niż u Mroza. Ale Mróz przynajmniej mniej przynudza.

Słaby jest już punkt wyjścia. Komisarz Gross znajduje zakrwawiony w środku namiot i od razu wie, że popełniono w nim morderstwo. Nie ma trupa, narzędzia zbrodni, zabójcy, a komisarzowi nawet nie przyjdzie do głowy, żeby sprawdzić, czy to nie jest na przykład krew oprawianego w tym namiocie jelenia. Jasnowidz, po prostu. Prokurator oczywiście nie chce wszczynać śledztwa, i słusznie, ale jest tak wredny i mówi takim językiem, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że to zły prokurator jest.

Zaraz potem, odchodzący na emeryturę, schorowany policjant przekazuje Grossowi teczki ze swoimi nierozwiązanymi sprawami sprzed wielu lat, no i oczywiście sprawa z jednej z teczek musi wiązać się z domniemanym morderstwem. No cóż za fantastyczny zbieg okoliczności!

Dalej jest jeszcze gorzej, ale tu już nie obejdzie się bez spoilerów. Uwaga! Jeśli macie zamiar przeczytać tę książkę, tu musicie przerwać!

Osiemnastoletnia harcerka zostaje zgwałcona na obozie przez swojego o dziesięć lat starszego chłopaka i zaraz biegnie na skargę do harcmistrza „skarbnika” z obozu, tak się składa tatusia chłopaka. Tatuś opieprza synka, ale dziewczynie to za mało. Pała żądzą zemsty i najpierw wypisuje się z harcerstwa, jakby to harcerstwo było winne, że się zadała z niewłaściwym facetem, a potem daje się wciągnąć w intrygę, która doprowadza do śmierci chłopaka. „Gwałt niech się gwałtem odciska”, ale dobrze, to jeszcze kupuję. Ale dlaczego dziewczyna, która chciała swojego chłopaka „tylko nastraszyć” wzięła ze sobą młotek? Młotkiem chciała straszyć dryblasa? I dlaczego na tę akcję ubrała się w mundur harcerski??? Chyba, żeby zgubić lilijkę i podrzucić autorowi pomysł jak powiązać zupełnie nie wiążące się ze sobą wątki. Dlaczego zamiast wyrzucić ten zakrwawiony mundur, schowała go do wersalki w domu swojego ojca? Dlaczego druga kobieta, która jest mózgiem tej operacji wymyśla skomplikowaną akcję z przebierankami, skoro później jej własny chłopak (inny niż ten, którego zabito) zgłasza policji, że znalazł zakrwawiony namiot? Jest jeszcze wiele takich „dlaczego”, a odpowiedź zawsze ta sama – dlatego, że autorowi nie chciało się wymyślić lepszego rozwiązania.

Wątek z przeszłości. Koniec lat osiemdziesiątych, schyłkowa komuna. Chłop wpada na pomysł, żeby sprzedać (!) swojego pierworodnego (!) syna koledze, który nie może mieć dzieci. Żona oczywiście się sprzeciwia, więc „przypadkiem” zostaje zabita. Potem chłop przy pomocy kolegi, który chciał kupić dziecko zakopuje ciało żony przed progiem własnego domu. A potem spokojnie żyje sobie w tym domu przez trzydzieści lat, samotnie wychowuje córkę i spokojnie patrzy, jak kolega, tak się składa, że to nasz znajomy harcmistrz z obozu (mała ta Chełmża), wychowuje jego syna, a przed wszystkimi udaje rozpacz z powodu utraty dziecka i żony. Chłop jest na tyle łebski, że co roku zgłasza się na policję i dopytuje jak tam śledztwo w sprawie zaginięcia jego żony i syna.

A teraz - uwaga! - policjant, ten który odszedł na emeryturę i przekazał Grossowi teczki, dobrze wie, że żona chłopa nie żyje i przez kilkanaście lat godzi się na tę farsę! O wszystkim wiedzą też sąsiedzi, ale trzymają gębę na kłódkę, chociaż córka zamordowanej kobiety przeżywa katusze i usiłuje dowiedzieć się, co stało się z jej matką i bratem. A potem – znowu uwaga! – jak już szczęśliwie znajduje brata (zupełnie przypadkiem to przybrany syn naszego harcmistrza skarbnika z obozu), to postanawia go zabić, żeby nie musiała się z nim dzielić majątkiem po ojcu. No brazylijska telenowela, po prostu!

I wreszcie rozwiązanie zagadki, czyli absurd totalny. Facet dostaje w głowę młotkiem, traci w namiocie tyle krwi, że Gross jest przekonany, że po czymś takim nie można przeżyć, dlatego wszczyna śledztwo w sprawie zabójstwa, a okazuje się, że nasz gość jest jakimś cyborgiem. Nie dość, że dochodzi do przytomności i wydostaje się z namiotu, to jeszcze przez kilka kilometrów wędruje do swojego domu, żeby zamknąć się na klucz i tam umrzeć. Cudne! Nie prościej było udać się do szpitala?

I to już jest ten poziom absurdu, którego kompletnie nie potrafię zaakceptować. Fantastyki nie czytam, a więc obawiam się, że z Robertem Małeckim nie będzie mi już po drodze.