niedziela, 22 grudnia 2019

Klaudia Morawa "Pułapka życia" Ocena 1/6


PANIE BOŻE, ZAGRZMIJ!
Kolejna książka zarekomendowana osobiście przez autorkę, która mimo ostrzeżeń, że ze mną nie ma taryfy ulgowej, zdecydowała się na rytualne seppuku, czyli przyjęcie na klatę „konstruktywnej krytyki”. Masochizm młodych autorów jednak nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.

Z lektury „Pułapki życia” powinnam zrezygnować już po przeczytaniu zamieszczonej na wstępie przedmowy do „drogiego czytelnika”. Autorka na samym początku informuje nas, jak bardzo się napracowała pisząc tę powieść aż przez dwa lata, i jak to pisanie wzbogaciło jej osobowość. Ta nieznośna maniera jest, niestety, przywarą wielu pisarzy, więc przymykam oko. Ale Klaudia Morawa idzie dalej i wyjaśnia czytelnikowi, czego może się spodziewać po tej książce: „Nie znajdziesz w niej opisów przyrody ani miejsc akcji. Są w niej tylko wyrazy, które opisują środowisko bohaterów”. No, jeśli w powieści są „tylko wyrazy”, to równie dobrze mogłabym sięgnąć po książkę telefoniczną.

Autorka lojalnie uprzedza, co nas czeka: „Moi bohaterzy często wsiadają i wysiadają z samochodu, idą ulicą, piją kawę, uśmiechają się. Znajdziesz powtórzenia, bo każdego dnia wykonujemy te same czynności”. Już teraz powinnam rzucić czytnikiem w kąt, bo zawsze byłam przekonana, że konstruowanie powieści zupełnie na czym innym polega, a od fabuły wymagam trochę większego wyrafinowania, niż opisywanie bohaterów, którzy „często wsiadają i wysiadają z samochodu”. Obiecałam jednak recenzję, więc cóż robić, z uporem maniaka brnę dalej.

Autorka w przedmowie zdradza nam również przesłanie książki, słusznie podejrzewając, że skoro będziemy czytać „tylko wyrazy”, to niewiele uda nam się z treści załapać: „Nie zamierzam nikogo nawracać ani mówić mu jak ma żyć i co ma myśleć”. (Dzięki, dzięki, dzięki!) „Wątek homoseksualny pojawił się właśnie dlatego, że nie można pomijać osób nieheteronormatywnych. (Cóż za wzruszająca poprawność polityczna w słowotwórstwie!) „Jeśli masz negatywny stosunek do osób homoseksualnych są dwa wyjścia: albo pozbędziesz się tej książki, albo ją przeczytasz i zadasz sobie pytanie…”

Nie mam negatywnego stosunku do nieheteronormatywnych”, ale nie zamierzam zadawać sobie żadnego pytania, bo mój masochizm, w przeciwieństwie do masochizmu autorki ma jednak swoje granice. Można sobie pisać grafomańskie wypracowania na poziomie szkoły podstawowej, a nawet je publikować nazywając powieściami, z przekonaniem, że to wiekopomne dzieła przełamujące tabu, ale naprawdę, nie ma przymusu, aby takie wypociny czytać. Z poczucia obowiązku przebijam się więc przez kilka pierwszych rozdziałów, i dopiero wtedy rzucam czytnikiem w kąt.

Tego naprawdę nie da się czytać, uwierzcie, nie da się. Chyba, że ktoś ma mentalność polonisty-sadysty, który czerpie satysfakcję z podkreślania każdego zdania na czerwono. Składnia! Frazeologia! Interpunkcja! Styl! Dobrze, że nie korzystałam z papierowej wersji, bo gdybym miała długopis w dłoni, przy stawianiu tych wszystkich wykrzykników na marginesie, chyba przebiłabym kartkę na wylot!

Co trzecie zdanie z „Pułapki życia” (nie liczyłam, to hiperbola) nadaje się do umieszczenia w zbiorze „Humor zeszytów szkolnych”: „Promienie słoneczne, odbijające się od łysiny na czubku jego głowy, łagodziły rysy jego twarzy…” Nawet próbowałam to sobie wyobrazić, ale bez większych sukcesów. „Jako najstarszy w wydziale Rob Moore cieszył się poważaniem wśród detektywów. Jego niski wzrost był częstym tematem żartów policjantów”. No to chyba mieli go w tak zwanym głębokim poważaniu.

Klaudia Morawa posługuje się słownictwem ubożuchnym, jak u przedszkolaka. „Wstał, zamknął za nią drzwi i wrócił na swoje miejsce”. „Postawiła pudło na biurku i swobodnym krokiem przeszła do biura kapitana i stanęła w drzwiach”. Stawanie w drzwiach, oprócz zaanonsowanego wcześniej wychodzenia z samochodów, to ulubione sformułowanie autorki. Synonimy? A co to jest synonim?

Błąd na błędzie błędem pogania. Autorka nie ma pojęcia, jak poprawnie posługiwać się językiem polskim. Rozpoczyna narrację w czasie teraźniejszym, a potem, ni z gruchy, ni z pietruchy, w środku zdania przechodzi sobie na czas przeszły. Nie potrafi zbudować zdania podrzędnie złożonego, nie rozumie, co to jest ciąg przyczynowo-skutkowy w zdaniu. A najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że na liście płac figuruje - wystawcie sobie – redaktor, Jacek Żybura. Panie Jacku, nie wstyd panu?! Autor ma prawo być przekonany, że popełnił wiekopomne dzieło, ale obowiązkiem redaktora jest poprawianie jego błędów. I niech się pan nie tłumaczy, że nic się z tym nie dało zrobić. Wiem. Trzeba było nie redagować, a jak już pan musiał na tym „utworze” zarobić, to przynajmniej mógł się pan nie podpisywać.

Dialogi w tej książce są tak drewniane, że można na nich połamać zęby:
- Jest najlepszym detektywem – powiedział – ale przeżyła ciężkie momenty. Musisz jej wybaczyć.
- Chyba nie mam wyjścia.
- Zatrudniłem cię, bo wierzę, że dasz sobie radę – dodał, otwierając przed nią drzwi.”

Jeśli czytacie moje recenzje, to wiecie, że staram się nie używać epitetów, szczególnie gdy piszę o książkach debiutantów, ale poprawność polityczna musi kończyć się tam, gdzie zaczyna się szkodliwość społeczna. Pierwszy raz, odkąd prowadzę te zapiski, trafiłam na tak fatalnie napisaną książkę. Świat już naprawdę schodzi na psy, skoro można publikować takie potworki i jeszcze kazać ludziom za to płacić. To powinno być prawnie zakazane. Przecież nie każdy zorientuje się, że to grafomania, a wręcz pomyśli, że skoro ktoś to opublikował, to może znaczy, że to jest dobre? Może dojdzie do wniosku, że takie są dzisiaj standardy? Że to jest właśnie poprawna polszczyzna? Że można publikować koślawe zdania albo „tylko wyrazy” i nazywać to powieścią? I to jest właśnie szkodliwość społeczna. Jeśli nie protestujemy, że ukazują się takie książki, sami sobie wychowujemy kolejne pokolenia grafomanów.

Ja protestuję! Panie Boże, widzisz i nie grzmisz!?

Pani Klaudio, straciła pani te dwa lata na wyprodukowanie wyrobu literaturopodobnego, który tylko dla pani ma jakąś wartość. I może jeszcze dla pani bliskich, ale tylko dlatego, że potrafią docenić, ile wysiłku pani w to włożyła. Życzę przedświątecznie, aby nie marnowała pani następnych lat swojego życia. Poważnie. To nie jest złośliwość ani ironia. Naprawdę, lepiej spełniać inne marzenia.

sobota, 14 grudnia 2019

Małgorzata J. Kursa „Malwina i Eliza na tropie. Szczęśliwa nieboszczka” Ocena: 3/6


GDZIE KUCHAREK SZEŚĆ…
Na tle innych, wydawanych ostatnio powieści kryminalnych o humorystycznym zabarwieniu „Szczęśliwa nieboszczka” wyróżnia się pozytywnie tym, że jej bohaterki potrafią posługiwać się jak należy szarymi komórkami. Autorka, na szczęście, oparła się modnym od jakiegoś czasu trendom, wedle których najbardziej śmieszne jest to, że detektyw jest idiotą.

Książkę czyta się bez bólu (postaci sympatyczne, intryga poprawna, akcja jakoś się rozwija), ale też bez większych uniesień. Letniość – tym słowem najlepiej można opisać to, co najbardziej przeszkadza w odbiorze. Przyczyna bierze się stąd, że w powieści jest zbyt wiele osób, które pretendują do miana detektywa. Imiona Malwiny i Elizy zapamiętałam tylko dlatego, że zaistniały w tytule, pozostałe postaci rozmazały mi się w tle: synowa jednej z tytułowych bohaterek, dwóch policjantów (jeden również z drugą detektywką skoligacony), ich szef i prokurator. Malwina i Eliza praktycznie niczym się nie różnią (aż się prosi, jeśli już mają być dwie, żeby jedna była Sherlockiem, a druga Watsonem; od razu uprzedzam protesty autorki, że przecież tak miało być – może i miało, ale nie jest). Policjanci również są tacy sami nijacy: uprzejmi, zdyscyplinowani, średnio rozgarnięci.

Czytać, nie czytać? No, niby nic nie stoi na przeszkodzie, ale czy naprawdę trzeba?

piątek, 6 grudnia 2019

Arturo Pérez-Reverte „Falcó” Ocena 2/6


ŻAL
Ech… a jeszcze nie tak dawno Pérez-Reverte pisał takie fajne książki…

Dzisiaj, po lekturze „Falcó” mogłabym właściwie skopiować moją opinię o „Dziewczynie o czterech palcach” Marka Krajewskiego (recenzja z 7 listopada 2019). Mam wrażenie, że hiszpańskiemu autorowi, tak samo jak naszemu, już bardzo nie chce się pisać książek i rozmienia się na drobne. Jedynym plusem tej powieści są dobrze oddane realia czasów wojny domowej w Hiszpanii. Wszystko inne leży.

Główny bohater – to nieudolna kopia Jamesa Bonda, tylko w historycznym kostiumie. Nudziarz, uwodziciel, najemnik bez charakteru, któremu wszystko jedno, czy pracuje dla czarnych czy czerwonych, a zabić człowieka, to jak splunąć – jego losy nic mnie nie obchodzą.

Postaci drugoplanowych, a w szczególności mocnego przeciwnika – brak. Jest za to masę bezbarwnych bohaterów epizodycznych, o których wiemy zbyt mało, żeby budziły jakiekolwiek emocje. Pojawiają się, znikają, nie mają wpływu na los bohatera.

Nuda, nuda, nuda. Wątła fabuła ciągnie się jak papier toaletowy: żadnych zwrotów akcji, cliffhangerów, fałszywych tropów, żadnej tajemnicy, za to mnóstwo niepotrzebnych opisów, które na rozwój fabuły nie mają żadnego wpływu, i pełno dialogów, w których rozmawia się o niczym.

Autor, jak niedouczony debiutant spoileruje sobie praktycznie każdą scenę. Najpierw zapowiada, co się ma wydarzyć, a potem po kolei to opisuje. Nie ma lepszej metody, żeby zanudzić czytelnika.

Wielkie rozczarowanie. Szkoda.

poniedziałek, 2 grudnia 2019

Louise Penny „Martwa natura” Ocena: 4/6


KANADA JAK STARA ANGLIA
O mały włos w ogóle bym tej książki nie przeczytała. Nie wiem kto wpadł na pomysł, autorka, czy wydawnictwo, żeby już na samym początku zamieścić podziękowania, bez których niektórzy pisarze obejść nie mogą. Ociekały one taką ilością wazeliny i lukru, że zamiast zachęcić do lektury, wywołały mdłości. Zdołałam jednak jakoś się przemóc, i dobrze, bo na szczęście sama książka jest dużo lepsza, niż przedmowa.

Mój pierwszy kanadyjski kryminał, choć jego akcja rozgrywa się współcześnie, przywiódł mi na myśl sielsko-anielską atmosferę St. Mary Mead, gdzie wszyscy się znają, a zło czai się wszędzie. Detektyw nie jest wprawdzie dziarską staruszką o nazwisku Murple, tylko zwyczajnym policjantem, ale zdecydowanie, zwolennicy klimatów w stylu królowej Agathy nie powinni być tą książką zawiedzeni. Świetnie odmalowana kanadyjska prowincja (z frankofońskimi smaczkami, bo rzecz dzieje się w Quebecu), barwne, wiarygodne pod względem psychologicznym postaci, dobrze zaplątana intryga i akcja, która nie pędzi na łeb na szyję, tylko idealnie wpasuje się w niespieszne, prowincjonalne tempo życia. Do tego zakończenie, które wprawdzie braliśmy pod uwagę, ale tylko jako jeden z wariantów, więc satysfakcja z samodzielnego dochodzenia – kto zabił – również nas nie ominie.

Ja tam lubię takie oldschoolowe klimaty. Będę wracać do autorki, żeby odsapnąć.