środa, 24 listopada 2021

Janusz A. Zajdel „Limes inferior” Ocena: 5/6

UCIECZKA OD WOLNOŚCI

Na pewno macie taką listę książek, które od dawna chcecie przeczytać, tylko zawsze brakuje na to czasu. „Limes inferior” był na mojej liście, dlatego wyzwanie rzucone na portalu nakanapie.pl potraktowałam jak zrządzenie losu.

Zajdel zawojował mnie już od pierwszych stron: „…zupełnie niezłą realizacją idei szczęścia jest taka chwila, kiedy się leży na wznak kołysany falami, ogrzewany promieniami słońca…Kiedy naprawdę czuje się płynący czas. (…) jeśli możesz pozwolić sobie na to, by nie liczyć uderzeń fali i upływających chwil, jeśli upływ czasu nie wywołuje paniki w twoim umyśle – jesteś naprawdę szczęśliwy.(...) Ideałem wolności byłaby zatem sytuacja, w której człowiek rozporządza całym swoim czasem.”

Czytam coś takiego i razu wiem, że ta książka, mimo przynależności do gatunku SF, którego nie lubię, nie będzie opowieścią o zielonych ludzikach na Księżycu, tylko o czymś, co jest mi bardzo bliskie.

Zajdelowi udało się przewidzieć kierunek rozwoju ludzkości z niewiarygodną intuicją. Książka została napisana w czasach komuny. Fantastyczny świat wszyscy odbierali jako metaforę socjalistycznej rzeczywistości. Zajdel stworzył wizję idealnego z pozoru świata, w którym nie ma głodu, studia wyższe są powszechne i obowiązkowe, a każdy obywatel, niezależnie od tego czy pracuje czy nie, ma zapewniony byt (czyli, paradoksalnie, zupełne odwrócenie komunistycznej zasady „kto nie pracuje, ten nie je”). Praca jest przywilejem ambitnych; mechanizacja posunęła się tak daleko, że ludzie nie muszą się wysilać. Opiekuńcze państwo dba o każdego, przyznając zapomogi, w zupełności wystarczające żeby przeżyć, pod jednym warunkiem – trzeba być „potulnym barankiem w tej owczarni”.

Kiedy nie trzeba się martwić żeby przeżyć, pojawia się jednak inny problem. Istotnym elementem staje się jakość życia. W społeczeństwie podzielonym na klasy, wydaje się, że według sprawiedliwego klucza, bo zgodnie z ilorazem inteligencji, najwyższe kasty, które dostąpiły przywileju pracy mogą sobie pozwolić na wszystko, a ci z dolnych warstw mogą oglądać luksusy tylko przez szybę. Analogia do sklepów „za żółtymi firankami” i Pewexów kiedyś była bardzo czytelna.

Rzeczywistość ubrana w pomysłową metaforę, to jednak tylko tło opowieści. Zajdel sięga w głąb natury ludzkiej. Akcja mogłaby się rozgrywać w dowolnym miejscu i czasie, bo motywacje działań człowieka są niezmienne. Osoby z niższych klas zawsze będą kombinować, jak znaleźć się na górze społecznej drabiny. I to jest osią fabularną książki.

Cena za dobrobyt jest wysoka – to utrata wolności. Każdy obywatel jest kontrolowany przez państwo. Sposób, który wymyślił Zajdel jest naprawdę wizjonerski. Inwigilacja odbywa się przy pomocy Klucza - plastikowej płytki, „będącej równocześnie dowodem tożsamości, kartą kredytową, zegarkiem, kalkulatorem, dyplomem, certyfikatem klasy intelektu i licho wie, czym jeszcze (…) zastępuje wszystkie dawne zaświadczenia, dokumenty, czeki”. Zajdel nie przewidział, niestety, że ta płytka będzie również telefonem, umożliwiającym przesyłanie ruchomych obrazów i wszelkich informacji z jednego końca świata na drugi, ale żaden z pisarzy SF tego nie przewidział. Nikt, z autorem włącznie, nie spodziewał się również, że coś, co dawniej było tylko fantazją pisarza, dziś okaże się odzwierciedleniem rzeczywistości. Kiedyś stwierdzenie: „wszystkiego strzeże nieomylna, czujna elektronika i automatyka” było fikcją literacką, dzisiaj - to prawda. Chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że nasze współczesne „klucze” ze szklaną szybką, do korzystania z których przecież nikt nas nie zmusza, są narzędziem inwigilacji jeszcze bardziej wyrafinowanym, niż mogli to sobie wyobrazić literaci. Na własne życzenie uciekamy od wolności.

I tylko jedna rzecz mnie w tej książce uwiera – zakończenie. W posłowiu do wydania z 1989 roku, napisanym przez Macieja Parowskiego, przeczytałam taką wypowiedź Zajdla: „Określam się jako zwolennik FR (fantastyki racjonalnej), natomiast czary, telepatia, duchy, sakiewki bez dna i kije samobije, płody halucynacji czy imaginacji mnie nie interesują. Wolę modelowo boksować się ze światem”. Niestety, autor sprzeniewierzył się tej idei w „Limes inferior”. Zakończenie jest rodem z zupełnie innej bajki. W tymże posłowiu znalazłam usprawiedliwienie takiego działania. Zajdel skończył pisać tę książkę w sierpniu 1980 roku (ukazała się w stanie wojennym). Wtedy „cudowny happy end” dawał ludziom nadzieję. Dlatego wybaczam autorowi „kosmiczną” końcówkę.

Czy nadzieje się spełniły? Oceńcie sami. Naprawdę warto zanurzyć się w ten niby fantastyczny, ale wciąż do bólu aktualny i prawdziwy świat.

 

niedziela, 14 listopada 2021

LUBIĘ ŁAMAĆ SCHEMATY rozmowa z Izabelą Szylko, autorką "Damy z blizną"

Żona polityka, który najgłośniej sprzeciwia się aborcji, zostaje zgwałcona i zachodzi w ciążę. I co dalej?

 

Czy Jarosław Kaczyński nie powinien przeczytać tej książki przed kolejnymi wyborami?

Lepiej nie. Mógłby wyciągnąć wnioski, które pomogłyby mu znowu wygrać (śmiech). Całe szczęście, że politycy nie mają czasu na czytanie kryminałów.

A szkoda. Z Damy z blizną mogliby wiele się nauczyć.

Nie sądzę, żeby mieli taką potrzebę. Oni wierzą, że są nieomylni. I dobrze im z tą wiarą. A społeczeństwo, które jest gdzieś tam w tle, przydaje się tylko wtedy, gdy trzeba przyciągnąć ludzi do urn, żeby oddali swój głos.

Skoro masz tak negatywny stosunek do polityki, dlaczego osadziłaś akcję powieści kryminalnej właśnie wśród polityków?

Z buntu. Z niezgody na to, co dzieje się wokół nas. Z nadziei, że jest szansa, żeby coś zmienić. A poza tym, to bardzo barwny światek, gratka dla literata. W tym środowisku odsetek hipokrytów, ludzi chorobliwie ambitnych, żądnych władzy i dla zdobycia tej władzy gotowych na wszystko, daleko przekracza krajowe normy. Idealny grunt dla kiełkowania zbrodni.

Co dla ciebie było ważniejsze przy pisaniu tej książki: intryga czy przesłanie?

Oczywiście, że intryga. Chciałam stworzyć kryminał, który będzie łamał schematy. Taki dla bardziej wymagających czytelników, znudzonych wydawanymi co trzy miesiące bestsellerami, w których tylko trup się zmienia, a droga do wykrycia zbrodni jest zawsze taka sama. Ale zaczęłam nietypowo, czyli od przesłania.

Dlaczego nietypowo?

Prowadzę kursy kreatywnego pisania w szkole Maszyna do Pisania i przestrzegam moich studentów: nigdy nie zaczynajcie od przesłania. Najpierw znajdźcie ciekawą historię, wymyślcie, jak ją atrakcyjnie przekazać. Jeśli uda wam się to dobrze opisać, przesłanie wypłynie na wierzch jak oliwa. A tymczasem sama zaczęłam od końca.

Czyli już na początku złamałaś zasady.

Zaczęło się od tego, że zadałam sobie pytanie: co by było, gdyby żona polityka, który najgłośniej sprzeciwia się aborcji została zgwałcona przez psychopatę i zaszła w ciążę? Czy wciąż byłby tak niezłomny w swoich poglądach? A może dostosowałby się do okoliczności?

Miałaś złudzenia, że taki polityk chciałby wychowywać dziecko psychopaty?

Żadnych. Jednak zastanawiałam się, czy gdyby taki problem dotknął go osobiście, to może dotarłoby do niego, że liczy się przede wszystkim człowiek, a nie abstrakcyjne idee.

I jak ci się udało od takich rozważań przeskoczyć do kryminalnej intrygi?

Zapowiadało się na smętną, obyczajową historię. Dopiero kiedy przypomniałam sobie radę Agathy Christie, że nic tak nie ożywia akcji, jak trup, fabuła nabrała rozpędu.

Zakończenie Damy z blizną zaskakuje na wielu poziomach.

Lubię łamać schematy. Lubię zwroty akcji, które stawiają wszystko na głowie. Jeśli nawet czytelnik podświadomie będzie przeczuwał rozwiązanie, nie domyśli się wszystkiego. Dopiero, gdy ostatni element puzzli trafi na swoje miejsce, wyłoni się pełny obraz całości.

Czy na kursach pisarskich uczysz, jak łamać schematy?

Uczę jakie są zasady, bo najpierw trzeba je poznać, żeby wiedzieć, co i jak łamać. Wszystkich, którzy chcieliby zdobyć taką wiedzę, zapraszam na Gdańskie Targi Książki, gdzie poprowadzę warsztaty Trup w każdej szafie, czyli jak napisać kryminał. W najbliższą sobotę, 20 listopada, godz. 10.00. Wstęp wolny.

Czytając Damę z blizną nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to nasze swojskie House of Cards.

Jaki kraj, taki Domek z kart. To mój ulubiony serial, oprócz Breaking Bad. Fascynują mnie tacy przesiąknięci złem bohaterowie. Nie da się polubić, ale nie sposób im nie kibicować. A nawet, do pewnego stopnia, można ich usprawiedliwiać. Może dlatego, że sama jestem zupełnie inna (śmiech).

Wspomniałaś w jednym z wywiadów, że reżyser, to nie zawód, tylko charakter. Czy zatem charakter nie podpowiada ci, aby przenieść Damę z blizną na ekran?

Właśnie pracuję nad scenariuszem. Przed kolejnymi wyborami prezydenckimi będzie jak znalazł.

 

Wywiad dla "Gazety Wyborczej" (dodatek "Duży Format"), 15 listopada 2021r.

 

środa, 27 października 2021

Kazuo Ishiguro „Klara i słońce” Ocena 6/6

KLARA I JA

Czy można wzruszyć się losem robota? Można, jeśli robot ten nazywa się Klara i powstał w wyobraźni genialnego pisarza.

Jeżeli, podobnie jak ja, nie lubicie powieści science-fiction, w ogóle nie musicie się tym przejmować. Ishiguro wprowadził do powieści elementy fantastyczne, ale są one tak prawdopodobne, że bez problemu można mu zaufać. Bo czy tak trudno sobie wyobrazić, szczególnie po czasach pandemii i zdalnego nauczania, że samotność dzieci okaże się tak wielka, że będą potrzebowały sztucznego przyjaciela? Że ten sztuczny przyjaciel będzie nie tylko inteligentny, potrafiący samodzielnie zdobywać wiedzę, ale również da się go zaprogramować tak, aby rozwijały się również jego uczucia? Potrafię również zgodzić się z pomysłem autora, że ludzkość wpadnie kiedyś na pomysł, aby genetycznie modyfikować nie tylko kukurydzę, ale również człowieka. I to nie tylko w szczytnych celach, aby na przykład, pomóc mu w walce z chorobami, ale po to, by wyselekcjonowane jednostki mogły zdobyć przewagę nad tymi, których nie stać, żeby za to zapłacić.

Narracja z punktu widzenia Klary prowadzona jest niespiesznie, ale Ishiguro to mistrz dramaturgii. Co chwila zawiesza jakąś tajemnicę, która w odpowiednim momencie wychodzi na jaw. Dzięki temu z zaciekawieniem przewracamy kolejne strony, zastanawiając się, co będzie dalej. 

„Klara i słońce” to piękna opowieść o przemijaniu, o ludzkich wyborach, które mogą zaważyć na całym życiu, o granicach poświęcenia. To, co w tej książce najważniejsze, można wyczytać między wierszami i trafia bezpośrednio do serca, z pominięciem rozumu. Jeżeli będziecie potrafili utożsamić się z główną bohaterką – narratorką tak mocno, jak mnie się to przytrafiło, ta książka przewróci was na nice. Jeżeli nigdy nie targowaliście się z Bogiem oferując mu coś za coś, nigdy nie rozważaliście jak wiele możecie poświęcić dla innego człowieka, nie oczekując nic w zamian, ta powieść pewnie aż tak was nie poruszy. Jeżeli jednak nieobca wam czasem zaduma nad losem świata, „Klara i słońce” powinna was urzec. I wcale nie chodzi mi o los całego świata. Czasem wystarczy zatroszczyć się o wróbelka.

 

poniedziałek, 11 października 2021

Piotr Borlik „Tajemnica wzgórza trzech dębów” Ocena: 1/6

DYRDYMAŁY OD PAŁY

Lewa półkula mojego mózgu musi chyba mocno rządzić prawą, bo kiedy tylko natrafiam w książkach na sytuacje sprzeczne z zasadami logiki (czytaj: horrendalne bzdury), od razu zapominam, że literatura może mieć również jakieś walory artystyczne. Kierowana przymusem wewnętrznym odkładam lekturę, licząc na to, że znajdę innych, nowych autorów, którzy nie będą robili wody z mózgu czytelnikowi. Piotr Borlik już zaliczony, i na pewno nie będzie miał we mnie zagorzałej czytelniczki. Niezagorzałej - też nie.

Piotr Borlik kreuje w „Tajemnicy wzgórza trzech dębów” świat tak absurdalny i fizycznie niemożliwy, że książka ta może i będzie strawna dla wielbicieli powieści fantasy, ale czytelnik spodziewający się współczesnego kryminału dość szybko się nią udławi.

Zaczyna się tak: przemysłowiec obserwuje z dumą wyjście robotników z własnej fabryki. Powodem do dumy jest również fakt, że „każdy młody mężczyzna z jego rodu musi przepracować swoje w rodzinnej fabryce (…) a w pewnym momencie ojciec musi przekazać firmę pierworodnemu, nawet jeśli młodsi synowie bardziej się do tego nadają”. Klimat jak z „Ziemi obiecanej”, a zwyczaje, jak w rodzinie królewskiej – ale to zmyła. Wszystko dzieje się tu i teraz.

Absurdy w tej książce są dwojakiego rodzaju. Na pierwsze mogę przymknąć oko i przyjąć jako konwencję fantasy, obecność drugich jest jednak niedopuszczalna. Dowodzą one albo ignorancji autora w dziedzinie polskiej historii, albo niefrasobliwości w jej traktowaniu. Biorąc pod uwagę, że książka może wpaść w ręce podobnych ignorantów, utrwalając fałszywe wizje historii i błędne stereotypy i przysługując się do tworzenia kolejnych pokoleń ignorantów - taka działalność powinna być karana (przynajmniej zgryźliwą recenzją, jeśli inaczej się nie da).

Fabrykant wstydzi się, że rodzina nigdy nie miała tytułu szlacheckiego, a nosi nazwisko… Potocki (!). Jeżeli ktoś nie wie – doinformuję: to jedno z najbardziej znanych w Polsce szlacheckich nazwisk. Nie można było sobie tego wygooglować?! Redaktor też nie miał w szkole lekcji historii i tego nie wyłapał?

U Potockich rodzą się sami chłopcy. W każdym pokoleniu pierworodny syn ma zawsze trzech synów (niepierworodnym zdarzają się córki). I tak od kilku pokoleń. Nawet u Martina by to nie przeszło, ale co tam, pan autor sobie wymyślił i tak ma być.

Na terenie posiadłości rosną tylko trzy dęby, a żadne inne drzewa nie chcą rosnąć. No nie chcą. Wszystkie pozostałe rośliny - tak, ale drzewa - nie. Autor znów śmignął czarodziejską różdżką, i ma, co chce.

Ród Potockich od wielu pokoleń nieprzerwanie zarządza fabryką metalurgiczną i zamieszkuje w ogromnym pałacu. To chyba w alternatywnej rzeczywistości, w której nie było II wojny światowej i zajęcia fabryki przez Niemców, przez polskie ziemie nie przetoczyła się Armia Czerwona i nigdy nie było komuny. Fabryka nie została więc znacjonalizowana, właściciele nie stracili majątku, pałac nie został im odebrany i przeznaczony na siedzibę PGR-u albo Technikum Rolniczego i nie musieli odzyskiwać ruiny w latach 90-tych ubiegłego wieku, gdy już upadła komuna. I tak sobie żyją spokojnie, pomnażając majątek od kilkudziesięciu lat. Obawiam się, że znajdą się ludzie, którzy pomyślą, że to może być prawda, a biorąc pod uwagę liczbę pozytywnych ocen tej książki, obawa zamienia się w pewność.

Cała rodzina mieszka w pałacu wraz z liczną służbą. Cztery pokolenia w jednym miejscu. A w każdym pokoleniu przynajmniej trzech synów. Pałac wprawdzie ogromny, 34 pokoje, ale dajcie spokój! Wytrzymalibyście życie z rodzinką w takim zagęszczeniu, z despotycznym dziadkiem i masą durnowatych krewnych? Nawet gdybyście dostawali papu za darmo, a służąca prałaby wam gacie? W pałacu jest jeszcze krawcowa na etacie. Może to by was zachęciło? Autor chyba się zainspirował „Downton Abbey”, ale oglądał nieuważnie i epoki mu się pomyliły.

Kobiety w tej rodzinie nie mają prawa pracować. I większość, bez problemu się z tym godzi. Wyemancypowane jednostki przytrafiają się sporadycznie i pracują na czarno, ukrywając ten fakt przed seniorami rodu.

I wreszcie dochodzimy do intrygi, bo przecież podobno to kryminał. Przechodzę do porządku dziennego nad faktem, że policja przestaje interesować się prowadzeniem śledztwa w sprawie morderstwa w pałacu już po kilku dniach, ponieważ jestem w stanie zaakceptować wyjaśnienie, że można taki efekt uzyskać opłacając odpowiednie osoby odpowiednio wysokimi kwotami.

I tak na scenie zbrodni pojawia się prywatny detektyw. Jego dochodzenie polega na tym, że przepytuje kolejnych członków rodziny, ale nikt nie chce odpowiadać na jego pytania. Po kolejnym wujku, który w długiej rozmowie o niczym, miał do powiedzenia jedynie tyle, że nie ma nic do powiedzenia, nie zdzierżyłam. Basta! Panu Borlikowi już dziękujemy.

I jeszcze gwóźdź do trumny albo wisienka na torcie, co tam wolicie. Najciekawsza jest metoda pracy detektywa. Otóż zerka on sobie w ogromne lustro i ma wizje. I od razu wie, jak się sprawy mają. I po co to lustro? Przecież wystarczyłaby szklana kula, spiczasty kapelusz i czarodziejska różdżka.Lubicie bajki? To przeczytajcie „Małego Księcia”. Oczywiście, zamiast

 

wtorek, 28 września 2021

Joseph Conrad „Jądro ciemności” Ocena: 4/6

WITAJCIE W NIEDZISIEJSZYCH CZASACH

Dopiero kiedy odnalazłam tę książkę w swojej biblioteczce przypomniałam sobie, że już ją przecież czytałam. Tylko kompletnie wyleciało mi to z głowy. Czyżby nie zrobiła na mnie wrażenia?

Spoglądam na rewers okładki: naklejka z ceną 12000 zł. Czyli pewnie musiałam ją przeczytać przed reformą walutową, ponad ćwierć wieku temu. Dlaczego jednak po tej lekturze nic mi nie zostało w głowie? Jest wiele książek, które przeczytałam w zamierzchłej przeszłości, a przecież zostawiły w pamięci jakiś ślad.

Zaczęłam czytać późnym wieczorem i nie dałam rady. To książka z rodzaju tych, w których każde słowo się liczy. Nie wolno przeskakiwać wzrokiem do kolejnych akapitów, zanim nie dotrze do nas, co autor powiedział w poprzednim zdaniu.

Ranek przyniósł świeży umysł. Przez kilkanaście pierwszych stron zachwycałam się językiem, ale im dalej, tym było mi trudniej. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego powieść, która we wszystkich poważnych rankingach mieści się w pierwszej setce książek wartych przeczytania, nie robi na mnie oczekiwanego wrażenia.

Język powieści wcale nie jest tak archaiczny, jak można by się spodziewać, dziś też tak można by pisać. To, co najbardziej mnie uwierało, to proporcje między opisami, dialogami i refleksjami narratora. Gdyby były inne, ze wskazaniem na bardziej powściągliwe stosowanie tych ostatnich, miałabym więcej satysfakcji z lektury. Wolę po prostu, kiedy autor przedstawia bohatera w działaniu, mniej mnie interesują jego przemyślenia na wszystkie tematy. Ale to tylko moje subiektywne wrażenie, nie należy się nim sugerować.

Gdy dotarłam do pierwszego miejsca, w którym chciałam na kartce zagiąć róg (kto nigdy nie zaginał rogów niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem) zauważyłam, że ten sam róg już wcześniej został zagięty. Nadzieja wróciła. Może jednak będzie mi z Conradem pod drodze.

Charlie Marlow, narrator opowieści i alter ego autora, zostaje kapitanem parowca, który płynąc rzeką Kongo ma dotrzeć do serca Afryki, aby odebrać cenny ładunek – kość słoniową. Marlow jedzie tam wiedziony ciekawością, chce zobaczyć miejsca, które na mapie są tylko białą plamą. Wyprawa nie ma jednak w sobie nic z romantyzmu i przygody. Narrator znajduje się w centrum ostrej walki o handel i wpływy, musi zderzyć się z chciwością i fałszem białego człowieka. W książce nie pada nazwa kraju, ale Conrad pisał tę książkę na podstawie własnych doświadczeń, a właśnie w Kongo zamustrował się na pokład belgijskiego statku.

Podróż w głąb Afryki jest niezwykle niebezpieczną wyprawą do jądra ciemności. Człowiek musi się zmagać nie tylko z klimatem, zagrażającą na każdym kroku przyrodą, ze śmiertelnymi egzotycznymi chorobami (w czasie tego pobytu Conrad kilka razy chorował na febrę i dyzenterię), ale przede wszystkim walczy sam ze sobą. Chodzi o to, aby nie zostać trybem tej machiny, jednym z łupieżców, którzy traktują ludzi innego koloru skóry jak przedmioty. W tym osobistym zmaganiu największą rolę odgrywa poczucie odpowiedzialności za los innych. Opisy krzywd wyrządzanych lokalnej ludności przez kolonizatorów budzą przerażenie, a metody działania białych wyzyskiwaczy wołają o pomstę do nieba. Bez wątpienia, jest to niezwykle mocne potępienie kolonializmu, i musiało robić wielkie wrażenie w czasach, gdy książka została opublikowana. Powszechnie obowiązywały wtedy przecież poglądy, że Europejczycy pojawili się w Afryce „w celu krzewienia cywilizacji oraz dla innych humanitarnych i dobroczynnych celów”. A tymczasem Conrad opisuje, jak pod pozorem utrzymywania porządku przeprowadzano krwawe pacyfikacje, niszczono zasiewy i palono wioski, aby zmusić ludzi do wyznaczonej pracy, stosowano okrutne kary chłosty lub obcinania ręki, a powodem tego była zawsze chęć natychmiastowego zysku.

I to właśnie temat i sposób jego ujęcia – bardzo krytyczny w stosunku do norm propagujących „misję białego człowieka”, obowiązujących w ówczesnych czasach i długo, długo potem, sprawił, że książka ta trafiła do wszystkich kanonów literatury.

Patrząc na to z dzisiejszego punktu widzenia, sprawy już nie są tak oczywiste. Tylko czekać, aż na Conrada rzucą się ci sami aktywiści, którzy potępili Sienkiewicza za „W pustyni i w puszczy”. Jak można używać słowa Murzyn (prawie na każdej stronie), jak można pokazywać miejscową ludność jako takich dzikusów? Oczywiście, mocno ironizuję. Mam nadzieję, że aktywistom nie będzie się chciało przeczytać tej książki, w której, jeśli przyjęlibyśmy dzisiejsze, nadwrażliwe kryteria, poprawność polityczna nie istnieje. Ironizuję dlatego, że bardzo mnie złości, gdy ktoś przykłada współczesną miarę do oceniania zachowania ludzi albo interpretacji zjawisk, które miały miejsce w zupełnie innych czasach i okolicznościach.

A Conrad po prostu opisuje taką rzeczywistość, jaką widział. Trudno wymagać od ludzi, których świat ograniczał się do wioski w buszu, oddzielonych cywilizacyjnie od Europy o kilkaset lat (uprzedzam ataki), żeby zachowywali się jak dzisiejsi Afroamerykanie po Harvardzie. A ówcześni ludzie zachowywali się tak:

„- Złapać ich – wypalił Murzyn – i wytrzeszczył nabiegłe krwią oczy błyskając ostrymi zębami – złapać ich. Dać ich nam.

- Jak to, wam? – spytałem - a co byście z nimi zrobili?

- Zjeść ich – odrzekł zwięźle (…)”

Rzecz jasna, nie chodziło o antylopy. Conrad potrafi jednak zrozumieć takie podejście tubylców. „Czy znacie piekło przeciągłego głodu, jątrzące jego męczarnie, czarne myśli, ponure okrucieństwo? Otóż ja znam. Zwalczanie uczucia głodu pochłania wszystkie wrodzone siły człowieka. Łatwiej znieść utratę kogoś bliskiego, utratę honoru, potępienie niż tego rodzaju przeciągły głód.” Czyli nawet ludożerców można zrozumieć.

Kapitan Marlow również musi się dostosować do realiów:

„(…) w wolnych chwilach musiałam doglądać dzikusa, który sprawował obowiązki palacza. (…) jego widok oddziaływał równie budująco jak oglądanie psa w majtkach i kapeluszu z piórem, chodzącego na tylnych łapach. (…) Był użyteczny, ponieważ go wyszkolono, a oto na czym polegała jego wiedza: gdyby woda znikła z tej przezroczystej rzeczy, zły duch wewnątrz kotła wpadłby w gniew z powodu wielkiego pragnienia i zemściłby się straszliwie.”

Dla równowagi – opisy białych wyzyskiwaczy, chciwych, głupich, o morderczych skłonnościach, są równie plastyczne.

Powieść ma bardzo dobrą konstrukcję dramaturgiczną. Celem Marlowa jest nie tylko wykonanie przydzielonego mu przez kompanię zadania, ale również spotkanie z mitycznym Kurtzem – człowiekiem, przez jednych uwielbianym, a znienawidzonym przez drugich. Umiejętnie podsycana tajemnica – czy mamy do czynienia z wizjonerem, czy jak chcą inni – z wariatem powoduje, że czekamy na odsłanianie kolejnych elementów zagadki z coraz większą ciekawością. Długo wyczekiwane spotkanie celowo rozczarowuje – nie dostajemy jednoznacznego rozwiązania. Na szczęście, to nie koniec.

Kapitan Charlie Marlow to interesująca postać. Mówi o sobie tak: „(…) nienawidzę, nie cierpię, nie znoszę kłamstwa, nie dlatego, abym był bardziej prawy od reszty ludzi, ale po prostu dlatego, że kłamstwo mnie przeraża. Ma (…) jakąś cechę śmiertelności (…) o czym pragnę zapomnieć. Gdy stykam się z kłamstwem czuję się fatalnie i robi mi się mdło, zupełnie jakbym wziął do ust coś zgniłego”.

A jednak w ostatniej scenie książki Marlowe kłamie, i to do tego kobiecie. Może dlatego, że jak wcześniej stwierdził „(…) kobiety nie mają poczucia rzeczywistości. Żyją we własnym świecie, który właściwie nie istniał i istnieć nie może. Jest na to o wiele za piękny, a gdyby można taki świat zbudować, rozleciałby się przed zachodem słońca.” Romantyk z tego Conrada.

I dopiero ten spektakularny, domykający wszystkie wątki finał sprawił, że historia, którą śledziłam bez większych emocji, trochę jako ciekawostkę historyczno – etnograficzną (jednak!), nabrała dodatkowego wymiaru i szarpnęła za serce. Może i was poruszy.

#wyzwaniepodbatem #nakanapie.pl

 

czwartek, 16 września 2021

Ireneusz Iredyński „ Ryba płynie za mordercą” Ocena: 3/6

RYBA DRUGIEJ ŚWIEŻOŚCI

Od dawna chciałam  przeczytać tę książkę. Wznowienie w wersji elektronicznej ułatwiło sprawę. Iredyński wydał „Rybę…” w 1959 roku pod pseudonimem Umberto Pesco (nomen omen). W tym samym roku ukazał się pierwszy kryminał Macieja Słomczyńskiego „Powiem wam jak zginął” wydany pod pseudonimem Joe Alex. O ile nazwisko Alexa jest wielbicielom kryminałów dobrze znane, to Pesco został zapomniany. Może dlatego, że napisał tylko jedną książkę.

Obaj autorzy umieścili akcję swych powieści na Zachodzie (Iredyński we Włoszech, Alex w Anglii) i uczynili bohaterów prywatnymi detektywami. I stąd też zapewne pomysł na ukrycie się pod pseudonimami. Nie tylko dlatego, że kryminał był wtedy gatunkiem niegodnym ambitnego pisarza, ale chyba bardziej z tego powodu, że polsko brzmiące nazwisko autora byłoby niewiarygodne. W końcu oddzielała nas od Zachodu żelazna kurtyna, którą tylko nielicznym udawało się przekraczać, a i tak lepiej z tym było się nie afiszować.

Moja pierwsza refleksja po przeczytaniu tej książki nie spodobałaby się autorowi. Schemat powieści skopiowany jest z Raymonda Chandlera w stosunku praktycznie jeden do jednego. Narrację w pierwszej osobie prowadzi nadużywający alkoholu prywatny detektyw (nazwany tak samo jak autor Umberto Pesco), dla którego zapłata za robotę nie jest najważniejszym celem w życiu. Przyjaźni się z policjantem, który ułatwia mu prowadzić śledztwo, ma skłonność do kobiet fatalnych i do wybaczania im winy. Podobieństwo do Philipa Marlowe’a jest uderzające i tylko poczucie humoru obu detektywów trochę się różni. U Marlowe’a zabarwione jest głębokim, czarnym sarkazmem, Pesco posuwa się najdalej do ironii.

A sama historia? Daje radę, ale bez rewelacji. Kilka fałszywych tropów w kierunku błędów przeszłości, kilka mafijnych podpowiedzi i dość nieoczekiwany finał, w którym pobrzmiewają echa „Sokoła maltańskiego” Dashiella Hammetta.

Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że Chandler i Hammett zaczęli być wydawani w Polsce dopiero w latach siedemdziesiątych, więc dla ówczesnych czytelników, zmęczonych czasami socrealizmu, ta książka była na pewno powiewem świeżości. Dzisiejszego czytelnika zachęcam jednak, żeby sięgnął po amerykańskie oryginały.

poniedziałek, 30 sierpnia 2021

Katarzyna Bonda „Klatka dla niewinnych” Ocena: 1/6

A MATKA CZEKA W SAMOCHODZIE

No nie da się tego czytać. Bardzo mi przykro.

Przeczytałam kilka książek Katarzyny Bondy, zanim została królową kryminału, i nawet mi się podobały. Po „Pochłaniaczu” dałam sobie spokój. Zmęczyła mnie zupełnie niepotrzebna dla przebiegu akcji wielowątkowość tej historii i rozczarowało zakończenie wyjęte z kategorii science-fiction. Odpuściłam kolejne powieści z tej serii, odpuściłam z premedytacją eksperymenty pani Bondy z kryminalnymi romansami (nie tylko z powodu nawiązań do rzekomych romansów osobistych), ale przecież Hubert Meyer powrócił! Okazało się w ogóle, że powrócił w innej książce już pół roku temu, ale w zalewie nowości, jakoś to przegapiłam. Może więc dawna Katarzyna Bonda również powróciła? Płonne nadzieje.

„Klatka dla niewinnych” rozpoczyna się prologiem. Fatalnie. Wieloletnie doświadczenie podpowiada od razu, że jeśli w prologu pada trup, to znaczy, że autor za wszelką cenę stara się przyciągnąć uwagę czytelnika, bo dalej przez długi czas nic się nie będzie działo. Doświadczenie dobrze podpowiada. W pierwszym rozdziale „dzieje się” bowiem coś takiego:

 

Profiler Hubert Meyer przebiega pustą jezdnię w niedozwolonym miejscu. Z bramy wyjeżdża samochód, który zamiast spokojnie ominąć Meyera, bo jezdnia nadal jest puściutka, trąbi i zatrzymuje się na środku drogi. Kierowca wyskakuje z samochodu z okrzykiem: „Jak łazisz dziadu”. Szybko jednak traci impet, bo „dziad” okazuje się jego wykładowcą z uczelni. Kacper Dragan, obecnie funkcjonariusz więzienny, gorąco przeprasza profesora (wciąż na środku drogi) i zaczyna rozmowę. Przytomny Mayer sugeruje jednak, że środek jezdni to nie jest dobre miejsce na parkowanie samochodu, więc były student przestawia auto na chodnik. W samochodzie czeka jego matka.

I teraz zaczyna się „akcja”, czyli ciągnący się przez kilkadziesiąt stron dialog. Student i profesor wiodą długą, półgodzinną dyskusję, w której przypominają sobie zajścia z przeszłości. Przywołują w tej opowieści tak wiele wydarzeń, które nic czytelnikowi nie mówią, i tak wiele nazwisk, których nie sposób zapamiętać, że właściwie nie wiadomo, o czym rozmawiają. Tak jakby autorka założyła, że czytelnik ma w pamięci książkę telefoniczną z nazwiskami postaci i streszczenie wszystkich wątków, które pojawiały się w tej serii. Oni gadają, a ja się denerwuję, bo matka czeka w samochodzie.

 

Po dłuższym czasie do rozmowy na chodniku dołącza trzecia osoba – prokurator Weronika Rudy, która dorzuca do historii kolejne, liczne, współczesne wątki i nazwiska. Rozmowa znów trwa jakieś pół godziny. A matka czeka w samochodzie. A ja się martwię, że marznie, bo przecież zima, śnieg. Albo o zanieczyszczanie środowiska się martwię, jeśli silnik włączony.

 

Pani prokurator odchodzi, a Meyer z Draganem wciąż gadają na ulicy, o różnych śledztwach, ale też o pierdołach. Poczujcie tego bluesa. Kilkadziesiąt stron tekstu, który jest jednym, wielkim, chaotycznym dialogiem, nieudolnie streszczającym to, co działo się wcześniej. Przez cały czas próbujecie się skupić, domyślić, o co będzie chodziło w tej historii i dochodzicie do wniosku, że nic a nic was to nie obchodzi. I jeszcze ta matka w samochodzie.

Czytałam dalej tylko dlatego, żeby dowiedzieć się, czy matka nie zamarzła w tym aucie. Nie! Co za ulga. Mogę przerwać lekturę. Otóż syn łaskawie pozwolił jej w końcu wyjść, i przedstawił swojemu rozmówcy, co ten skwitował: „I od tego trzeba było zacząć, Klusku”.

I od tego trzeba było zacząć, pani Katarzyno. Ale, co się stało, to się nie odstanie.

Katarzyna Bonda napisała kiedyś podręcznik „Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania”. Latka lecą i skleroza ma prawo dopaść każdego, dlatego myślę, że to dobry pomysł, aby autorka zajrzała po latach do tego poradnika. Na pewno znajdzie się tam rozdział, jak budować napięcie, co to jest dramaturgia, albo do czego służą w powieści dialogi. To znaczy, tak mi się wydaje, bo przecież książki nie czytałam. I raczej nie przeczytam, bo gdybym nawet chciała kiedyś napisać kryminał, to jednak twórczość pani Bondy nie byłaby dla mnie wzorem do naśladowania.

 

czwartek, 19 sierpnia 2021

"MOŻE KIEDYŚ WYGRAM" - wywiad z Izabelą Szylko

Dziś, bardzo nietypowo, publikuję mój wywiad, który miał premierę na portalu nakanapie.pl. I portal, i autorka wyjątkowo godni polecenia.

Izabela Szylko

Dziennikarka, reżyserka, scenarzystka i pisarka. Pracowała m.in. w miesięczniku „Kino” i telewizyjnym „Ekspresie Reporterów”.

Jej debiut literacki „Madonna z hiacyntem” został wyróżniony w konkursie na powieść kryminalną miesięcznika „Detektyw”, a scenariusz będący adaptacją powieści „Łyżeczka” znalazł się w finale „Script Pro” – najważniejszego w Polsce konkursu dla scenarzystów.

Reżyserka i scenarzystka filmu „Niezawodny system”, nagradzanego na międzynarodowych festiwalach.

Uczy kreatywnego pisania.

MOŻE KIEDYŚ WYGRAM

Rzadko mi się zdarza, że po przeczytaniu zaledwie dwóch książek autora mam wrażenie, jakbym znała go od dziecka. Czy możemy przejść „na ty”?

Jasne. Ja mam podobne wrażenie czytając twoje recenzje.

Uprzejmości wymienione, teraz do rzeczy. Dlaczego nie lubisz wywiadów?

Tylko, kiedy sama muszę odpowiadać na pytania. Jeśli to ja występuję w roli pytającego – nie ma problemu. Wolę dowiadywać się czegoś nowego o ludziach, niż opowiadać o sobie. Taka natura.

Nie wróżę ci kariery z takim podejściem, ale ze mną nie będzie łatwo.

Tak podejrzewałam (westchnienie).

Dlaczego wydałaś tę książkę sama?

A musimy o tym rozmawiać?

Tak. Zgodziłaś się na wywiad, a ja uprzedzałam, że nie będzie łatwo.

Już teraz? Poczekaj, dojdziemy do tego. Musi być jakiś suspens.

Umiesz stopniować napięcie.

Tego akurat można się nauczyć.

No właśnie. Prowadzisz kursy pisarskie. Czy to ma sens? Czy pisania w ogóle można się nauczyć? Talent nie wystarczy?

Jeśli ktoś nie opanował w szkole podstawowej sztuki poprawnego składania zdań, to kurs pisarski na nic mu się nie przyda. Jeśli jednak ktoś ma iskrę Bożą, to taki kurs może pomóc uporządkować wiele rzeczy. Wystarczy poznać kilka technik, które ja nazywam „sztuczkami”, dzięki którym można pisać o wiele lepiej, oczywiście, jeśli się już ten talent ma. I jeśli komuś na tym zależy. Raymond Chandler ukończył kurs pisarski, podobnie jak noblista Kazuo Ishiguro, więc chyba ta wiedza nie przeszkadza w pisaniu.

A zdradzisz chociaż jedną taką „sztuczkę”?

Zawsze powtarzam uczestnikom moich kursów: najpierw pokazuj, potem wyjaśniaj. Jeśli opiszesz nagiego faceta biegnącego ulicą w środku nocy, od razu wzbudzisz zainteresowanie. Czytelnik będzie chciał się dowiedzieć, o co chodzi. To jakiś wariat czy ekshibicjonista? A może się z kimś założył? Albo został okradziony? Jeżeli najpierw wyjaśnisz, że to był tylko zakład, a potem pokażesz, że facet biegnie na golasa – to będzie powtórka, a więc nuda.

Gdy o tym mówisz, to wydaje się oczywiste, ale czytając książki polskich autorów, czasem mam wrażenie, że nigdy o tej zasadzie nie słyszeli.

Bo samemu często się tego nie widzi. Mówię to z własnego doświadczenia. Potrzeba kogoś, kto popatrzy na tekst świeżym okiem i zwróci uwagę na błędy. Każdemu autorowi przydałaby się taka Rudolfina, tylko zanim jeszcze książka trafi do księgarń.

O tak, już widzę, jak wydawcy rzucają się hurmem, abym pomogła im ulepszać książki bestsellerowych autorów. A potem zmuszają ich, aby poprawiali błędy. I obiecują, że będą wydawać pięć doskonałych książek rocznie zamiast dwudziestu byle jakich. To by mogłoby się wydarzyć w jakimś wszechświecie równoległym.

Chyba tak (śmiech). Jeżeli autorzy piszą pod presją deadline’ów, a wydawcy mają napięty harmonogram, nie ma czasu na poprawki.

A jeśli chodzi o co innego? Wydawcom nie chce się wysilać, bo uważają, że czytelnik i tak wszystko kupi, byle tylko „łatwo się czytało”?

Ale raczej nic się z tym nie da zrobić, prawda? No chyba, że rzeczywiście przeniesiemy się do alternatywnej rzeczywistości. A może wystarczyłoby cofnąć się w czasie? Dziesięć lat wystarczy. Wydaje mi się, że wtedy nie wydawało się tak wielu słabych książek, jak teraz.

Zostawmy te kuszące wizje. Czy dlatego właśnie pisanie „Damy z blizną” zajęło ci aż dwa lata?

Mówiąc szczerze, to nawet dłużej. Na pomysł wpadłam wiele lat temu. Zaczęłam się zastanawiać, co by było gdyby żona któregoś z tych polityków, którzy najgłośniej sprzeciwiają się aborcji została napadnięta, zgwałcona i zaszła w ciążę? Co on by zrobił? Czy radośnie wychowywałby dziecko psychopaty, jak swoje własne? Czy może zmieniłby swoje przekonania? Zaczęłam pisać szkic tej historii i utknęłam w momencie, kiedy polityk dowiaduje się, że żona jest w ciąży. Co dalej? Żona rodzi dziecko i mamy dramat rodzinny. Słabe to. Żona usuwa ciążę? Też dramat rodzinny, tylko innego rodzaju. Znów nic nowego. Żona traci dziecko w wyniku poronienia? Najłatwiejsze wyjście, ale też najsłabsze, z rodzaju deus ex machina. I pewnego dnia, siedząc na tarasie mojego domu na Mazurach, gdy już zapomniałam, że chciałam napisać taką historię, przyszło mi do głowy zupełnie niekonwencjonalne rozwiązanie. A gdyby właśnie w tym miejscu, nad tym jeziorem popełniono zbrodnię? I to jest odpowiedź na niezadane pytanie: skąd biorą się pomysły. Pomysły po prostu przychodzą i same nas znajdują, tylko trzeba na nie poczekać.

Pomysł przyszedł, więc potem poszło jak z płatka.

Żeby to było takie łatwe. Napisałam książkę, ucieszyłam się, że nareszcie mam to za sobą i dałam tekst do przeczytania kilku zaprzyjaźnionym osobom. I wszystkie stwierdziły, że nie przekonują ich motywacje głównych bohaterów. Uwagi były bardzo rzeczowe, więc nie miałam wyjścia, musiałam się z nimi zgodzić. Wyrzuciłam jedną czwartą tekstu do kosza, dodałam nowe wątki, które zmieniły wydźwięk powieści i wyjaśniły działania bohaterów.

Domyślam się, że to jeszcze nie koniec.

Zmusiłam przyjaciół do przeczytania nowej wersji i już nie mieli zarzutów, ale wyrazili żal, że jedyna naprawdę pozytywna postać w powieści okazuje się najbardziej przegrana. Nawet się z tym zgodziłam, ale nie miałam pomysłu, jak to zmienić. Dopiero później, gdy podobną uwagę zgłosiła redaktorka książki, przyszło mi do głowy co zrobić, żeby zakończenie nie było takie ponure.

I dzięki temu na końcu mamy jeszcze jeden twist, co, moim zdaniem, wyszło książce na dobre. „Dama z blizną” to mroczny kryminał, momentami thriller i dużo w tym polityki. „Szpilki za milion” to była czysta rozrywka z hiper-optymistycznym zakończeniem. Nie czytałam dwóch wcześniejszych twoich książek, „Łyżeczki” i „Madonny z hiacyntem”, ale z opisów wynika, że pierwsza – to powieść obyczajowa o toksycznej matce, a druga jest konwencjonalnym kryminałem. Zastanawia mnie, jak to możliwe, że twoje książki tak bardzo różnią się tematycznie i gatunkowo.

Pytasz dlaczego nie tłukę serii, wciąż w ten sam deseń?

Nie chciałam być aż tak dosadna.

Ja nie mam łatwości pisania. Zaczynam pisać dopiero wtedy, gdy uznam, że mam wystarczająco dobry pomysł, od początku do końca przemyślany, i kiedy historia jest dla mnie z jakichś powodów ważna. Pisanie na zadany temat, to byłaby straszna męczarnia, taka praca w fabryce, przy taśmie, niczym Charlie Chaplin w filmie „Dzisiejsze czasy”. Nie znoszę też deadline’ów, bo nie wyobrażam sobie, że można by nie dotrzymać terminu. A co, jeśli czas publikacji będzie się zbliżał nieuchronnie, a ja wciąż będę niezadowolona z efektów mojej pracy? Przecież nie oddam półproduktu.

Zaczynam się domyślać, dlaczego wydałaś tę książkę samodzielnie.

Po pierwsze - skłoniły mnie do tego bardzo złe doświadczenia z poprzednimi wydawcami. Dużo by o tym mówić, ale nie lubię narzekać, więc może opiszę to we wspomnieniach (śmiech). Po drugie - brak odzewu ze strony wydawnictw. Może za słabo się starałam.

Jak to? Przecież to świetna książka!

Tylko trzeba najpierw ją przeczytać, żeby się o tym przekonać. A przecież kryminał polityczny „się nie sprzedaje”, jak mi powiedziano w firmie dystrybucyjnej. Więc nawet nie warto otworzyć pliku. Po trzecie – chciałam mieć wreszcie sama wpływ na wszystko. Jeśli coś pójdzie nie tak, mogę mieć pretensje tylko do siebie.

I jakie to pretensje?

O tym też napiszę we wspomnieniach. To materiał na bestseller (śmiech). Rynek wydawniczy to dżungla. Może warto pokazać ją od środka, w krzywym zwierciadle, z uwzględnieniem wszystkich pułapek, które czyhają na naiwnego autora. Naprawdę, trzeba mieć oczy z tyłu głowy, żeby nie dać się wykiwać.

Domyślam się, że kolejna książka będzie również zupełnie inna niż poprzednie. Trudno mi sobie wyobrazić kontynuację „Damy z blizną”.

Dobrze się domyślasz. W następnej książce spełniam marzenia z dzieciństwa. Zawsze chciałam przeżyć wielką przygodę. I przeżywam, tyle że w wyobraźni. To powieść sensacyjno-przygodowa, z zagadką historyczną w tle, o wiele lżejszego kalibru niż „Dama z blizną”, ale poważniejsza niż „Szpilki za milion”. Jeżeli kochasz przygodę, to warto poczekać.

Czy również zamierzasz ją wydać sama?

Jeszcze nie wiem. Samodzielne wydanie książki wiąże się z morderczą pracą. Jeśli autor musi być jednocześnie wydawcą, księgowym, agentem reklamowym, handlowcem, informatykiem, montażystą dźwięku (bo właśnie skończyłam montować audiobook, który ukaże się we wrześniu), nie pozostaje czasu na pisanie. A jeszcze kilka pomysłów mam.

Jak sobie z tym wszystkim dajesz radę?

Gonię w piętkę. Ale, jak ta biegaczka Sifan Hassan, która przewróciła się na igrzyskach w Tokio w trakcie biegu na 1500 metrów, a potem podniosła, i wygrała ten wyścig, też się podnoszę. Może kiedyś wygram.

wtorek, 27 lipca 2021

Tomasz Duszyński „Glatz. Kraj pana Boga” Ocena: 2/6

SYNDROM DRUGIEGO TOMU

Czytałam tę powieść dwa tygodnie i tyle samo czasu mi zajęło, aby zebrać się do napisania recenzji. Raczej nie świadczy to dobrze o książce, prawda?

Miałam nosa, że przy recenzji „Glatz” podeszłam do autora z dystansem. Co doświadczenie, to doświadczenie. Zbyt często mi się zdarza, że pierwsza książka z cyklu budzi mój zachwyt, a potem balonik z nadmuchanymi oczekiwaniami pęka i robi się wielkie nic. Że nie wspomnę Krzysztofa Bochusa, Roberta Małeckiego, Annę Kańtoch czy Jakuba Szamałka.

Czytając „.Glatz. Kraj Pana Boga” miałam wrażenie, że Tomasz Duszyński zaczął pisać tę książkę, nie mając bladego pojęcia, w którą stronę będzie rozwijać się akcja i liczył na to, że jak już sobie trochę popisze, to jakiś pomysł przyjdzie mu do głowy.

Już na samym początku autor popełnił kardynalny błąd. Zamieścił prolog, który jest mega-spoilerem. Z krótkiego wstępu dowiadujemy się, że:

dziewczyna została porwana,

zorientowała się, że porywacz był osobą, którą znała,

udało jej się wydostać z więzienia,

w trakcie ucieczki zginęła na skutek nieszczęśliwego wypadku.

Tej wiedzy, niestety, nie mają policjanci, którzy przez dokładnie jedną czwartą książki z mozołem zdobywają te same informacje, które wcześniej zostały podane czytelnikowi na tacy. Do tego jeszcze takie same informacje podawane są z punktu widzenia kilku policjantów - nijakich, bezbarwnych i nie budzących żadnych emocji, oraz młodej, trochę ciekawszej arystokratki. Zmiana punktu widzenia nie wnosi, niestety, do sprawy niczego nowego. Nie ma lepszej metody, żeby zanudzić czytelnika na śmierć.

Już miałam zamiar rzucić czytnikiem w kąt, kiedy dotarłam do miejsca, w którym autor chyba wpadł na pomysł, o czym pisać dalej, bo wreszcie coś zaczęło się dziać i pojawił się zwrot akcji. Cóż z tego, kiedy okazało się, że to kolejny mega-spoiler. Słuchałam audiobooka i niedowierzałam. Aż przerzuciłam się na wersję pisaną, żeby sprawdzić, czy aby się nie przesłyszałam. Nie. Znów dostajemy wszystko na tacy. Jest trup, wiemy, kto zabił i kto w morderstwo został wrobiony, nie wiemy tylko dlaczego. I znów, mając tę wiedzę obserwujemy miotających się bezradnie detektywów z narastającą irytacją, że tak błądzą we mgle, i że nie są w stanie pojąć rzeczy oczywistych. Policjantów znów jest kilku. Autor mnoży bohaterów chyba tylko po to, żeby ich prywatnymi, nic nie wnoszącymi do sprawy wątkami nadmuchać objętość powieści.

Kluczowa dla sprawy jest treść pamiętnika porwanej dziewczyny Autor dozuje powoli najistotniejsze informacje, ale kiepski to zabieg literacki, bo czytelnik od razu widzi, że pamiętnik „zawieruszył się” wyłącznie na życzenie autora i został wyciągnięty w odpowiednim czasie na zasadzie deus ex machina, bo tak było wygodnie. Poza tym, nawet jeśli czytelnik o najważniejszej treści dowiaduje się na końcu, to przecież policjanci od razu przeczytali całość. I co? Poznali najważniejszy element układanki, czyli motyw, i nie załapali o co biega?

Wątek porwań dla okupu jest mało wiarygodny. Porywacze to partacze, skoro mimo rzekomo dużego doświadczenia nie potrafią się nauczyć, jak skutecznie przetrzymywać porwanych tak, aby nie dało się im uciec. Pierwsza ucieczka miała prawo się wydarzyć, powtórka z rozrywki jest tylko dowodem na to, że autorowi nie przyszło do głowy ciekawsze rozwiązanie.

Końcowa scena w banku jest spektakularna, ale fantastyczna. Takie idealne zsynchronizowanie w czasie policyjnej akcji z napadem byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby włamywacze na własną prośbę chcieli się podłożyć policji i złożyli na siebie donos. A chyba nie o to im chodziło.

Doczytałam do końca nie dlatego, żeby dowiedzieć się, kto za tym stoi, bo w pewnym momencie zupełnie mnie to przestało interesować, tylko po to by sprawdzić czy przynajmniej z zakończeniem autor sobie poradził. Jakoś sobie poradził. Osoba głównego sprawcy rzeczywiście zaskakuje. I jedynie to ratuje tę książkę przed pałą. Dodatkowy plus za klimat i język. Ale, jak pewnie się domyślacie, to za mało, żeby nabrać ochoty na przeczytanie trzeciego tomu. Nie lubię ruletki.

poniedziałek, 12 lipca 2021

John Grisham „Wichry Camino” Ocena: 3/6

ZEFIREK

Zanosiło się, że będzie gorzej. Pierwszy rozdział – meteorologiczny. Kilka stron trucia o huraganie, chociaż wystarczyłoby kilka zdań. Drugi rozdział – niepotrzebny. Przypomnienie osób występujących w poprzedniej części - „Wyspie Camino”, które w tej powieści nie odgrywają żadnej roli: po pierwsze – już nie pamiętam kto był kim, po drugie – gdybym nawet pamiętała, ta wiedza byłaby mi zbędna, bo oprócz antykwariusza, żadna z przypominanych osób nie ma wpływu na rozwój wydarzeń.

Na szczęście przychodzi rozdział trzeci i akcja rusza z miejsca. Zaczyna się, jak na Grishama nietypowo, tak jak w klasycznym kryminale już na początku pada trup. Ginie uznany pisarz i chociaż wygląda na to, że padł ofiarą huraganu, to jednak jego przyjaciele są przekonani, że został zamordowany. Trzeba się dowiedzieć, kto za tym stoi.

Czyta się to do końca na wysokich obrotach, jednak, jeśli nie macie do Grishama podobnego jak ja stosunku emocjonalnego (zdajecie sobie sprawę, że coraz słabiej pisze, ale sentyment do wcześniejszych książek nie pozwala wam się z nim rozstać) – możecie czuć większy niż ja niedosyt. Historia rozwija się linearnie, trop, który pojawia się dość szybko okazuje się tym właściwym i tylko klasyczne grishamowskie poczucie sprawiedliwości (zło musi zostać ukarane) pozostaje na swoim miejscu i sprawia, że lektura przynajmniej na tym polu przynosi satysfakcję. Zdecydowanie, nie jest to jednak powieść z rodzaju „trzeba przeczytać”.

poniedziałek, 28 czerwca 2021

Radka Třeštiková „Osiem” Ocena: 4/6

NIETYPOWA TYPOWOŚĆ WYDAWNICZA

Po tę książkę sięgnęłam z dwóch powodów. Po pierwsze znalazłam ją w dziale „kryminały z różnych stron świata”, a właśnie zapragnęłam jakiejś odmiany, po drugie, ta powieść w Czechach była podobno wielkim bestsellerem. Sprzedała się w stu tysiącach egzemplarzy, a biorąc pod uwagę, że w kraju tym żyje ponad trzy razy mniej ludzi, niż w Polsce jest to wynik naprawdę imponujący. Bardzo mnie więc zaciekawiło, co się tak spodobało braciom Czechom, że hurmem ruszyli do księgarń.

Sprawdziłam również, czy czescy wydawcy ściemniają tak samo bezczelnie, jak polscy, określając gatunek powieści, którą chcą sprzedać. Bo jak się zapewne już domyślacie, „Osiem” nie jest kryminałem. To całkiem dobra powieść obyczajowa, w której niedoszłe zabójstwo jest tylko pretekstem do wiwisekcji zachowań międzyludzkich, zasadniczo w kontekstach damsko-męskich.

Otóż czeski wydawca ten właśnie walor podkreślił w opisie. Nie informował, jak nasi, że książka „nie jest typową powieścią kryminalną” (jak nie jest typowa, to coś akurat dla mnie, bo przeczytawszy setki kryminałów cenię sobie oryginalność, więc oczywiście dałam się nabrać), a już tym bardziej nie twierdził, że to „gwarancja świetnej rozrywki”! Z rozrywką „Osiem” naprawdę nie ma nic wspólnego. Opisywane wydarzenia są tragiczne, bohaterom można współczuć i do głowy by mi nie przyszło, że ich smętne losy mogą być rozrywkowe. Relacje między postaciami są mocno pokręcone, choć z drugiej strony bardzo typowe: on ją kocha, ona kocha innego, ale inny nie może z nią być, no bo przecież jest żona, dzieci, i jeszcze jest ta trzecia, co kocha się w tym pierwszym. No i wszyscy się miotają w tych niespełnionych miłościach i niedoszłych relacjach. Klasyka westernu.

Całość opowiedziana bardzo sprawnie, ciekawie, rozwiązanie zagadki, wcale nie kto zabił, tylko kto tak naprawdę jest z kim w związku i dlaczego, może przynieść jakąś satysfakcję. Jeśli ktoś lubi takie klimaty, nie powinien czuć się rozczarowany, jeśli jednak nastawi się na kryminał, może wpisać sobie ściemniającego wydawcę (tym razem Stara Szkoła) na kolejną czarną listę.

 

środa, 9 czerwca 2021

Izabela Szylko "Dama z blizną" Ocena: 6/6

NIE PYTAJ O POLSKĘ*

Jeżeli zastanawialiście się kiedyś, jak mogłoby wyglądać polskie „House of Cards” - już nie musicie. Wystarczy przeczytać „Damę z blizną”.

Kiedy napisała do mnie autorka z propozycją przedpremierowej recenzji jej powieści, miałam wielki dylemat, bo nie wchodzę w takie układy. Gdy jednak dowiedziałam się, że Izabela Szylko poświęciła na napisanie tej książki dwa lata, zaczęłam się łamać. No dobrze, przeczytać mogę, a co z tego wyniknie, się okaże.

Zaczęłam czytać i wsiąkłam. Autorka zaskoczyła mnie totalnie. Jej poprzednia książka „Szpilki za milion” – to była zwiewna jak piórko komedia kryminalna. A teraz dostałam ciężki kryminał. Na szczęście, ciężki tylko w zakresie wagi poruszanych problemów, bo znów lekko się to czyta, a akcja prowadzona jest tak dynamicznie, że nawet czytelnicy Remigiusza Mroza nie powinni narzekać. Uprzedzam lojalnie, lektura grozi zarwaniem nocy.

Obserwujemy losy Marka Dobosza - prawicowego polityka, który właśnie został kandydatem na prezydenta w zbliżających się wyborach oraz jego żony Adeli, którą za cel obrał sobie seryjny morderca. Czas goni, akcja pędzi, policja stara się jak może, aby ująć zabójcę, zanim dojdzie do tragedii, a my trzymamy kciuki, żeby im się udało. Nie zdradzę chyba wiele, gdy napiszę, że polityk, który do tej pory występował jako nieugięty obrońca życia poczętego, po incydencie, którego ofiarą padła jego żona, wpadnie w dużo większe kłopoty, niż ona.

Nie myślcie jednak, że ta książka to jakaś agitka polityczna, obliczona na wzbudzenie taniej sensacji, w której autorka jednoznaczne opowiada się po którejś stronie aborcyjnego sporu. Gdyby tak było, Izabela Szylko mogłaby pewnie liczyć na darmową reklamę ze strony oburzonych wyznawców Ojca Rydzyka albo nerwową reakcję z przeciwległego bieguna, co też przełożyłoby się na promocję. W tej powieści wszystkim się dostaje, choć niekoniecznie po równo (pamiętajcie, że po równo, to nie znaczy sprawiedliwie), bo tak naprawdę prawie wszystkim politykom się to należy. Słowo prawie w tym wypadku nie robi różnicy, ale to akurat moje osobiste zdanie. Oczywiście, mamy tu i czarne, i białe charaktery, ale potem okazuje się, że…

To ostatnie sformułowanie powinnam właściwie ustawić jako motto. Nie mogę niestety napisać ani słowa więcej, ponieważ nawet lekkie uchylenie rąbka tajemnicy zepsułoby największą przyjemność z czytania tej książki, której fragmenty możecie dopasowywać sobie w głowie jak puzzle. Wszystko pasuje.

Jeżeli wydaje wam się, że przeczytaliście już tyle kryminałów, że nic nie jest w stanie was zaskoczyć, tym razem chyba będziecie musieli się poddać. Kiedy po pierwszej części jesteśmy przekonani, że akcja będzie się rozwijać w jedynie słusznym kierunku, następuje wolta, która wszystko stawia na głowie. Czytając część drugą, co chwila będzie pojawiać się ziarno niepokoju, a kiedy znów będziecie przekonani, że już wiadomo, do czego to wszystko zmierza, następuje część trzecia (świetny pomysł ze zmianą narratora). I dopiero wtedy wyświechtany slogan reklamowy „nic nie jest takie, jakim się wydaje” nabiera nowego wymiaru. Warto się przekonać dlaczego.

Ta książka ma jeszcze pewną wartość dodaną. Oprócz tego, że jest świetnym kryminałem, bezbłędnie opisuje polską rzeczywistość. Nie mamy wątpliwości, że akcja toczy się tu i teraz, wszystko jest tak prawdziwe, że kiedy w pewnym momencie jednej z postaci udaje się wywieść w pole anonimowego prezesa, i tak wszyscy wiedzą o którego prezesa chodzi.

Intryga tej książki jest doskonale przemyślana. Tak misternych fabuł, gdzie każdy wątek, każdy podrzucany trop jest potrzebny i pojawia się we właściwym czasie, życzyłabym sobie we wszystkich powieściach kryminalnych. „Damą z blizną” Izabela Szylko wzniosła polski kryminał na poziom, który trudno będzie przeskoczyć. Z utęsknieniem będę czekała na kolejną książkę autorki, nawet, jeśli pojawi się dopiero za dwa lata.

Skończyłam czytać dobry kryminał, z żalem że to już koniec odłożyłam książkę na półkę, i wiecie o czym myślę? O Polsce. Chyba coś ze mną nie tak…

*„NIE PYTAJ O POLSKĘ” sł. i muz. Grzegorz Ciechowski

Nie pytaj mnie, dlaczego jestem z nią
Nie pytaj mnie, dlaczego z inną nie
Nie pytaj mnie, dlaczego myślę że
Że nie ma dla mnie innych miejsc.

 

czwartek, 20 maja 2021

Tomasz Duszyński „Glatz” Ocena: 5/6

PRAWIE JAK, A MOŻE NAWET LEPIEJ …

Jeżeli macie sentyment do pierwszych powieści Marka Krajewskiego, a do ostatnich już niekoniecznie, to ta wiadomość na pewno was ucieszy. Wydaje się, że pojawił się godny zastępca pana Marka. Jest to wiadomość jednocześnie i dobra, i gorsza. Dobra, bo możemy znów zanurzyć się w soczystym językiem snutą opowieść, znowu urzekają klimaty niemieckiego Dolnego Śląska (akcja toczy się niedługo po zakończeniu I wojny światowej), możemy spacerować ulicami Kłodzka, jakbyśmy sami tam wtedy byli i połykać akcję haustami, nie mogąc się doczekać, co będzie dalej.

Ta gorsza wiadomość wynika, niestety, z konstatacji, że to wszystko, chociaż świetne i dorównujące poziomem pierwszych opowieści o Mocku - już było, że analogii z twórczością Marka Krajewskiego nie da się uniknąć. I tu pojawia się, na szczęście, refleksja trzecia. Nie ma co czepiać się autora, który po prostu publikuje w czasach, kiedy trudno odkrywać nowe lądy. Wydawcy przyzwyczajają nas przecież, żeby nie wymagać zbyt wiele. Krajewski teraz pisze na akord, więc przestałam czytać jego książki. Może przynajmniej kolejne powieści Duszyńskiego będą dopracowane tak, jak „Glatz”.

Dlatego nie chwalę pierwszej części serii o Kłodzku z takim entuzjazmem, jak, mówiąc szczerze, powinnam. Pamiętam moje zachwyty nad debiutem Krzysztofa Bochusa i równie dobrze rozczarowanie po przeczytaniu drugiej książki z serii. Ale spokojnie, mam zamiar zabrać się za kolejne tomy, i wtedy przyjdzie czas na zachwyty (albo i nie).

Intryga „Glatz” jest bardzo dobrze skonstruowana. Dramaturgia nie siada, nie ma zagrywek w stylu „zabili go i uciekł”, żadnych podpowiedzi pan Bóg nie zsyła z nieba. Wszystko gra.

W Kłodzku dochodzi do serii morderstw, które muszą być jakoś ze sobą powiązane. Autor umiejętnie zwodzi czytelnika, podobnie jak przestępcy kierują śledczych na fałszywe tory. Wszystkie wątki dopięte są na ostatni guzik, wszystkie potrzebne i wszystkie się łączą w zakończeniu. Domniemane motywy zbrodni są dosyć klasyczne (pojawiają się i Żydzi, i masoni i początkujący naziści, a nawet pederaści), więc znów można by się czepiać, ale cóż, to tematy po prostu bardzo symptomatyczne dla opisywanych czasów (z wyjątkiem pederastów), więc chwała autorowi, że przynajmniej przyłożył się do dokumentacji niezwykle solidnie. Duszyński dzieli się jednak swą rozległą wiedzą z czytelnikiem w tak subtelny sposób, że nie mamy wrażenia, że przynudza albo, że zapomniał, że pisze powieść gatunkową. To przede wszystkim rasowy kryminał – bez dwóch zdań.

Bardzo ciekawe są też wszystkie występujące w książce postaci: nie tylko główny detektyw – kapitan wywiadu Wilhelm Klein, ale również jego współpracownicy i inne postaci drugoplanowe. Kapitan Klein ma również swoją własną tajemnicę i stopniowe dochodzenie do prawdy (niecałej, bo coś jednak trzeba zostawić na kolejne tomy) jest dodatkowym atutem tej powieści.

Z wielką ciekawością będę obserwować, jak Tomasz Duszyński sobie radzi z polskim rynkiem wydawniczym.

 

wtorek, 4 maja 2021

Ken Follett „Igła” Ocena: 3/6

JAK NA KOBIETĘ…

Zaliczam kolejnego klasyka z gatunku: no dobrze, wszystko w porządku, fajnie się czyta, porządna intryga, ciekawy temat, ale zupełnie nic się nie stanie, jeśli tej książki nie przeczytacie.

Nie chciałoby mi się na temat „Igły” skrobnąć nawet kilku zdań, podobnie jak na temat osławionych „Filarów ziemi” tego autora (ten sam gatunek, jak wyżej, tylko pięć razy więcej słów), gdyby nie refleksja, która przyszła mi do głowy, gdy dotarłam do zakończenia.

Jak ten świat się zmienia! I proszę! Czasami również na lepsze!

Akcja „Igły” dzieje się w czasach II wojny światowej, książka została opublikowana w 1978 roku, ale gdyby została wydana dzisiaj, wszystkie czytelniczki, nieważne, czy z parasolkami czy bez, nie pozostawiłyby na autorze nawet suchej nitki. Żaden autor mężczyźniany w dzisiejszych czasach nie odważyłby się czegoś takiego napisać.

W pokonaniu niemieckiego super-szpiega (nic nie zdradzam, nawet przedszkolaki wiedzą, że Niemcy przegrały tę wojnę) największą rolę odegrała kobieta. No i super. Tylko, że autor co chwila zachwyca się: cóż za kobieta! Czterdzieści lat temu ten zachwyt zapewne brzmiał niewinnie. Dzisiaj odczytuje się to zupełnie inaczej: popatrzcie, to niewiarygodne, kobieta, a dała sobie radę! Gdyby to był facet, to normalka. Ale kobieta!? To jakaś anomalia przyrodnicza!

Jak to dobrze, że w dzisiejszych czasach kobiety już nie muszą nikomu udowadniać, że też potrafią i literaci dobrze o tym wiedzą.

 

czwartek, 22 kwietnia 2021

Patricia Highsmith „Znajomi z pociągu” Ocena: 4/6

HITCHCOCK SKNERUS

Ta książka została wydana w czasach, kiedy wydawnictwa nie wciskały jeszcze kitu czytelnikowi, sprzedając wege kotlety o smaku wołowiny z etykietą befsztyka. Highsmith to mistrzyni „powieści psychologicznej z wątkiem kryminalnym” czytam na okładce. I rzeczywiście, „Znajomi z pociągu” to przede wszystkim powieść psychologiczna, ale napisana tak, że daj panie Boże, aby wszystkie dzisiejsze wyroby thrilleropodobne wywoływały równie intensywny dreszczyk emocji.

Jeżeli widzieliście film Hitchcocka „Nieznajomi z pociągu”, nie musicie się obawiać o spoilery. Film opiera się na tym samym pomyśle co książka, ale wspólny z oryginałem jest tylko punkt wyjścia: młody mężczyzna poznaje w pociągu człowieka, który proponuje mu, że uwolni go od kłopotliwej żony, w zamian za podobną przysługę. Mają być dwa morderstwa, doskonałe, ponieważ na pozór zupełnie przypadkowe - żadnych motywów, żadnych świadków, idealne alibi. Wychodzi, jak wychodzi.

Dalsza fabuła filmu przebiega zupełnie inaczej niż w powieści i do innego finału prowadzi. W tym kontekście nie dziwi sknerstwo Hitchcocka, który zakupił prawa do powieści anonimowo i dzięki temu sporo zaoszczędził, płacąc autorce zaledwie 7500 dolarów. Honorarium Raymonda Chandlera, którego zaangażowano do napisania scenariusza, wyniosło 40000 dolarów. Chandlerowi jednak tak bardzo nie podobało się zakończenie wymyślone przez reżysera, że rzucił tę robotę. Scenariusz dokończył ktoś inny.

Film Hitchcocka bardzo się zestarzał, chyba najbardziej właśnie ze względu na zakończenie – typowy hollywoodzki happy end. Postaci też są schematyczne, czarno-białe. W książce Highsmith bohaterowie są niejednoznaczni, mają skomplikowane osobowości, dzięki temu nie mamy żadnej pewności, czy zachowają się tak, jak się spodziewamy, i stąd właśnie bierze się thrill. Otwarte zakończenie daje wyobraźni duże większe pole do popisu, niż gdybyśmy otrzymali, tak jak u Hitchcocka, rozwiązanie podane na tacy.

Tę klasyczną perełkę na pewno warto wyszperać wśród staroci. Motyw podwójnego zabójstwa bez ewidentnego motywu (na zasadzie: ja tobie pomagam, ty mnie) był potem często wykorzystywany w filmie i literaturze. Ale warto pamiętać, że to Patricii Highsmith zawdzięczamy ten pomysł.

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Dorothy L. Sayers „ Nieprzyjemność w klubie Bellona”, Ocena: 2/6

KRÓLOWA JEST TYLKO JEDNA

Bardzo się zdziwiłam przeczytawszy niedawno, że Dorothy Sayers była w swoim czasie największą konkurentką Agathy Christie i obie były tytułowane królowymi kryminału. Trochę kryminałów już w życiu przeczytałam, więc jak to możliwe, że to nazwisko nigdy nie obiło mi się o uszy?

Wystarczyło przeczytać „Nieprzyjemność w klubie Bellona” i wszystko stało się jasne. Ta książka jest tak nudna, i tak zramolała po latach, że nawet w 1986, kiedy to wydano ją w Polsce (w Anglii w 1928 roku) musiała zalatywać stęchlizną.

Śledztwo prowadzi lord Peter Wimsey, chyba najnudniejszy detektyw z jakim miałam do czynienia. Kompletnie bezbarwny, żadnych cech charakterystycznych, żadnych słabości ani zalet, a do tego chodzi spać z kurami, więc jak nocą coś się dzieje, trzeba wyciągać go z łóżka. [Tu złota myśl w ramce wyjaśniająca o wiele większą popularność Raymonda Chandlera w Wielkiej Brytanii niż w Stanach: Czym różni się detektyw angielski od amerykańskiego? Amerykański nigdy nie kładzie się spać przed północą.]

Pomocnikiem Wimseya, takim niby-Watsonem, jest jego służący Bunter, który pojawia się dość często, ale jego rola ogranicza się do podawania kapci swojemu panu, wykonywania fotografii i nieustannego potakiwania: tak jest, wasza lordowska mość. Ziewam.

W powieści tej większość postaci nie ma nic do powiedzenia, ale gadają nieustannie i zupełnie nie na temat, co na dłuższą metę jest nieznośne. Ziewam.

Pomysł wyjściowy nawet ciekawy – bardzo wiekowe rodzeństwo umiera, wydawałoby się śmiercią naturalną tego samego dnia i chodzi o ustalenie, czy wcześniej zmarła siostra czy brat, bo od tego zależy, kto dziedziczy fortunę. Lista spadkobierców jest krótka. Potem okazuje się, że jedna śmierć nie była naturalna (co dla każdego średnio rozgarniętego czytelnika jest oczywiste od samego początku), i już wtedy, ze względu na wąską grupę podejrzanych, można domyślić się kto zabił, tylko jeszcze nie wiadomo dlaczego. Zagadka kryminalna jest więc wątpliwej jakości.

Zakończenie również rozczarowuje. Trudno mi uwierzyć, że morderca tak łatwo się przyznaje do winy, natychmiast gdy detektyw informuje go o swoich podejrzeniach. Ale niech będzie, że wśród lordów inne panują obyczaje. Dzisiejszy czytelnik takie zachowanie może co najwyżej skwitować wzruszeniem ramion.

Z tej powieści zapamiętam tylko jedno zdanie, które z lubością będę przy różnych okazjach cytować; „ Odkąd się przekonałem, że woli burgunda od szampana, mam o niej jak najlepsze mniemanie”.

Żeby definitywnie ustalić dlaczego książki Agathy Christie po stu latach wciąż zdobywają nowych czytelników, a Dorothy Sayers przepadła z kretesem, zajrzałam do wydanego zaledwie dwa lata później niż „Nieprzyjemność…” „Morderstwa na plebanii”, pierwszej powieści z panną Marple w roli głównej. I tam, każde zdanie skonstruowane jest tak, że zachęca do przeczytania następnego. Kiedy na samym początku czytam: „Zakończyłem właśnie krajanie sztuki mięsa (nawiasem mówiąc, zdumiewająco twardej) i siadając stwierdziłem tonem zgoła dla duchownego niestosownym, że każdy, kto zamorduje pułkownika Protheroe, odda światu wielką przysługę” – od razu jestem kupiona. U Agathy każde zdanie jest po coś, każde ma znaczenie. Tekst jest gęsty od dialogów, ale bohaterowi nie ględzą bez sensu. Ludzie są prawdziwi, nie papierowi i choć żyją sto lat temu, mają takie same problemy jak my. Wystarczy je wiarygodnie opisać, trzeba tylko mieć talent.

Jak myślicie, czy któryś z naszych współczesnych, popularnych autorów będzie równie chętnie czytany za sto lat?