czwartek, 16 września 2021

Ireneusz Iredyński „ Ryba płynie za mordercą” Ocena: 3/6

RYBA DRUGIEJ ŚWIEŻOŚCI

Od dawna chciałam  przeczytać tę książkę. Wznowienie w wersji elektronicznej ułatwiło sprawę. Iredyński wydał „Rybę…” w 1959 roku pod pseudonimem Umberto Pesco (nomen omen). W tym samym roku ukazał się pierwszy kryminał Macieja Słomczyńskiego „Powiem wam jak zginął” wydany pod pseudonimem Joe Alex. O ile nazwisko Alexa jest wielbicielom kryminałów dobrze znane, to Pesco został zapomniany. Może dlatego, że napisał tylko jedną książkę.

Obaj autorzy umieścili akcję swych powieści na Zachodzie (Iredyński we Włoszech, Alex w Anglii) i uczynili bohaterów prywatnymi detektywami. I stąd też zapewne pomysł na ukrycie się pod pseudonimami. Nie tylko dlatego, że kryminał był wtedy gatunkiem niegodnym ambitnego pisarza, ale chyba bardziej z tego powodu, że polsko brzmiące nazwisko autora byłoby niewiarygodne. W końcu oddzielała nas od Zachodu żelazna kurtyna, którą tylko nielicznym udawało się przekraczać, a i tak lepiej z tym było się nie afiszować.

Moja pierwsza refleksja po przeczytaniu tej książki nie spodobałaby się autorowi. Schemat powieści skopiowany jest z Raymonda Chandlera w stosunku praktycznie jeden do jednego. Narrację w pierwszej osobie prowadzi nadużywający alkoholu prywatny detektyw (nazwany tak samo jak autor Umberto Pesco), dla którego zapłata za robotę nie jest najważniejszym celem w życiu. Przyjaźni się z policjantem, który ułatwia mu prowadzić śledztwo, ma skłonność do kobiet fatalnych i do wybaczania im winy. Podobieństwo do Philipa Marlowe’a jest uderzające i tylko poczucie humoru obu detektywów trochę się różni. U Marlowe’a zabarwione jest głębokim, czarnym sarkazmem, Pesco posuwa się najdalej do ironii.

A sama historia? Daje radę, ale bez rewelacji. Kilka fałszywych tropów w kierunku błędów przeszłości, kilka mafijnych podpowiedzi i dość nieoczekiwany finał, w którym pobrzmiewają echa „Sokoła maltańskiego” Dashiella Hammetta.

Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że Chandler i Hammett zaczęli być wydawani w Polsce dopiero w latach siedemdziesiątych, więc dla ówczesnych czytelników, zmęczonych czasami socrealizmu, ta książka była na pewno powiewem świeżości. Dzisiejszego czytelnika zachęcam jednak, żeby sięgnął po amerykańskie oryginały.

poniedziałek, 30 sierpnia 2021

Katarzyna Bonda „Klatka dla niewinnych” Ocena: 1/6

A MATKA CZEKA W SAMOCHODZIE

No nie da się tego czytać. Bardzo mi przykro.

Przeczytałam kilka książek Katarzyny Bondy, zanim została królową kryminału, i nawet mi się podobały. Po „Pochłaniaczu” dałam sobie spokój. Zmęczyła mnie zupełnie niepotrzebna dla przebiegu akcji wielowątkowość tej historii i rozczarowało zakończenie wyjęte z kategorii science-fiction. Odpuściłam kolejne powieści z tej serii, odpuściłam z premedytacją eksperymenty pani Bondy z kryminalnymi romansami (nie tylko z powodu nawiązań do rzekomych romansów osobistych), ale przecież Hubert Meyer powrócił! Okazało się w ogóle, że powrócił w innej książce już pół roku temu, ale w zalewie nowości, jakoś to przegapiłam. Może więc dawna Katarzyna Bonda również powróciła? Płonne nadzieje.

„Klatka dla niewinnych” rozpoczyna się prologiem. Fatalnie. Wieloletnie doświadczenie podpowiada od razu, że jeśli w prologu pada trup, to znaczy, że autor za wszelką cenę stara się przyciągnąć uwagę czytelnika, bo dalej przez długi czas nic się nie będzie działo. Doświadczenie dobrze podpowiada. W pierwszym rozdziale „dzieje się” bowiem coś takiego:

 

Profiler Hubert Meyer przebiega pustą jezdnię w niedozwolonym miejscu. Z bramy wyjeżdża samochód, który zamiast spokojnie ominąć Meyera, bo jezdnia nadal jest puściutka, trąbi i zatrzymuje się na środku drogi. Kierowca wyskakuje z samochodu z okrzykiem: „Jak łazisz dziadu”. Szybko jednak traci impet, bo „dziad” okazuje się jego wykładowcą z uczelni. Kacper Dragan, obecnie funkcjonariusz więzienny, gorąco przeprasza profesora (wciąż na środku drogi) i zaczyna rozmowę. Przytomny Mayer sugeruje jednak, że środek jezdni to nie jest dobre miejsce na parkowanie samochodu, więc były student przestawia auto na chodnik. W samochodzie czeka jego matka.

I teraz zaczyna się „akcja”, czyli ciągnący się przez kilkadziesiąt stron dialog. Student i profesor wiodą długą, półgodzinną dyskusję, w której przypominają sobie zajścia z przeszłości. Przywołują w tej opowieści tak wiele wydarzeń, które nic czytelnikowi nie mówią, i tak wiele nazwisk, których nie sposób zapamiętać, że właściwie nie wiadomo, o czym rozmawiają. Tak jakby autorka założyła, że czytelnik ma w pamięci książkę telefoniczną z nazwiskami postaci i streszczenie wszystkich wątków, które pojawiały się w tej serii. Oni gadają, a ja się denerwuję, bo matka czeka w samochodzie.

 

Po dłuższym czasie do rozmowy na chodniku dołącza trzecia osoba – prokurator Weronika Rudy, która dorzuca do historii kolejne, liczne, współczesne wątki i nazwiska. Rozmowa znów trwa jakieś pół godziny. A matka czeka w samochodzie. A ja się martwię, że marznie, bo przecież zima, śnieg. Albo o zanieczyszczanie środowiska się martwię, jeśli silnik włączony.

 

Pani prokurator odchodzi, a Meyer z Draganem wciąż gadają na ulicy, o różnych śledztwach, ale też o pierdołach. Poczujcie tego bluesa. Kilkadziesiąt stron tekstu, który jest jednym, wielkim, chaotycznym dialogiem, nieudolnie streszczającym to, co działo się wcześniej. Przez cały czas próbujecie się skupić, domyślić, o co będzie chodziło w tej historii i dochodzicie do wniosku, że nic a nic was to nie obchodzi. I jeszcze ta matka w samochodzie.

Czytałam dalej tylko dlatego, żeby dowiedzieć się, czy matka nie zamarzła w tym aucie. Nie! Co za ulga. Mogę przerwać lekturę. Otóż syn łaskawie pozwolił jej w końcu wyjść, i przedstawił swojemu rozmówcy, co ten skwitował: „I od tego trzeba było zacząć, Klusku”.

I od tego trzeba było zacząć, pani Katarzyno. Ale, co się stało, to się nie odstanie.

Katarzyna Bonda napisała kiedyś podręcznik „Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania”. Latka lecą i skleroza ma prawo dopaść każdego, dlatego myślę, że to dobry pomysł, aby autorka zajrzała po latach do tego poradnika. Na pewno znajdzie się tam rozdział, jak budować napięcie, co to jest dramaturgia, albo do czego służą w powieści dialogi. To znaczy, tak mi się wydaje, bo przecież książki nie czytałam. I raczej nie przeczytam, bo gdybym nawet chciała kiedyś napisać kryminał, to jednak twórczość pani Bondy nie byłaby dla mnie wzorem do naśladowania.

 

czwartek, 19 sierpnia 2021

"MOŻE KIEDYŚ WYGRAM" - wywiad z Izabelą Szylko

Dziś, bardzo nietypowo, publikuję mój wywiad, który miał premierę na portalu nakanapie.pl. I portal, i autorka wyjątkowo godni polecenia.

Izabela Szylko

Dziennikarka, reżyserka, scenarzystka i pisarka. Pracowała m.in. w miesięczniku „Kino” i telewizyjnym „Ekspresie Reporterów”.

Jej debiut literacki „Madonna z hiacyntem” został wyróżniony w konkursie na powieść kryminalną miesięcznika „Detektyw”, a scenariusz będący adaptacją powieści „Łyżeczka” znalazł się w finale „Script Pro” – najważniejszego w Polsce konkursu dla scenarzystów.

Reżyserka i scenarzystka filmu „Niezawodny system”, nagradzanego na międzynarodowych festiwalach.

Uczy kreatywnego pisania.

MOŻE KIEDYŚ WYGRAM

Rzadko mi się zdarza, że po przeczytaniu zaledwie dwóch książek autora mam wrażenie, jakbym znała go od dziecka. Czy możemy przejść „na ty”?

Jasne. Ja mam podobne wrażenie czytając twoje recenzje.

Uprzejmości wymienione, teraz do rzeczy. Dlaczego nie lubisz wywiadów?

Tylko, kiedy sama muszę odpowiadać na pytania. Jeśli to ja występuję w roli pytającego – nie ma problemu. Wolę dowiadywać się czegoś nowego o ludziach, niż opowiadać o sobie. Taka natura.

Nie wróżę ci kariery z takim podejściem, ale ze mną nie będzie łatwo.

Tak podejrzewałam (westchnienie).

Dlaczego wydałaś tę książkę sama?

A musimy o tym rozmawiać?

Tak. Zgodziłaś się na wywiad, a ja uprzedzałam, że nie będzie łatwo.

Już teraz? Poczekaj, dojdziemy do tego. Musi być jakiś suspens.

Umiesz stopniować napięcie.

Tego akurat można się nauczyć.

No właśnie. Prowadzisz kursy pisarskie. Czy to ma sens? Czy pisania w ogóle można się nauczyć? Talent nie wystarczy?

Jeśli ktoś nie opanował w szkole podstawowej sztuki poprawnego składania zdań, to kurs pisarski na nic mu się nie przyda. Jeśli jednak ktoś ma iskrę Bożą, to taki kurs może pomóc uporządkować wiele rzeczy. Wystarczy poznać kilka technik, które ja nazywam „sztuczkami”, dzięki którym można pisać o wiele lepiej, oczywiście, jeśli się już ten talent ma. I jeśli komuś na tym zależy. Raymond Chandler ukończył kurs pisarski, podobnie jak noblista Kazuo Ishiguro, więc chyba ta wiedza nie przeszkadza w pisaniu.

A zdradzisz chociaż jedną taką „sztuczkę”?

Zawsze powtarzam uczestnikom moich kursów: najpierw pokazuj, potem wyjaśniaj. Jeśli opiszesz nagiego faceta biegnącego ulicą w środku nocy, od razu wzbudzisz zainteresowanie. Czytelnik będzie chciał się dowiedzieć, o co chodzi. To jakiś wariat czy ekshibicjonista? A może się z kimś założył? Albo został okradziony? Jeżeli najpierw wyjaśnisz, że to był tylko zakład, a potem pokażesz, że facet biegnie na golasa – to będzie powtórka, a więc nuda.

Gdy o tym mówisz, to wydaje się oczywiste, ale czytając książki polskich autorów, czasem mam wrażenie, że nigdy o tej zasadzie nie słyszeli.

Bo samemu często się tego nie widzi. Mówię to z własnego doświadczenia. Potrzeba kogoś, kto popatrzy na tekst świeżym okiem i zwróci uwagę na błędy. Każdemu autorowi przydałaby się taka Rudolfina, tylko zanim jeszcze książka trafi do księgarń.

O tak, już widzę, jak wydawcy rzucają się hurmem, abym pomogła im ulepszać książki bestsellerowych autorów. A potem zmuszają ich, aby poprawiali błędy. I obiecują, że będą wydawać pięć doskonałych książek rocznie zamiast dwudziestu byle jakich. To by mogłoby się wydarzyć w jakimś wszechświecie równoległym.

Chyba tak (śmiech). Jeżeli autorzy piszą pod presją deadline’ów, a wydawcy mają napięty harmonogram, nie ma czasu na poprawki.

A jeśli chodzi o co innego? Wydawcom nie chce się wysilać, bo uważają, że czytelnik i tak wszystko kupi, byle tylko „łatwo się czytało”?

Ale raczej nic się z tym nie da zrobić, prawda? No chyba, że rzeczywiście przeniesiemy się do alternatywnej rzeczywistości. A może wystarczyłoby cofnąć się w czasie? Dziesięć lat wystarczy. Wydaje mi się, że wtedy nie wydawało się tak wielu słabych książek, jak teraz.

Zostawmy te kuszące wizje. Czy dlatego właśnie pisanie „Damy z blizną” zajęło ci aż dwa lata?

Mówiąc szczerze, to nawet dłużej. Na pomysł wpadłam wiele lat temu. Zaczęłam się zastanawiać, co by było gdyby żona któregoś z tych polityków, którzy najgłośniej sprzeciwiają się aborcji została napadnięta, zgwałcona i zaszła w ciążę? Co on by zrobił? Czy radośnie wychowywałby dziecko psychopaty, jak swoje własne? Czy może zmieniłby swoje przekonania? Zaczęłam pisać szkic tej historii i utknęłam w momencie, kiedy polityk dowiaduje się, że żona jest w ciąży. Co dalej? Żona rodzi dziecko i mamy dramat rodzinny. Słabe to. Żona usuwa ciążę? Też dramat rodzinny, tylko innego rodzaju. Znów nic nowego. Żona traci dziecko w wyniku poronienia? Najłatwiejsze wyjście, ale też najsłabsze, z rodzaju deus ex machina. I pewnego dnia, siedząc na tarasie mojego domu na Mazurach, gdy już zapomniałam, że chciałam napisać taką historię, przyszło mi do głowy zupełnie niekonwencjonalne rozwiązanie. A gdyby właśnie w tym miejscu, nad tym jeziorem popełniono zbrodnię? I to jest odpowiedź na niezadane pytanie: skąd biorą się pomysły. Pomysły po prostu przychodzą i same nas znajdują, tylko trzeba na nie poczekać.

Pomysł przyszedł, więc potem poszło jak z płatka.

Żeby to było takie łatwe. Napisałam książkę, ucieszyłam się, że nareszcie mam to za sobą i dałam tekst do przeczytania kilku zaprzyjaźnionym osobom. I wszystkie stwierdziły, że nie przekonują ich motywacje głównych bohaterów. Uwagi były bardzo rzeczowe, więc nie miałam wyjścia, musiałam się z nimi zgodzić. Wyrzuciłam jedną czwartą tekstu do kosza, dodałam nowe wątki, które zmieniły wydźwięk powieści i wyjaśniły działania bohaterów.

Domyślam się, że to jeszcze nie koniec.

Zmusiłam przyjaciół do przeczytania nowej wersji i już nie mieli zarzutów, ale wyrazili żal, że jedyna naprawdę pozytywna postać w powieści okazuje się najbardziej przegrana. Nawet się z tym zgodziłam, ale nie miałam pomysłu, jak to zmienić. Dopiero później, gdy podobną uwagę zgłosiła redaktorka książki, przyszło mi do głowy co zrobić, żeby zakończenie nie było takie ponure.

I dzięki temu na końcu mamy jeszcze jeden twist, co, moim zdaniem, wyszło książce na dobre. „Dama z blizną” to mroczny kryminał, momentami thriller i dużo w tym polityki. „Szpilki za milion” to była czysta rozrywka z hiper-optymistycznym zakończeniem. Nie czytałam dwóch wcześniejszych twoich książek, „Łyżeczki” i „Madonny z hiacyntem”, ale z opisów wynika, że pierwsza – to powieść obyczajowa o toksycznej matce, a druga jest konwencjonalnym kryminałem. Zastanawia mnie, jak to możliwe, że twoje książki tak bardzo różnią się tematycznie i gatunkowo.

Pytasz dlaczego nie tłukę serii, wciąż w ten sam deseń?

Nie chciałam być aż tak dosadna.

Ja nie mam łatwości pisania. Zaczynam pisać dopiero wtedy, gdy uznam, że mam wystarczająco dobry pomysł, od początku do końca przemyślany, i kiedy historia jest dla mnie z jakichś powodów ważna. Pisanie na zadany temat, to byłaby straszna męczarnia, taka praca w fabryce, przy taśmie, niczym Charlie Chaplin w filmie „Dzisiejsze czasy”. Nie znoszę też deadline’ów, bo nie wyobrażam sobie, że można by nie dotrzymać terminu. A co, jeśli czas publikacji będzie się zbliżał nieuchronnie, a ja wciąż będę niezadowolona z efektów mojej pracy? Przecież nie oddam półproduktu.

Zaczynam się domyślać, dlaczego wydałaś tę książkę samodzielnie.

Po pierwsze - skłoniły mnie do tego bardzo złe doświadczenia z poprzednimi wydawcami. Dużo by o tym mówić, ale nie lubię narzekać, więc może opiszę to we wspomnieniach (śmiech). Po drugie - brak odzewu ze strony wydawnictw. Może za słabo się starałam.

Jak to? Przecież to świetna książka!

Tylko trzeba najpierw ją przeczytać, żeby się o tym przekonać. A przecież kryminał polityczny „się nie sprzedaje”, jak mi powiedziano w firmie dystrybucyjnej. Więc nawet nie warto otworzyć pliku. Po trzecie – chciałam mieć wreszcie sama wpływ na wszystko. Jeśli coś pójdzie nie tak, mogę mieć pretensje tylko do siebie.

I jakie to pretensje?

O tym też napiszę we wspomnieniach. To materiał na bestseller (śmiech). Rynek wydawniczy to dżungla. Może warto pokazać ją od środka, w krzywym zwierciadle, z uwzględnieniem wszystkich pułapek, które czyhają na naiwnego autora. Naprawdę, trzeba mieć oczy z tyłu głowy, żeby nie dać się wykiwać.

Domyślam się, że kolejna książka będzie również zupełnie inna niż poprzednie. Trudno mi sobie wyobrazić kontynuację „Damy z blizną”.

Dobrze się domyślasz. W następnej książce spełniam marzenia z dzieciństwa. Zawsze chciałam przeżyć wielką przygodę. I przeżywam, tyle że w wyobraźni. To powieść sensacyjno-przygodowa, z zagadką historyczną w tle, o wiele lżejszego kalibru niż „Dama z blizną”, ale poważniejsza niż „Szpilki za milion”. Jeżeli kochasz przygodę, to warto poczekać.

Czy również zamierzasz ją wydać sama?

Jeszcze nie wiem. Samodzielne wydanie książki wiąże się z morderczą pracą. Jeśli autor musi być jednocześnie wydawcą, księgowym, agentem reklamowym, handlowcem, informatykiem, montażystą dźwięku (bo właśnie skończyłam montować audiobook, który ukaże się we wrześniu), nie pozostaje czasu na pisanie. A jeszcze kilka pomysłów mam.

Jak sobie z tym wszystkim dajesz radę?

Gonię w piętkę. Ale, jak ta biegaczka Sifan Hassan, która przewróciła się na igrzyskach w Tokio w trakcie biegu na 1500 metrów, a potem podniosła, i wygrała ten wyścig, też się podnoszę. Może kiedyś wygram.

wtorek, 27 lipca 2021

Tomasz Duszyński „Glatz. Kraj pana Boga” Ocena: 2/6

SYNDROM DRUGIEGO TOMU

Czytałam tę powieść dwa tygodnie i tyle samo czasu mi zajęło, aby zebrać się do napisania recenzji. Raczej nie świadczy to dobrze o książce, prawda?

Miałam nosa, że przy recenzji „Glatz” podeszłam do autora z dystansem. Co doświadczenie, to doświadczenie. Zbyt często mi się zdarza, że pierwsza książka z cyklu budzi mój zachwyt, a potem balonik z nadmuchanymi oczekiwaniami pęka i robi się wielkie nic. Że nie wspomnę Krzysztofa Bochusa, Roberta Małeckiego, Annę Kańtoch czy Jakuba Szamałka.

Czytając „.Glatz. Kraj Pana Boga” miałam wrażenie, że Tomasz Duszyński zaczął pisać tę książkę, nie mając bladego pojęcia, w którą stronę będzie rozwijać się akcja i liczył na to, że jak już sobie trochę popisze, to jakiś pomysł przyjdzie mu do głowy.

Już na samym początku autor popełnił kardynalny błąd. Zamieścił prolog, który jest mega-spoilerem. Z krótkiego wstępu dowiadujemy się, że:

dziewczyna została porwana,

zorientowała się, że porywacz był osobą, którą znała,

udało jej się wydostać z więzienia,

w trakcie ucieczki zginęła na skutek nieszczęśliwego wypadku.

Tej wiedzy, niestety, nie mają policjanci, którzy przez dokładnie jedną czwartą książki z mozołem zdobywają te same informacje, które wcześniej zostały podane czytelnikowi na tacy. Do tego jeszcze takie same informacje podawane są z punktu widzenia kilku policjantów - nijakich, bezbarwnych i nie budzących żadnych emocji, oraz młodej, trochę ciekawszej arystokratki. Zmiana punktu widzenia nie wnosi, niestety, do sprawy niczego nowego. Nie ma lepszej metody, żeby zanudzić czytelnika na śmierć.

Już miałam zamiar rzucić czytnikiem w kąt, kiedy dotarłam do miejsca, w którym autor chyba wpadł na pomysł, o czym pisać dalej, bo wreszcie coś zaczęło się dziać i pojawił się zwrot akcji. Cóż z tego, kiedy okazało się, że to kolejny mega-spoiler. Słuchałam audiobooka i niedowierzałam. Aż przerzuciłam się na wersję pisaną, żeby sprawdzić, czy aby się nie przesłyszałam. Nie. Znów dostajemy wszystko na tacy. Jest trup, wiemy, kto zabił i kto w morderstwo został wrobiony, nie wiemy tylko dlaczego. I znów, mając tę wiedzę obserwujemy miotających się bezradnie detektywów z narastającą irytacją, że tak błądzą we mgle, i że nie są w stanie pojąć rzeczy oczywistych. Policjantów znów jest kilku. Autor mnoży bohaterów chyba tylko po to, żeby ich prywatnymi, nic nie wnoszącymi do sprawy wątkami nadmuchać objętość powieści.

Kluczowa dla sprawy jest treść pamiętnika porwanej dziewczyny Autor dozuje powoli najistotniejsze informacje, ale kiepski to zabieg literacki, bo czytelnik od razu widzi, że pamiętnik „zawieruszył się” wyłącznie na życzenie autora i został wyciągnięty w odpowiednim czasie na zasadzie deus ex machina, bo tak było wygodnie. Poza tym, nawet jeśli czytelnik o najważniejszej treści dowiaduje się na końcu, to przecież policjanci od razu przeczytali całość. I co? Poznali najważniejszy element układanki, czyli motyw, i nie załapali o co biega?

Wątek porwań dla okupu jest mało wiarygodny. Porywacze to partacze, skoro mimo rzekomo dużego doświadczenia nie potrafią się nauczyć, jak skutecznie przetrzymywać porwanych tak, aby nie dało się im uciec. Pierwsza ucieczka miała prawo się wydarzyć, powtórka z rozrywki jest tylko dowodem na to, że autorowi nie przyszło do głowy ciekawsze rozwiązanie.

Końcowa scena w banku jest spektakularna, ale fantastyczna. Takie idealne zsynchronizowanie w czasie policyjnej akcji z napadem byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby włamywacze na własną prośbę chcieli się podłożyć policji i złożyli na siebie donos. A chyba nie o to im chodziło.

Doczytałam do końca nie dlatego, żeby dowiedzieć się, kto za tym stoi, bo w pewnym momencie zupełnie mnie to przestało interesować, tylko po to by sprawdzić czy przynajmniej z zakończeniem autor sobie poradził. Jakoś sobie poradził. Osoba głównego sprawcy rzeczywiście zaskakuje. I jedynie to ratuje tę książkę przed pałą. Dodatkowy plus za klimat i język. Ale, jak pewnie się domyślacie, to za mało, żeby nabrać ochoty na przeczytanie trzeciego tomu. Nie lubię ruletki.

poniedziałek, 12 lipca 2021

John Grisham „Wichry Camino” Ocena: 3/6

ZEFIREK

Zanosiło się, że będzie gorzej. Pierwszy rozdział – meteorologiczny. Kilka stron trucia o huraganie, chociaż wystarczyłoby kilka zdań. Drugi rozdział – niepotrzebny. Przypomnienie osób występujących w poprzedniej części - „Wyspie Camino”, które w tej powieści nie odgrywają żadnej roli: po pierwsze – już nie pamiętam kto był kim, po drugie – gdybym nawet pamiętała, ta wiedza byłaby mi zbędna, bo oprócz antykwariusza, żadna z przypominanych osób nie ma wpływu na rozwój wydarzeń.

Na szczęście przychodzi rozdział trzeci i akcja rusza z miejsca. Zaczyna się, jak na Grishama nietypowo, tak jak w klasycznym kryminale już na początku pada trup. Ginie uznany pisarz i chociaż wygląda na to, że padł ofiarą huraganu, to jednak jego przyjaciele są przekonani, że został zamordowany. Trzeba się dowiedzieć, kto za tym stoi.

Czyta się to do końca na wysokich obrotach, jednak, jeśli nie macie do Grishama podobnego jak ja stosunku emocjonalnego (zdajecie sobie sprawę, że coraz słabiej pisze, ale sentyment do wcześniejszych książek nie pozwala wam się z nim rozstać) – możecie czuć większy niż ja niedosyt. Historia rozwija się linearnie, trop, który pojawia się dość szybko okazuje się tym właściwym i tylko klasyczne grishamowskie poczucie sprawiedliwości (zło musi zostać ukarane) pozostaje na swoim miejscu i sprawia, że lektura przynajmniej na tym polu przynosi satysfakcję. Zdecydowanie, nie jest to jednak powieść z rodzaju „trzeba przeczytać”.

poniedziałek, 28 czerwca 2021

Radka Třeštiková „Osiem” Ocena: 4/6

NIETYPOWA TYPOWOŚĆ WYDAWNICZA

Po tę książkę sięgnęłam z dwóch powodów. Po pierwsze znalazłam ją w dziale „kryminały z różnych stron świata”, a właśnie zapragnęłam jakiejś odmiany, po drugie, ta powieść w Czechach była podobno wielkim bestsellerem. Sprzedała się w stu tysiącach egzemplarzy, a biorąc pod uwagę, że w kraju tym żyje ponad trzy razy mniej ludzi, niż w Polsce jest to wynik naprawdę imponujący. Bardzo mnie więc zaciekawiło, co się tak spodobało braciom Czechom, że hurmem ruszyli do księgarń.

Sprawdziłam również, czy czescy wydawcy ściemniają tak samo bezczelnie, jak polscy, określając gatunek powieści, którą chcą sprzedać. Bo jak się zapewne już domyślacie, „Osiem” nie jest kryminałem. To całkiem dobra powieść obyczajowa, w której niedoszłe zabójstwo jest tylko pretekstem do wiwisekcji zachowań międzyludzkich, zasadniczo w kontekstach damsko-męskich.

Otóż czeski wydawca ten właśnie walor podkreślił w opisie. Nie informował, jak nasi, że książka „nie jest typową powieścią kryminalną” (jak nie jest typowa, to coś akurat dla mnie, bo przeczytawszy setki kryminałów cenię sobie oryginalność, więc oczywiście dałam się nabrać), a już tym bardziej nie twierdził, że to „gwarancja świetnej rozrywki”! Z rozrywką „Osiem” naprawdę nie ma nic wspólnego. Opisywane wydarzenia są tragiczne, bohaterom można współczuć i do głowy by mi nie przyszło, że ich smętne losy mogą być rozrywkowe. Relacje między postaciami są mocno pokręcone, choć z drugiej strony bardzo typowe: on ją kocha, ona kocha innego, ale inny nie może z nią być, no bo przecież jest żona, dzieci, i jeszcze jest ta trzecia, co kocha się w tym pierwszym. No i wszyscy się miotają w tych niespełnionych miłościach i niedoszłych relacjach. Klasyka westernu.

Całość opowiedziana bardzo sprawnie, ciekawie, rozwiązanie zagadki, wcale nie kto zabił, tylko kto tak naprawdę jest z kim w związku i dlaczego, może przynieść jakąś satysfakcję. Jeśli ktoś lubi takie klimaty, nie powinien czuć się rozczarowany, jeśli jednak nastawi się na kryminał, może wpisać sobie ściemniającego wydawcę (tym razem Stara Szkoła) na kolejną czarną listę.

 

środa, 9 czerwca 2021

Izabela Szylko "Dama z blizną" Ocena: 6/6

NIE PYTAJ O POLSKĘ*

Jeżeli zastanawialiście się kiedyś, jak mogłoby wyglądać polskie „House of Cards” - już nie musicie. Wystarczy przeczytać „Damę z blizną”.

Kiedy napisała do mnie autorka z propozycją przedpremierowej recenzji jej powieści, miałam wielki dylemat, bo nie wchodzę w takie układy. Gdy jednak dowiedziałam się, że Izabela Szylko poświęciła na napisanie tej książki dwa lata, zaczęłam się łamać. No dobrze, przeczytać mogę, a co z tego wyniknie, się okaże.

Zaczęłam czytać i wsiąkłam. Autorka zaskoczyła mnie totalnie. Jej poprzednia książka „Szpilki za milion” – to była zwiewna jak piórko komedia kryminalna. A teraz dostałam ciężki kryminał. Na szczęście, ciężki tylko w zakresie wagi poruszanych problemów, bo znów lekko się to czyta, a akcja prowadzona jest tak dynamicznie, że nawet czytelnicy Remigiusza Mroza nie powinni narzekać. Uprzedzam lojalnie, lektura grozi zarwaniem nocy.

Obserwujemy losy Marka Dobosza - prawicowego polityka, który właśnie został kandydatem na prezydenta w zbliżających się wyborach oraz jego żony Adeli, którą za cel obrał sobie seryjny morderca. Czas goni, akcja pędzi, policja stara się jak może, aby ująć zabójcę, zanim dojdzie do tragedii, a my trzymamy kciuki, żeby im się udało. Nie zdradzę chyba wiele, gdy napiszę, że polityk, który do tej pory występował jako nieugięty obrońca życia poczętego, po incydencie, którego ofiarą padła jego żona, wpadnie w dużo większe kłopoty, niż ona.

Nie myślcie jednak, że ta książka to jakaś agitka polityczna, obliczona na wzbudzenie taniej sensacji, w której autorka jednoznaczne opowiada się po którejś stronie aborcyjnego sporu. Gdyby tak było, Izabela Szylko mogłaby pewnie liczyć na darmową reklamę ze strony oburzonych wyznawców Ojca Rydzyka albo nerwową reakcję z przeciwległego bieguna, co też przełożyłoby się na promocję. W tej powieści wszystkim się dostaje, choć niekoniecznie po równo (pamiętajcie, że po równo, to nie znaczy sprawiedliwie), bo tak naprawdę prawie wszystkim politykom się to należy. Słowo prawie w tym wypadku nie robi różnicy, ale to akurat moje osobiste zdanie. Oczywiście, mamy tu i czarne, i białe charaktery, ale potem okazuje się, że…

To ostatnie sformułowanie powinnam właściwie ustawić jako motto. Nie mogę niestety napisać ani słowa więcej, ponieważ nawet lekkie uchylenie rąbka tajemnicy zepsułoby największą przyjemność z czytania tej książki, której fragmenty możecie dopasowywać sobie w głowie jak puzzle. Wszystko pasuje.

Jeżeli wydaje wam się, że przeczytaliście już tyle kryminałów, że nic nie jest w stanie was zaskoczyć, tym razem chyba będziecie musieli się poddać. Kiedy po pierwszej części jesteśmy przekonani, że akcja będzie się rozwijać w jedynie słusznym kierunku, następuje wolta, która wszystko stawia na głowie. Czytając część drugą, co chwila będzie pojawiać się ziarno niepokoju, a kiedy znów będziecie przekonani, że już wiadomo, do czego to wszystko zmierza, następuje część trzecia (świetny pomysł ze zmianą narratora). I dopiero wtedy wyświechtany slogan reklamowy „nic nie jest takie, jakim się wydaje” nabiera nowego wymiaru. Warto się przekonać dlaczego.

Ta książka ma jeszcze pewną wartość dodaną. Oprócz tego, że jest świetnym kryminałem, bezbłędnie opisuje polską rzeczywistość. Nie mamy wątpliwości, że akcja toczy się tu i teraz, wszystko jest tak prawdziwe, że kiedy w pewnym momencie jednej z postaci udaje się wywieść w pole anonimowego prezesa, i tak wszyscy wiedzą o którego prezesa chodzi.

Intryga tej książki jest doskonale przemyślana. Tak misternych fabuł, gdzie każdy wątek, każdy podrzucany trop jest potrzebny i pojawia się we właściwym czasie, życzyłabym sobie we wszystkich powieściach kryminalnych. „Damą z blizną” Izabela Szylko wzniosła polski kryminał na poziom, który trudno będzie przeskoczyć. Z utęsknieniem będę czekała na kolejną książkę autorki, nawet, jeśli pojawi się dopiero za dwa lata.

Skończyłam czytać dobry kryminał, z żalem że to już koniec odłożyłam książkę na półkę, i wiecie o czym myślę? O Polsce. Chyba coś ze mną nie tak…

*„NIE PYTAJ O POLSKĘ” sł. i muz. Grzegorz Ciechowski

Nie pytaj mnie, dlaczego jestem z nią
Nie pytaj mnie, dlaczego z inną nie
Nie pytaj mnie, dlaczego myślę że
Że nie ma dla mnie innych miejsc.

 

czwartek, 20 maja 2021

Tomasz Duszyński „Glatz” Ocena: 5/6

PRAWIE JAK, A MOŻE NAWET LEPIEJ …

Jeżeli macie sentyment do pierwszych powieści Marka Krajewskiego, a do ostatnich już niekoniecznie, to ta wiadomość na pewno was ucieszy. Wydaje się, że pojawił się godny zastępca pana Marka. Jest to wiadomość jednocześnie i dobra, i gorsza. Dobra, bo możemy znów zanurzyć się w soczystym językiem snutą opowieść, znowu urzekają klimaty niemieckiego Dolnego Śląska (akcja toczy się niedługo po zakończeniu I wojny światowej), możemy spacerować ulicami Kłodzka, jakbyśmy sami tam wtedy byli i połykać akcję haustami, nie mogąc się doczekać, co będzie dalej.

Ta gorsza wiadomość wynika, niestety, z konstatacji, że to wszystko, chociaż świetne i dorównujące poziomem pierwszych opowieści o Mocku - już było, że analogii z twórczością Marka Krajewskiego nie da się uniknąć. I tu pojawia się, na szczęście, refleksja trzecia. Nie ma co czepiać się autora, który po prostu publikuje w czasach, kiedy trudno odkrywać nowe lądy. Wydawcy przyzwyczajają nas przecież, żeby nie wymagać zbyt wiele. Krajewski teraz pisze na akord, więc przestałam czytać jego książki. Może przynajmniej kolejne powieści Duszyńskiego będą dopracowane tak, jak „Glatz”.

Dlatego nie chwalę pierwszej części serii o Kłodzku z takim entuzjazmem, jak, mówiąc szczerze, powinnam. Pamiętam moje zachwyty nad debiutem Krzysztofa Bochusa i równie dobrze rozczarowanie po przeczytaniu drugiej książki z serii. Ale spokojnie, mam zamiar zabrać się za kolejne tomy, i wtedy przyjdzie czas na zachwyty (albo i nie).

Intryga „Glatz” jest bardzo dobrze skonstruowana. Dramaturgia nie siada, nie ma zagrywek w stylu „zabili go i uciekł”, żadnych podpowiedzi pan Bóg nie zsyła z nieba. Wszystko gra.

W Kłodzku dochodzi do serii morderstw, które muszą być jakoś ze sobą powiązane. Autor umiejętnie zwodzi czytelnika, podobnie jak przestępcy kierują śledczych na fałszywe tory. Wszystkie wątki dopięte są na ostatni guzik, wszystkie potrzebne i wszystkie się łączą w zakończeniu. Domniemane motywy zbrodni są dosyć klasyczne (pojawiają się i Żydzi, i masoni i początkujący naziści, a nawet pederaści), więc znów można by się czepiać, ale cóż, to tematy po prostu bardzo symptomatyczne dla opisywanych czasów (z wyjątkiem pederastów), więc chwała autorowi, że przynajmniej przyłożył się do dokumentacji niezwykle solidnie. Duszyński dzieli się jednak swą rozległą wiedzą z czytelnikiem w tak subtelny sposób, że nie mamy wrażenia, że przynudza albo, że zapomniał, że pisze powieść gatunkową. To przede wszystkim rasowy kryminał – bez dwóch zdań.

Bardzo ciekawe są też wszystkie występujące w książce postaci: nie tylko główny detektyw – kapitan wywiadu Wilhelm Klein, ale również jego współpracownicy i inne postaci drugoplanowe. Kapitan Klein ma również swoją własną tajemnicę i stopniowe dochodzenie do prawdy (niecałej, bo coś jednak trzeba zostawić na kolejne tomy) jest dodatkowym atutem tej powieści.

Z wielką ciekawością będę obserwować, jak Tomasz Duszyński sobie radzi z polskim rynkiem wydawniczym.

 

wtorek, 4 maja 2021

Ken Follett „Igła” Ocena: 3/6

JAK NA KOBIETĘ…

Zaliczam kolejnego klasyka z gatunku: no dobrze, wszystko w porządku, fajnie się czyta, porządna intryga, ciekawy temat, ale zupełnie nic się nie stanie, jeśli tej książki nie przeczytacie.

Nie chciałoby mi się na temat „Igły” skrobnąć nawet kilku zdań, podobnie jak na temat osławionych „Filarów ziemi” tego autora (ten sam gatunek, jak wyżej, tylko pięć razy więcej słów), gdyby nie refleksja, która przyszła mi do głowy, gdy dotarłam do zakończenia.

Jak ten świat się zmienia! I proszę! Czasami również na lepsze!

Akcja „Igły” dzieje się w czasach II wojny światowej, książka została opublikowana w 1978 roku, ale gdyby została wydana dzisiaj, wszystkie czytelniczki, nieważne, czy z parasolkami czy bez, nie pozostawiłyby na autorze nawet suchej nitki. Żaden autor mężczyźniany w dzisiejszych czasach nie odważyłby się czegoś takiego napisać.

W pokonaniu niemieckiego super-szpiega (nic nie zdradzam, nawet przedszkolaki wiedzą, że Niemcy przegrały tę wojnę) największą rolę odegrała kobieta. No i super. Tylko, że autor co chwila zachwyca się: cóż za kobieta! Czterdzieści lat temu ten zachwyt zapewne brzmiał niewinnie. Dzisiaj odczytuje się to zupełnie inaczej: popatrzcie, to niewiarygodne, kobieta, a dała sobie radę! Gdyby to był facet, to normalka. Ale kobieta!? To jakaś anomalia przyrodnicza!

Jak to dobrze, że w dzisiejszych czasach kobiety już nie muszą nikomu udowadniać, że też potrafią i literaci dobrze o tym wiedzą.

 

czwartek, 22 kwietnia 2021

Patricia Highsmith „Znajomi z pociągu” Ocena: 4/6

HITCHCOCK SKNERUS

Ta książka została wydana w czasach, kiedy wydawnictwa nie wciskały jeszcze kitu czytelnikowi, sprzedając wege kotlety o smaku wołowiny z etykietą befsztyka. Highsmith to mistrzyni „powieści psychologicznej z wątkiem kryminalnym” czytam na okładce. I rzeczywiście, „Znajomi z pociągu” to przede wszystkim powieść psychologiczna, ale napisana tak, że daj panie Boże, aby wszystkie dzisiejsze wyroby thrilleropodobne wywoływały równie intensywny dreszczyk emocji.

Jeżeli widzieliście film Hitchcocka „Nieznajomi z pociągu”, nie musicie się obawiać o spoilery. Film opiera się na tym samym pomyśle co książka, ale wspólny z oryginałem jest tylko punkt wyjścia: młody mężczyzna poznaje w pociągu człowieka, który proponuje mu, że uwolni go od kłopotliwej żony, w zamian za podobną przysługę. Mają być dwa morderstwa, doskonałe, ponieważ na pozór zupełnie przypadkowe - żadnych motywów, żadnych świadków, idealne alibi. Wychodzi, jak wychodzi.

Dalsza fabuła filmu przebiega zupełnie inaczej niż w powieści i do innego finału prowadzi. W tym kontekście nie dziwi sknerstwo Hitchcocka, który zakupił prawa do powieści anonimowo i dzięki temu sporo zaoszczędził, płacąc autorce zaledwie 7500 dolarów. Honorarium Raymonda Chandlera, którego zaangażowano do napisania scenariusza, wyniosło 40000 dolarów. Chandlerowi jednak tak bardzo nie podobało się zakończenie wymyślone przez reżysera, że rzucił tę robotę. Scenariusz dokończył ktoś inny.

Film Hitchcocka bardzo się zestarzał, chyba najbardziej właśnie ze względu na zakończenie – typowy hollywoodzki happy end. Postaci też są schematyczne, czarno-białe. W książce Highsmith bohaterowie są niejednoznaczni, mają skomplikowane osobowości, dzięki temu nie mamy żadnej pewności, czy zachowają się tak, jak się spodziewamy, i stąd właśnie bierze się thrill. Otwarte zakończenie daje wyobraźni duże większe pole do popisu, niż gdybyśmy otrzymali, tak jak u Hitchcocka, rozwiązanie podane na tacy.

Tę klasyczną perełkę na pewno warto wyszperać wśród staroci. Motyw podwójnego zabójstwa bez ewidentnego motywu (na zasadzie: ja tobie pomagam, ty mnie) był potem często wykorzystywany w filmie i literaturze. Ale warto pamiętać, że to Patricii Highsmith zawdzięczamy ten pomysł.

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Dorothy L. Sayers „ Nieprzyjemność w klubie Bellona”, Ocena: 2/6

KRÓLOWA JEST TYLKO JEDNA

Bardzo się zdziwiłam przeczytawszy niedawno, że Dorothy Sayers była w swoim czasie największą konkurentką Agathy Christie i obie były tytułowane królowymi kryminału. Trochę kryminałów już w życiu przeczytałam, więc jak to możliwe, że to nazwisko nigdy nie obiło mi się o uszy?

Wystarczyło przeczytać „Nieprzyjemność w klubie Bellona” i wszystko stało się jasne. Ta książka jest tak nudna, i tak zramolała po latach, że nawet w 1986, kiedy to wydano ją w Polsce (w Anglii w 1928 roku) musiała zalatywać stęchlizną.

Śledztwo prowadzi lord Peter Wimsey, chyba najnudniejszy detektyw z jakim miałam do czynienia. Kompletnie bezbarwny, żadnych cech charakterystycznych, żadnych słabości ani zalet, a do tego chodzi spać z kurami, więc jak nocą coś się dzieje, trzeba wyciągać go z łóżka. [Tu złota myśl w ramce wyjaśniająca o wiele większą popularność Raymonda Chandlera w Wielkiej Brytanii niż w Stanach: Czym różni się detektyw angielski od amerykańskiego? Amerykański nigdy nie kładzie się spać przed północą.]

Pomocnikiem Wimseya, takim niby-Watsonem, jest jego służący Bunter, który pojawia się dość często, ale jego rola ogranicza się do podawania kapci swojemu panu, wykonywania fotografii i nieustannego potakiwania: tak jest, wasza lordowska mość. Ziewam.

W powieści tej większość postaci nie ma nic do powiedzenia, ale gadają nieustannie i zupełnie nie na temat, co na dłuższą metę jest nieznośne. Ziewam.

Pomysł wyjściowy nawet ciekawy – bardzo wiekowe rodzeństwo umiera, wydawałoby się śmiercią naturalną tego samego dnia i chodzi o ustalenie, czy wcześniej zmarła siostra czy brat, bo od tego zależy, kto dziedziczy fortunę. Lista spadkobierców jest krótka. Potem okazuje się, że jedna śmierć nie była naturalna (co dla każdego średnio rozgarniętego czytelnika jest oczywiste od samego początku), i już wtedy, ze względu na wąską grupę podejrzanych, można domyślić się kto zabił, tylko jeszcze nie wiadomo dlaczego. Zagadka kryminalna jest więc wątpliwej jakości.

Zakończenie również rozczarowuje. Trudno mi uwierzyć, że morderca tak łatwo się przyznaje do winy, natychmiast gdy detektyw informuje go o swoich podejrzeniach. Ale niech będzie, że wśród lordów inne panują obyczaje. Dzisiejszy czytelnik takie zachowanie może co najwyżej skwitować wzruszeniem ramion.

Z tej powieści zapamiętam tylko jedno zdanie, które z lubością będę przy różnych okazjach cytować; „ Odkąd się przekonałem, że woli burgunda od szampana, mam o niej jak najlepsze mniemanie”.

Żeby definitywnie ustalić dlaczego książki Agathy Christie po stu latach wciąż zdobywają nowych czytelników, a Dorothy Sayers przepadła z kretesem, zajrzałam do wydanego zaledwie dwa lata później niż „Nieprzyjemność…” „Morderstwa na plebanii”, pierwszej powieści z panną Marple w roli głównej. I tam, każde zdanie skonstruowane jest tak, że zachęca do przeczytania następnego. Kiedy na samym początku czytam: „Zakończyłem właśnie krajanie sztuki mięsa (nawiasem mówiąc, zdumiewająco twardej) i siadając stwierdziłem tonem zgoła dla duchownego niestosownym, że każdy, kto zamorduje pułkownika Protheroe, odda światu wielką przysługę” – od razu jestem kupiona. U Agathy każde zdanie jest po coś, każde ma znaczenie. Tekst jest gęsty od dialogów, ale bohaterowi nie ględzą bez sensu. Ludzie są prawdziwi, nie papierowi i choć żyją sto lat temu, mają takie same problemy jak my. Wystarczy je wiarygodnie opisać, trzeba tylko mieć talent.

Jak myślicie, czy któryś z naszych współczesnych, popularnych autorów będzie równie chętnie czytany za sto lat?

 

wtorek, 6 kwietnia 2021

Stuart Turton „Demon i mroczna toń” Ocena: 1/6

DEMONY NIE WOMITUJĄ

„Spodziewajcie się trzymającego w napięciu horroru” przeczytałam w opisie na okładce. Jeśli horror polega na tym, że czytając książkę co chwila zasypia się z nudów, to wydawca chyba wymyślił nową definicję tego gatunku.

Kiedy w recenzji „Siedmiu śmierci Evelyn Hardcastle” deklarowałam, że z ciekawością przeczytam następną książkę Stuarta Turtona, nie wiedziałam na co się piszę. „Demona i mroczną toń” odkładałam kilka razy z myślą: no nie, tego nie da się czytać, i naprawdę nie wiem, co skusiło mnie, żeby dotrwać do końca. Chyba opętał mnie tytułowy demon, nie ma innego wyjaśnienia.

„Demon…” ma te same wady, co „Siedem śmierci…”, nie ma natomiast najważniejszej zalety debiutu Thorntona – inteligentnej intrygi. Co z tego, że jakaś intryga nawet jest (powiedzieć o niej „niezwykle skomplikowana”, to nic nie powiedzieć), a jednak ostatnie, co przyszłoby mi do głowy, to nazwać ją inteligentną.

Do połowy książki nic się nie dzieje. Przez cały czas nie wiem, po co autor mi tę historię opowiada, nie wiem o co toczy się gra, więc na opisywane, czasami tragiczne wydarzenia patrzę bez emocji. Nie wiem też, kto jest bohaterem tej historii, kto jest dobry, kto zły, z kim mam trzymać i o kogo się martwić. Autor co chwila wprowadza nowe postaci poświęcając im tyle samo uwagi. Kilkanaście osób, które coś znaczą, kilkanaście wątków równoległych. Nie ma szans, żeby w tym tłoku wybrać sobie choć jedną osobę, do której można by zapałać sympatią i z przejęciem śledzić jej losy. Na morzu szaleje burza, a w sercu czytelnika - flauta.

Kiedy na pokładzie statku wiozącego bogactwa Wschodu z Indonezji do Amsterdamu (akcja rozgrywa się w 1634 roku) pojawia się demon zwany Starym Tomem i dzieją się dziwne, nadprzyrodzone rzeczy, zaczynam się zastanawiać, czy aby autor nie zamierza podążać tą drogą i nie doprowadzi do finału, w którym winą za całe zło obarczy siły piekielne. I chyba tylko żeby się o tym przekonać, wciąż czytam dalej.

Mimo, że trup ściele się gęsto, a diabeł czyni swoje sztuczki, przez cały czas wieje nudą. W trzech czwartych książki akcja nawet zaczyna przyspieszać, ale potem znów nic się nie dzieje, bo w końcu trzeba wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodziło. Wytłumaczenie kto zabijał, dlaczego, i jak mu się to, do diabła (!) udało, zajmuje aż kilkadziesiąt stron. Takie to pogmatwane! Niech by i było, uwielbiam trudne zagadki, ale żeby chociaż miało jakiś sens!

Plan zabójstwa jest tak skomplikowany, że aby wszystko zagrało, każdy z jego elementów powinien być dopasowany jak w szwajcarskim zegarku. Morderca rozbrajająco przyznaje, że plan był cudaczny, ale nie znalazł innej możliwości, by zabić i nie zostać przyłapanym. I ten nasz zdolniacha, który nie potrafi znaleźć innych możliwości, wymyśla plan siedemnastopiętrowy. Do jego wykonania potrzeba współdziałania wielu osób, które należy sowicie opłacić, ale morderca nie przewiduje, że przekupieni ludzie w dowolnej chwili mogą zdradzić. Nie bierze pod uwagę, że jeśli do zbrodni potrzebne są specjalnie wykonane, nietypowe akcesoria, to któreś może być zawodne. Decyduje się zbudować na statku kilka tajnych przejść i skrytek, niezbędnych do przeprowadzenia intrygi, a przecież nie ma żadnej pewności, że ofiara zdecyduje się na podróż tym właśnie statkiem. Zakłada idealną synchronizację w czasie zaplanowanych wydarzeń, nie martwiąc się, że minuta opóźnienia może spowodować katastrofę. Jest też przekonany, że będzie miał dużo szczęścia i nikt nie się nie zorientuje, co się naprawdę na statku dzieje. Przewiduje również, że pan Bóg stanie po jego stronie, powstrzyma sztormy i niepożądane zjawiska atmosferyczne. Taka niefrasobliwość ma być objawem geniuszu? Ja bym to inaczej nazwała.

Absurdalność zakończenia przerasta wiele razy to, do czego przyzwyczaili nas polscy autorzy. Końcowe zaskoczenie bierze się stąd, że przez cały czas autor oszukuje czytelnika. Prowadząc narrację z punktu widzenia uczestników spisku, pisze tak jakby nie mieli oni pojęcia o rzeczach, które przecież sami zaplanowali. Dlatego dajemy się wodzić za nos i błądzimy po fabule jak dzieci we mgle. Takie sztuczki nie przystoją poważnym literatom.

Szkoda mi również zmarnowanego tematu. Siedemnastowieczny świat, przedstawiony tu jako czas zabobonów i polowań na czarownice, zasługuje na lepsze potraktowanie, niż utopienie go w tak niewiarygodnej intrydze.

Do tego dochodzi landrynkowy finał, w którym winy zostają odpuszczone. Nie wiem dlaczego wyrządzone zło nie podlega karze, śmierci dziesiątek zupełnie niewinnych osób idą w zapomnienie, a ci, którzy przyczynili się do niepotrzebnych śmierci mają żyć długo i szczęśliwie, wymierzając dalej tak zwaną sprawiedliwość według własnych pokrętnych reguł. Jest to na tyle wątpliwe moralnie, że do mnie zupełnie nie przemawia.

Największy błąd autora polega chyba na tym, że nie docenił swojego czytelnika. Wymyślając tak skomplikowaną intrygę i nie zadając sobie trudu by książka miała bardziej przystępną formę, skierował tę powieść do ludzi, którzy trochę więcej od literatury wymagają. Dlaczego więc założył, że inteligentny czytelnik nie zorientuje się, że czyta bzdury? Dlaczego wrzucił w barszcz siedemnaście grzybków, kiedy już dwa, to podobno za dużo?

Nie myślałam, że kiedyś coś takiego powiem, obiecuję, że więcej nie powtórzę. Jeżeli naprawdę nie przeszkadza wam czytanie absurdalnych, nieprawdopodobnych, wyssanych z palca historii, to już lepiej czytajcie Mroza. Jest swojsko i przynajmniej nie zaśniecie w czasie lektury.

I jeszcze taki drobiazg. Statek na pełnym morzu, gwiździ jak w kieleckiem, a nikt z kilkuset osób na pokładzie nie cierpi na chorobę morską. Kolejna diabelska sztuczka?

Po tej książce mam już pewność. Do twórczości pana Turtona więcej nie powrócę. Oj, nie!

 

czwartek, 18 marca 2021

Anthony Berkeley „Zatrute czekoladki” Ocena: 4/6

WITAJCIE W KLUBIE

Kilka godzin poświęconych na buszowanie po antykwariatach zaowocowało trzema stosikami rozpadających się książek nabytych średnio po 4 złote za sztukę. Pewnie się domyślacie, co chcę przez to powiedzieć. Tak! Czytanie nowości wydawniczych, których poziom ostatnio coraz częściej sięga bruku tak mi już obmierzło, że postanowiłam sobie przypomnieć, jak to drzewiej bywało.

Czytam te książki sobie a muzom. Recenzowanie pozycji, które dawno temu poszły na przemiał i nie można ich nawet wypożyczyć, bo biblioteki już dawno pozbyły się pożółkłych tomów, o które nikt nie pytał, mija się z celem. Nie chce mi się też o nich pisać, bo są takie „w porządku”. Raczej dobre, niż złe, raczej inteligentne, niż głupie, dobrze zredagowane, poprawne stylistycznie, nie ma czego czepić (a to przecież największa rozrywka recenzenta), ale też nie ma nad czym piać z zachwytu. Takie solidne trzy z plusem/ cztery z minusem.

Jeżeli więc, zupełnie przypadkiem traficie na „Zatrute czekoladki” Berkeley’a (wydane w Wielkiej Brytanii w 1929, w Polsce w 1965 roku), to musicie wiedzieć, że jest to powieść dla koneserów. Wielbiciele nietuzinkowych powieści kryminalnych będą mieć swoją satysfakcję, a inni… mocno się wynudzą. Pomysł jest świetny, ale z wykonaniem już trochę gorzej.

Pomysł polega na tym, że mamy Klub Detektywów (angielskie, tweedowe klimaty), a każdy z jego członków musi rozwikłać zagadkę śmierci osoby, której podano zatrute czekoladki. Każdy z sześciu członków klubu przedstawia własne, bardzo logiczne rozwiązanie problemu: kto zabił, przeprowadzając wcześniej wnikliwe dochodzenie. Wszyscy jednak nie mogą mieć racji. Problem w tym, że wystarczy, żeby choć jedna, wydająca się z pozoru stabilna przesłanka okazała się fałszywa, a całe rozumowanie się sypie.

O ile różne wersje rozwiązania tej samej szarady są niezwykle ciekawe, to forma, w jakiej się o tym dowiadujemy mocno trąci myszką. Członkowie klubu po prostu opowiadają kolegom (i koleżankom; parytety zachowane) o wnioskach, do których doszli prowadząc swoje śledztwa. Robią to ślamazarnie, a najbardziej irytujące są opóźniające akcję dysputy i przepychanki słowne klubowiczów, które nie mają nic wspólnego z prowadzonymi dochodzeniami.

Dla mnie największa przyjemność z lektury polegała na tym, że mając na początku te same przesłanki co członkowie klubu, mogłam prowadzić własne śledztwo. Jakaż była moja satysfakcja (zupełnie pozaliteracka), kiedy wpadłam na rozwiązanie, które nie przyszło do głowy autorowi. Jeżeli jednak nie bawią was takie rozrywki, możecie poczuć się rozczarowani.

Polecam i nie polecam. Ciekawe to, i nieciekawe. Zabawne, i niezabawne. Eeee, i tak nie będzie wam się chciało tej książki poszukać.

 

środa, 3 marca 2021

Sylwia Skuza „Nie ma jak Mazury” Ocena: 3/6

SIELSKO-ANIELSKO
 
Na pierwszej stronie tej książki znalazłam cztery wpadki: „sunęła posuwiście”, „nasz Jola”, „italski cyprys”, „ilość kochanków”. No żeż,  jak tak można, za co ja płacę?! Na szczęście dalej już było lepiej. Sylwia Skuza naprawdę sprawnie posługuje się językiem polskim i potrafi prowadzić wciągającą narrację. Czyli, wypadek przy pracy. Szkoda, że przydarzył się tak niefortunnie, na samym początku, wrażliwcy mogą się wkurzyć.

Jeżeli sięgając po tę książkę mieliście nadzieję na historię kryminalną, to informuję, że kryminał kończy się po kilku rozdziałach. Mamy wprawdzie trupa, ale okazuje się, że facet był tak wredny i odrażający, że sami byśmy go chętnie udusili, więc natychmiast przestajemy się interesować, kto go zabił. I dobrze, bo i tak nie o to w tej książce chodzi. Policja też raczej niespecjalnie się przejmuje wykryciem sprawcy, bo prowadzi śledztwo wyjątkowo niemrawo. Za to życie osobiste głównego bohatera poznajemy dogłębnie. I od tej pory ta opowieść zamienia się w komedię romantyczną z wątkiem historycznym.

Cała historia jest tak słodka i łzy wyciskająca, że aż robi się słabo. Dzielny policjant zwany Gromem (nie od słynnej jednostki specjalnej tylko od imienia Gromosław) zostaje zesłany z Warszawy na mazurską prowincję i tam próbuje odnaleźć sens życia. Chociaż bezceremonialnie został porzucony przez dziewczynę (po trzech latach wspólnego pożycia), natychmiast przestaje się tym przejmować i znajduje nowy obiekt westchnień. Na swojej drodze spotyka wyłącznie miłych, uprzejmych i grzecznych ludzi, którzy zawsze wszystkim przychodzą z pomocą. Nasz Grom jest również wzorem cnót wszelakich - ratuje na przykład szczeniaki przed utopieniem i adoptuje jednego. Skutecznie walczy z własną traumą z dzieciństwa i pomaga przełamać traumę nowej narzeczonej. Do tego jego dziadek umiera na raka. Do tego pojawia się genialne dziecko z problemami, które pomaga przezwyciężyć nasz bohater, w zestawie z jego wtryniającą swój nos we wszystko mamusią (ale wciąż sympatyczną). Gdyby tych archetypów było mało, mamy również tajemniczą i, a jakżeby inaczej, sympatyczną zielarkę mieszkającą samotnie w środku lasu (ale z dzikimi zwierzętami, które uratowała od niechybnej śmierci). To najlepsza lekarka i psychoterapeutka na świecie, i jeszcze nalewki robić potrafi. No nic, tylko jechać do Orzysza, bo takiego zatrzęsienia dobrych ludzi żyjących w bezkonfliktowej społeczności, nigdzie indziej nie znajdziecie. Szkoda tylko, że ludzie ci nie są prawdziwi, tylko ulepieni z cukru.

Świat wykreowany przez autorkę jest tak idealny i piękny, że nawet kilkutygodniowego szczeniaka można zabrać ze sobą do pracy, a ten nie dość, że nie obsikuje wszystkiego w swoim zasięgu, niczego nie podgryza, nie obszczekuje kur sąsiadów, to jeszcze zachowuje się tak porządnie, jakby był tresowany przez dwa lata w policyjnej szkole. Uff…

Powinnam się wkurzyć, że to wszystko takie schematyczne i papierowo-bajkowe, ale nie potrafię wznieść się na wyżyny własnej złośliwości, kiedy widzę dobre intencje autorki. Doceniam zaangażowanie, z jakim Sylwia Skuza dzieli się z czytelnikiem swą historyczną pasją, dotyczącą zamieszkujących niegdyś mazurskie ziemie plemion pruskich. Wprawdzie kompletnie nie wierzę, że ktokolwiek w Polsce na poważnie chciałby zająć się wskrzeszaniem pruskiego języka, aby się nim posługiwać na co dzień (no chyba, że do szyfrowania tajnych wiadomości, do czego byli kiedyś wykorzystywani Indianie Navaho). Praktykowanie pogańskich rytuałów sprzed tysiąca lat może się przydać tylko na użytek turystów, w widowiskach typu światło i dźwięk w hotelu „Galindia”, ale przynajmniej ten wątek jest niesztampowy.

Dostrzegam też chęć pozytywnego opisywania świata, co mnie cieszy jako przeciwwaga, po tych wszystkich Piotrowskich, Kościelskich, Czornyjach i Mossach. U tych panów wszyscy bohaterowie są odrażający, brudni źli, tutaj mamy postaci z przeciwległego bieguna. Doceniam optymizm bijący z kart książki, ale mam świadomość, że jestem w mniejszości. Obawiam się, że samo pozytywne przesłanie, to za mało, żeby powieść porwała czytelników.

Takie historie mogą jednak odnaleźć swych odbiorców (płci żeńskiej), pod warunkiem, że autorka popracuje nad dramaturgią i powstrzyma się przed lukrowaniem każdej postaci, przyjmując do wiadomości, że świat przybiera również czarne i szare odcienie. Przede wszystkim jednak warto podjąć decyzję, czy chce się dotrzeć ze swoim przesłaniem do czytelniczek ckliwych romansów, czy do wielbicieli kryminałów.

Ocenę trochę zawyżam, ponieważ doceniam również autoironię autorki. Kiedy do bohatera przyjeżdża była dziewczyna, bo jednak uświadomiła sobie, że trochę za szybko naszego dzielnego policjanta porzuciła, przywozi ze sobą romansidła w rodzaju: „szukająca sensu życia kobieta z dużego miasta wyjeżdża na Mazury (…) i tam znajduje nowego partnera, wartościowe przyjaźnie (…) często chudnie dwadzieścia kilo (…) otwiera się jej trzecie oko, dzięki czemu rozumie zwierzęta i wszelkie gady pełzające.” I nasz bohater ma to wszystko przeczytać, ponieważ „jest męskim przykładem tego schematu powieści dla kobiet”. I takie podejście do własnej twórczości to ja lubię.

środa, 24 lutego 2021

Dolores Redondo “Niewidzialny strażnik” Ocena: 3/6

CO TAM ROBIŁA ŻONA SĘDZIEGO?

Tłumaczka tej książki nie wie, że sędzina to żona sędziego.

Redaktorka nie wie, że sędzina to żona sędziego.

Korektor nie wie, że sędzina to żona sędziego.

Nie bez kozery powtarzam to trzy razy. Jeżeli ktoś z was, jakimś cudem, też tego nie wiedział, po tej wstępnej tyradzie, powinien to sobie raz na zawsze utrwalić. Sędzina - to żona sędziego. Osoba, która pracuje w sądzie i wydaje wyroki nazywa się sędzia. Niezależnie od tego, czy to mężczyzna, czy kobieta (uwaga edukacyjna: w Hiszpanii i krajach Ameryki Południowej na miejsce zbrodni nie przybywa, tak jak u nas prokurator, tylko właśnie sędzia, ale nigdy jego żona).

Wiem, co chcielibyście powiedzieć: że zaczynam mieć obsesję. Ale, #@%&*!, jeżeli publikuje się książki (a to już drugie wydanie!), to naprawdę nie można utrwalać takich błędów wśród czytelników, którzy wciąż jednak mają do słowa drukowanego duże zaufanie (tu walnęła pięścią w stół).

Dolores Redondo zachwyciła mnie książką „Dam ci to wszystko”, która przeszła u nas bez echa. Tym razem, przy okazji drugiego wydania wcześniejszej serii tej autorki wydawnictwo zatroszczyło się o promocję i Redondo trafiła pod strzechy. Gdybym jednak zaczęła moją przygodę z autorką od „Niewidzialnego strażnika”, miałabym duże wątpliwości, czy warto tę znajomość kontynuować.

„Dam ci to wszystko” było świetnie skonstruowanym kryminałem z mocnym wątkiem obyczajowym. „Niewidzialny strażnik” jest świetną powieścią obyczajową z mocnym wątkiem kryminalnym. Prawie to samo, jednak prawie, jak zwykle robi wielką różnicę.

W „Niewidzialnym strażniku” akcja toczy się bardzo ślamazarnie i wszystkie działania policji ukazane są niezwykle drobiazgowo. Bardzo szybko dowiadujemy się, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą, który zabija młodziutkie dziewczyny, prawie dzieci, i że czynów takich mogła dokonać jedynie osoba z wyjątkowo mocnymi zaburzeniami psychicznymi. Odpada więc wątek poszukiwania motywu, bo zawsze wiadomo, dlaczego wariat jest wariatem, wystarczy się skupić na znalezieniu sprawcy. Czytelnik kryminałów czuje się z tego powodu lekko zawiedziony.

Policyjne śledztwo przez długi czas w ogóle nie posuwa się do przodu, za to poznajemy szczegółowo życie osobiste i powiązania rodzinne pani inspektor prowadzącej śledztwo. Te powiązania rodzinne, na szczęście, mają wpływ na prowadzone dochodzenie, więc nie dzieje się to bez powodu. I to ratuje tę powieść.

Przyznam szczerze, że słowa „ratuje” użyłam trochę na wyrost. To nie jest aż tak zła książka, żeby ją trzeba było ratować. Wręcz przeciwnie – można się nią zachwycić. Zawiera jednak takie elementy, które mnie osobiście przeszkadzają w odbiorze. I tu od razu się zastrzegam, że obiektywnie rzecz biorąc, motywy związane z mitologią ludową są całkiem do zaakceptowania. To tylko moje, skrajnie racjonalnie pojmowanie świata, każe patrzeć na podobne zabiegi sceptycznie. Nie wierzę w zjawiska nadprzyrodzone, więc kiedy na poważnie traktuje się sytuację, w której ożywają postaci z legend, nie zachwycam się klimatem opowieści, tylko irytuję.

Tak więc czytajcie Redondo na własną odpowiedzialność. W ostatecznym rozrachunku zawodu raczej nie będzie, bo w finale wszystko jest dopięte, jak trzeba. Na początku możecie się tylko trochę wynudzić.

 

czwartek, 18 lutego 2021

Piotr Kościelny „Wybrany” Ocena: 1/6

BURKINA FASO NA KSIĘŻYCU

Piotr Kościelny – to podobno nowa gwiazda wśród polskich autorów kryminałów. Ciekawość, która jak wiadomo zabija kota, zmusiła mnie do przekonania się dlaczego.

Ominęłam z premedytacją najbardziej chwalonego „Zwierza”, żeby podchodzić do autora bez uprzedzeń. Już na okładce tej książki przeczytałam bowiem, że narracja prowadzona jest z punktu widzenia psychopatycznego zabójcy. Nie cierpię kryminałów, w których morderca zabija dlatego, że ma chory umysł, i od początku wiadomo, kto to zrobił. Roztrząsanie po raz siedemdziesiąty ósmy dlaczego wariat zachowuje się jak wariat, to dla mnie zajęcie tak pasjonujące, jak dla Zulusów wykłady z technik odśnieżania. Sięgnęłam więc po najnowszą powieść Piotra Kościelnego.

Dopiero, gdy zaczęłam czytać Kościelnego, odkryłam na czym tak naprawdę opiera się fenomen Mroza. Najpłodniejszy pisze książki w taki sposób, że przez pierwszą połowę nagromadzają się tajemnice, akcja pędzi, nie mamy czasu żeby odetchnąć. Gdzieś w środku niektóre wątki zaczynają się sypać, wychodzą nielogiczności, ale wciąż je wybaczamy, bo chcemy wiedzieć, jak to się skończy. Kiedy w finale okazuje się, że nijak się to kończy, nic się nie trzyma kupy, a zakończenie jest tak niedorzeczne, że tylko wejść pod stół i kwiczeć, już jest po wszystkim, już skończyliśmy czytać. I od nowa Polska Ludowa.

U Kościelnego wszystkie absurdy widać jak na dłoni już w pierwszym rozdziale. To duża wygoda dla recenzenta. Nie musi ostrzegać przed spoilerami, nie musi nawet doczytać do końca, skoro na samym początku dostaje taką porcję bzdur i zakłamywania rzeczywistości, że samo omówienie pierwszych kilkudziesięciu stron wystarczy, żeby ludzie z gatunku „sapiens” wybili sobie z głowy czytanie tej książki.

Już samo zawiązanie akcji wspina się na wyżyny absurdu. Do młodego, zdolnego posła przychodzi tajemniczy facet. Grozi, że zabije córkę posła, jeśli ten nie zgodzi się za pół roku zostać premierem i już jako premier załatwić tajemniczemu kilka spraw. Tajemniczy chyba przecenia rolę premiera, ale na miejscu każdego, ambitnego posła zgodziłabym się na taką propozycję z pocałowaniem w rękę, bez żadnego szantażu. Ale czytam dalej.

CBA aresztuje znanego biznesmena i dwóch jego wspólników. Antyterroryści wpadają do domu milionera z przytupem i granatami, jakby był przynajmniej mafiosem z Kalabrii. Gość jest szefem firmy budowlanej, która wygrała przetarg wart osiemset milionów na budowę autostrady. Tu krótki wtręt edukacyjny: sprawdziłam, to możliwe. Kilometr autostrady kosztuje 30-50 milionów złotych, więc kontrakt musiałby być na kilkadziesiąt kilometrów, i zdaje się, Kulczyk mniej więcej tyle wybudował. No i ten fikcyjny „Kulczyk”, facet który obraca setkami milionów daje się aresztować jak dziecko. Zamiast przy pierwszej okazji zażądać kontaktu z adwokatem, sika w majtki (dosłownie! bo wielki biznesmen zaoszczędził na budowie łazienki przy sypialni na piętrze swojego domu i nie zdążył donieść na parter!!!), daje się zastraszyć i pobić.

Dla jasności: nie neguję samego faktu bezpodstawnego zatrzymania przez służby państwowe. Wszyscy przecież obserwowaliśmy aferę z aresztowaniem Romana Giertycha. Tylko że minutę po tej akcji o sprawie dowiedziała się cała Polska i gdyby Giertychowi spadł choć jeden włos z głowy (zupełnie abstrahując od tego, czy powody jego zatrzymania były słuszne czy nie), już w następnej minucie internety grzałyby się do czerwoności od komentarzy. A naszego biznesmena biją i gwałcą w areszcie, nie podają konkretnych zarzutów zatrzymania, a biedaczysko zamiast zrobić cokolwiek (czytaj natychmiast wezwać pięciu Giertychów na pomoc) chce się przyznać do wszystkiego, choćby tego nie zrobił, byle tylko go wypuścili. I ja mam uwierzyć, że to facet, który wygrywa przetarg na 800 milionów?

Scena w kancelarii adwokackiej być może mogłaby się rozegrać w Burkina Faso. Ten sam gość, który chce zmusić zdolnego posła, aby został premierem, angażuje do kontaktów z zatrzymanym biznesmenem renomowaną kancelarię adwokacką. Za usługi płaci milionem złotych w gotówce (!), którą przynosi w walizce. Autor chyba nigdy w życiu nie miał do czynienia z renomowaną kancelarią prawną albo nie zna słowa „renomowana” i chciał napisać szemrana. Nie wie, albo ukrywa przed czytelnikiem, że w Polsce gotówką oficjalnie można opłacać transakcje do 15 tys. złotych, a w międzynarodowych firmach istnieje procedura AML (anti money laundering), co oznacza, że zagraniczny wspólnik piorący pieniądze może za to zostać skazany nie tylko w Polsce, ale w swoim własnym kraju i w takich Stanach mógłby, na przykład, trafić na 150 lat do więzienia). Każdemu renomowanemu prawnikowi, do którego przyszedłby zupełnie nieznany człowiek z milionem w walizce, natychmiast włączyłby się guzik alarmowy. To na kilometr pachnie szambem i przekrętem. A „renomowani” prawnicy u Kościelskiego nie widzą w tym żadnego problemu. Zapewniam autora, że prawnicy, którzy całkiem legalnie zarabiają 1000 złotych na godzinę, nie są aż takimi idiotami. I nigdy by się nie zgodzili, żeby pod szyldem ich firmy ten obcy, zupełnie nieznany im człowiek udawał adwokata.

Do serii zarzutów dorzucam jeszcze styl, w jakim książka jest napisania. Gdyby reszta była bez skazy, mogłabym przymknąć na to oko, a tak – to kolejny gwóźdź do jesionki. Język jest toporny, nietknięty piórem redaktora, a dialogi drętwe i papierowe: „- Tatuś! – zawołała. - Cześć Ulu - powiedział Szczucki(…) - Mamusiu, zobacz, tatuś przyjechał!”. Człowiek powalony na ziemię przez ludzi w kominiarkach, którzy wtargnęli do jego domu rozwalając granatem drzwi, zamiast wpaść w panikę albo przynajmniej rzucić kilkoma kurwami, przygnieciony butem do podłogi spokojnie rozmyśla sobie tak: „To jest jakieś pogwałcenie moich praw (…) Będę musiał pozwać tych mężczyzn lub powiadomić media”. Inny bohater musi rozmawiać sam ze sobą, aby odkryć oczywiste prawdy: „- Facet mówił, że zostanę premierem – powiedział głośno do siebie. – To chyba duża zmiana”. No raczej. Sześćdziesięcioletniego mężczyznę autor nazywa starcem. Jak byłam w przedszkolu, to mamy koleżanek też wydawały mi się bardzo stare, ale z tego wyrosłam. Autor, jak widać, niekoniecznie.

Jeżeli lubicie opowieści w stylu fantasy z Burkiny Faso, które równie dobrze mogłyby rozgrywać się na Księżycu, czytajcie „Wybranego”. W innym wypadku możecie nabawić się niestrawności, czego absolutnie nie życzę.

 

piątek, 12 lutego 2021

Izabela Szylko „Szpilki za milion” Ocena 5/6

PIJCIE!

Ktoś, kto zatwierdził okładkę tej książki do druku, powinien się smażyć w piekle do końca życia. Nigdy bym na tę powieść nie zwróciła uwagi, gdyby nie rekomendacja kolegi. Tak! Faceta

Spójrzcie na tę okładkę. Słodka do bólu. Panienka nurkuje w papierowym kubku z kawą, a jej nóżki w czerwonych szpilkach majtają wesoło. Co to jest? – zastanawiam się. Romans biurowy? Kolejna podróbka „Diabeł ubiera się u Prady”? Historyjka dla głupiutkich dziewczątek, których sensem życia jest robienie drogich zakupów w galeriach handlowych?

Drodzy panowie, czy choćby przez moment przyszłoby wam do głowy, żeby kupić taką książkę? Nigdy – podpowiem, na wypadek gdybyście się zawahali. Owszem, dziewczynie w prezencie – czemu nie, pod warunkiem, że nie jest zbyt bystra, ale samemu przeczytać? Gdzie tam. Nawet ja sama omijałabym książkę z taką okładką szerokim łukiem.

A gdybym wam powiedziała, że fabuła tej książki to takie skrzyżowanie „Kilera”, „Vabanku” albo nawet „Żądła”, tylko uwzględniające parytety? Byłoby lepiej?

I tak jest w istocie. Dawno nie miałam do czynienia z tak precyzyjnie skonstruowaną intrygą w książce tak błahego gatunku. To lekka komedia kryminalna, ale nie znajdziecie w niej tego rodzaju humoru, do którego przyzwyczajają nas rodzimi autorzy. Nie ma detektywki emerytki, która jest śmieszna dlatego, że nigdy w życiu nie czytała „Lalki” Prusa i każe policjantom przychodzącym do domu ściągać buty (u Karoliny Morawieckiej) albo wrednej staruszki, która wbija gangsterowi pióro do oka w trakcie oglądania filmu pornograficznego i jest przekonana, że go zabiła (u Jacka Galińskiego). Autorka nie naśmiewa się z idiotów. Jacek Sparowski – główny bohater powieści jest pechowcem, który popełnił błąd młodości, co każdemu może się zdarzyć, i teraz los daje mu szansę, aby wszystko naprawić. Ale niestety, nie tylko od niego zależy, czy uda mu się skorzystać z tej szansy.

W „Szpilkach za milion” znajdziecie ten rodzaj humoru, który może nie wzbudza salw śmiechu, ale powoduje, że wewnętrznie uśmiechacie się do siebie, ciesząc z obcowania z sympatycznymi bohaterami. Emerytkę Ziutę (a jednak, bez starszych pań trudno ostatnio autorom się obejść), tym razem pokochałam szczerze.

Akcja szybko pędzi, nie ma czasu na nudę, intryga jest nieźle zakręcona, a gdy docieramy do końca i wydaje się, że już wszystko wiemy, dopiero wtedy okazuje się, jak bardzo się myliliśmy. Lubię takie zabawy autora z czytelnikiem.

Odbieram tę książkę również jako świetną satyrę na świat mass mediów i celebrytów. Autorka chyba dobrze zna środowisko, które opisuje, bo nie mam poczucia, że coś jest niewiarygodne. Metoda wkręcania się na celebryckie imprezki warta jest wypróbowania, o ile ktoś ma taką potrzebę. Ale, niestety, to dopiero, gdy znowu zaczną się imprezki.

Jeżeli złapie was kiedyś chandra i będziecie mieli ochotę na lekką, niezobowiązującą lekturę, która sprawi, że popatrzycie na świat przez różowe okulary (i tu, ten róż na okładce nareszcie ma jakieś uzasadnienie), i zależy wam, żeby nie mieć poczucia, że autor obraża waszą inteligencję - to „Szpilki za milion” idealnie się do tego celu nadają. Może nawet lepiej niż trzy piwa albo butelka czerwonego wina. Zresztą, jedno drugiemu nie przeszkadza.

Pijcie!