środa, 13 grudnia 2023

Iva Procházková „Roznegliżowane” Ocena: 6/6

„ŚMIECH CZYŚCI ZĘBY”

Gdyby Iva Procházková zechciała kogoś zamordować, policja byłaby bez szans.

Czytam kryminały, ponieważ lubię rozwiązywać zagadki i gimnastykować umysł. Tak samo, jak inni rozwiązują krzyżówki albo układają puzzle (też kocham). Co kto lubi.

W kryminałach najważniejszą rzeczą jest dla mnie dobrze skonstruowana intryga. Przeczytałam setki powieści kryminalnych z różnych stron świata, ale wśród współczesnych autorów, w dziedzinie umiejętności budowania intrygi Iva Procházková nie ma sobie równych. Na pewno nie w Polsce. Z zagranicznych autorów przychodzi mi do głowy jedynie Lemaitre.

Procházková jest bezbłędna również w warstwie obyczajowej. Tym razem trafiamy do środowiska azjatyckich emigrantów w Pradze, i nie jest tak, że autorka coś tam sobie wymyśliła i wrzuciła, dla podkoloryzowania całości. Ten świat wietnamsko-chiński naprawdę do mnie przemawia. Podejrzewam, że praskie realia można by przenieść do Warszawy w proporcji jeden do jeden, ale jeszcze nie trafiłam na polskiego autora, który by spróbował. A Procházkovej się udało. Musiała włożyć sporo pracy, żeby przeniknąć do tej diaspory. Szacun.

Początek odrobinę się dłuży (w porównaniu do pierwszego tomu "Mężczyzna na dnie", gdzie szybko akcja ruszyła z kopyta), ale wątek z ogromną wygraną w euro lotto, nadaje tej opowieści pikanterii. Wszystkie postaci są barwne; aż chce się poznać tych ludzi lepiej, i dostajemy tę szansę.

I znów, perfekcyjnie jestem wodzona za nos, szukam podejrzanych i prawie ich znajduję. Prawie, bo chociaż w prywatnym dochodzeniu, gdy pojawia się druga zbrodnia, jestem bardzo blisko prawidłowego rozwiązania, to zakończenie mnie zaskakuje. Na taką kombinację jednak bym nie wpadła.

Do tego detektyw, którego nie sposób nie lubić „węgierski Słowak w czeskiej policji (…) całkiem jak ze Szwejka”, sporo śmiechu, który nie dość, że czyści zęby to jeszcze poprawia nastrój i zakończenie, w którym chodzi o coś więcej, niż rozwiązanie zagadki.

Jeszcze tylko trzeci i ostatni kryminał Procházkovej został mi do przeczytania. Zostawiam go sobie na zaś, na tę smutną chwilę, kiedy dopadnie mnie chandra czytelnicza. W końcu nie można żyć samymi przyjemnościami.

czwartek, 30 listopada 2023

Iva Procházková „Mężczyzna na dnie” Ocena: 6/6

 DETEKTYW ASTROLOG

Tę książkę najbardziej docenią osoby cierpiące na chronicznie zawyżone poczucie odpowiedzialności.

Taka sytuacja. Siedmioletni chłopiec spada ze schodów i umiera. To ewidentnie nieszczęśliwy wypadek. Za jego przypadkową śmierć czują się jednak odpowiedzialni: siostra, która odruchowo go popchnęła (niespodziewanie ją połaskotał), macocha, która zamiast pilnować w tym czasie dzieci spotykała się z przyjacielem (dzieci spały, gdy wychodziła, więc jej wina nie jest ewidentna) i ojciec, który nie wrócił na czas do domu, bo uprawiał seks z sekretarką (gdyby przyszedł wcześniej i tak by nic nie pomógł). I wyobraźcie sobie, że oni wszyscy są podejrzani, tylko w sprawie zupełnie innej śmierci.

Do tego grona dołącza jeszcze kilku innych podejrzanych, z których każdy ma poważny motyw. Autorka prowadzi wszystkie wątki niezwykle klarownie i perfekcyjnie podrzuca fałszywe tropy. Czytelnik dostaje możliwość samodzielnego prowadzenia śledztwa, ale mimo tego, że czasami otrzymuje dużo więcej wskazówek, niż detektyw, broń Boże nie podaje mu się wszystkiego na tacy. Szare komórki muszą pracować. Już, już wydaje się, że sprawa będzie wyjaśniona, a tu nie. To była kolejna zmyła. I tak jest do samego końca. Uwielbiam takie gry autora z czytelnikiem; układać te klocki potrafią tylko prawdziwi mistrzowie.

Iva Procházková doskonale kreuje wyraziste postaci bohaterów, warstwa obyczajowa jest bezbłędna, detektyw budzi sympatię (tak, jemu też nieobce jest chronicznie zawyżone poczucie odpowiedzialności). Podinspektora Holinę lubię jeszcze z tego powodu, że docenia astrologię i wierzy w horoskopy. W moim świecie, w którym odrzucam wszystko pozbawione logiki, wierzę, że jeśli nawet dziś czegoś nie pojmujemy, kiedyś da się to wyjaśnić rozumem. Związek naszego życia z datą i miejscem urodzenia jest elementem z pogranicza wiedzy i ezoteryki, który akceptuję, bo liczę na to, że może już niedługo dowiemy się, dlaczego tak jest.

Kartki „Mężczyzny na dnie” przewracają się same. Nie zniechęcajcie się lekko zwolnionym tempem trzech pierwszych rozdziałów; wszystko jest po coś.

Niedawno zachwycałam się inną czeską autorką kryminałów - Michaelą Klevisovą, wylewając żale, że wydano w Polsce tylko dwie jej książki. Klevisová była bardzo dobra, Procházková jest doskonała. Po polsku możemy przeczytać tylko trzy jej powieści kryminalne i dwie książki dla dzieci. No dobrze, sprawdziłam, niewiele więcej napisała. Zajmowała się również innymi gatunkami: scenariuszami filmowymi i sztukami teatralnymi. Dzisiaj jest już w takim wieku, że ma prawo odpoczywać.

To bardzo ciekawa postać: córka Jana Procházki, jednego z liderów opozycji w czasach Praskiej Wiosny. Nie pozwolono jej studiować, więc pracowała jako sprzątaczka i kucharka. Nie mogła liczyć na publikację książek, a jej sztuki teatralne pozwalano wystawiać jedynie w niszowych teatrach na prowincji. Wyemigrowała z rodziną do Austrii w 1985 roku, a w 1995 roku wróciła do Czech.

Bardzo się cieszę, że odkryłam tę autorkę i natychmiast się w wami mą radością dzielę. Czytajcie Procházkovą i też się radujcie!

poniedziałek, 20 listopada 2023

Piotr Górski „Pułapka na szczury” Ocena: 6/6

POŻEGNANIE?

Jak zwykle – doskonałe. Nie można się oderwać.

Jak zwykle – perfekcyjnie dopracowana intryga, bez żadnych dziur.

Jak zwykle – inteligentna rozrywka dla wymagających czytelników, którzy lubią rozwiązywać zagadkę razem z detektywem.

Na początku wydaje się, że rozwiązanie jest oczywiste, nawet komisarz Kruk daje się podejść, ale nic dziwnego, każdy by się dał. Może nie. Nie każdy. Tylko ten, komu zależy, aby w życiu zachowywać się przyzwoicie, a przyzwoicie, to nie zawsze znaczy zgodnie z prawem.

Komisarzowi Krukowi, znanemu z tego, że lubi wymierzać sprawiedliwość na własnych zasadach, wybacza się jednak dużo więcej, nawet to, że sabotuje własne śledztwo.

I znów, jak zwykle u Górskiego, historia nie wylatuje z głowy natychmiast po odłożeniu książki, tylko prowokuje pytania o kondycję człowieka. To nic, że na niektóre z nich nie potrafimy odpowiedzieć. O dziwo, wystarczy, jeśli tylko je sobie zadamy. Co my zrobilibyśmy w takiej sytuacji?

Wygląda na to, że to już koniec spotkań z komisarzem Krukiem, ale tak bardzo go polubiłam, że nie chcę w to wierzyć. Jest przecież jeszcze przynajmniej jedna sprawa do rozwiązania.

Nie lubię się powtarzać, ale w tym wypadku nie ma innego wyjścia. Piotr Górski jest obecnie najlepszym polskim pisarzem kryminałów. Cała seria z Krukiem jest bezbłędna. Kogo to jednak obchodzi? Na pewno nie jurorów konkursów kryminalnych, którzy z zadziwiającą konsekwencją autora ignorują, w kółko przyznając nagrody tym samym pisarzom.

Wydawnictwo traktuje chyba publikację książek Górskiego jako działalność charytatywną. W ogóle im nie zależy, żeby książki autora dobrze się sprzedawały. No niby to koncern międzynarodowy, ale słowo „promocja” jest im zupełnie obce. Aż sprawdziłam co wydają. Jakieś harlekiny ze średnią ocen około 4, a każdy tytuł na największym portalu czytelniczym ocenia przeciętnie po kilka osób. Są lokomotywy, które zarabiają na resztę: Tess Gerritsen, Alex Cava, Lemony Snicket, Karin Slaughter. Może to wystarczy? Mają kilku polskich autorów, o których nikt nie słyszał (patrz wyżej: uwaga na temat słowa „promocja”). No, niby dobrze, że w ogóle dają im szansę, ale międzynarodowy koncern wydawniczy, zaliczany do „big five”, wyraźnie traktuje Polskę jako siódme koło u wozu.

Ale, czy to mnie w ogóle powinno obchodzić? Mnie udało się Górskiego „odkryć”, a inni niech sobie czytają „you know who”.

poniedziałek, 6 listopada 2023

Jarosław Czechowicz „Ciosy” Ocena: 1/6

 

BAJECZKI PANA CZECHOWICZA*

Dobrze, że zostało mi trochę Nervosolu po lekturze „Oszukanej” Karoliny Wójciak, bo znowu bardzo się przydał. Tym razem powód irytacji był inny – zostałam perfidnie oszukana.

Po pierwsze – to nie jest thriller. Autor w prologu rzuca trupa, zdradzając zakończenie. Po przeczytaniu kilkuset powieści kryminalnych mogłabym się założyć, że to chwyt dla przyciągnięcia uwagi, bo potem nic się nie będzie działo. Tak jest w istocie. Lepiej nie róbcie ze mną zakładów.

Przez pierwszą część wydaje się, że mamy kawałek solidnej powieści obyczajowej. Obserwujemy historię z punktu widzenia mężczyzny (Michał), przyzwalającego na znęcanie się psychiczne i fizyczne przez żonę, która sama doznała wcześniej jakiejś krzywdy. W tej historii jest jednak tyle niedomówień, że aż to się zaczyna robić męczące. Rozumiem zamysł: tajemnice miały budować napięcie, ale efekt jest odwrotny. Sekrety pojawiają się w nadmiarze i to zaczyna drażnić. Zawieszona zostaje najważniejsza tajemnica: co takiego się zdarzyło w Alcie, że miało aż tak wielki wpływ na życie bohaterów.

W części drugiej wyjaśnia się jedynie, jakiej krzywdy doznała żona (Agata). Ciekawa do tej pory opowieść, zaczyna nudzić. Czechowicz dla odmiany prowadzi narrację z punktu widzenia Agaty, ale niczego nowego nie ma do powiedzenia. Te same wydarzenia, tak samo interpretowane, te same tajemnice. Przez cały czas nie dostaję żadnych podpowiedzi, które dałyby satysfakcję własnego dochodzenia do prawdy, a o to przecież chodzi czytelnikom kryminałów i thrillerów.

Dopiero w części trzeciej (sama końcówka) wszystko zostaje wyłożone kawa na ławę. Obserwujemy krok po kroku poczynania zabójcy i poznajemy jego motywacje, ale niepokoju o losy bohaterki nie ma za grosz, bo przecież wiemy z prologu, że została zamordowana.

Kiedy wreszcie dowiaduję się, co wydarzyło się w Alcie, odkrywam, jak bardzo zostałam oszukana. Ludzie budzący współczucie, bezbronni, wydawało się wkręceni w spiralę przemocy i pokrzywdzeni przez los, okazują się psychopatami, zwyrodnialcami i potworami. Prawdopodobieństwo wydarzeń od początku wisiało na włosku, który zerwał się, pod ciężarem odkrytych tajemnic.

Zakładam, że książka miała być potępieniem przemocy, a odniosłam wrażenie, że jest jej gloryfikacją. Jak wam się podoba osoba, która w młodości wkłada kotu do odbytu środek żrący, a potem z satysfakcją obserwuje, jak z kota szorującego tyłkiem po asfalcie wylewają się wnętrzności? A wiecie czym się ta osoba w dorosłym życiu zajmuje? Nigdy byście na to nie wpadli.

Nie da się uzasadnić zarzutów bez spojlerów, więc tę gratkę znów muszę zostawić na koniec.

Historia udająca moralitet okazuje się tak samo fałszywa, tak opowiastka Karoliny Wójciak w „Oszukanej”. Książka Wójciak przeznaczona jest jednak dla masowych wciągaczy kitu, a powieść Czechowicza, kierowana jest, jak mniemam, do czytelnika, który czasem myśli. Piszę to w kontekście posłowia, po przeczytaniu którego zrobiło mi się autora naprawdę żal (wcale nie żartuję). Przeczytałam bowiem, że spełnił marzenie swojego życia, przeprowadził się do Islandii i tam zamierza pisać kolejne książki. Obawiam się, że aby wyżyć z pisania książek, to trzeba wziąć od Wójciak lekcje, jak to się robi. Tego jednak Jarosławowi Czechowiczowi serdecznie nie życzę. Chcąc pisać poważne książki, warto wziąć sobie do serca radę Józefa Hena: „pisarz ma nie kłamać”.

A teraz spoilery, czyli co się zdarzyło w Alcie. Uwaga, nie musicie dalej czytać!

 

 

W wypadku drogowym Michał potrąca człowieka i ucieka z miejsca zdarzenia, pozostawiając ofiarę w śnieżycy na pewną śmierć. Uznaje, że człowiek nie żyje, więc niech sobie leży. Przez całe dwie części był dla nas poczciwym chłopiną, którego życie przeczołgało. Litowaliśmy się nad nim, bo żona go biła. Nie było żadnych sygnałów, że nasz biedak jest takim żołędnym dupkiem i zwyrodnialcem, ani też, że ma jakiekolwiek wyrzuty sumienia. Aby uzyskać efekt zaskoczenia autor przez cały czas nas oszukiwał, budując fałszywą postać poczciwca albo odwrotnie, postać poczciwca jest prawdziwa, tylko że taka osoba nigdy by się na drodze tak nie zachowała. Tak czy inaczej - blaga.

Czechowicz wmawia nam również, że siła uderzenia samochodu w człowieka, powodująca skutki śmiertelne jest tak minimalna, że na karoserii nie pozostaną ŻADNE ślady. Nawet draśnięcia na zderzaku nie ma. Albo autor żyje w głębokiej niewiedzy, bo nigdy nie otarł zderzaka o słupek parkingowy, albo świadomie oszukuje, bo tak mu wygodnie. Stawiam na to drugie.

Świadkiem zdarzenia jest Agata - ofiara przemocy ze strony wuja Maxa, który zajął się nią po śmierci rodziców (współczujmy). Potem ona tak samo bije swojego męża (nie pochwalamy, ale rozumiemy: przemoc rodzi przemoc).

Jak reaguje Agata na ucieczkę Michała? Sama w dzieciństwie była świadkiem wypadku, w którym zginęli jej rodzice, bo sprawca uciekł, nie udzielając im pomocy. Co więc robi? Natychmiast dzwoni po pomoc? Donosi na Michała na policję? Rozstaje się z takim dupkiem? Błąd! Ona to akceptuje i wychodzi za niego za mąż! Dlaczego? Z miłości? Skąd! Żeby się mścić za krzywdy z dzieciństwa! Od razu tak to sobie zaplanowała. To nie osoba pokrzywdzona przez los, tylko regularna psychopatka. I znów, wcześniej nie było sygnałów psychozy. Walenie w męża, jak w worek treningowy w chwili ekstremalnego wzburzenia mieści się w akceptowalnych granicach. I nie – podanie gwoździka w posiłku, przy świadkach, to nie jest usiłowanie zabójstwa. To jest idiotyczny wybryk, który mógł mieć niebezpieczne konsekwencje.

Mordercą Agaty jest jej wuj Max, co jest jasne już od prologu. Wtedy nie znamy jeszcze jego nazwiska ani tożsamości ofiary, ale portrety psychologiczne się zgadzają, a żadnych innych kandydatów nie ma. Autor nie ma pojęcia, że zasadniczym zabiegiem w kryminałach i thrillerach jest podrzucanie fałszywych tropów.

Max był tłuczony przez ojca, więc konsekwentnie tłukł siostrzenicę, oskarżając o spowodowanie śmierci siostry, którą kochał miłością więcej niż braterską. Zabija Agatę mszcząc się za siostrę. Regularny psychol. To właśnie on w młodości maltretował kota i cieszyły go męczarnie zwierzaka. Był takim potworem, że rodzice się go pozbyli, wysyłając do rodziny w Norwegii. I tam odnalazł się tak świetnie, że skończył psychologię (to akurat możliwe; często ten kierunek wybierają osoby, które mają kłopoty ze sobą) i został – UWAGA! – wziętym psychoterapeutą! Sadysta - psychopata pomaga innym ludziom i koi ich ból. I świetnie mu to wychodzi! Możecie to sobie wyobrazić??? Panie autorze - takiego zboczenia nie odwiesza się na kołek jak płaszcza w szatni i nie zakłada w dowolnej chwili. Ono przez cały czas w człowieku siedzi i nie ma szans, żeby nie ujawniało się przy lada okazji.

Konstrukcja tej postaci również opiera się na oszustwie. Czechowicz świadomie ukrywa profesję Maxa do samego końca, a wręcz ukazuje go jako prostaka, który mógłby być co najwyżej drwalem. Widocznie mu się wydaje, że wyciągnięte z kapelusza zaskoczenie jest ważniejsze niż prawda. Bo niewiarygodna jest również jego zmiana tożsamości. Jeśli nawet to zrobił (a nie miał po co), to jak mu się udało z nową tożsamością, bez dyplomu, zatrudnić się jako psychoterapeuta i znów uzyskać wysoką pozycję w zawodzie? Norwegia to mały kraj. Wyprowadził się do sąsiedniej (jak na tamte warunki) miejscowości i nikt się nie połapał, że to ta sama osoba?

I jeszcze ten kiczowaty epilog, z którego dowiadujemy się, że Agata regularnie wpłacała na konto rodziny ofiary wypadku wysokie kwoty. Psycholka w ten sposób uspokajała wyrzuty sumienia? Takie to proste? I to ma nas wzruszyć? Chyba jednak z bajeczkami pana Czechowicza* nie będzie mi po drodze.

*nie mylić z bajeczkami pana Jachowicza

poniedziałek, 30 października 2023

Karolina Wójciak „Oszukana” Ocena: mniej niż zero

 

NADCIĄGA ARMIA KLONÓW

Jeszcze nigdy żadna książka aż tak bardzo nie zagrała mi na nerwach, żebym musiała brać krople na uspokojenie. Nie, nie ma tam makabresek i wypruwania flaków. Ta książka jest tak niewyobrażalnie, nieskończenie, bezdennie głupia, że sama perspektywa napisania recenzji (trzeba przecież ostrzec brać czytelniczą, która nie znosi wciskania kitu), spowodowała atak paniki i zmusiła do udania się do apteki po kolejną butelkę Nervosolu.

Na początku wydaje się, że jest to tylko wtórne i nudne. Już sam tytuł – „Oszukana” nie zachęca. Niedawno dworowałam sobie z tego przy okazji recenzji „Oszukanej” Magdy Stachuli (teraz znalazłam już 11 książek o tym tytule na największym portalu czytelniczym). W przypadku Wójciak jednak aż się prosi, żeby wysnuć teorię spiskową, że wybór tytułu nie jest przypadkowy. No bo skoro inne książki autorki noszą tytuły: „Nie mów nikomu” (Harlan Coben), „Koszmar” (Graham Masterton), „Wyrok” (Remigiusz Mróz, Mariusz Zielke), „Cel” (Elle Kenedy i in.), to nie wydaje wam się to dziwne? Tak trudno wymyślić własny, oryginalny tytuł? Może i tak, skoro to już piętnasta (SIC!) książka autorki. Ale może tu chodzi o coś zupełnie innego?

Karolina Wójciak, podobnie jak Magda Stachula czy Ewa Przydryga stosuje narrację wielokrotną w pierwszej osobie. To plaga, z którą już nie mam siły walczyć. Nie wiadomo, kto jest bohaterem, perspektywy się mylą, bo jeszcze mamy opowieść z przeszłości i wątek „powieści w powieści” (o dziwo, w trzeciej osobie). Wszystkie postaci mówią tym samym językiem. W kółko ględzą o tym, że są wspaniałe. Widocznie Wójciak uważa, że dzięki metodzie powtarzania czytelnik w to uwierzy. Ja nie wierzę. Na razie tylko ziewam, bo czytam drętwą obyczajówkę z drewnianymi bohaterami.

Pierwszy dzwonek alarmowy odzywa się, gdy wreszcie, o wiele za późno jak na thriller, zaczyna zawiązywać się intryga. Popularna pisarka romansów postanawia napisać pierwszy w życiu thriller i prosi o pomoc swoją przyszłą synową. Synowa jest dentystką i nigdy w życiu nie miała do czynienia z pisaniem powieści, ale - BĘC! – oczywiście zgadza się zostać współautorką. Podpisuje umowę nie czytając jej, z czego oczywiście wynikną konsekwencje. Okazuje się, że dentystka jest geniuszem literackim i - BĘC! BĘC! – pisze nawet lepiej, niż popularna autorka. Dobrze, załóżmy, że samorodni geniusze się zdarzają. Ale im dalej, tym gorzej.

Kiedy akcja się rozkręca wychodzi na jaw, że nasze bohaterki wcale nie są takie cudowne, jak się przedstawiały. Jedna o drugiej wyraża się per „wredna suka” i z tym się akurat zgadzam. Te baby są tak odrażające, niemoralne i głupie, że sama miałabym ochotę je zatłuc młotkiem. Czytam dalej z obrzydzeniem, tylko dlatego, żeby się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.

Prawdopodobieństwo psychologiczne postaci i wydarzeń jest mniej więcej takie, jakby Czerwony Kapturek zamiast iść do babci i dać się pożreć wilkowi, wyciągnął miecz samuraja i zatłukł wilka w burdelu, uciekając na miotle, która akurat tamtędy przelatywała.

Oczywiście, nie obejdzie się bez spoilerów, ale tę gratkę zostawiam na koniec. Na razie trochę absurdów, które niczego nie zdradzają.

Tajne dane, na przykład dotyczące ofiar gwałtu można w Polsce uzyskać – BĘC! – tak łatwo, jak łatwe jest sprawdzenie postów znajomych na Facebooku, a urzędnicy udzielają informacji o danych osobowych, łącznie z peselami, na piękne oczy, jakby nigdy nie słyszeli o ustawie o ochronie danych osobowych.

Dziewczyna zgłasza w 1979 roku zbiorowy gwałt i – BĘC! - wszyscy jej wierzą, chociaż obdukcja nie wykazuje śladów przemocy i nikt wtedy nawet nie słyszał o badaniach DNA, dzięki którym można by udowodnić, że „gwałcicieli” było wielu.

W systemach komputerowych polskich szpitali można bez problemu znaleźć historie leczenia wszystkich pacjentów, począwszy od lat – BĘC! BĘC! - sześćdziesiątych ubiegłego wieku! Gdyby ktoś nie wiedział, to informuję, że wtedy jeszcze nie było komputerów, takie papiery dawno zostały przemielone, a gdyby nawet nie, to nikomu przez myśl by nie przeszło, żeby je digitalizować.

Wystarczy. Takich głupot jest masa, nie mam siły więcej przytaczać. Popularna autorka zwraca młodej dentystce uwagę, że jak się pisze o latach osiemdziesiątych, to trzeba się do tego dobrze przygotować. Szkoda, że Wójciak nie wzięła sobie do serca własnej rady.

Nie wiem, co trzeba wciągać, żeby tak bardzo odlecieć od rzeczywistości, ale też chciałabym tego spróbować. Życie byłoby takie piękne.

A teraz wasze ulubione spoilery. UWAGA!

 

 

Chciałam to wszystko rozłożyć na czynniki pierwsze, ale dla homo sapiens chyba wystarczy streszczenie. Nałogowi wciągacze kitu i tak nie zrozumieją, że coś w tym jest nie tak.

Rok 1979. Chirurg Lucjan żeni się z pielęgniarką Bogusią, bo potrzebuje gosposi i kamuflażu (jest gejem). Kiedy wychodzi na jaw, że z seksu nici, Bogusia zakochuje się w pacjencie Kaziu.

Kazio przyznaje się, że zamordował w afekcie dziewczynę, która go nie chciała. Bogusia wszystko wybacza, nie widzi żadnego potencjalnego zagrożenia ze strony mordercy i prosi męża chirurga, aby pomógł kochankowi uniknąć odpowiedzialności.

Chirurg załatwia mordercy fałszywe dokumenty, bo to oczywiście banalnie proste. Sęk w tym, że są to dokumenty na nazwisko zmarłej pacjentki imieniem Krystyna. I tak nasz Kazio zostaje taką Marysią z filmu Barei „Poszukiwany, poszukiwana”. To wszystko jednak na poważnie, i nie przez pół roku, tylko przez czterdzieści kilka lat!

Kazio/Krystyna nie jest osobą anonimową, zostaje słynną pisarką, udzielającą się w telewizjach, na spotkaniach autorskich i towarzyskich, i nikt, naprawdę NIKT nie wpadnie na to, że to mężczyzna. Żaden tam transwestyta, prawdziwy facet z prawdziwym penisem. Widocznie wszyscy ludzie na świecie są idiotami.

Żeby uwiarygodnić nową tożsamość mordercy, chirurg Lucjan (gej) rozwodzi się z pielęgniarką Bogusią i żeni się z Kaziem/Krystyną. Kazio jest biseksualny. Uprawia seks z Bogusią, i z tego seksu mamy dwójkę dzieci (dziś dorosłych), ale również bzyka się z Lucjanem i obaj nie mieliby nic przeciwko, gdyby dołączyła do nich Bogusia. Niestety, nie dołącza. To by dopiero była jazda!

Lucjan, Kazio/Krystyna i rozwiedziona Bogusia żyją sobie zgodnie pod wspólnym dachem, wychowując dzieci Bogusi i Kazia, które są przekonane, że są dziećmi Lucjana i Krystyny, i że Bogusia pełni w tym domu tylko rolę gosposi. Znajomi to akceptują i nie widzą nic dziwnego w tym trójkąciku, bo przecież, za czasów komuny takie rzeczy były na porządku dziennym.

Bogusia w pewnym momencie zaczyna przeszkadzać tandemowi Lucjan/Kazio, więc pozbywają jej się na dziesięć lat, oddzielając od dzieci. Kobieta potulnie się na to godzi. Wraca, gdy Lucjan zaczyna poważnie chorować i trzeba się nim opiekować, a w końcu umiera. Bogusia zostaje w domu jako gosposia Kazia/Krystyny.

Prawda nigdy nie wyszłaby na jaw, gdyby Kazio/Krystyna nie wpadł na genialny pomysł, żeby skompromitować dziewczynę syna - dentystkę, zmuszając do wspólnego pisania thrillera, zamiast po prostu opowiedzieć, dlaczego dziewczyna nie jest godna zaufania.

Kiedy dorosłe dzieci dowiadują się, kto jest prawdziwą matką, spływa to po nich jak po kaczkach. Mamuśki przez całe życie robiły ich w bambuko, ale co tam.

To nie koniec. Tę całą dziesięciopiętrową intrygę z pisaniem wymyśliła Bogusia, która w ten sposób, po czterdziestu latach cierpień i ukrywania sekretów, postanowiła zemścić się na Kaziu, zamiast wreszcie donieść na niego na policję i ujawnić, że to morderca.

To wciąż nie koniec. Na do widzenia – dentystka zostaje zamordowana. Nieważne przez kogo, nieważne dlaczego. Ale po co ta wiedza? Przecież chodzi tylko o to, żeby wciągacze literackiego kitu wydali na książkę swój ostatni grosz. Ja tam bym wolała lecieć na oparach butaprenu. Taniej.