poniedziałek, 31 lipca 2023

Magda Stachula „Pisarka” Ocena: 1/6

SZTUCZNA INTELIGENCJA KONTRA POLSCY AUTORZY

Gdybyście się chcieli przekonać, jak mogłaby wyglądać powieść napisana przez sztuczną inteligencję – przeczytajcie „Pisarkę” Magdy Stachuli. Z góry wyjaśniam. Niczego nie sugeruję ani nie insynuuję, to tylko czarny humor. Pozew o zniesławienie nie przejdzie, trzeba pomyśleć nad innymi formami promocji.

W „Pisarce” Stachuli nie ma nic oryginalnego. Wszystko to kalki z tego, co albo pisarka sama kiedyś napisała, albo napisało już wcześniej stu siedemnastu innych autorów. Do bólu zgrane schematy: on ją zdradza, a ona jego. Kochanka grozi i żąda rozwodu, psychofanka osacza, przyjaciółka zazdrości. Główne postaci są tak bardzo sztampowe i nijakie, że aż robi się słabo. Nadomiar złego – jest ich kilka. Opowieść prowadzona jest równolegle przez cztery osoby. Za nic nie można się zorientować kto tu jest głównym bohaterem, zwłaszcza, że narracja każdej postaci prowadzona jest w pierwszej osobie, co siłą rzeczy powoduje, że każda z tych osób wydaje się tak samo ważna. Nie wiadomo z kim należy trzymać, czyja to historia. Ponieważ tego nie wiemy, losy wszystkich bohaterów w takim samym stopniu nic nas nie obchodzą.

Jeszcze na początku jakoś się to plecie, akcja nawet zaczyna wciągać, ale im dalej, tym gorzej. Autorka tak bardzo nie ma o czym pisać, że powtarza w kółko to samo, tylko z punktu widzenia innej osoby. Od ziewania można nadwyrężyć sobie szczękę. A już wynurzenia tytułowej pani pisarki, która będąc w zamknięciu domyśla się niestworzonych rzeczy, to wata cukrowa w takich ilościach, że powoduje mdłości.

Dotrwałam do końca audiobooka tylko dlatego, że nie miałam nic innego do słuchania w czasie długiej podróży. Przynajmniej poznałam zakończenie, które okazało się tak bardzo wyssane z palca i przewidywalne, jak można się było tego spodziewać po fabule. Sprawcę całego zamieszania poznajemy zbyt wcześnie. Wszystko, czego dowiadujemy się potem, to oczywistości pisane chyba tylko po to, aby dobić do wymaganego umową limitu znaków.

Zapomniałam, że miałam już Stachuli nie czytać (patrz: "Oskarżona"), więc sama jestem sobie winna. Jedyny pożytek z lektury to taki, że dowiedziałam się przynajmniej, jak zostaje się słynną pisarką. Wystarczy mieć dobrego agenta i wrzucać co chwilę seksowne zdjęcia na fejsa albo instacośtam. Jakie to szczęście, że mnie to już nie grozi. Moimi fotkami zainteresowali by się jedynie pensjonariusze domów starców z zaawansowaną demencją.

A swoją drogą, Magda Stachula mogłaby skorzystać z pomocy sztucznej inteligencji. Ona przynajmniej potrafi pisać w trzeciej osobie.

niedziela, 23 lipca 2023

Merryn Allingham „Morderstwo w księgarni” Ocena: 2/6

NIE OCENIAJ KSIĄŻKI PO OKŁADCE

Do tej powieści zachęciła mnie fajna okładka i fajny punkt wyjścia: w księgarni zostają znalezione zwłoki młodego człowieka, który się tam włamał. Policja twierdzi, że zmarł na zawał, więc śledztwo prowadzi właścicielka księgarni wespół z autorem kryminałów. I to by było na tyle w kategorii „fajności”.

Akcja toczy się ślamazarnie, bo para detektywów ma irytującą manierę domyślania się, co mogło się wydarzyć, nie mając ku temu żadnych przesłanek. Wpadają więc na rozwiązania idiotyczne, które przeciętny czytelnik kryminałów na dzień dobry odrzuca, bo sam ma więcej lepszych pomysłów na to, co właściwie się stało. O ile jest to usprawiedliwione w przypadku właścicielki księgarni, to autor kryminałów powinien wykazać się większą przenikliwością, o korzystaniu z zasad logiki nie wspominając. A pan pisarz zachowuje się tak, jakby nie tylko nie napisał, ale również nie przeczytał w życiu żadnego kryminału.

Dalej jest trochę lepiej. Drugi trup, zgodnie z zasadą Agathy Christie, ożywia akcję i podrzuca nowe tropy. Trudno się oprzeć wrażeniu, że miało to być „w stylu Agathy”, tak też zresztą ta książka jest reklamowana, ale samo osadzenie akcji na angielskiej prowincji w latach pięćdziesiątych, to za mało, żeby podpierać się autorytetem królowej kryminału.

Bohaterowie są przeciętni i bezbarwni. Dziewczyna momentami nawet sprytna, co jeszcze bardziej podkreśla indolencję pana pisarza, który z założenia powinien w tym duecie mieć większe doświadczenie. Nawet ich romans rozwija się niemrawo.

Wyjaśnienie zagadki nawet można zaakceptować, ale zakończenie powoduje zgrzytanie zębów. Najpierw dowiadujemy się, kto zabił, a zaraz potem bohaterka ładuje się w kłopoty. Oczywiście, suspensu nie ma, bo nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że mogłaby nie wyjść z opresji cało; przecież takie są reguły gatunku. Nie uśmierca się Sherlocka Holmesa, a jeśli nawet, to tylko po to, żeby go wskrzesić. W takich sytuacjach autor powinien pokombinować choć trochę, żeby przynajmniej uratować bohatera bez pomocy Pana Boga.

No niestety, sprawdziła się tym razem mądrość ludowa: nie oceniaj książki po okładce. Kolejnych powieści Merryn Allingham, nawet jeśli będą miały równie ciekawe okładki, już nie będę testować. I jeszcze jedno. Wielbicieli kotów ostrzegam, że chociaż na okładce jest kot, na kartach powieści nie pojawia się ani razu.

poniedziałek, 10 lipca 2023

Pierre Lemaitre „Wielki wąż” Ocena 6/6

 DEMENCJA GANGSTERA

„Wielki wąż” rozłożył mnie na obie łopatki.

Uwielbiam kryminały i thrillery Lemaitre’a, więc oświadczenie pisarza, że już nie będzie pisał książek w tych gatunkach bardzo mnie zmartwiła (jego „poważną” powieścią „Do zobaczenia w zaświatach” już się tak nie zachwycałam). Na pocieszenie autor wyciągnął z szuflady debiutancki kryminał, który napisał prawie 30 lat temu i dopiero teraz zdecydował się go opublikować.

Oczywiście, swoim zwyczajem, jeszcze przed lekturą zaczęłam zastanawiać się, dlaczego tak się stało, i niecnie podejrzewać, że może powody były te same, co w przypadku pierwszych powieści Marka Hłaski czy Harper Lee – tamte książki po prostu nie nadawały się do druku. O, jakże się myliłam!

„Wielki wąż” jest książką doskonałą. Już w debiucie widać wszystkie mocne strony autora. Mamy więc niezwykle oryginalny pomysł: historia opowiedziana jest w głównej mierze z punktu widzenia zawodowego zabójcy, którym jest… „stara, gruba baba” (to słowa autora), działająca w czasie wojny w ruchu oporu, z początkami demencji. Starzenie się, nie tylko głównej bohaterki, odgrywa w tej książce prawie tak ważną rolę, jak intryga. Spotkaliście gdzieś coś takiego w jakimś kryminale?

Intryga też jest perfekcyjna. Autor co chwila serwuje nam takie zwroty akcji, i takie sprytne zmyły, że aż czasem trudno uwierzyć, że można było coś takiego wymyślić. Chyba w przypływie jakiegoś natchnienia albo na dużym haju. Ale wszystko perfekcyjnie jest obmyślane i dopina się na wszystkie guziki.

Postać głównej bohaterki odbiega od wszelkich norm. To osoba, z którą czytelnik nawet nie próbuje się utożsamiać, ale mimo wszystko, nie potrafi też jej potępić, bo za bardzo jej współczuje.

Napięcie emocjonalne utrzymuje stały, wysoki poziom, a im bardziej zbliżamy się do końca, tym bardziej staje się jasne, że wszystko musi zmierzać do katastrofy, ale katastrofa katastrofie nierówna. Do czego to wszystko doprowadzi? W tej dziedzinie również autorowi udaje się czytelnika zaskoczyć.

Ta książka jest perfekcyjna. Nie ma się czego wstydzić. Dlaczego więc autor nie zdecydował się na jej publikację 30 lat temu? Może kilka wydawnictw ją odrzuciło i się zniechęcił? Albo to tylko ściema wydawcy, dla przyciągnięcia uwagi: autor nie będzie już pisał kryminałów, ale właśnie cudem jeden się odnalazł. Może inne kiedyś też się odnajdą?

A może Lemaitre uznał, że napisał książkę wyprzedzającą swój czas i się przestraszył? Moda na pozytywnych/negatywnych bohaterów przyszła dopiero wraz z serialami „Dexter”, „Breaking Bad” czy „House of Cards”. Chociaż nie… w podobnej konwencji pisała wcześniej Patricia Highsmith („Utalentowany pan Ripley”), a zupełnie na poważnie Andre Gide w „Lochach Watykanu”. Nie wiem. Tej zagadki nie odgadnę.

Jeżeli szukacie w literaturze czegoś, co wami wstrząśnie, przeczołga i zaskoczy oryginalnością pod każdym względem, nie możecie przeoczyć „Wielkiego węża” Lemaitre’a. Nie wiem, czy to nie jego najciekawsza książka.