środa, 30 stycznia 2019

Sławek Michorzewski "Urzędnik" Ocena: 1/6


SEPPUKU W GABINECIE LUSTER
Po pierwszej części (20%) już wiedziałam, że nie dam rady doczytać tej książki do końca. Nie chciało mi się nawet o niej pisać. Zerknęłam jednak na entuzjastyczne recenzje zamieszczone na portalu LC, o które, jak się domyślam, zatroszczyło się wydawnictwo (i proszę mi tu nie protestować), i zmieniłam zdanie. Skłoniła mnie do tego jedna z mniej zachwyconych czytelniczek – Katrina, która napisała: „Nie wiem dokładnie, co tu nie zagrało, ale ta książka po prostu niezwykle mnie odrzuca.”

Ja akurat potrafię sprecyzować, „co tu nie zagrało”, więc ta recenzja to ostrzeżenie dla tych czytelników, którzy w wyborze lektur kierują się podobnymi do moich kryteriami. Może zaoszczędzicie dzięki temu parę złotych. A już trochę czasu - na pewno.

Bohaterów w „Urzędniku” mamy tylu, co w plutonie wojska. Przez całą pierwszą część nie wiadomo, czyją właściwie historię autor opowiada. Żadna z postaci nie budzi sympatii, nie wybija się na pierwszy plan, nie wiem, co nimi kieruje. Kompletnie nie przejmuję się ich losami również dlatego, że nie są to prawdziwi ludzie, tylko karykatury. Schematyczni i przerysowani tak bardzo, że trudno w nich odnaleźć zwyczajne, ludzkie cechy.

Bohaterów odrzucam również z powodu ich bezdennej głupoty. Nieudolny włamywacz i jego żona – idiotka, wredny urzędnik skarbowy – kretyn i jego syn, z rodzaju tych, którym tatuś robi dzióbek, niedorozwinięta żona porwanego dyrektora, głupkowaci policjanci, półmózgi mafiozo, i jeszcze jeden niedorobiony gangster, znów w duecie z bezmyślną żoną – cała plejada durniów. Autorowi się wydaje, że to takie śmieszne, że ludzie są głupi i to wystarczy, żeby rozbawić czytelnika. Kto jednak byłby w stanie znieść dwugodzinny stand-up ulubionego komika, gdyby przez cały czas opowiadał ten sam dowcip i tylko zmieniał bohaterów? Wielokrotnie powtarzałam w recenzjach, że mnie takie eksponowanie głupoty nie bawi, bo nie wypada naśmiewać się z ludzi pokrzywdzonych przez los. Ale może to tylko kwestia poczucia humoru (lub jego braku).

Najbardziej przeszkadza w czytaniu tej książki brak dramaturgii, spowodowany nagromadzeniem absurdów sytuacyjnych. Nie ma logicznego ciągu wydarzeń. Fabuła polega na mnożeniu przypadków, pechów i zbiegów okoliczności w takiej ilości, i tak zakręconych, że czytelnik kompletnie obojętnieje na to, co się wydarzy. Bo skoro może zdarzyć się wszystko, to tak, jakby nie musiało wydarzyć się nic. A jeśli w kryminale suspens nie istnieje i nie znajduję w sobie ciekawości, by dowiedzieć się, jak to się skończy, to po co mam czytać? Przecież i tak zakończenie będzie zależało od przypadku (czytaj: wyobraźni autora). Że wyobraźnię autor ma bujną, zdążyłam się przekonać, ale nie tego od powieści oczekuję.

- Ale to przecież groteska – już słyszę w duchu głos oburzonego autora. Domyślam się, że to miała być groteska, ale, niestety, wyszła jej parodia. Pisząc powieść humorystyczną ukazującą świat w krzywym zwierciadle, tym bardziej trzeba uważać, żeby nawiązania do rzeczywistości były solidnie umocowane. Jeżeli wszystko jest krzywe, to jak znajdziemy punkt odniesienia? W gabinecie luster karykaturalne odbicia śmieszą tylko dlatego, że dobrze znamy nasz prawdziwy wizerunek. Bez tej wiedzy moglibyśmy dojść do przekonania, że tacy pokręceni po prostu jesteśmy. I wtedy to już tylko seppuku pozostanie, bo przecież z tym się nie da żyć.

Jeśli szukacie pretekstu, żeby popełnić seppuku – czytajcie „Urzędnika”.

Tagi:  Sławek Michorzewski "Urzędnik", Michorzewski "Urzędnik" opinie,  Michorzewski "Urzędnik" recenzja

piątek, 25 stycznia 2019

Jakub Szamałek „Cokolwiek wybierzesz” Ocena: 4/6


STRZEŻCIE SIĘ
Po ostatnich wpadkach z wyborem lektur, czytając tę książkę przez cały czas trzymałam kciuki za autora, żeby tylko mu się udało.

Dobrze zaczął, nieźle wkręca, bohaterów polubiłam, akcja szybko się rozwija, i żeby tylko tak do końca, żeby nie rozwaliło mnie jakieś absurdalne zakończenie – największa bolączka polskich autorów.

Uff… udało się! Mogę polecić wam „Cokolwiek wybierzesz” z czystym sumieniem. To nie tylko inteligentna rozrywka, wciągająca historia opowiedziana w interesujący i dowcipny sposób, ale również zwierciadło rzeczywistości, czasami budzącej grozę.

Autor przedstawia zagrożenia czyhające w internecie, które chwilami sprawiają wrażenie science-fiction. Ale rzeczowe wyłożenie problemu sprawia, że wierzę Szamałkowi na słowo - to żadna fantastyka, to prawda. Na informatyce mało się znam, ale doceniam, jak wiele wysiłku autor włożył w solidną dokumentację tematu. Postarał się również, aby sprzedać tę wiedzę czytelnikowi w przystępny sposób, więc ufam, że nie jest to treść wyssana z palca albo przepisana z Wikipedii. Gdy wiele lat temu oglądałam film „Wróg publiczny” z Willem Smithem, wydawało mi się, że tak daleko posunięta inwigilacja nie może mieć miejsca. Wystarczyło kilkanaście lat i okazało się, że jednak może. Scenarzysta po prostu genialnie antycypował. Szamałek, niestety, opisuje rzeczywistość. Strzeżcie się! Wy też możecie być śledzeni.

Dzięki autorowi otrzymujemy również  możliwość zajrzenia do internetu od środka. Nie przez ekran komputera, ale od strony tych, którzy dla nas całą tę papkę tworzą. Dość przygnębiający jest obraz współczesnego, internetowego „dziennikarstwa” (nie bez kozery słowo to umieściłam w cudzysłowie), gdzie liczy się tylko klikalność i odsłony. I tu również nie mam wątpliwości, że autor opowiada o rzeczach autentycznych i bardzo dobrze mu znanych. Gorzki smak happy endu pozostanie na długo.

Ocena byłaby wyższa, gdyby autor odrobinę nie przesadził w staraniach, że tak bardzo musi być „tu i teraz”. Przestępstwo, które w końcu wychodzi na jaw, w kategorii „najbardziej klikalny temat ostatniego roku” zajęłoby na pewno pierwsze miejsce. Wiem, że takich właśnie igrzysk domagają się tłumy. Ja akurat wolałabym, żeby autor wysilił się na większą oryginalność.

Ale może jeszcze mu się uda. W powietrzu wisi już przecież drugi tom. I może tytuł będzie lepszy. Tego, za chińskiego Boga nie jestem w stanie zapamiętać.

Tagi: Jakub Szamałek „Cokolwiek wybierzesz”, Szamałek "Cokolwiek wybierzesz" recenzja, Szamałek "Cokolwiek wybierzesz" opinie, Szamałek Ukryta sieć #1

czwartek, 17 stycznia 2019

Przemysław Wilczyński „Malarz obłędu” Ocena: 1/6


CZERWONY KAPTUREK ŻYJE
„Kacie, czyń swoją powinność” – napisał młody autor, proponując mi zrecenzowanie swojej debiutanckiej powieści. Kokieteria, czy intuicja godna pozazdroszczenia? Cokolwiek by nie było, obiecałam. I teraz mam za swoje. Nie mogę po prostu odłożyć książki, jak na przykład „Ludzkiego zoo” Marka Krajewskiego, z adnotacją, że tego nie da się czytać. Autor poprosił o uwagi po przeczytaniu mojej recenzji podręcznika „O pisaniu” Remigiusza Mroza. Jego własna powieść, wydana trzy lata temu nie została zauważona, więc może po prostu chciałby dowiedzieć się dlaczego i liczy na to, że dzięki krytycznym uwagom udoskonali swój warsztat?

Powiem szczerze, w prostych, żołnierskich słowach: nie ma czego doskonalić. „Nie chcem, ale muszem” – już wiem, co miał na myśli twórca słynnego powiedzenia. Zmusiłam się, aby doczytać tę książkę do końca, ale wy, moi drodzy czytelnicy, naprawdę nie musicie narażać się na takie katusze.

„Malarz obłędu” mógłby posłużyć jako modelowe źródło wiedzy, jak nie należy pisać kryminałów. Lista podręcznikowych błędów jest tak długa, że można by nimi obdzielić kilka powieści. Dużo gorszy jest jednak błąd kardynalny, z powodu którego odrzucam tę książkę w całości. Ale o tym będzie na końcu.

Już na początku zniechęca mnie prolog zdradzający zakończenie – ulubiony chwyt polskich autorów, którzy nie potrafią zacząć akcji tak, by przyciągnęła uwagę. Wydaje im się, że jak wrzucą najciekawszą scenę ze środka lub końca, to dalej mogą przynudzać, a czytelnik nie załapie podpowiedzi. Kiedy na wstępie dostaję informację gdzie facet się znajduje, i że z jego umysłem bardzo źle się dzieje, to sugestia do czego ta historia doprowadzi jest naprawdę czytelna. To tak, jakby ktoś pisał bajkę o Czerwonym Kapturku, zaczynając od tego, że wilk zjadł Kapturka, ale gajowy wszystkich uratował. Komu będzie chciało się czytać o tym, co było wcześniej? To kryminał, czy smętna powieść obyczajowa?

W pierwszym rozdziale, zamiast narracyjnego haka, który zachęcić ma do dalszego przerzucania kartek, mamy rozwlekły opis nudnej pracy dwóch księgowych, wzbogacony kolejnym błędem – drewnianymi dialogami. W podręcznikach nazywają to „reader feeder”. Dwie kobiety pracujące w tym samym biurze i znające się jak łyse konie przekazują sobie w rozmowie informacje oczywiste: „Dopóki nie wygramy dużego przetargu na obsługę poważnej firmy, musimy zadowolić się tym, co jest (…) Zasuwamy po dwanaście godzin na dobę, a ledwo wychodzimy na swoje.” Autor postanowił w dialogu „nakarmić” czytelnika wiedzą, która powinna być przekazana w krótkim opisie.

Kolejny błąd – to opisy przyrody, które nie mają żadnego wpływu na treść. „It was a dark, stormy night” – nabijają się Anglicy z takich zabiegów. „Jeszcze nie lało, ale gęste burzowe chmury wisiały tak nisko, że niemal szorowały brzuchami po ziemi” – pisze nasz autor. Czy kogoś to obchodzi?

Figurę stylistyczną zwaną powtórzeniem autor stosuje w takim zagęszczeniu, że czytelnik zaczyna toczyć pianę z ust. Naprawdę, nie muszę po raz siedemnasty (nie żartuję!) czytać „zabiję skurwysyna”, żeby się dowiedzieć, że bohater jest wściekły. Takie powtórzenia, o różnych treściach, znajdujemy co krok. Nie ma innych form literackich na podkreślenie, co jest istotne, a co nie?

Z błędów warsztatowych najbardziej przeszkadzało mi spoilerowanie odautorskie. Przestałam liczyć ile razy autor najpierw zdradza coś istotnego, a potem jeszcze dodatkowo wbija czytelnikowi do głowy, o co mu chodziło, chociaż czytelnik już dawno to wie. Wprawdzie to autor sam spoileruje, ale jednak, biorąc pod uwagę garstkę pozytywnych recenzji na portalu Lubimy Czytać, może nie wszyscy czytelnicy to zauważyli. Więc ostrzegam, teraz spoilery.

Jeśli dowiaduję się, że żona bohatera obawia się chodzić nocą przez park, to już wiem, że wkrótce coś złego się w tym parku wydarzy. I oczywiście się wydarza. Kobieta zostaje zgwałcona. Jeśli żona i przyjaciel przestrzegają bohatera przed pisaniem tekstu o seryjnym zabójcy, bo nic dobrego z tego nie wyniknie, a bohater mimo wszystko się upiera, bo to jednak sława i kasa, to czytelnik tylko czeka, kiedy przestrogi się sprawdzą. I sprawdzają się, co do joty. Suspensu w tym oczywiście nie ma za grosz. Przez mniej więcej połowę książki coś takiego jak akcja nie istnieje, otrzymujemy tylko kilka istotnych informacji, które można by streścić w jednym rozdziale. Zasady dramaturgii są Przemysławowi Wilczyńskiemu kompletnie obce.

Autor epatuje opisami zbrodni seryjnego mordercy kobiet, ale w porównaniu z tym, co robi w zakończeniu, to naprawdę pestka. Na koniec otrzymujemy w prezencie prawdziwą rzeź. Odrażającą zbrodnię, w której najgorszy wcale nie jest opis wstrząsających, realistycznych do bólu jej detali, aż zbiera się na wymioty, ale fakt, że autor próbuje nas przekonać, jakie to ważne, żeby zrozumieć mordercę. Zabił, bo ta suka usunęła ciążę, czyli też zabiła. Oj, oj, oj, aż zęby bolą!

W przypadku takich zbrodni odpowiedź na pytanie - dlaczego? - jest zawsze taka sama. Umysł zbrodniarza jest nieuleczalnie skrzywiony, nie funkcjonuje prawidłowo. Czy to zostanie zakwalifikowane jako choroba psychiczna, czy nie, nie ma większego znaczenia. To potwór, z tak zdeformowanym pojmowaniem świata i wypaczonymi motywacjami, że wszelkie próby ich wytłumaczenia od razu sprawiają wrażenie, że zbrodnię chcemy usprawiedliwić i że w ogóle mamy prawo to zrobić. Nie wolno pozostawiać czytelnika z takim wrażeniem!

Nie kupuję bohatera z tak skrzywioną osobowością również dlatego, że kompletnie nie wierzę w jego przemianę. Autor zaproponował nam opowieść w stylu s-f, w której głównym bohaterem jest robot, którego można zaprogramować w dowolny sposób.

Dziennikarza Jana Kowalskiego poznajemy jako wzór cnót wszelakich. Idealny wręcz człowiek i najczulszy mąż. I nagle, pod wpływem kilku rozmów z osadzonym w więzieniu zbrodniarzem, pragnie być taki sam, jak on. Z dnia na dzień staje się wariatem. Choroba psychiczna, to jednak nie jest złamanie nogi. Nawarstwia się latami, powoli ujawnia symptomy, żeby w końcu wybuchnąć. Ktoś taki, jak Jan Kowalski w przyrodzie nie istnieje. I jeszcze to symboliczne nazwisko. Że co, że Jan Kowalski – psychopatyczny morderca - to takie uosobienie przeciętnego Polaka? Że każdy może się nim stać? W imieniu rodaków protestuję i się nie poczuwam.

Na sam koniec, żeby jednak jakoś usatysfakcjonować czytelnika, autor pozwala Panu Bogu zejść z nieba i zakończyć fabułę tak, jak mu wygodnie. Wystarczy przecież przeczucie i gajowy uratuje Czerwonego Kapturka. W kategorii błędów nazywa się to deus ex machina.

Nie potrafię zrozumieć, czym kierowało się poważne wydawnictwo Sonia Draga, decydując się na publikację tak fatalnie napisanej książki. Naprawdę ktoś tam uwierzył, że współczesnego czytelnika zainteresuje to, co siedzi w duszy psychopatycznych, odrażających morderców? Że będziemy z wypiekami na twarzy śledzić kolejne zbrodnie, wszystkie zresztą takie same? Że ludożerka jest tak bardzo żądna krwi, że kupi bez mrugnięcia okiem tę makabreskę, którą autor nam zgotował?

Nie kupili? Może to będzie nauczka. Mam nadzieję, że również dla autora. W innych gatunkach literackich chyba lepiej się sprawdza. Kryminałów może niech już więcej nie pisze.

Rudolfina, kat in spe

Tagi:  Przemysław Wilczyński „Malarz obłędu” , Wilczyński "Malarz obłędu" recenzja, Wilczyński "Malarz obłędu" opinie

środa, 9 stycznia 2019

Mariusz Szczygieł "Nie ma" Ocena: 1/6


PODOTYKAJMY SIĘ SIUSIAKAMI

Można by zacząć tak:
Szczygieł się starzeje, a ja dziecinnieję.

Ale można też inaczej:
Szczygieł dziecinnieje, a ja się starzeję.

Czytam. Odkładam. Wracam. Znów odkładam. Zmuszam się, bo jak to? Przecież to Szczygieł. Coś ze mną nie tak?

Pierwszy tekst i od razu rewelacja. Cieszę się. Szczygieł wkracza w nowe rejony. Już nie jest to zwykły reportaż, tylko najprawdziwsza literatura. Poprzeczka została zawieszona wysoko. Niepotrzebnie jednak już na samym początku, bo im dalej, tym gorzej. To, co tak urzekło w rozważaniach o poetce, nie sprawdziło się w przypadku trochę bardziej „zwyczajnych” ludzi. Forma przerosła treść.

Dlaczego tym razem Szczygieł do mnie nie dociera? Czego zabrakło, czego NIE MA? W każdym z tekstów brakuje czego innego, ale chyba w większości brak tego, co było tak charakterystyczne dla autora: precyzyjnego przechodzenia od szczegółu do ogółu. Wychodząc od historii jednego człowieka, dochodzimy do prawd, które są istotne dla wszystkich. Szukam tych prawd i z trudem mi to przychodzi. Szukam autentyczności, dawnej ciekawości świata i ludzi, a znajduję tezy, które autor chce mi na siłę zaimplantować.

Historia o siostrach Woźnickich, bliźniaczkach uratowanych z holokaustu. Ludwika - zapomniana pisarka, Zofia – jeszcze bardziej zapomniana dziennikarka. Obie popełniły samobójstwa. Ich losy przedstawione chaotycznie, poszatkowane licznymi dygresjami. Wśród nich – długa opowieść Chavy, która o siostrach dorzuca kilka istotnych szczegółów, a potem, niespodziewanie sama staje się bohaterką. Snuje długą opowieść o tym jak jej udało się przeżyć wojnę i o swoich relacjach z matką. To dobry temat na osobny reportaż, ale ile można pisać o żydowskich dzieciach uratowanych z holokaustu, więc pewnie dlatego historia ta nie dostała własnej szansy. Gdyby taki zabieg wprowadził debiutant, uznałabym, że to błąd, ale Szczygieł? Czy autor chciał mi przez to coś powiedzieć? To o siostrach Woźnickich tekst, również o tym, że przeżyły wojnę dzięki dobrym ludziom, czy muszę poznawać dramatyczny życiorys osoby tak słabo z nimi związanej? Niezależnie od tego, czy jest to opowieść o dobrych czy o złych Polakach (bardziej o dobrych), czuję się manipulowana i bardzo mi się to nie podoba.

Antykwariat w Budapeszcie przedstawiony jako sklep po umarłych. Prawda tak oczywista, że wypadało by ją ubrać w jakąś anegdotę, ludzką historię wartą uwiecznienia. NIE MA. Za to znów pojawia się teza i złote myśli, przed którymi przestrzega autora Hanna Krall, a których nie powstydziłby się Coelho.

Ale to wszystko przecież drobiazgi, ulotne, subiektywne odczucia, prywatne wątpliwości w żaden sposób nie uzasadniające krytycznego podejścia wyrażonego tak niską oceną. W książce jest przecież dużo więcej perełek, niż kiksów. Więc o co tej zołzie (mnie, znaczy) chodzi? O tę symboliczną łyżkę dziegciu, która zepsuła całą beczkę miodu.

„Śliczny i posłuszny” to tekst o młodej kobiecie, która zakatowała na śmierć kilkuletniego chłopca. Ja też (jak Donald Tusk i Bronisław Komorowski) po lekturze nie mogłam w nocy spać, ale nie ze względu na przedstawioną treść. Zarwałam noc przez rozmyślania, jak to możliwe, że tak bardzo ceniony przeze mnie Mariusz Szczygieł mógł coś takiego zrobić. Popełnić tekst propagandowy, na polityczne zamówienie (zanim się nie zgodzicie, doczytajcie do końca). Jeśli autor zrobił coś takiego świadomie, to w moich oczach całkowicie go dyskwalifikuje. Jeśli nieświadomie, to znaczy, że wykazał się naiwnością, którą w przypadku człowieka, który trochę lat już przeżył na tym świecie, należałoby nazwać o wiele dosadniej. Na pewno znajdziecie najbardziej pasujące wam słowo.

Historia sprzed trzydziestu lat: młoda nauczycielka katuje na śmierć syna swojego partnera. Zbrodnia potworna, nie ma najmniejszych wątpliwości. Chłopiec bity był przez nią już wcześniej, co również jest ze wszech miar naganne, ale wskazuje też na to, że może tym razem kobieta przeholowała, a więc mógł to być wypadek. Wezwała przecież do dziecka mieszkającą w tym domu lekarkę i pogotowie.

Zabójczynię skazano na piętnaście lat więzienia (wyszła po dziesięciu za dobre sprawowanie). Wyrok był tak niski, ponieważ w sądzie udowodniono, że kobieta sama była w dzieciństwie maltretowana fizycznie i psychicznie przez rodziców, więc nie mając innych wzorców przeniosła swoje doświadczenia na dziecko, które miała pod opieką. „Skazana nie rozumiała, że stawianym przez nią wymogom kilkuletnie dziecko nie było w stanie sprostać” – wyjaśnia sędzia, która wydała wyrok. „Stosowane wobec chłopca kary, w tym cielesne, miały – jej zdaniem – jedynie go dyscyplinować”.

Kobieta została ukarana, odpokutowała winę i chyba zrozumiała swój błąd, bo nigdy więcej nie popełniła ani podobnego, ani żadnego innego przestępstwa. Dziesięć lat po wyjściu z więzienia odbyło się zatarcie skazania, więc zgodnie z polskim prawem obywatel ma prawo do nowego życia, bez piętna mordercy. Dlaczego więc Szczygieł odgrzewa tę sprawę po tylu latach? Ponieważ kobieta zatrudniona jest jako nauczycielka i ekspert ministerstwa do spraw mianowania nauczycieli dyplomowanych. Morderczyni ma uczyć nasze dzieci? Do tej pory ciągle jeszcze próbuję stać po stronie autora, chociaż jego argumenty coraz mniej trafiają mi do przekonania.

Zastanawiam się, jaki sens ma przytaczanie cytatów szanowanych przodków kobiety, z którymi łączą ją tylko słabe więzy krwi? Żeby pokazać, że w dobrych rodzinach z tradycjami też się zdarzają patologie? To doskonale wiemy. Szczygieł sam się tłumaczy, że to trochę jak szukanie dziadka w Wehrmachcie. Nie trochę, tylko dokładnie to samo. A więc zdaje sobie sprawę z manipulacji, a jednak pisze.

Co mają wspólnego teologiczne fascynacje bohaterki z nauczaniem matematyki, skoro na lekcjach kompletnie do nich nie nawiązuje? Żeby pokazać, że żarliwy katolik też może być mordercą? To również nic nowego.

Metody bohaterki na dyscyplinowanie uczniów są bezwzględne i mogą się nie podobać (choć akurat nie widzę niczego zdrożnego w tym, że uczniowie muszą przebywać w klasie w bezwzględnej ciszy, a uszkodzenie czegokolwiek w sali uczeń musi naprawić na własny koszt), ale przynoszą efekty. Uczniowie doskonale opanowują matematykę i dobrze zdają egzaminy. Nie wiem, co lepsze - przyjazny pedagog, który niczego nie potrafi nauczyć, czy tyran-despota, który jest skuteczny. Najlepszy byłby oczywiście nauczyciel i przyjazny, i skuteczny, ale jesteśmy w Polsce i nie mówimy teraz o ideałach. Gdyby Szczygłowi zechciało się zagłębić w polski system oświaty odkryłby ze zdziwieniem, że podobni nauczyciele, bazujący na sadystycznej wręcz dyscyplinie, są w naszych szkołach powszechnym zjawiskiem, ale często nie są skuteczni. Ręka w górę, kto nie miał w szkole nauczyciela tyrana. Nie usprawiedliwiam metod pracy bohaterki, ale jeśli chodzi o tę kwestię, idealnie się mieści się ona w statystykach: połowa nauczycieli w państwowych szkołach jest w porządku, druga połowa powinna zmienić zawód.

Największym jednak, niewybaczalnym błędem tego tekstu jest jego jednostronność, brak obiektywizmu i przedstawienia stanowiska drugiej strony. Dlatego właśnie uważam, że to tekst propagandowy.

I tylko nie mówcie, że autor napisał maila do bohaterki tekstu, a ona odmówiła spotkania. To oczywiste, że nie chciała wracać do przeszłości. Ale, czy na tym polega dociekliwość dziennikarska? Zwróciliście uwagę ile wysiłku włożył autor, aby się skontaktować z „fałszywą kuzynką” pani Müllerovej w reportażu „Gwiazda wszystkich willi”? Mail do galerii, telefon do brata, telefon do kuzynki, chęć wyjazdu do wioski na północy Włoch, do Pragi, do Mediolanu, żeby tylko się z nią zobaczyć. Kilka maili, telefonów, odmów, żeby w końcu spotkać się w Rzymie. Można było? Można.

Tym razem, żeby porozmawiać z bohaterką, nie trzeba było lecieć do Rzymu. Wiadomo było, gdzie mieszka, gdzie pracuje. Wystarczyło poczekać pod szkołą i zagadać. Ale autor założył, że przecież to potwór, więc nie warto. Szkoda, bo to by było najciekawsze dla dziennikarza i czytelnika – jak ona teraz patrzy na swoje życie. Łatwiej było jeszcze raz dokonać egzekucji na tej kobiecie, kojarzonej z niepopularną w kręgach pewnej gazety opcją polityczną, bo takie było zamówienie (uwaga!: zupełnie nie chodzi tu o opcję – gdyby była inna, napisałabym dokładnie to samo). Autor uznał, że kobieta jest zła i udowodnił wszystko, co chciał. Mnie jednak zupełnie nie przekonał.

To prawda, mój gniew spowodowany lekturą tego reportażu zaważył na ocenie całości. Wszystkie inne teksty, lepsze lub gorsze przestały się nagle liczyć. Początkowo chciałam okiełznać emocje i nie wystawiać oceny tej książce. Z wybitnymi autorami jest przecież trochę tak, jak z osobami zmarłymi: wypada o nich mówić albo dobrze, albo wcale. Przeczytałam reportaż „Śliczny i posłuszny” jeszcze raz i zarwałam kolejną noc, bo zjadały mnie wyrzuty sumienia. Skoro jednak autor dał sobie prawo, aby upublicznić ten tekst, ponieważ nie mógł „przeboleć” (to jego słowo), że bohaterka pracowała dla ministerstwa, to ja dam sobie prawo wystawienia mu pały, bo nie mogę przeboleć, że bez skrupułów zniszczył człowieka.

Szczygieł tłumaczy się, że reportaż pełni rolę służebną, ma wpływać na rzeczywistość i „ma prawo do żerowania na cudzych nędzach” (cytuje Kąkolewskiego). No to i ja sobie pożerowałam. A teraz żeruję jeszcze raz, bo Mariusz Szczygieł podłożył mi się koncertowo.

Rozzłościł mnie Remigiusz Mróz, kiedy nazwał Wiesława Myśliwskiego jegomościem (recenzja z 13 grudnia 2018), ale Mróz jest jeszcze młody i wielu rzeczy może się nauczyć. W pewnym wieku należałoby jednak mieć większą świadomość, czego nie wypada. W reportażu „Wiele męskich scen” Szczygieł cytuje „odważnego” ojca swojego bohatera – rzeźbiarza Tomasza Górnickiego: „faceci muszą raz na jakiś czas wejść razem do sauny i podotykać się siusiakami”.

Chyba naprawdę się starzeję.

Tagi: 

Mariusz Szczygieł "Nie ma", Szczygieł "Nie ma" recenzja, Szczygieł "Nie ma" opinie, Szczygieł "Śliczny i posłuszny", Szczygieł opinie

czwartek, 3 stycznia 2019

Piotr Adamczyk „Ferma blond” Ocena: 2/6


Z PERSPEKTYWY BLONDYNKI
Gdybym chciała oceniać tę książkę biorąc pod uwagę wyłącznie temat i rzetelność w odwzorowaniu historycznych realiów, ocena byłaby dużo wyższa. Ale powieść, to nie tylko zwierciadło rzeczywistości. To również dobrze opowiedziana historia i w tej kwestii mam bardzo poważne zastrzeżenia.

Akcja zaczyna się rozwijać we współczesnej Polsce. Nawiązanie do kolekcji dzieł sztuki skradzionych przez Niemców w czasie II wojny sugeruje pasjonującą intrygę, zwłaszcza, że wydawca twierdzi, że to „sensacyjna epopeja”. Okazuje się jednak, że książka co innego obiecuje, a co innego daje, i to jest pierwszy zawód.

W części drugiej, najistotniejszej dla powieści, bo zajmującej jakieś trzy czwarte objętości, przenosimy się do III Rzeszy (z drobnym łódzkim epizodem wciśniętym na siłę, chyba tylko, żeby usatysfakcjonować polskiego czytelnika). Przez ponad połowę tej nielitościwie przegadanej części zastanawiamy się o czym i o kim właściwie jest ta historia, i czy ma coś wspólnego ze wstępem.

Mamy antykwariusza handlującego, niekoniecznie legalnie dziełami sztuki (nawiązanie do części pierwszej, ale zmarginalizowane). Mamy jego córkę, którą poznajemy jako dziecko. Jest słynny, choć kiepski malarz pozostający w osobistych relacjach z Hitlerem, jest chłopak, który zakochuje się w córce antykwariusza, jest nawet ciotka rezydentka. Równorzędnych postaci i wątków (bo jeszcze przecież cała fabuła dziejąca się współcześnie), mamy tyle, że można by nimi obdzielić sagę, a tymczasem to ponoć powieść sensacyjna. Kolejne tematy wrzucane są do niej tak, jakby nie podlegały żadnej selekcji, a autor chciał upchnąć wszystko, czego tylko udało mu się dowiedzieć na temat rozwiązłości seksualnej w III Rzeszy i próbach stworzenia przez hitlerowców rasy nadludzi.

Wątek kryminalny pojawia się również, ale bardzo mocno zakamuflowany i nie ma wpływu na akcję. Tak naprawdę nie mamy pewności, czy o zagadkę seryjnego mordercy tu chodzi i czy w ogóle można mówić o jakiejś serii. Wyjaśnienie tej kwestii nie za bardzo autora interesuje, bo gdzieś tak w połowie tej części zdecydował się wreszcie, komu poświęcić trochę więcej uwagi.

Na plan pierwszy wychodzą losy nastolatki zakochanej w dużo starszym malarzu: młodzieńcze uniesienia, rozczarowania, zdrady. Postać głównej (chyba?) bohaterki jest jednak tak naiwna i bezbarwna (no chyba, że ktoś uzna, że fantazje seksualne wystarczą, żeby zrobić z Charlotte wystarczająco interesującą postać), że trudno się przejąć jej losami. Taka blondynka w wersji standard: motywacji i logiki w jej działaniach trudno się doszukać. O ile pewne decyzje można wyjaśnić zauroczeniem, to postanowienie, aby oddać swą waginę w służbie ojczyzny (hmm…) w ogóle się nie broni. Jeśli zrobiła tak, aby zemścić się na kochanku - facecie, któremu wszystko wisi, bo zmienia kobiety zgodnie z porami roku, to już chyba głupiej nie można. Jeżeli uczyniła to z powodów ideowych - ja w to nie wierzę, bo wcześniej nie mamy żadnych zachowań z jej strony, które by to uzasadniały. Jeśli po prostu jest nimfomanką, a wszystko na to wskazuje, to tym bardziej, taka postać mnie nie interesuje.

W trzeciej części powracamy do dzisiejszej Polski, jednak klamra, w założeniu spinająca końcówkę z pierwszą częścią, niewiele łączy. Pojawia się kolejna, tym razem współczesna historia miłosna, nie mająca z opowieścią rozgrywającą się w przeszłości niczego wspólnego. Zasygnalizowany na wstępie wątek z dziełami sztuki wprawdzie częściowo się wyjaśnia, ale satysfakcji z tego czytelnik nie ma za grosz.

Tak więc mamy w „Fermie blond” całą galerię nieprzekonujących, biernych postaci podejmujących pechowe decyzje, których życiem kieruje przypadek. Bardzo to wszystko chaotyczne i nieprzemyślane.

Doceniam wkład pracy Piotra Adamczyka włożony w dokumentację naprawdę pasjonującego tematu, ale konstruowanie ciekawych fabuł i wiarygodnych postaci słabo mu wychodzi. Jeżeli ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś o rozwiązłości seksualnej w III Rzeszy usankcjonowanej przez państwo, i o próbach stworzenia kraju, w którym rządzić będą blondyni, powinien raczej sięgnąć po pozycje publicystyczne. Bez bohaterek blondynek.

Tagi:

Piotr Adamczyk „Ferma blond” , Adamczyk "Ferma blond" recenzja, Adamczyk "Ferma blond" opinie