poniedziałek, 18 września 2023

Izabela Szylko „Tajemnica siódmej księgi” Ocena: 6/6

 

KAŻDY MOŻE WYGRAĆ

A co, jeśli nasz Układ Słoneczny jest tylko atomem w jakimś cudzym kosmosie?

Działa na wyobraźnię? Ale to nie takie proste.

Byłam dziwnie spokojna, że Izabeli Szylko nie dopadnie „syndrom drugiego tomu”. Jeżeli kontynuacji nie pisze się w pośpiechu, jedynie dlatego, że część pierwsza „załapała” i wydawca chce szybko zarobić więcej kasy, tylko pracuje nad nią latami – nie mogło być wpadki. Nie przypuszczałam jednak, że autorka tak bardzo pozytywnie mnie zaskoczy.

„Poszukiwacze siódmej księgi” – pierwsza część dylogii - to lekka, wakacyjna wręcz powieść przygodowa, której najbliżej było do Pana Samochodzika. Izabela Szylko sama wspominała w wywiadach, że chciała w ten sposób spełnić marzenia z dzieciństwa i rozwiązując zagadkę historyczną, przeżyć literacką przygodę. W przypadku „Tajemnicy siódmej księgi” mamy regularną powieść sensacyjną, której nie powstydziliby się zachodni autorzy, a Dan Brown, to w ogóle mógłby się na niej uczyć, na czym polegają zwroty akcji i cliffhangery. Intryga jest perfekcyjnie zapętlona, wszystkie wątki są potrzebne i prowadzą w sposób nieoczywisty do spektakularnego finału.

Akcja prowadzona równolegle, z punktu widzenia ścigających i ściganych, pędzi jak ferrari w Formule 1. Praktycznie każdy rozdział kończy się tak, że zmusza do przewrócenia strony. Połknęłam książkę w jeden dzień, tak bardzo chciałam się dowiedzieć, co będzie dalej i kto okaże się prawdziwym zwycięzcą, bo to wcale nie było oczywiste.

Jeżeli po przeczytaniu części pierwszej mieliście pewien dyskomfort, nie wiedząc kim są tajemniczy prześladowcy Alicji i Jerzego, to wreszcie wszystko stanie się jasne. Już od pierwszych stron wiemy, że za kradzieżą stoi amerykański miliarder, jednak jego motywacje daleko odbiegają od gangsterskich standardów, do których przyzwyczaili nas autorzy powieści tego gatunku. W tej książce nie ma postaci czarno-białych. Przygotujcie się na to, że autorka wiele razy was zaskoczy.

Akcja przenosi się za Atlantyk, ale Izabela Szylko tak plastycznie i przekonująco opisuje miejsca, w których rozgrywa się akcja, że czytelnik ma poczucie, jakby sam znalazł się na meksykańskiej granicy, w Nowym Jorku czy w Vancouver. Jest to o tyle istotne, że o ile, zmotywowana lekturą „Poszukiwaczy siódmej księgi” zwiedziłam w tym roku Frombork i Lidzbark, to jednak wyprawę do Ameryki tropem bohaterów, póki co muszę odłożyć „na świętego Dygdy”.* Nie przypuszczam, żeby tym razem autorka odwiedziła wszystkie wspomniane lokalizacje, więc risercz musiał być drobiazgowy.

A tajemnica Kopernika? Tym razem postać samego astronoma schodzi na drugi plan, ale nie jego idea. Oczywiście, mam świadomość, że to fikcja literacka, ale tak dobrze przemyślana i tak prawdopodobna, że aż chciałoby się w nią uwierzyć. I tu dochodzimy do tego, co pozostaje w głowie po przeczytaniu książki, czyli wartości dodanej. Dlatego tak bardzo lubię powieści Izabeli Szylko, że u niej zawsze mogę na to liczyć. Tu, oprócz akcji, mamy jeszcze trochę astronomii, chemii, fizyki i … filozofii, w absolutnie nienachalnych i przyswajalnych ilościach.

„Jeśli jądro atomu jest wielkości pięści, to cały atom jest tak duży jak katedra św. Pawła w Londynie, a jeżeli jest to atom wodoru, to jego samotny elektron błąka się jak ćma w pustej katedrze, krążąc a to wokół ołtarza, a to znowu pod kopułą. Tak naprawdę, składając się z atomów, składamy się z pustki. Substancja naszego ciała utrzymuje się w swej postaci jedynie w wyniku działania sił elektromagnetycznych i nuklearnych, które stwarzają iluzję twardej materii. Gdyby udało się usunąć z ciała człowieka wypełniającą go próżnię, to skurczyłoby się ono do rozmiarów grudki materii, niewiele większej od plamki pozostawionej przez muchę na szybie. Gdyby zaś od każdego człowieka na Ziemi pobrać jedną komórkę, w której znajduje się cały zapis w postaci DNA, a następnie zważyć uzyskany z tych wszystkich komórek wspólny łańcuch DNA, to ważyłby on zaledwie dwie setne grama. Informacja o całej ludzkości waży mniej niż okruszek chleba.”

Myśleliście kiedyś o sobie w ten sposób? Że jesteście plamką na szybie? To spróbujcie. Może to coś zmieni w waszym życiu? Tak, jak zmieniło bohaterów tej książki.

Wystarczy mieć przekonanie, że każda sytuacja, kiedy osiągnie punkt krytyczny, musi odwrócić się i zamienić w swoje przeciwieństwo. (…) To daje (…) odwagę i wytrwałość w okresach niepomyślnych oraz czyni roztropnymi i skromnymi w okresach powodzenia.”

„Tajemnica siódmej księgi” to nie tylko doskonała rozrywka, która zadowoli spragnionych sensacji czytelników. To książka również dla tych bardziej dociekliwych, poszukujących swojego miejsca we Wszechświecie. Może dzięki niej łatwiej przyjmować będą klęski i ostrożniej fetować zwycięstwa?

Jeśli „Tajemnica siódmej księgi” wpadnie w wasze ręce w pierwszej kolejności – nic się nie stanie, ale większą frajdę sprawi, jeśli najpierw będziecie poszukiwać siódmej księgi w poprzednim tomie, a potem rozwiązywać jej tajemnicę.

I tylko wielbiciele Czesiuchny będą niepocieszeni. W tej części dziarska blogerka nie występuje.

*na świętego Dygdy, co go ni ma nigdy, ludowe

niedziela, 10 września 2023

Grzegorz Dziedzic „Gangway” Ocena: 3/6

 

SWEET HOME CHICAGO

Wyobrażam sobie, że kiedy Grzegorz Dziedzic otrzymał wiadomość, że wydawnictwo Agora chciałoby wydawać jego książki pomyślał, że złapał Pana Boga za nogi. I co? I jajco (excusez-moi).

Potężny koncern wydawniczy nie zadał sobie najmniejszego trudu, aby o książkach swego autora poinformować społeczeństwo, licząc zapewne na to, że skoro poprzednia powieść otrzymała Nagrodę Wielkiego Kalibru, to część druga sama się sprzeda. No niestety, dzisiaj to tak nie działa. Kiedy widzę, że na największym portalu czytelniczym „Gangway”, wydany przez koncern obracający milionami, mający nieograniczone możliwości reklamy w rozlicznych swoich mediach ma mniej więcej tylu czytelników, co Poszukiwacze siódmej księgi Izabeli Szylko, która promocją zajmuje się chałupniczo (excuse-moi, tym razem to do autorki), to ja już naprawdę nie wiem, o co chodzi. Może o to, że druga część chicagowskiego cyklu jest jednak dużo słabsza niż poprzednia?

Moje obawy co do problemów autora z dramaturgią, niestety się sprawdziły. Styl i język, na szczęście, znów nienaganny, ale kogo to dzisiaj obchodzi? Ile osób to potrafi docenić? Dla czytelników mrozów piękny język - to zbędny balast, domagają się suspensu. A napięcia w tej książce nie ma za grosz. Pardon, jest (jakoś ta francuszczyzna znów mi się wkrada), ale dopiero na kilkadziesiąt stron przed końcem. No nie, panie autorze, tak się nie robi.

Przez więcej niż trzy czwarte książki bohater snuje się po mieście szukając zaginionego przyjaciela, próbuje robić szemrane interesy, boksuje się z innymi gangsterami i wdaje się w wątły romans. Nie ma w jego działaniach związków przyczynowo-skutkowych, nie ma zwrotów akcji. Przestawienie kolejności wydarzeń nie zrobiłoby żadnej różnicy; nie ma znaczenia czy Rucki najpierw się kocha a potem bije i załatwia interesy, czy odwrotnie. Nieważne, kiedy i z kim się spotyka, bo i tak niczego się nie dowiaduje.

W tej części nie ma też dobrych bohaterów. No zaraz – oburzycie się – bohaterowie przecież ci sami, co w Żadnych bogów, żadnych panów. Wtedy byli dobrzy, a teraz nie? Właśnie tak! Roman - były ksiądz, alkoholik, który walczy z nałogiem, aby wyjść na prostą – to był gość. Roman alkoholik, który siedzi w zamknięciu i snuje swe pijackie wizje, co chwila wpadając w moralizatorski ton i zastanawiając się dlaczego w życiu mu nie wyszło – to jest nudziarz, ocierający się o kicz. Autorowi pomyliły się gatunki – miała być powieść gangsterska, a w tym wątku wyszedł wątpliwej jakości moralitet.

Teo - były gangster, który próbował przejść na jasną stronę mocy, ale w roli policjanta średnio sobie radził – to facet, któremu od początku kibicowaliśmy. Teo jako były policjant, aktualnie bokser, który bez dobrego powodu wchodzi w szemrane interesy, bo przecież przyjaciela i tak mógłby szukać, nie godząc się tak łatwo na propozycję gangsterów, do tego nic mu w tych interesach nie staje na przeszkodzie, bo wystarczy obić parę gęb konkurentom w biznesie i luzik - to postać bez motywacji, celu i kręgosłupa, która zupełnie mnie nie rusza, więc śledzę jej losy bez emocji.

Dopiero gdy czytelnik traci już nadzieję, że coś się zmieni i zastanawia się, czy książki nie porzucić, albo zaczyna marzyć o tym, żeby to wszystko wreszcie się skończyło, pojawia się znienacka zwrot akcji. I na ostatnich kilkudziesięciu stronach nareszcie dzieje się coś, co naprawdę przykuwa uwagę. O wiele za późno.

Na szczęście twist w zakończeniu jest na tyle dobry i otwierający tyle nowych możliwości, że na pewno skuszę się na część trzecią. Nawet mimo tego, że jedną z postaci drugoplanowych jest Al Capone, więc nietrudno się domyślić, do czego to będzie zmierzać. Może jednak Grzegorzowi Dziedzicowi uda się mnie zaskoczyć.

Życzę też autorowi, żeby trafił na dobrego redaktora prowadzącego, któremu będzie zależało, aby książka nie usypiała czytelnika, tylko wciągała od początku, i który podpowie, jak to zrobić. Obserwując zabiegi niepromocyjne wydawnictwa Agora mam jednak obawy, czy znajdzie się tam ktoś, komu na czymkolwiek zależy.

poniedziałek, 4 września 2023

Elly Griffiths „Puste jest piekło” Ocena: 5/6

WIESZCZBY KASANDRY

No i odkryłam kolejną autorkę, która idealnie trafia w mój gust czytelniczy, ale zapewne nie dane mi będzie jej książek dalej czytać. Podobnie było z Michaelą Klevisową („Kroki mordercy”, "Złodziejka opowieści"). Naprawdę świetne kryminały, ale co z tego? Polscy czytelnicy je olali, wolą mrozów, więc wydawnictwo, które nie jest instytucją charytatywną, przecież nie będzie publikować rzeczy, na których się nie zarabia.

„Puste jest piekło” to pierwsza część z cyklu; ja najpierw przeczytałam drugą. I nic mi to nie przeszkadzało. Książki łączy tylko osoba prowadząca śledztwo – pani sierżant detektyw Harbinder Kaur, którą już wcześniej zdążyłam polubić. Każda opowieść jest samodzielna. Nie ma niedokończonych wątków, nie ma streszczeń i spoilerów, co działo się w poprzednim odcinku. Dla mnie – cymes. Ale przecież masowego czytelnika tym się nie złapie. Jego trzeba zmobilizować do zakupu prymitywnymi, ale skutecznymi metodami. Wystarczy, że nie wiadomo, kto zabił, i już drugi tom się sprzeda. Trochę przesadzam, ale wiecie o co chodzi.

 

Dlaczego tak kasandrycznie wieszczę? Chciałam przeczytać wcześniejsze książki tej popularnej w Wielkiej Brytanii autorki, i klapa. Wydawnictwo Literackie wydało w 2011 roku tylko dwie pierwsze powieści z cyklu, który liczy 11 tomów. Widocznie się nie przyjęło. Widocznie zbyt inteligentne dla polskiego czytelnika, albo wydawca nie pomyślał, żeby rozreklamować autorkę. Nakład wyczerpany. E-booków brak. Na szczęście krążą po sieci używane egzemplarze, więc jakoś sobie poradzę, ale komu innemu będzie się chciało? Pytanie retoryczne. Nikomu.

I tak zostaniemy skazani na bzdety. No rzygać mi się chce z rozpaczy.

Ta książka jest perfekcyjnie skonstruowana, mimo narracji wielokrotnej w pierwszej osobie. Zawsze się tego czepiałam w przypadku polskich autorek (Ewa Przydryga „Mursz”, Magda Stachula „Oskarżona”), więc dlaczego teraz mi się to podoba? Ponieważ tym przypadku jest to świadomy zabieg stylistyczny. Elly Griffiths potrafi pisać w trzeciej osobie (patrz: drugi tom). Tutaj celowo używa takiej narracji, aby pokazać te same wydarzenia z punktu widzenia różnych osób. Każda dodaje coś nowego i wprowadza mylne tropy, które budują napięcie. Wszystkie narracje są wyraźnie od siebie oddzielone, a postaci na tyle zróżnicowane, że gdyby nawet nie podano na początku imienia narratora jasnym jest, kiedy opowiada historię nastolatka, a kiedy policjantka. Nie ma żadnej wątpliwości o kogo chodzi. No po prostu widać solidny warsztat pisarski, czego w przypadku rodzimych autorek nie uświadczysz. Piszą w pierwszej osobie, chociaż to nie ma sensu, bo inaczej nie potrafią.

Znów mamy smaczki dla koneserów, czyli liczne nawiązania do brytyjskiej literatury (dzięki za przypisy), a do tego klimat powieści gotyckiej i opowieść z dreszczykiem. Drogi Albatrosie, może wydacie jeszcze przynajmniej jeden tom? Bardzo was proszę.