piątek, 25 października 2019

Robert Harris „Konklawe” Ocena: 4/6


TRZEBA WIEDZIEĆ JAK KOŃCZYĆ
Jak to dobrze, że są autorzy, na których zawsze można polegać.

Przeczytałam „Konklawe” z dużym poślizgiem. Wysłuchałam właściwie, odkrywając bardzo dobrego, nowego lektora (Marcin Popczyński). Odczucia były różne.

Najpierw trochę mi się dłużyło. Umiera papież, okoliczności niejasne, coś powinno zacząć się dziać. Dzieje się niewiele. Obserwujemy sytuację z kilku punktów widzenia, co nie sprzyja koncentracji. Gdy narrację przejmuje dziekan, robi się lepiej.

I znów mieszane uczucia. Z jednej strony doceniam pieczołowitość w oddaniu realiów, z drugiej – zaczyna mnie to nużyć. W końcu, ile razy można powtarzać ten sam tekst kardynalskiej przysięgi? Zamiast śledzić przebieg wątłej akcji zastanawiam się, na ile autor jest wiarygodny. Pod tym względem Robert Harris nigdy nie zawodził, więc i tym razem daję mu kredyt zaufania. I słusznie: w posłowiu autor wyjaśnia, że zdobył zgodę Watykanu na odwiedzenie wszystkich opisywanych miejsc i podaje wiele wiarygodnych źródeł, dzięki którym mógł poznać kulisy konklawe, co przecież wcale nie jest łatwe.

Jeżeli ktoś zastanawiał się, czy ta powieść nie obraża uczuć religijnych uspokajam, że nie ma powodów do obaw. Mimo, że autor opowiada o ciemnych stronach Watykanu, do sfery czysto religijnej podchodzi z dużym szacunkiem i taktem. Wydawcy na pewno byli zawiedzeni. Gdyby Harris porządnie zamieszał, liczni poobrażani natychmiast zrobiliby książce bezpłatną reklamę.

No i wreszcie końcówka, która sprawiła, że mimo początkowych mieszanych uczuć, wystawiam jednak tak wysoką ocenę. Już, już wydaje się, że wszystko wiemy, że dzieje się tak, jak przewidzieliśmy, aż tu nagle okazuje się, że zostaliśmy zrobieni w bambuko. Okazuje się, że można napisać zakończenie które naprawdę zaskoczy, ale nie będzie wyciągnięte, jak królik z kapelusza.

Szacun, panie Harris.

piątek, 11 października 2019

Elena Ferrante SAGA NEAPOLITAŃSKA: „Genialna przyjaciółka”, „Historia nowego nazwiska”, „Historia ucieczki”, „Historia zaginionej dziewczynki” Ocena: 6/6

ICH ŚWIAT, NASZ ŚWIAT
Te książki zasysają jak odkurzacz Dyson.

Jeśli jesteś kobietą, nie masz szans się oprzeć. Jeśli jesteś mężczyzną – możesz, ale po co się stawiać? Daj się wciągnąć.

Piszę o wszystkich czterech powieściach razem, bo jak już się raz zostanie zassanym, to uwolnić się od tego można tylko przez odcięcie od prądu.
 
Pod względem intensywności oferowanych doznań, przenikliwości w opisywaniu świata i znajomości ludzkiej psychiki można Ferrante porównać do Wiesława Myśliwskiego. Włoska pisarka nie dorównuje naszemu Mistrzowi bogactwem języka, ale nikt nie jest doskonały. Ważne, że w niemniejszym stopniu dopisuje jej pamięć.

Ferrante opisuje wydarzenia rozgrywające się we Włoszech, począwszy od lat 50-tych ubiegłego stulecia tak, jakby wszystko działo się wczoraj. Zostajemy wciągnięci w tamten świat i nie mamy żadnych wątpliwości, że tak było naprawdę, że oprócz doznań literackich i emocjonalnych, otrzymujemy również solidną dawkę faktów.

Powieści Ferrante nie mają jednak w sobie nic z edukacyjności, broń Boże. Wielu współczesnych autorów umieszcza akcję swoich powieści w czasach, o których nie mają bladego pojęcia i kształtują obraz epoki według własnych, często mylnych wyobrażeń. Czynią więcej szkody, niż pożytku, gdyż zdecydowana większość czytelników bierze ich wizje za prawdę. Ferrante, podobnie jak Myśliwski, może służyć niemal za historyczne źródło.

Niestety, nie mogę tego powiedzieć o pracy tłumaczki lub redaktorów trzech ostatnich tomów (nie wiem czyj to pomysł), którzy postanowili również „przetłumaczyć” na polski system edukacji we Włoszech. Tłumaczka pierwszego tomu (inna niż pozostałych trzech) nie zmienia rzeczywistości. Dzieci chodzą do 5-letniej podstawówki (zaczynają od szóstego roku życia), potem jest trzyletnie gimnazjum, a potem pięcioletnie liceum (albo zawodówka) i w rezultacie kończą średnią edukację w tym samym, co dzieci polskie wieku. W trzech kolejnych tomach wydaje nam się, że włoski system nagle się zmienił i jest taki sam jak do niedawna w Polsce: 6 + 3 + 3. Jest to o tyle istotne, że naprawdę robi różnicę, czy dziecko przerwa naukę po podstawówce w wieku dziesięciu lat i państwo mu na to pozwala, czy musi uczyć się do szesnastego roku życia, bo taki jest obowiązek. Mnie takie niechlujstwo faktograficzne uwiera, wystarczyło po prostu wyjaśnić wszystko w przypisie.

Przeczytałam wszystkie powieści sagi jeszcze w wakacje, ale ich treść nie uleciała z mojej pamięci. Z głównymi bohaterkami zaprzyjaźniłam się tak mocno, że nawet jeśli zapomnę niektóre epizody z ich życia, zawsze będzie mnie z nimi łączyła silna, emocjonalna więź.

Będę też pamiętać refleksje, do których mnie Ferrante zmusiła, nawet pewnie nie przypuszczając, że dla kogoś w innej części Europy włoskie realia mogą być powodem do takich właśnie rozważań. Zaczęłam się pod jej wpływem zastanawiać, czy już nie pora, aby spojrzeć na okres komunizmu w Polsce z trochę innej perspektywy? Czy już można pozwolić sobie na to, żeby widzieć również pozytywne strony?

Wiem, narażam się. Wiem, minusów było tak wiele, że skutecznie przesłoniły plusy. Ale przecież plusy również były. Czy ktoś zaprzeczy, że błędem była powszechna, darmowa edukacja? Dla wszystkich, jeśli tylko ktoś tego chciał. Lila, genialna dziewczynka z Neapolu, skończyła naukę na szkole podstawowej. Nie mogła się uczyć dalej, ponieważ rodziców nie było na to stać, ale również dlatego, że była dziewczynką. Gdyby była chłopcem, rodzice być może stanęliby na głowie, żeby znaleźć fundusze na naukę tak zdolnego syna.

Czy błędem było równouprawnienie kobiet? „Kobiety na traktory” to może i przesada, ale czy właśnie nie dzięki takim hasłom kobiety uzyskały przeświadczenie, że naprawdę nie są gorsze i wszystko mogą? [tu kolejna dygresja, i to wszystko dzięki Ferrante: gdy komuniści dokonali przewrotu w Afganistanie, to kobiety na tym najwięcej zyskały, na krótko, niestety]. Potem z równouprawnieniem było różnie i teraz mamy parytety, ale czy trochę w tym nie pomogły tamte traktory?

Jestem przekonana, że czytając Ferrante, każdy z was będzie zadawać sobie własne pytania, również te najbardziej osobiste. Pytania, które będą drążyć wasz umysł, dopóki nie znajdziecie odpowiedzi. Tak się dzieje tylko w przypadku genialnej literatury.

Czytajcie.

piątek, 4 października 2019

Małgorzata Oliwia Sobczak „Kolory zła. Czerwień.” Ocena: 2/6


TRZY KOLORY: BLADY
Niniejszym przepraszam autorkę, że czytam zbyt dużo polskich kryminałów, co skutecznie uniemożliwia mi zachwyty nad jej książką.

Jedyne, co wyróżnia „Czerwień” wśród dziesiątek publikacji wydanych w ostatnim roku, to wysiłek jaki włożyło wydawnictwo w promocję tej książki. Dlaczego akurat tej? Chyba zgodnie z zasadą inżyniera Mamonia: „mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem”.

Nie ma w tym winy autorki. Napisała, jak potrafiła. Gdyby wydała tę książkę sama lub w niszowym wydawnictwie (jak dwie poprzednie), pewnie nikt by jej nie zauważył. Ale tym razem machina promocyjna ruszyła i padłam jej ofiarą. Muszę więc odreagować politykę wydawnictwa, które sprzedaje mi kostkę szarego mydła w złotym opakowaniu, sugerując, że to najlepsza francuska perfuma (purystów językowych uspokajam, że archaiczna forma „perfuma”, to tylko środek stylistyczny).

Na tle tego, co się obecnie w tym gatunku w Polsce publikuje „Czerwień” prezentuje się bardzo blado. To nawet nie jest róż, tylko biel zabarwiona odrobiną pigmentu (swoją drogą, ciekawe, czy następne kolory serii to będą niebieski i biały?). Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że prawie każdy wątek już pojawił się w jakiejś innej powieści, każda z postaci z kimś mi się kojarzy.

No dobrze – powiecie – ale przecież kryminał, to powieść schematyczna. Wiadomo, że musi składać się z oczywistych elementów. Tylko dlaczego w innych książkach to jakoś mniej przeszkadza, a tutaj bardzo? Bo zazwyczaj początkujący autorzy przynajmniej się starają zaskoczyć nas czymś oryginalnym: tematem, bohaterem, miejscem akcji. Jeśli Małgorzata Sobczak czymś mnie zaskoczyła, tylko przewidywalnością akcji, absurdalnością zakończenia i nieporadnie skonstruowaną fabułą. Dostaję jakiś sygnał i zaraz wiem, w jakim pojawia się celu. Cały czas liczę na to, że może jednak nie, że to tylko była zmyła i coś mnie zaskoczy, ale wszystko rozgrywa się zgodnie z moimi przewidywaniami, czyli zgodnie z najbardziej wytartymi i najłatwiejszymi schematami.

Załóżmy przez chwilę, że gatunkowe klisze nie będą większości czytelników przeszkadzać, bo ich po prostu nie zauważą. Pewnie jeszcze nie raz ktoś napisze kryminał, który rozpocznie się od tego, że pies znajduje zwłoki wyrzucone na bałtycką plażę i uczyni bohaterem kochliwego prokuratora, który w stosunku do przestępców będzie miał nieposkromione skłonności do przemocy. Tępi przełożeni, którzy zabraniają prowadzić śledztwo w słusznym kierunku, bo wolą iść na skróty, to też jeden z ulubionych motywów polskich autorów. I zawsze się potem okazuje, że nie mieli racji (przełożeni, nie autorzy). Małgorzata Sobczak nie ustrzegła się jednak klasycznych błędów, na które powinni zwrócić uwagę redaktorzy przed publikacją, zamiast narażać dziewczynę na to, że padnie ofiarą żądnych krwi recenzentów.

Najpoważniejszy błąd to uczynienie postacią pierwszoplanową osoby, która nie ma prawie żadnego wpływu na przebieg akcji. Poznajemy sędzię Bogucką dużo lepiej, niż postać detektywa (w tej roli prokurator Leopold Bilski). Dowiadujemy się o niej wszystkiego, począwszy od tego, jakie miała relacje z rodzicami, w kim się kochała na studiach, jak przeżywała poród i jak czuła się w roli matki, jak zdradzała męża i jak się z nim rozwiodła, poznajemy jej przemyślenia na temat spraw, które prowadzi w sądzie. To, owszem, buduje mocny psychologiczny portret kobiety i sprawdziłoby się w powieści obyczajowej o trudnych relacjach matki z córką, ale w kryminale jest opowieścią z zupełnie innej bajki. Usunięcia połowy scen z udziałem sędzi nawet nikt by nie zauważył. Jeśli byłaby mordercą i wyjaśniałoby to motywy jej działania – wtedy miałoby sens, aby poznać ją lepiej, ale życiowa rola Boguckiej w tej powieści ogranicza się do odkrycia paprotki w basenie kochanka. Gdyby była lepszą żoną i matką, jej córka też by została zamordowana, bo przecież zginęła tylko dlatego, że miała pecha i spotkała niewłaściwą osobę na swojej drodze.

Książka jest źle skonstruowana pod względem dramaturgicznym. Dobrze, że przynajmniej na początku pada trup, bo przynajmniej wiemy, że to ma być kryminał. Potem akcja niemiłosiernie zwalnia, bo retrospekcje pojawiają się o wiele za wcześnie i zajmują zbyt dużo miejsca. Nie wiemy jeszcze przecież kto jest kim i jaki opisywane kobiety mają związek ze śledztwem, więc mało zwracamy uwagę na ich losy. Byłoby o wiele ciekawiej, gdyby epizody z przeszłości pojawiały się jako efekt prowadzonego śledztwa i były ujawniane stopniowo. Autorka sama wkłada w usta swojego bohatera takie zdanie: „taktyka selektywnego ujawniania dowodów sprawdza się najlepiej”, ale niestety nie potrafi zastosować tej zasady w swoim tekście.

Najgorsze jest jednak to, że Małgorzata Sobczak zdradza mordercę gdy czytnik pokazuje dopiero 70% (niemiłosiernie złośliwe są te przedmioty martwe). Właśnie w tym momencie miałam odruch: nie to niemożliwe, że już teraz się o tym dowiaduję, że to może jakaś podpucha. Sprawdzam jeszcze raz. No jest. Dobrze przeczytałam. Dowód jest tak ewidentny, że tylko bardzo nieuważny czytelnik, który przeoczyłby ten akapit, nie domyśliłby się że…  [i tutaj pora wreszcie na spoilery, więc jeśli zamierzacie jednak sięgnąć po tę książkę, radzę w tym momencie przestać czytać]…

… że patolog, który podczas sekcji wycina martwej kobiecie wargi (tak samo okaleczone były poprzednie ofiary) musi mieć coś wspólnego z wcześniejszymi zbrodniami. Od razu też domyślam się, dlaczego autorka zastosowała taki zabieg – ponieważ postanowiła, że teraz czytelnik otrzyma dawkę thrillera, że będziemy drżeć o życie naszych bohaterów. Ja jednak nie drżę, ponieważ widzę, że skoro autorka tak bardzo trzyma się schematów, to przecież zgodnie z regułami gatunku wszystko musi zakończyć się szczęśliwie.

Nie mogę patrzeć z pobłażaniem na kolejny ulubiony chwyt niedoświadczonych autorów. Rozsądna do tej pory dziewczyna, wystawiona na przynętę dla mordercy, nagle staje się totalną idiotką i sama pcha się w ręce tego mordercy, wysyłając swojemu obrońcy zaledwie SMSa. Obrońca oczywiście nie odczytuje wiadomości w porę i życie dziewczyny wisi na włosku. W mniemaniu autorki, oczywiście, bo czytelnik przecież dobrze wie, że nic jej się nie może stać i dzielny obrońca nadciągnie w ostatniej chwili.

Pomysł, że morderców było dwóch może i byłby ciekawy, gdyby został solidnie psychologicznie uzasadniony. Sytuacja, w której wariat ojciec szkoli w morderczym fachu wariata syna może i mogłaby się zdarzyć, ale jest tak mało prawdopodobna, że trzeba by talentu na miarę Trumana Capote, żeby z tak trudnego tematu wyjść obronną ręką.

Ciężko mi również uwierzyć w to, że patolog zamordował aż tyle kobiet i nikt się o tym nie dowiedział. Jeśli wybierał prostytutki cudzoziemki, samotne, żeby ich los nikogo nie zainteresował, to musiał najpierw nieźle się takich naszukać. Nie ma możliwości, żeby ktoś go nie zapamiętał. A już alfonsi z pewnością zauważyliby brak źródeł przychodów. Udałoby mu się może raz, trzy razy, ale przy tej skali (kilkadziesiąt!) to zupełna ściema.

No i jeszcze kwestia motywu sprawcy. Ostatnio czepiałam się tego samego przy okazji „Rany” starego wyjadacza, Chmielarza (nikt nie jest doskonały). Dlaczego morderca zabija? Bo taki już jest, coś mu się poprzestawiało w głowie. Jakie to proste.

„Czerwień” jakieś tam zalety jednak ma. Widać, że autorka solidnie przyłożyła się do researchu w dziedzinie kryminalistyki i swobodnie operuje językiem. To jednak za mało, żebym skusiła się na lekturę kolejnych tomów. Nawet jeśli nie będą to „Biały” ani „Niebieski”, tylko czarny i zielony.