Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koniecznie!. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koniecznie!. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 lipca 2026

Michał Kuzborski „Paradoks kłamcy” Ocena: 5/6

LEPIEJ PÓŹNO NIŻ PÓŹNIEJ

Na „Paradoks kłamcy” Michała Kuzborskiego wpadłam z sześcioletnim opóźnieniem. Jak mogłam to przegapić?! Jeśli tak miałyby wyglądać wszystkie polskie debiuty, bylibyśmy literacką potęgą.

To powieść bardziej sensacyjna niż kryminalna, z mocnym tłem obyczajowym, dopracowana pod każdym względem: językowym, redakcyjnym, dramaturgicznym. Książkę czyta się jednym tchem, intryga dopięta jest na ostatni guzik i nic w niej nie zgrzyta (prawie nic, ale wszystko w swoim czasie).

Jest to budujące również dlatego, że autor wydał tę książkę samodzielnie, we własnym wydawnictwie. Zadaje to kłam powszechnym, w większości niepozbawionym racji opiniom, że ludzie wydają w selfpublishingu książki słabe, które na normalnym rynku nie mogłyby zaistnieć. Autor, jak mniemam, wyszedł z założenia, że dobra książka zawsze się sprzeda, obawiam się jednak, sądząc po liczbie ocen na portalach czytelniczych, że nie zbił na tym tytule fortuny. Nie wziął chyba pod uwagę, że ta archaiczna zasada nie działa dziś na polskim rynku literackim. O wiele lepiej sprzedają się książki złe i głupie; inteligentnym nie pomoże nawet dobra promocja.

Najbardziej ujął mnie niekonwencjonalny główny bohater i rzadko wykorzystywane środowisko, w którym rozgrywa się akcja. Autor musi znać je od podszewki, ponieważ realia są wiarygodne aż do bólu. Tytułowy kłamca – to specjalista od czarnego PR zwany S. (dla ojca: Sebuś). Najczęściej gasi pożary. Gdy czyjś wizerunek zostaje nadszarpnięty, potrafi klienta wybielić, kiedy kogoś trzeba oczernić, wie jak to zrobić w białych rękawiczkach. Taki człowiek, oczywiście, musi pakować się w kłopoty. Jest thrill. Do tego barwna plejada postaci drugoplanowych, afery obyczajowe, gospodarcze i kryminalne, które przeplatają się, by na końcu zgrabnie połączyć.

Główny bohater to postać wielowymiarowa: brawurowo inteligentny, zachowujący się nagannie, ale też pełen ludzkich uczuć i słabości, co wzbudza empatię czytelnika. Moja sympatia do niego bierze się również stąd, że S. bardzo mi przypomina Saula Goodmana z serialu „Better Call Saul”. Co z tego, że czasami zachowuje się niemoralnie, skoro i tak mu kibicuję? Niełatwo stworzyć taką postać. Nie każdy to doceni.

I tylko jedna rzecz mi tu zazgrzytała: panie autorze, skąd ksiądz miał broń?

wtorek, 23 czerwca 2026

Richard Osman „Uśmiech fortuny” Ocena: 4/6

POWRÓT MUSZKIETERÓW

Czwartkowy Klub Zbrodni powrócił do aktywności po krótkiej przerwie.

Intryga sprytnie poprowadzona, chociaż niezbyt zawikłana.

Akcja toczy się bez fajerwerków, ale bohaterowie mają swoje lata, więc nie ma się czemu dziwić.

Klimat, który tak mnie wcześniej zauroczył, wciąż ten sam, więc zauroczenie pozostało i generuje chęć kolejnego spotkania z bohaterami, gdy tylko będzie taka możliwość. O! Jak chętnie obejrzałabym kolejny film z ulubioną czwórką.

I subtelny, angielski humor, który nieustannie mnie rozbraja. Zobaczcie sami:

„… bomby są kobietami. Jak raz wybuchną, to koniec. Mężczyźni przypominają bardziej pistolety, ciągle się przeładowują.”

„Skąd wzięłaś kokę? (…) Od gościa z jedną ręką. (…) Connie pamięta, jak Dan miał jeszcze obie ręce. I pomyśleć, ile kasy wydanej na tatuaże się zmarnowało.”

„Joyce, mówisz do siebie (…) To najlepszy sposób, by usłyszeć coś mądrego.”

Czytajcie. Najlepiej od początku. Całą serię (recenzja tu).

niedziela, 29 marca 2026

Jean-Claude Izzo „Solea” Ocena: 5/6

„NIEULECZALNA MELANCHOLIA”*

To nie jest kryminał. To jest nawet antykryminał. Nie ma zagadki. Od początku wiemy, kto stoi za morderstwami i mamy wszechogarniające przeczucie, że ta historia nie może skończyć się dobrze. „Solea”, czyli ostatnia część trylogii marsylskiej - to przejmująca opowieść o niespełnionej miłości, przyjaźni, śmierci i zemście (w tej właśnie kolejności) napisana przez poetę. Mroczniejsza niż noc zimowa za kręgiem polarnym. To książka dla ludzi o mocnych nerwach, którzy odważą się zanurzyć w ten mrok. Fabio Montale jest człowiekiem, który kocha prawdziwie i pragnie kochać, ale za brak szczęścia w miłości nieustannie obwinia siebie. Trudno się obcuje z bohaterem, który uważa, że jest „zawsze spóźniony, zawsze przegrany”.

Życie cuchnie śmiercią. (…) Powąchałem rękę. Ten sam wstrętny odór. Ja też cuchnę śmiercią.

„Solea” pochłonęła mnie totalnie. Jean-Claude Izzo należy do tych nielicznych pisarzy, z którymi łączy mnie metafizyczna więź. Czytam książkę i nurkuję w niej jak mogę najgłębiej, wstrzymując oddech, aż prawie tonę. Kiedy bohater słucha jazzu i ja wrzucam „In a Sentimental Mood” Coltrane’a i Ellingtona, żeby sobie leciało w tle. Kiedy Montale pije wino, sprawdzam, gdzie można je kupić, no i niestety okazuje się, że wina z tych apelacji nie są dostępne w Polsce. Czytam, i co chwilę zaginam rogi, żeby zaznaczyć fragmenty, które chciałabym zapamiętać. Wynotowuję je również dla was, może też uznacie je za ważne.

Jak wytłumaczyć, że ‘kocham cię’ przez wierność dla miłości, której nigdy nie było różni się od ‘kocham cię’ w imię prawdy miłości, której szczęścia doznajesz każdego dnia?

Przede mną jeden prawdziwy prezent, jaki życie mi podarowało. (…) Morze i niebo. Nieskazitelne. Bez końca. I to zrodzone z nich (…) światło. Nieraz myślałem sobie, że wziąć kobietę w ramiona to tak, jakby przygarnąć do siebie całą tę radość idącą z nieba ku morzu.”

„Zawsze pojawiasz się za późno (…) Nie potrafisz dogonić śmierci. I życia też nie potrafisz dogonić. Ani przyjaźni. Ani miłości. Zawsze spóźniony, zawsze przegrany”.

„Za długo żyję bez wiary w życie. (…) Czy uwierzyłem, że drobne codzienne przyjemności wystarczą do szczęścia i dlatego zrezygnowałem z marzeń, prawdziwych marzeń? A tym samym skreśliłem przyszłość? Nie ma przede mną jutra, nie spodziewam się świtu, który teraz właśnie wstawał.”

Teraz nie ma już w Marsylii ani jednej osoby, do której (…) mógłbym powiedzieć: ‘A pamiętasz…?’ Przyjaźń to właśnie to: suma wspólnych wspomnień, które można wyłożyć na stół obok pięknego okonia, zapiekanego w koprze. Tylko to ‘a pamiętasz…’ pozwala się zwierzać z najbardziej intymnych doznań (…).”

I jeszcze wiersz Louisa Brauquiera, cytowany przez głównego bohatera:

Idę do ludzi mojej ciszy

Powoli idę do tych, o których mogę milczeć;

Przyjdę z daleka, wejdę i usiądę.

Zaczerpnę tego, co potrzebne, bym znów ruszył w drogę”.

Dalsza droga Jeana-Claude’a Izzo była, niestety, krótka. Zmarł dwa lata po publikacji książki.

Recenzent „Le Monde” tak napisał o „Solei”:

„Nieuleczalna melancholia. W niej cały urok i siła książek Izzo.”* Trudno o celniejsze podsumowanie.

Jeżeli przekonałam was do autora, to tylko podpowiadam, że trylogię marsylską najlepiej czytać po kolei: najpierw „Total Cheops”, potem „Szurmo” i „Solea”. Szczerze odradzam czytanie od końca.

wtorek, 24 marca 2026

Izabela Szylko "Copernicus Codex Quest" Rating: 6/6

A two‑volume edition of the books Seekers of the Seventh Book and The Mystery of the Seventh Book in English.

EVERYONE CAN WIN

Step into a world where you can become Indiana Jones — or Robert Langdon — if only you crave adventure, love a good mystery, and still carry a spark of Peter Pan’s curiosity. This book was written with you in mind.

Izabela Szylko knows exactly how to hook a reader. What seems to begin as a romantic comedy quickly transforms into a gripping, high‑stakes adventure. Jerzy, a London lawyer with a weakness for beautiful women, stumbles into trouble — but it’s Alicja, an astrophysicist fascinated by the history of astronomy, who becomes the true enigma. And trust me: she’s full of surprises.

These characters feel real — relatable, flawed, and instantly likable. Ordinary people thrown into extraordinary circumstances, forced to rise to the challenge. You can’t help but root for them.

This is the kind of book you inhale. The pages practically turn themselves, and every chapter leaves you hungry for the next.

The first part delivers a witty, fast‑paced adventure packed with humor and sprinkled with fascinating, accessible insights about Copernicus and his world. No dry lectures — only the clues you need to solve the mystery alongside the characters.

Then the story shifts gears. Suddenly you’re racing across the Atlantic, following both the hunters and the hunted as the plot accelerates like a Formula 1 Ferrari. The intrigue is perfectly woven; every thread matters and leads, in unexpected ways, to a spectacular finale. Dan Brown could take notes.

And what about Copernicus’s secret? The man himself steps aside, but his idea takes center stage. Alongside the breathless pace, we are offered a touch of astronomy, a hint of chemistry, a whisper of physics, and even a brush with philosophy, all in quantities perfectly measured and never intrusive.

“What if our Solar System is just an atom in someone else’s cosmos?” Fires up the imagination, doesn’t it? A mind‑bending question — and only the beginning of what this story dares to explore.

Copernicus Codex Quest is more than a pulse‑pounding thriller. It’s a book for curious minds, for readers searching for meaning in the vastness of the Universe. Perhaps, after reading it, they will accept defeat with greater calm and celebrate victory with a touch more humility.

poniedziałek, 5 stycznia 2026

James Kestrel „5 grudniów” Ocena: 5/6

EKLEKTYCZNE RETRO NOIR

Kiedy odkrywam takie perełki, najbardziej mnie wkurza, że muszę na nie wpadać przypadkiem. Drodzy wydawcy, nie możecie czegoś z tym zrobić?

Dawno nie czytałam tak ciekawej książki, i to pod względem zarówno tematyki jak i formy. Zaczyna się jak klasyczny kryminał. Tuż przed atakiem Japończyków na Pearl Harbor odnalezione zostają paskudnie okaleczone zwłoki dwojga młodych ludzi: Amerykanina i Japonki. Wydaje się, że głównym celem był mężczyzna – siostrzeniec admirała stojącego na czele amerykańskiej floty. Dość szybko udaje się odkryć, kto stoi za morderstwem, sęk w tym, że tożsamość tego człowieka jest fałszywa, a poza tym dawno opuścił Hawaje. Problem polega więc na tym, żeby go odnaleźć i dowiedzieć się dlaczego zabił.

Od tej pory opowieść detektywistyczna zamienia się w thriller szpiegowski i pościg za zabójcą. Detektyw McGrady rusza do Hongkongu, a tam zastaje go wojna. Gatunek powieści znów wydaje się zmieniać, opowieść wojenna zbliża się momentami do melodramatu, ale nie obawiajcie się - cel pozostaje wciąż ten sam – dopaść mordercę i rozwikłać zagadkę okrutnej zbrodni.

„5 grudniów” należy do tej ekskluzywnej grupy kryminałów, które najbardziej lubię, ponieważ oprócz nienagannej konstrukcji, dobrze poprowadzonej intrygi i zaskoczenia na końcu, ma również moją ulubioną wartość dodaną. Śledząc wartką akcję rozrzuconą między Hawaje, wyspy Pacyfiku, Hong Kong i Japonię przyswajam podskórnie i bezboleśnie dawkę solidnej wiedzy historycznej i geograficznej. Podążałam tropem detektywa z mapą Google na czytniku i zaraz też nabrałam ochoty, żeby doczytać szczegóły walk w czasie II wojny światowej w Azji południowo-wschodniej oraz na Pacyfiku, którymi na szczęście dla powieści autor nie epatował.

„5 grudniów” to amerykański wariant powieści retro w stylu noir. Jaki kraj, takie możliwości. Nasi rodzimi autorzy nie będą, oczywiście, mieli możliwości umieścić akcji w realiach tak egzotycznych, ale taki wielogatunkowy konglomerat, o ile będzie równie dobrze skomponowany, bardzo chętnie bym przeczytała. Potencjał jest.

niedziela, 26 października 2025

Jean-Claude Izzo „Total Cheops”, Ocena: 5/6

„JEŻELI BÓG ISTNIEJE, TO JESTEŚMY SKURWYSYNAMI”*

Zaryzykuję obrazoburcze stwierdzenie, że Izzo jest nawet lepszy niż Chandler. Napisał tylko trzy kryminały, i zaraz umarł. Nie miał tyle szczęścia (szczęścia, ha, ha!), co Stieg Larsson, autor trylogii „Millenium”, który też napisał trzy kryminały i zaraz umarł, ale trafił w swój czas i dzięki temu jego powieści wciąż żyją. Izzo nie trafił w swój czas, bo był poetą. Prawdziwym (pisał wiersze), ale również poetą kryminału. Chandler także był poetą kryminału, ale miał więcej szczęścia (ha, ha, szczęścia, człowiek, który zapił się na śmierć), bo pisał po angielsku i jakimś cudem ze swoimi mrocznymi, kryminałami noir trafił w swój czas.

Ta proza, czarna i gęsta jak smoła, trafia mnie prosto w serce, dlatego przymykam oko na niedoskonałości debiutanta (to pierwsza powieść Izzo).

Inspektor Fabio Montale, duchowy brat chandlerowskiego Philipa Marlowe’a próbuje rozwikłać zagadkę zabójstwa dwóch przyjaciół z dzieciństwa, z którymi łączyła go silna więź, chociaż ich drogi się rozeszły. To prywatne śledztwo, w policji Fabio wykonuje marginalną robotę. Wszystkie tropy prowadzą do mafii, ale…

Ktoś może zapytać: a po co on tyle o tej Marsylii opowiada? Bo kocha. Proste? A że to nie jest rajska wyspa? No nie jest. Taka prawda.

Ktoś może marudzić, że te konszachty mafijne takie skomplikowane, że trudno się połapać. Na szczęście, nie trzeba wszystkiego ogarniać, bo nie o to tutaj chodzi. Mafia mafią, ale emocje emocjami. Mafiozi się tłuką dla kasy, ale prawdziwa nienawiść z czegoś innego wypływa.

Chciałem stąd wyjść, znaleźć się w łódce, na szerokim morzu (…) Cała ludzkość wychodziła mi gardłem. Te wszystkie historie, to tylko znikoma cząstka nikczemności świata (…) Można by uwierzyć, że pierwszy człowiek tak dostał w kość, że zawładnęła nim nienawiść. Jeżeli Bóg istnieje, to jesteśmy skurwysynami.”*

To powieść skierowana do ludzi potrafiących czytać ze zrozumieniem, a nawet do tej specyficznej kategorii czytelników, którzy potrafią jeszcze czytać między wierszami. [„Z poduszką czy bez? – pytano przy rezerwacji miejsc w niektórych hotelach.” Ładne, prawda?] To książka dla tych, co potrafią zachwycać się słowem i docenią ironię.

Jeszcze kilka dni temu ten dom był domem starego kawalera, a teraz trzy kobiety grają tu sobie w remika, chociaż dochodzi północ. Posprzątane. Jedzenie przygotowane. Naczynia pozmywane. Na tarasie suszy się pranie. A przede mną marzenie każdego mężczyzny: matka, siostra i prostytutka. (…) Szkoda, że nie tworzą razem jednej, jedynej kobiety, którą bym pokochał.

Nie liczcie na światełko w tunelu. Fabio nie znajdzie ukojenia.

Kiedy mi opisała mężczyznę, o którym marzy (…) przestraszyłem się. Nie podobał mi się ten portret. To nie ja.”

Nareszcie znów ją widziałem. Po drugiej stronie śmierci. Zdechli ci, którzy ją zabili. (…) Noszę ją w sercu i będzie ze mną zawsze na tej ziemi, która każdego dnia daje ludziom szansę.”

Zaczęłam znajomość z Izzo od drugiej części trylogii ("Szurmo"), która, siłą rzeczy, była już lepiej dopracowana (mniej postaci, nie tak skomplikowane konszachty policyjno-mafijne) i już się nie mogę doczekać części trzeciej, i ostatniej, niestety.


poniedziałek, 23 czerwca 2025

Jean-Claude Izzo „Szurmo” Ocena: 5/6

 „NIE DA SIĘ ZMUSIĆ PRAWDY, ŻEBY WYSZŁA NA JAW” *

Izzo to kompletnie nieznany w Polsce autor; wydano u nas zaledwie trzy jego książki z serii „Trylogia marsylska” i można je dostać tylko w antykwariatach. Jeśli jednak lubicie ambitniejsze kryminały, warto poszperać w internetach albo w bibliotece.

Autor ujął mnie postacią detektywa. Fabio Montale jest Włochem z pochodzenia, i nie tylko to łączy go z komisarzem Montalbano – bohaterem cyklu powieści Camilleriego. Montale czyta Conrada, słucha jazzu, Brassensa i Brela, uwielbia dobrą kuchnię i wino („nie mam najmniejszego zaufania do ludzi, którzy jedzą mało i byle co”), jest czuły na kobiece wdzięki, nie ma oporów przed wymierzaniem sprawiedliwości na własną rękę i kocha swoje miasto – Marsylię („W Marsylii jesień zachowuje posmak lata niekiedy nawet do końca października. Wystarczy powiew wiatru, by znów zapachniało tymiankiem, miętą i bazylią”).

I cóż ja poradzę, że kocham takie klimaty? Że przemawia do mnie subtelne, ironiczne poczucie humoru („Uwielbiam tę facetkę! Jak umrę, to na pewno jej będzie mi brakować najbardziej. To znaczy, prędzej będzie odwrotnie, ale wolę o tym nie myśleć”).

Nie mogę sobie odmówić w tym miejscu dygresji. Czytając „Szurmo” od razu przypomniała mi się niedawno wymęczona „Biała gorączka” Ellroy’a. Tam zniechęciłam się do bohatera „od pierwszego wejrzenia”, tu jest dokładnie odwrotnie. Może również dlatego, że detektyw Montale traktuje z szacunkiem wszystkich ludzi, niezależnie od ich koloru skóry, wyznania czy orientacji seksualnej. Za takie zresztą podejście do podejrzanych został wyrzucony z policji, w której poziom korupcji dorównuje policji w Los Angeles opisywanej przez Ellroy’a. Dlaczego jednak w tej powieści zagęszczenie zła nie przeszkadzało, a w „Białej gorączce” uwierało nieznośnie? Odpowiedź dał mi Wiesław Myśliwski, kiedy niedawno przypadkiem trafiłam na rozmowę z autorem w jednej ze stacji telewizyjnych: „literatura ma prawo być tragiczna, ale nie ma prawa odbierać nadziei”. Izzo daje nadzieję.

Nie wyjaśnię co znaczy słowo szurmo, może namówię was, żebyście sami to sprawdzili. Ja już sobie zamawiam pozostałe tomy. „Szurmo” to druga część, która jest samodzielną całością, ale chyba lepiej czytać po kolei.

*cytat z książki

poniedziałek, 26 maja 2025

Robert McCammon „Bagno” Ocena 6/6

CHYTRY DWA RAZY TRACI*

Autor zachęcił mnie już przedmową. Napisał w niej, że kiedy był wziętym autorem popularnych horrorów, postanowił napisać zupełnie inną gatunkowo książkę. Niestety, ta nowa bardzo słabo się sprzedawała, więc kolejnej, „innej” nikt już nie chciał wydać. McCammon milczał przez 10 lat, ale się nie poddał. Wyjaśnił to tak:

„…pisanie wiele dla mnie znaczy. Nigdy nie tworzyłem wyłącznie dla pieniędzy. Nie potrafiłbym. Pewnego razu mój agent spojrzał na mnie ze złością i powiedział: „Rick, po prostu wykonaj swoją cholerną pracę!” No cóż – nie mogę, jeśli w nią nie wierzę. (…) „Bagno” to powrót z piekła do rajskiego ogrodu. Do nowego początku. Do miejsca, gdzie człowiek rodzi się na nowo.”

Postanowiłam sprawdzić, co autor miał na myśli, i nie zawiodłam się.

„Bagno” jest mieszanką kilku gatunków: klasycznego thrillera, modelu „uciekający i ścigani” z nieustannymi zwrotami akcji, i z końcówką z zupełnie innej bajki, „ku pokrzepieniu serc”. O dziwo, wszystko to działa perfekcyjnie, ze względu na idealnie wymierzone proporcje. To książka totalnie zakręcona i maksymalnie odleciana. Mimo, że nieprawdopodobne wydarzenia gonią jeszcze bardziej nieprawdopodobne, to wszystkie są wiarygodne, ponieważ autor z żelazną konsekwencją pilnuje następstwa zdarzeń i związków przyczynowo-skutkowych. Intryga jest precyzyjna jak szwajcarski zegarek.

Bohaterowie są tak oryginalni, że nie zastanawiajcie się nawet, czy zgromadzenie tylu odjechanych postaci w tym samym miejscu i czasie jest możliwe. Tak, jest możliwe, jeśli się przyjmie taką konwencję. Ja tę konwencję kupuję, podobnie jak trafia do mnie poczucie humoru autora w montypythonowskim stylu.

Ze względu na zwariowany klimat i motyw ucieczki, „Bagno” przypomina mi trochę książkę „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” Jonasa Jonassona. Tam jednak była czysta rozrywka, tu mamy jeszcze do czynienia z wartością dodaną. Główny bohater – Dan Lambert, na którego spadają wszystkie nieszczęścia świata – to weteran z Wietnamu. Ten wątek jest bardzo istotny i sprawia, że ta książka to nie tylko „śmichy-chichy”, ale również powód do refleksji nad ludzką naturą i marnością tego świata.

Robert McCammon tak mnie tą książką zauroczył, że natychmiast postanowiłam się rzucić na inne jego powieści. Nie ma tak łatwo. Wydawnictwo Vesper, które wydaje McCammona, stosuje dziwną politykę. Albo są zachłanni i chcą za dużo zarobić, albo próbują zniechęcić polskiego czytelnika do tego autora. Nie ma ebooków ani audiobooków, średnia cena książek papierowych, wydawanych wyłącznie w twardej oprawie to około 60 złotych. Za to na słynnym portalu z gryzoniem w nazwie jest ponad tysiąc miejsc, gdzie odpalając skromną dolę gryzoniowi, można sobie pobrać książki autora prawie za friko. O ile, oczywiście, sumienie komuś na to pozwala.

Chytry dwa razy traci. Przemyślcie ten biznes, wydawcy i dystrybutorzy. Na moim niegdyś ulubionym portalu abonamentowym z ebookami pozostały jedynie jakieś selfpublishingi. Jeśli wyszpera się przypadkiem coś ciekawego (bo w nowościach promowane są głównie głupoty), to też trzeba płacić.

Chyba się przeproszę z biblioteką.

*ludowe

środa, 16 kwietnia 2025

Ranpo Edogawa „Demon z samotnej wyspy” Ocena: 5/6

LUDZIE LUDZIOM ZGOTOWALI TEN LOS*

Niesamowita historia!

Kiedy przeczytałam, że akcja tej powieści rozgrywa się w Japonii w 1925 roku od razu postanowiłam się dowiedzieć, czy to współczesna stylizacja czy oryginał z epoki. Język i styl był zupełnie nieodbiegający od dzisiejszych standardów. Okazało się, że to zasługa świetnego tłumaczenia Andrzeja Świrkowskiego, który dodatkowo opatrzył tekst z początków dwudziestego wieku przypisami, a do tego napisał wyczerpujące posłowie, wprowadzające w japońskie realia tamtych czasów.

Chociaż nowoczesny język i styl mógłby wprowadzić w błąd współczesnego czytelnika, to jednak konstrukcja powieści jest wyraźnie niedzisiejsza. Autor stosuje narrację w pierwszej osobie, a narrator jest wszechwiedzący. I to się sprawdza, ponieważ historia opowiadana jest po latach, kiedy narrator już wie, jak się skończyła. Nikt dzisiaj nie używa w kryminałach takiej conradowskiej formy narracji, ani też nie wprowadza zagadek zamkniętego pokoju, które dawno wyszły z mody.

Staromodna jest również metoda budowania napięcia. Ranpo używa charakterystycznej dla przełomu XIX i XX wieku metody „gdybym to ja wiedział”. Ale, o dziwo, to wciąż działa.

Wydało mi się również ryzykowne zdradzenie personaliów dwóch zamordowanych osób już na samym początku - dzisiejszym autorom bardziej zależy, aby zaskakiwać czytelnika – ale znów, ku mojemu zaskoczeniu, zupełnie to nie przeszkadzało.

Te wszystkie wątpliwości okazały się niepotrzebne, ponieważ, jak napisałam w pierwszym zdaniu – sama historia jest niesamowita.

To jest opowieść dla ludzi o mocnych nerwach. Napisana została w czasach, kiedy w napisach końcowych filmów nie pojawiały się informacje, że w trakcie realizacji filmu nie ucierpiało żadne zwierzę. Cierpią więc zwierzęta, ale przede wszystkim ludzie, którym inni ludzie zgotowali ten los. Autor nie epatuje jednak naturalistycznymi opisami, ponieważ wie, że prawdziwe zło tkwi we wnętrzu człowieka.

Ciężko zdradzić więcej z fabuły, żeby nie zepsuć przyjemności z lektury. Zapewnić mogę, że jeśli lubicie wkraczać na nowe literackie lądy, to kontakt z Japonią z początków dwudziestego wieku przyniesie wam wiele satysfakcji. Jeszcze bardziej ciekawe będzie porównywanie realiów tamtych czasów z dzisiejszymi. Jednym z głównych bohaterów jest na przykład homoseksualista. Jak się dowiedziałam z posłowia tłumacza, miłość męsko-męska była w tamtych czasach w Japonii akceptowana, chociaż rzecz jasna, tak jak dzisiaj, nie przez wszystkich.

To historia z gatunku tych, które lubię najbardziej: ciekawa fabuła jest pretekstem do zdobywania wiedzy, którą wchłaniamy przy okazji i zupełnie bezboleśnie. Dlaczego dziś nie pisze się takich książek? Pytanie, oczywiście, retoryczne.

*motto z książki „Medaliony” Zofii Nałkowskiej

środa, 5 lutego 2025

Otto Penzler „Świąteczne tajemnice. Najlepsze świąteczne opowieści kryminalne” Ocena: 5/6

ZRÓB SOBIE PREZENT

To wielka gratka dla wielbicieli kryminałów.

Sześćdziesiąt osiem opowiadań kryminalnych zamkniętych w dwóch opasłych, bardzo solidnie wydanych tomach, które wybrał dla czytelników amerykański wydawca i redaktor Otto Penzler. Bardzo dobrze wybrał.

Wyśledziłam te dwie książki po lekturze innego zbioru opowiadań, dokonanego przez tego samego redaktora: „Wielka księga opowieści kryminalnych. Zbrodnie pozornie niemożliwe”. Wtedy to odkryłam, że wydawnictwo „Familium” okroiło tę księgę z dwóch trzecich zawartości angielskiego oryginału. Wydawnictwo Zysk i S-ka na szczęście wydało całość i można wszystko, w dwóch tomach, kupić za dużo mniej niż mocno okrojoną, jednotomową wersję z zagadkami zamkniętego pokoju.

Opowiadania łączy temat świąt Bożego Narodzenia, ale bardzo nienachalnie. Nie są to bynajmniej historie, które mają nas wprowadzić w dobry klimat i przybliżyć „magię świąt”, no bo w końcu to kryminały. Ja zabrałam się za nie dawno po świętach i zupełnie mi to nie przeszkadzało. Można sobie czytać, odkładać i znów czytać, dawkować przyjemność powoli. Opowiadania są krótkie, nie trzeba śledzić z uwagą wszystkich wątków, aby wiedzieć o co chodzi.

Oczywiście, wśród tych opowiadań są lepsze i gorsze, ale Penzler bardzo się starał by tych lepszych było więcej i żeby były one naprawdę różnorodne: i zabawne, i klasyczne, i sensacyjne, i niesamowite. Mnie najbardziej rozbawiło „Świąteczne straszydło” Pata Franka, ze względu na akcent polski.

Mamy tu całą plejadę angielskojęzycznych autorów, od połowy XIX wieku po czasy prawie współczesne (większość tych starszych, co mnie akurat nie przeszkadza), kilkadziesiąt nazwisk, które, chociaż naprawdę kryminałów sporo czytam, nawet nie obiły mi się o uszy. Po prostu, ci autorzy nigdy nie byli u nas wydawani.

Takich opasłych tomów z wyborem opowiadań kryminalnych Otto Penzler wydał jeszcze kilkanaście. Szkoda, że nasi wydawcy nie kwapią się, aby je zaprezentować polskiemu czytelnikowi. Chętnie bym, na przykład, przeczytała wybór poświęcony kobietom detektywom albo opowiadania kryminalne, które zainspirowały filmowców. Ale to marzenia ściętej głowy. Czy to się dzisiaj sprzeda?

Jeżeli jesteście bardzo zapobiegliwi i chcecie zrobić przyjemność wielbicielom kryminałów, to możecie już teraz kupić te dwie książki z przeznaczeniem na gwiazdkowy prezent. Na niegwiazdkowy też się nadaje. A prezent dla siebie, to już w ogóle, bez dwóch zdań.