wtorek, 21 maja 2019

Jacek Galiński „Kółko się pani urwało” Ocena: 1/6


FANFARY
Fanfary dla bohaterki tej książki za zajęcie pierwszego miejsca w moim osobistym rankingu najgłupszych polskich detektywów wszechczasów.

Zofia Wilkońska – detektywka Galińskiego jest siostrą sisters detektywki Karoliny Morawieckiej z powieści „Śledztwo od kuchni…” (recenzja z 4 marca 2019) – obie aroganckie, wredne i głupie. Tak jakby na dwójkę autorów w tym samym czasie spłynęło takie samo objawienie: nikt jeszcze nie uczynił detektywem staruszki - wrednej idiotki, więc czymś się wyróżnię. Niestety, oboje wyróżnili się mało chwalebnie (Morawiecka kilka tygodni wcześniej).

Po przeczytaniu recenzji znajomych z portalu Lubimy Czytać (pozdrowienia dla Marzeny) wiedziałam, że lektura tej powieści, to będzie dowód masochizmu. Zamierzałam ją sobie odpuścić, ale przemknęła mi w sieci laudacja na temat  książki w wykonaniu Wojciecha Chmielarza.

Znany i ceniony autor pochwalił dzieło absolwenta prowadzonych przez siebie warsztatów z podstaw pisania kryminału. Mógł wykpić się inteligencją,  jak Michał Rusinek, który tak sprytnie chwalił słabiutką książkę Magdy Kuydowicz „Stało się”, aby przypadkiem nie pochwalić (szczegóły w recenzji z 16 listopada 2018). Ale nie. Chmielarz widocznie uznał, że internet nie będzie pamiętał i pojechał po bandzie: „To kawał świetnej komedii kryminalnej” – napisał. „ Ubawiła mnie ta książka. I to na kilku poziomach (…) broni się znakomicie jako powieść kryminalna (…) polecam”.

Cóż, skoro mistrz poleca, a ja i tak regularnie czytuję debiuty polskich autorów, więc chyba jestem masochistką. Co mi tam. I tę przeczytam.

Wyszło na to, że Chmielarz musi być jednak lepszym pisarzem, niż nauczycielem. Inaczej powiedziałby przecież swojemu uczniowi - chłopie, detektyw może być odrażający, brudny, zły, ale - na Boga! - nie ma prawa być kretynem!

O wiele ciekawsze niż śledztwo zaproponowane przez Jacka Galińskiego wydało mi się przeprowadzenie osobistego śledztwa: dlaczego Wojciech Chmielarz użył swego nazwiska do promocji tej książki? Od razu pojawiło się kilka hipotez:
Nie dostrzegł idiotyzmów.
Dostrzegł, ale nie chciał sprawiać przykrości autorowi i nic nie powiedział.
Dostrzegł, ale nie powiedział, bo lepiej niech inni wydają słabiznę, nie będzie przynajmniej rosła konkurencja.
Nie dał rady doczytać do końca i bał się przyznać.
Chciał, żeby Galińskiego rozszarpali równie wredni, jak jego bohaterka recenzenci.
Wisi Galińskiemu jakąś kasę.
Został zaszantażowany.
Moje śledztwo z braku wystarczających przesłanek nie przyniosło rezultatów. Drogi czytelniku, wybierz sobie ulubioną opcję.

Jacek Gawliński w zakończeniu zostawił sobie na szczęście furtkę, żeby do tej bohaterki już nie wrócić. Liczę na to, że będzie miał więcej instynktu samozachowawczego, niż jego bohaterka, i z niej skorzysta.

Uwaga, a teraz leci lista spoilerów, czyli streszczenie dla tych, którzy chcą zaoszczędzić trochę czasu. Przeczytajcie i oceńcie sami, czy dla was to śmieszne, czy żałosne, albo w tym momencie przestańcie czytać.

Obraźliwymi tekstami bohaterka zraża do siebie wszystkich ludzi oferujących pomoc. Lezie w ogień jak ćma, nie ma za grosz instynktu samozachowawczego.

Podpala śmietnik i wznieca pożar, musi przyjechać straż pożarna. Zachowanie ze wszech miar naganne, ale według autora mamy chyba ją usprawiedliwiać, bo ma misję do spełnienia.

Misja polega na tym, że trzeba się włamać. Drobna staruszka samiuteńka wyważa drzwi do mieszkania sąsiada. To pestka, przecież każda drobna staruszka przy pomocy lewarka potrafi to zrobić. To odwet za to, że wcześniej ktoś (w jej mniemaniu sąsiad) wyłamał drzwi do jej mieszkania. Drzwi były solidne i miały cztery (!) zamki, ale kaleka bez jednej nogi mógł spokojnie dokonać włamania, i na dodatek nikt na całej klatce tego nie usłyszał. Drugi sąsiad, z naprzeciwka, w czasie włamania przez kilkanaście minut siedział na kiblu i sikał (ha, ha, ha).

Staruszka jak się już włamie, okrada mieszkanie z wiktuałów sąsiada i w końcu znajduje go zamordowanego nożem. Oczywiście na kiblu (ha, ha, ha). Zaciera za sobą ślady przy pomocy mopa, przechowywanego w swoim domu. I dziwi się, że policja na to wpadła, i że strażak, którego opieprzyła doniósł policji, że ją widział w mieszkaniu denata jak sprzątała.

Autora w ogóle nie interesuje, aby jego historia miała jakikolwiek związek z rzeczywistością. Bohaterka zgłasza włamanie na lokalnym komisariacie, przyjeżdża posterunkowy, a potem okazuje się, że ten sam posterunkowy prowadzi śledztwo w sprawie trzech morderstw i w sprawie nielegalnych przejęć warszawskich kamienic. Tak, lokalny posterunkowy.

Policjant taki powinien być alfą i omegą, a rozumu mu brakuje tak samo, jak detektywce Wilkońskiej. Pozwala staruszce na prowokację w stosunku do gangsterów, nie ofiarowując żadnej pomocy i ochrony. Nie dlatego, że chce się jej pozbyć i oddać wilkom na pożarcie, tylko nie widzi zagrożenia. No bo gdzieżby tam ludzie, którzy bezwzględnie zabili już kilka osób, mogliby zabić jeszcze jedną wredną staruszkę. Do tego autor daje posterunkowemu do wykonania tajną misję, o której potem kompletnie zapomina (autor, nie policjant).

I co z tego, że czasem nawet niektóre teksty są dowcipne, kiedy o wiele częściej poziom humoru sięga rowu Mariańskiego. Gangster porywa babcię, trzyma ją w piwnicy przywiązaną do krzesła. Potem nagle babcia przestaje być zagrożeniem i wspólnie oglądają pornos. Tak! Gangster ogląda pornos ze staruszką siedzącą obok i komentującą film, i wcale mu to nie przeszkadza. Babcia nie orientuje się, że to pornos i lituje się nad dziewczyną z filmu. Potem staruszka zabija gangstera piórem, martwiąc się o to, że zniszczy się stalówka (ha, ha, ha). Gangster potyka się o kij bejsbolowy i umiera, a potem zmartwychwstaje. Zabili go i uciekł.

Rozwiązanie zagadki spada bohaterce z nieba. Przypadkiem odnajduje żonę gangstera na Polach Mokotowskich, z łatwością przekonuje ją, że jest zdradzana przez męża. Kobieta bez oporu wierzy babci i przypadkiem ma akurat dokumenty męża, które mogą go obciążyć. Oczywiście oddaje je naszej detektywce. Żadnej logiki w ciągu wydarzeń, same zbiegi okoliczności. Bzdura bzdurę bzdurą pogania.

Może te niewybredne dowcipy komuś wydadzą się śmieszne. Poczucia humoru się nie wybiera. Ale wbrew temu, co twierdzi Chmielarz, książka zupełnie się nie broni jako powieść kryminalna. Rozwiązanie zagadki – kto zabił – zostało wyciągnięte z kapelusza, jakby autor je pisał na kolanie. Po co ta cała kołomyja z warszawskimi kamienicami, skoro zabójcą okazuje się przypadkowy sąsiad, który z aferą nie ma nic wspólnego? Zemsta po tylu latach za zdradę? No dajcie spokój!

Aha, i jeśli autorowi wydaje się, że zaskoczył czytelnika wyjaśnieniem, kto za tym wszystkim stoi, to informuję, że czytelnik tylko odrobinę mądrzejszy od detektywki Wilkońskiej od razu łapie, że syn próbujący umieścić matkę w luksusowym domu starców, wyrasta na głównego podejrzanego.

Po tej zmęczeniu tej książki doszłam do wniosku, że masochizm ma jednak swoje granice. Składam spóźnione postanowienie noworoczne: szlaban na polskie debiuty kryminalne. Do odwołania.

Tagi: Jacek Galiński „Kółko się pani urwało”, Jacek Galiński „Kółko się pani urwało” opinie, Jacek Galiński „Kółko się pani urwało” recenzja, Wojciech Chmielarz warsztaty, najgłupszy detektyw

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz