Archiwum bloga

Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 16 września 2019

Piotr Górski „Krewni” Ocena 4/6


BEZ LANSU
Komisarz Kruk powrócił po raz trzeci i po raz trzeci nie zawiódł.

Hołdując zasadzie – do trzech razy sztuka – nie mam wyjścia. Muszę przyznać, że trzecia udana książka z rzędu, to już nie może być przypadek. Jednak z wygłaszaniem opinii, że mamy kolejnego, naprawdę dobrego autora kryminałów, jeszcze się powstrzymam. Obawiam się, że gdyby moja wypowiedź dotarła jakimś cudem do mainstreamu, mogłabym tylko zdolnemu pisarzowi zaszkodzić.

O Piotrze Górskim pisałam pochlebnie już przy okazji jego poprzednich powieści z serii o komisarzu Kruku, więc żeby się nie powtarzać, nie będę tym razem wystawiać zasłużonej laurki. Ufam, że uda mu się napisać jeszcze kilka dobrych książek, zanim ktoś nie wpadnie na pomysł, żeby go wylansować. Jeszcze się bowiem nie zdarzyło, aby lans wpłynął konstruktywnie na wenę twórczą. Niejeden polski autor przecież bardzo dobrze się zapowiadał, a kiedy już przestał się zapowiadać i został wypchnięty na szerokie wody, zaczął się w nich topić. Przyczyny pewnie są różne: a to terminy gonią, a to wydawnictwo domaga się nowych bestsellerów, a to presja, żeby być ciągle lepszym, bo już nie wystarczy utrzymywać ten sam poziom, a to rosnące przekonanie o własnej genialności. Efekty zawsze są takie same - o autorze jest wszędzie głośno, sprzedaje coraz więcej książek, tylko poziom tych książek systematycznie spada. Przepraszam za tę przydługą dygresję, tylko pozornie odbiegającą od tematu.

A teraz ad rem. Czytając „Krewnych” odczuwałam lekkie zmęczenie autora swoim bohaterem. Intryga nadal precyzyjnie przemyślana, dramaturgia nie zawodzi, jesteśmy zręcznie prowadzeni na manowce. Przez cały czas mamy wrażenie, że przecież już wszystko wiemy, że rozwiązanie będzie oczywiste, a okazuje się, że jednak daliśmy się zaskoczyć. I tylko ten Kruk taki jakiś coraz bardziej wypalony, coraz mniej wyrazisty. Przydałaby się facetowi w życiu jakaś pozytywna zmiana.

Z niecierpliwością czekam na kolejną powieść Piotra Górskiego.

piątek, 6 września 2019

Guillaume Musso „Zjazd absolwentów” Ocena: 3/6


ZAMIAST PLAŻY W ANTIBES
I po wakacjach, więc trzeba powrócić do zapisków, żeby nie zapomnieć, co się przeczytało. W przypadku tego autora przydarzyła mi się właśnie taka przygoda. Wydawało mi się, że sięgam po książkę nieznanego mi pisarza, a tymczasem po odświeżeniu archiwum pamięci okazało się, że Guillaumem Musso już miałam do czynienia. Umknął mi jednak i tytuł, i treść powieści, więc chyba specjalnie nie było o czym pamiętać.

„Zjazd absolwentów” bardzo dobrze się czyta, akcja wciąga, intryga jest nieźle zapętlona, chociaż może nawet trochę za bardzo, a zakończenie zaskakuje. Co do prawdopodobieństwa niektórych zdarzeń można mieć zastrzeżenia. Mnie na przykład ciężko uwierzyć, że narrator nie miał pojęcia o długotrwałym romansie tak bliskiej mu osoby. Nawet jeśli on sam mieszkał za granicą, to jego przyjaciel musiał przecież odwiedzać dom ojca od czasu do czasu. Ale niech tam. To niezobowiązująca lektura, akurat dobra na lato, więc po co się czepiać? Pewnie znów wypadnie z głowy zaraz po przeczytaniu.

Na plus zaliczam dobrze oddany klimacik Lazurowego Wybrzeża. Jeśli nie macie w najbliższych planach wyprawy na plażę w Antibes, to możecie przynajmniej sobie o tym poczytać.

Całość bez specjalnych uniesień, ale też bez bólu. Zamiast plaży – jak znalazł.

piątek, 16 sierpnia 2019

Joanna Szwechłowicz „ Ostatnia wola” Ocena: 2/6


POCZĄTEK I KONIEC
Kolejny tytuł, który odnotowuję tylko dla porządku, żeby nie zapomnieć, że poznałam nowego polskiego autora.

„Ostatnia wola” świetnie się zaczyna i całkiem nieźle kończy, natomiast wszystko, co dzieje się pomiędzy pozostawia wiele do życzenia.

Ekscentryczna, złośliwa i nieprzyzwoicie bogata arystokratka zaprasza do swego pałacu starannie wyselekcjonowanych krewnych, aby ogłosić, kto z nich przejmie po niej spadek. Staruszka zamierza popełnić spektakularne samobójstwo. Jest śmiertelnie chora i chce odejść na swoich zasadach. Zwołuje rodzinny zjazd aby osiągnąć pewien niecny cel, nie ma jednak szansy obserwowania przebiegu wydarzeń, ponieważ zanim cokolwiek zacznie się dziać, zostaje zamordowana.

Potężna śnieżyca sprawia, że grupa osób, oczywiście wszyscy są podejrzani, zostaje odcięta od świata. Można by ponarzekać, że to motyw zgrany jak świat, ale taki punkt wyjścia zawsze się sprawdza, jeśli tylko dalszy rozwój wypadków jest dobrze poprowadzony. A w „Ostatniej woli” niestety nie jest.

Gdy pisałam o „Przypadkowym detektywie” Macieja Ślużyńskiego (recenzja z 9 stycznia 2018) opartym na tym samym pomyśle inspirowanym „Pułapką” Agaty Christie, moim głównym zarzutem było to, że mamy za mało podejrzanych. W „Ostatniej woli” podejrzanych jest akurat tylu, ile trzeba. Czytelnik nie pogubi się w nadmiarze postaci i powinien mieć satysfakcję z samodzielnego dochodzenia – kto zabił. Dlaczego więc tylko powinien mieć, a nie ma?

Powodem niezaspokojenia potrzeb czytelnika jest błąd konstrukcyjny. W tym kryminale brakuje postaci detektywa. Narracja prowadzona jest tak, że przez większość powieści wydaje nam się, że każdy z bohaterów prowadzi własne śledztwo, ale jednocześnie każdy z nich jest podejrzany. To zabieg dość ryzykowny i na pewno poradziłaby sobie z tym Agata Christie, ale niestety, Joannie Szwechłowicz się nie udało. Brakuje napięcia, w ogóle nie drżymy o życie bohaterów. Nie mamy też możliwości śledzenia ciągów przyczynowo-skutkowych, a jest to ulubione hobby czytelników kryminałów. Lider wśród detektywów pojawia się dopiero wtedy, gdy przychodzi do rozwiązania zagadki, czyli o wiele za późno.

Autorka nie ustrzegła się również innych drobniejszych błędów. Pomysł z wyprawą na nartach jest mocno naciągany, podobnie jak niespodziewany gość, który spada z nieba (pardon, ze strychu).

Trochę mi szkoda zmarnowanego pomysłu, bo pointa z ostatnią wolą ekscentrycznej staruszki jest naprawdę efektowna i dowcipna, chociaż łatwa do przewidzenia.

piątek, 2 sierpnia 2019

Sheryl Browne „Opiekunka” Ocena: 1/6


HARLEKIN W ROLI THRILLERA
Kolejna angielska autorka „thrillerów”, którą po lekturze pierwszej książki od razu wpisuję na moją osobistą czarną listę.

To ma być thriller? Ha, ha, ha! Od kiedy to w thrillerach używa się języka w stylu „zatrzepotała rzęsami” i zdradza się o co chodzi w piątym rozdziale? Dodam, że rozdziałów jest osiemdziesiąt jeden (!). Już na samym początku autorka informuje nas, że dziewczyna, która zatrudnia się jako opiekunka do dzieci w cudownej rodzinie jest psychopatką, obsesyjnie zakochaną w panu domu, która zjawia się tam z zamiarem wprowadzenia w obłęd jego żony, co ma doprowadzić do rozbicia małżeństwa i przejęcia ukochanego na własność. To nie ja spoileruję, naprawdę, to autorka osobiście! Sama sobie psuje show!

Spoilery odautorskie lecą dalej w każdym rozdziale. Najpierw dowiadujemy się, co idealna opiekunka chce namącić, a potem obserwujemy, jak jej się udaje wprowadzić te plany w życie. Chyba nie ma lepszego sposobu, żeby zanudzić czytelnika na śmierć.

Psychopatka mąci prawie do samego końca, a czytelnik tylko toczy pianę z ust i nie może się doczekać, żeby para omotanych idiotów wreszcie się zorientowała, w co zostaje wrabiana. Na dodatek, wrabiany mąż jest oficerem policji, więc powinien być trochę bardziej kumaty, a tymczasem jego głupota wręcz poraża.

Kiedy już w piątym rozdziale dowiaduję się o co chodzi, o razu wiem, jak ta historia się skończy. No bo jak może skończyć się opowieść, w której biedne, niewinne, idealne małżeństwo zostaje napastowane przez wredną psychopatkę? No jak? Właśnie tak, jak to sobie wyobraziliście. Zaczęłam słuchać audiobooka (lektorka tylko trochę lepsza w interpretacji od syntezatora mowy), i z ulgą przerzuciłam się na tekst pisany, bo mogłam przerzucać strony na przyspieszonych obrotach. Dlatego zaręczam - skończyło się tak, jak autorka zapowiedziała w piątym rozdziale.

Nigdy więcej Sheryl Browne, czego i wam życzę.

środa, 24 lipca 2019

Marco Malvaldi „Miara człowieka” Ocena: 4/6


TYLKO DLA CIERPLIWYCH
Gdyby to nie był Marco Malvaldi, porzuciłabym tę książkę po pierwszych kilku rozdziałach. Ale z autorem miałam już do czynienia, więc dałam mu kredyt zaufania. Czytając „Trzy karty” (recenzja z 19.06.2016) też na początku czułam zniecierpliwienie, ale kiedy wciągnęłam się w klimat, już było dobrze.

I tak właśnie należy tę książkę czytać – przebrnąć jakoś przez jedną trzecią (można nieuważnie), a potem będzie już lepiej i przyjemność z lektury gwarantowana.

Na początku autor wprowadza masę postaci, które później nie będą miały dla przebiegu akcji żadnego znaczenia, albo ich udział będzie bardzo marginalny. Ograniczenie dramatis personae do kilku osób sprawiłoby, że czytelnik nie miałby poczucia wszechogarniającego chaosu. Natłok informacji historycznych również nie mobilizuje do dalszej lektury.

Uwaga! Nie chodzi o to, że odrzucam w powieściach kryminalnych walory edukacyjne (w tym wypadku naświetlenie epoki Leonarda da Vinci i barwne życie codzienne elit w księstwie Mediolanu), wręcz przeciwnie – doceniam, kiedy również i z takich pozycji mogę się czegoś nowego dowiedzieć. Informacje tego rodzaju powinny być jednak podawane zgodnie z kanonami gatunku. Nudny wykład na wstępie może pogrążyć nawet najciekawszy temat. Kiedy dowiadywałabym się czegoś nowego przy okazji kolejnych wydarzeń, byłby z tego jakiś pożytek, a tak, przerzucam pierwsze kartki nieuważnie, w poszukiwaniu czegoś, co popchnie wreszcie akcję do przodu. Chylę jednak czoła przed autorem za ogrom pracy włożony dokumentację i odtworzenie realiów epoki.

Kiedy więc przebrniecie przez o wiele za długą rozbiegówkę, otrzymacie interesującą kryminalną historię z Leonardem da Vinci w roli detektywa, z dużą dawką humoru, z ciekawostkami historycznymi, które na pewno zapadną w pamięć (jak ta, że w owym czasie zawartość nocnika wyrzucano po prostu za okno) i poważniejszą wiedzą, która może kiedyś się przydać. Chyba warto trochę się pomęczyć na początku.

środa, 17 lipca 2019

Marek Stelar „Blask” Ocena: 5/6


„BLASK” PEŁEN BLASKU
Owacyjne recenzje powieści Marka Stelara od dawna budziły moje podejrzenia. Za dobrze, niestety, wiem, na jakiej zasadzie to działa. Tym razem jednak wątpliwości okazały się nieuzasadnione.

Jednak naprawdę mi żal, że takie dobre książki giną w zalewie badziewia, które jest równie entuzjastycznie oceniane tylko dlatego, że jedne wydawnictwa bardziej potrafią zadbać o przychylność recenzentów, niż drugie. Albo wybierać „lepszych” recenzentów. Albo liczyć na to, że jak ci „lepsi” opublikują swe opinie jako pierwsi, to cała reszta, która rzadko odważa się mieć własne zdanie pójdzie za ich głosem, żeby się nie wyróżniać. Z radością dołączę więc do grona bezinteresownych entuzjastów autora. Przynajmniej, jeśli chodzi o tę książkę, bo innych nie znam, ale na pewno przeczytam.

Na początku miałam obawy, co do osadzenia akcji w trzech planach czasowych. Bardzo łatwo wtedy i autorowi, i czytelnikowi się pogubić. W przypadku „Blasku” nic takiego nie miało miejsca. Opowieści z czasów tuż powojennych, z lat siedemdziesiątych i wątek współczesny prowadzone są klarownie i precyzyjnie się uzupełniają. W każdym z wątków mamy wyrazistych, przekonujących bohaterów i z przejęciem śledzimy ich losy. Akcja toczy się szybko i nie ma czasu na nudę. Dramaturgia nie zawodzi, i jak pojawia się jakaś strzelba, to po to, żeby kiedyś wypaliła.

Dobrze wiecie, jak lubię się czepiać. A tu nic. Nie ma czego. I o czym tu pisać, skoro wszystko jest takie, jak trzeba?

No dobrze, jak bardzo bym chciała, to pewnie bym coś „na nie” znalazła. Ale nie chcę, bo po pierwsze - podoba mi się figura retoryczna w poprzednim akapicie, a po drugie – po ostatnich licznych wpadkach z polskimi kryminałami, tym razem trafiłam na autora, który zrobił na mnie naprawdę pozytywne wrażenie.

Czytając „Blask” nie sposób nie zauważyć, jak wiele pracy Marek Stelar włożył w oddanie realiów epoki. Szczecin tuż po wojnie opisany jest tak, jakby autor sam, osobiście, jeździł wtedy rowerem wśród ruin (może w innym wcieleniu). Z pewnością przeczytał wiele książek na ten temat i odbył wiele rozmów z informatorami, którym trzeba było postawić kawę albo piwo. Mam jednak dziwne przeczucie, że nie będzie wyliczał co do grosza, tak jak ostatnio Jakub Ćwiek przy okazji „Szwindla”, ile go to kosztowało, i nie pomyśli o tym, żeby z tego powodu żalić się przed czytelnikami.

Absolutnie popieram również decyzję autora, aby pozostawić jeden wątek niedokończony. Czasami przecież „nie o to chodzi, by złapać króliczka, ale by gonić go”.

Czytajcie Marka Stelera, rodacy. Zamiast… Też się go dobrze czyta, a na pewno nie będziecie mieli wrażenia, że autor robi sobie z was sobie jaja.

piątek, 12 lipca 2019

Alex Michaelides „Pacjentka” Ocena: 3/6


ZMYŁA CZY OSZUSTWO?
Dopiero co skończyłam „Tak cię straciłam” Jenny Blackhurst (recenzja z 26 czerwca 2019), a tu wpadam na kolejny angielski thriller oparty na identycznym pomyśle wyjściowym: kobieta skazana za zabójstwo nie trafia do więzienia, tylko zostaje umieszczona w szpitalu psychiatrycznym o zaostrzonym rygorze, a potem się okazuje… Stop! Jeszcze nie pora na spoilery.

Kto tu się kim inspirował? To nie mój problem, na szczęście, ja tylko zauważam, że oryginalnych pomysłów trochę im na tych Wyspach brakuje. Mam nadzieję, że wielbiciele literatury brytyjskiej wybaczą mi ten złośliwy prztyczek per analogiam do polskich autorów, którzy ostatnio masowo produkują kryminały z bohaterkami udającymi pannę Murple.

To kolejny „osławiony” thriller, na temat którego mam trochę inne, niż większość czytelników zdanie. Thriller, może i owszem, ale gdzieś tak od połowy. Dramaturgia nie jest mocną stroną tej książki. Po dobrym, mocnym wstępie przez długi czas akcji praktycznie nie uświadczysz, za to co chwila otrzymujemy dywagacje na temat trudnego dzieciństwa bohatera/narratora, jego długotrwałej psychoterapii i problemach z nawiązywaniem kontaktów międzyludzkich, zwłaszcza z kobietami, aż do stabilizacji emocjonalnej po ślubie z ukochaną Kathy. No dobrze, można to przeboleć.

Z prowadzonego przez Theo śledztwa długo nic nie wynika, lecz gdy w końcu coś zaczyna się dziać, mamy trochę ostrzejszą jazdę, a finał rzeczywiście rozkłada na łopatki. Mnie też rozłożył. Większość czytelników zachwyca się właśnie zakończeniem, co do logiczności którego tym razem zupełnie nie mogę się przyczepić (z wyjątkiem detali, ale o tym później). Psychologia obydwojga bohaterów nie budzi zastrzeżeń – mieli prawo tak się zachować, a opisane wydarzenia wydają się prawdopodobne. Dlaczego więc tym razem narzekam?

Dlatego, że autor dopuścił się oszustwa, w dobrej wierze, ale jednak. I tutaj wreszcie nie obędzie się bez obiecanego na wstępie spoilera. Uwaga! Jeśli nie czytaliście tej książki, tu pora się zatrzymać.

Nie chodzi mi tu bynajmniej o chwyt, za który kiedyś wyrzucono Agatę Christie z Klubu Detektywów (narrator jest mordercą), bo takie zabiegi szokowały może sto lat temu, tylko o świadome i celowe wprowadzenie czytelnika w błąd. To nie bohater-narrator nas zwodzi, do czego ma święte prawo, tylko autor – i to jest nieuczciwe, bo czytelnik nie dostaje szansy na znalezienie własnego rozwiązania.

Autor wpadł na pomysł, aby ukryć przed czytelnikiem, że pewne rzeczy nie dzieją się w czasie rzeczywistym. Niektóre wydarzenia są retrospekcjami, tylko, niestety, czytelnik jest święcie przekonany, że cała akcja prowadzona jest chronologicznie. I właśnie stąd bierze się całe zaskoczenie. To nie jest klasyczna zmyła, których musi być wiele w powieściach tego typu. To jest, niestety, klasyczne oszustwo.

Mam też wątpliwości co do detali. Pacjent po dożylnym podaniu morfiny w dawce śmiertelnej (takie było założenie) ma raczej małe szanse, żeby myśleć logicznie przez pół godziny – więc jak Alicii udało się napisać spójny tekst i jeszcze ukryć pamiętnik tak dobrze, zanim odleciała? No i skąd Theo wiedział, gdzie jest pistolet, i że w ogóle jest jakiś pistolet, skoro nigdy nie był w tym domu? Bo wszyscy trzymają pistolety w kuchennych szafkach?

To jednak tylko detale. Intryga jest na tyle interesująca, że chociaż bardzo nie lubię być oszukiwana, to chyba jednak dam autorowi drugą szansę.

wtorek, 9 lipca 2019

Katarzyna Grochola „ Zranić marionetkę” Ocena 4/6


W NOWEJ ROLI
Katarzyna Grochola postanowiła sprawdzić się w kryminale, a ja od razu postanowiłam sprawdzić, jak jej się to udało. Podobnych jak ja niedowiarków uspokajam od razu – wpadki nie było.

To, że warstwa obyczajowa będzie dopracowana jak trzeba, należało się spodziewać. Można było również oczekiwać, że bohaterowie będą ciekawi, pełnokrwiści i budzący emocje. Debiutanci kryminalni wykładają się jednak najczęściej na braku logiki w prowadzonej intrydze, gubią watki i nie kończą ich, nie kontrolują odautorskich spoilerów. Niedowiarków znów uspokajam – Grocholi udało się tego wszystkiego uniknąć.

Autorka umiejętnie wodzi za nos czytelnika. Na początku mamy klasyczny kryminał: kilku podejrzanych, z których każdy ma swoje powody, by zabić. Z biegiem czasu zaczynamy jednak obserwować przebieg wydarzeń oczami mordercy, powoli wykluczamy więc pozostałych kandydatów na zabójcę, i wtedy zmienia się optyka. My, czytelnicy już wiemy kto zabił, i chodzi o to, żeby nasz detektyw również wpadł na jego trop.

Kobiety na pewno będą mieć więcej satysfakcji z tej lektury, ze względu na mocny rys obyczajowy. Najważniejszymi bohaterkami są kobiety - to książka o nich, o ich problemach i ich lękach. Mężczyźni mogą narzekać, że za dużo tu babskiej obyczajówki, ale powinni za to docenić dobrze skonstruowaną intrygę.

Finał nie zaskakuje, ale przy takim przebiegu akcji nie można było tego oczekiwać. Gdy już pada trzeci trup jasnym się staje, że jest tylko jeden sposób, żeby to wszystko sensownie zakończyć. Autorka postawiła na końcówkę wiarygodną, a nie efektowną. Nie ma fajerwerków i zaskoczenia wyciągniętego z kapelusza, bo nagle zdarza się coś, co nie miało prawa się wydarzyć. Ja to akurat bardzo cenię. A otwarte zakończenie tylko z pozoru jest otwarte.

Jedyne, co mi przeszkadza w odbiorze, to znów ten sam, wałkowany ostatnio na okrągło we wszystkich mediach i powieściach temat. No proszę, ile można o molestowaniu nieletnich? Chociaż tyle przynajmniej, że temat przekonująco opowiedziany.

Nie mam nic przeciwko, żeby Katarzyna Grochola napisała więcej kryminałów, tylko cieszyłabym się bardziej, gdyby nie ulegała modom.

wtorek, 2 lipca 2019

Jakub Ćwiek „Szwindel” Ocena: 1/6


WART PAC PAŁACA
Przeczytałam niedawno na portalu Lubimy Czytać, jak Jakub Ćwiek żalił się, ile to pracy (211 dni) i pieniędzy (też wyliczone skrupulatnie) włożył w swą najnowszą powieść: zakup książek zagranicznych niezbędnych do researchu, spotkania ze specjalistami, którym trzeba płacić za drinki i ciężka, mrówcza praca po 6-7 godzin dziennie, czyli samo pisanie. A potem, zaraz po publikacji zjawiają się piraci, książkę można sobie ukraść z internetu, a autor oczywiście nic z tego nie ma.

Wiedziona uczuciem empatii natychmiast zapłaciłam za książkę pokrzywdzonego autora, przeczytałam, i zaraz tego pożałowałam. Nie dlatego, że zapłaciłam, bo zawsze płacę za czyjąś pracę (a w abonamencie i tak taniej), ale ponieważ dałam się ponieść emocjom i niepotrzebnie straciłam czas na czytanie tej książki. Bilans wyszedł jednak na zero. Przynajmniej mam nauczkę, żeby nie dowierzać wylewającym żale autorom i że emocje należy trzymać na wodzy.

Od razu jednak zrobiło mi się autora żal. Tyle się napracował – a zupełnie niepotrzebnie. Remigiusz Mróz ten sam efekt osiąga przy nieproporcjonalnie mniejszym wysiłku. Wkład pracy to, jak widać, nie wszystko.

Analogia do twórczości najpłodniejszego polskiego twórcy kryminałów jest ewidentna. U Ćwieka, tak samo jak u Mroza akcja pędzi jak szalona, co chwila pojawiają się nowe tajemnice, nieskomplikowany język ułatwia czytanie, a dialogi są błyskotliwe. Kiedy jednak przychodzi do zakończenia i wyjaśnienia - jak i dlaczego coś się stało – otrzymujemy taką serię absurdów, że od razu przychodzi refleksja, że może autor powinien mniej czasu poświęcić na picie drinków ze specjalistami, a więcej na wymyślanie logicznej fabuły.

Problem może również tkwić w tym, że autor spotykał się z niewłaściwymi informatorami. O ile warstwa kryminalna (rodzaje przekrętów) wydaje się dobrze zdokumentowana, to cała reszta się chwieje. Trójka młodych ludzi działających w gangu wkłada masę pracy (fałszywe tożsamości, przebieranki, fałszywe zatrudnienie, opracowanie fałszywych stron internetowych i aplikacji) w przekręt, który przynosi im raptem 2000 złotych. Po prowizji centrali wypada jakieś pięć stów na głowę. Naprawdę warto ryzykować kiciem dla takiej kwoty, czy może pracują dla samego dreszczyku emocji? Przecież to inteligentni ludzie, mogliby uczciwie zarabiać dużo więcej, niekoniecznie na kasie w Biedronce. Profil psychologiczny przestępców jest zupełnie nieprawdopodobny.

Dramaturgia w tej powieści również nie istnieje. Mamy ciąg wydarzeń, owszem ciekawych, bo barwne przekręty muszą być ciekawe, ale nanizane są one na linię czasu, jak koraliki na sznurek w dziecięcej bransoletce. Różnią się tylko kolorem. Jedno zdarzenie nie wynika z drugiego, ułożenie ich w innej kolejności nie sprawiłoby różnicy.

Słabość dramaturgiczna wynika również z tego, że pojawia się tak wiele postaci pierwszoplanowych, które do tego jeszcze zmieniają imiona i zachowują się tak samo. To powoduje chaos. Dopiero w połowie można się zorientować kto jest kim.

Do końca nie mamy głównego bohatera, żadnej postaci nie poznajemy na tyle dobrze, żeby mieć do niej stosunek emocjonalny. Nie wiadomo z kim właściwie mamy trzymać w tej opowieści ani dlaczego. Autor wielokrotnie powołuje się na filmy „Vabank” i „Żądło” jako wzór do naśladowania, więc nie rozumiem, dlaczego nie skorzystał z tego wzoru. W obu tych filmach mieliśmy wyraziste postaci głównych bohaterów i od początku wiedzieliśmy z kim i dlaczego trzymamy. W „Szwindlu” wszystko to jest rozmyte. Jeśli miałabym porównać tę książkę do jakiegoś filmu, to chyba do równie nieudanej, co „Szwindel” „Volty” Juliusza Machulskiego. Też do końca nie wiadomo, o co komu chodzi.

Kolejny błąd dramaturgiczny, to uprzedzanie wydarzeń. Skąd pomysł, żeby spoilery ukazujące przyszłe losy naszych przekrętowiczów wrzucać do środka opowieści? Może autor chciał zmienić kolor koralika, bo uznał, że samo mnożenie przekrętów nie wystarczy? Przecież byłoby o wiele ciekawiej, gdybyśmy wszystkiego dowiedzieli się na końcu.

No i wreszcie zakończenie, które najbardziej mnie zirytowało. Rzeczywiście zaskakuje. Tylko, że jak budzę się rano, wyglądam przez okno i widzę morze, a wcześniej zawsze widziałam Pałac Kultury, to też jestem zaskoczona. Tylko, że to jest zaskoczenie w rodzaju WTF, a naprawdę nie o to w powieści kryminalnej chodzi.

Więc teraz wreszcie dlaczego odrzucam zakończenie, czyli paskudny spoiler, tym razem mój, nie autorski.

Przekręt, który zostaje przekręcony jeszcze większym przekrętem – to motyw bardzo popularny w literaturze gatunku. Jeśli ktoś chce się przekonać, jak mistrzowsko można to zrobić, powinien zobaczyć „Vabank 2”.

Przekręt główny, na który przez cały czas czekamy jest, niestety, bardzo słaby. W tym akurat miejscu autor zaoszczędził na dokumentacji, bo nie sprawdził ile kosztuje produkcja filmowa w Polsce i jak to się odbywa. Dwa miliony złotych za film z hollywoodzkimi aktorami? Nie każda polska produkcja musi kosztować dwadzieścia milionów, jak „Bitwa warszawska”, ale wystarczy wejść na stronę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, żeby dowiedzieć się, że cztery bańki to średni budżet, a osiem milionów nikogo nie dziwi. Koszty przygotowań inscenizacji na pewno były ogromne, tyle niepotrzebnego zachodu, a szanse powodzenia patykiem pisane. Szkoda, że autor nie zaprosił na piwo jakiegoś polskiego producenta filmowego. Na pewno dowiedziałby się, że wystarczy mieć dojścia, dobrze zbajerować potencjalnego inwestora, a utopi pieniądze w polskiej kinematografii bez mrugnięcia okiem. Zwłaszcza, jeśli to będą nie swoje pieniądze. Naprawdę nie trzeba do tego psich fundacji, fajerwerków i fałszywych hal zdjęciowych. Świat filmu przyciąga i już. Wielu naiwniaków na własne życzenie się w to pakuje.

Przekręt w przekręcie jest tak zagmatwany, że musiałam przeczytać zakończenie drugi raz, bo jednak chciałam się dowiedzieć o co chodzi. Nie dało rady. Autor założył zapewne, że większość czytelników tego nie zrobi i przyjmie jego bajania za dobrą monetę, bojąc się przyznać, że czegoś nie załapali. Wieloletnie doświadczenie w czytaniu kryminałów przypomniało mi jednak, że jeśli czegoś nie rozumiem, to nie dlatego, że to dla mnie za trudne, tylko dlatego, że autor nieudolnie sprawę wyjaśnił. Jakub Ćwiek istotnych wątków nie wyjaśnił w ogóle, bo po co?

Mikołaj - gość, który miał być tylko pionkiem, okazuje się mózgiem nad mózgami, który wymyślił przekręt w przekręcie. Autor twierdzi, że to zemsta socjopaty (klasyka, już słabszego powodu nie można wymyślić), ale kompletnie mnie do tego pomysłu nie przekonuje. Szwindel jest tak zakręcony, jakby stworzył go Albert Einstein przynajmniej, ale z drugiej strony tak głupi (po co te wszystkie kombinacje? po co? po co?) i wymagający tak wiele szczęścia i zbiegów okoliczności, żeby się udało, że nikt przy zdrowych zmysłach by się na coś takiego nie zdecydował. Czyli nasz bohater jest jednocześnie Einsteinem i idiotą?

Nagle, jak królik z kapelusza wyskakuje informacja, że ofiara przekrętu jest nieślubnym dzieckiem słynnego gangstera. No, motyw jak z telenoweli, po prostu. I ten gangster, bo ambitna matka chłopaka nie chciała pomocy od bandyty, sprawia, że synek wygrywa miliony w totka. Super pomysł! Poproszę o informację, jak to zrobił, chętnie skorzystam z patentu.

Końcowej jatki, czyli zemsty tatusia już nawet nie komentuję. Pasuje do konwencji jak pięść do nosa. I wszystkie te trupy dlatego, że tatuś się wkurzył?

To moje pierwsze tête-à-tête z panem Ćwiekiem, choć oczywiście nazwisko obiło mi się o uszy. Wcześniej jednak autor pisał powieści fantasy, a to gatunek, który programowo omijam. Mam nadzieję, że powróci do swojego sprawdzonego genre i znów ktoś inny będzie wydawać pieniądze na jego książki.

środa, 26 czerwca 2019

Jenny Blackhurst „Tak cię straciłam” Ocena: 2/6


UPAŁ
Ta książka od początku zapowiadała się jak kolejny przeciętniak, thriller wersja standard, gdzie wszyscy, oprócz głównej bohaterki (łącznie z czytelnikiem) wiedzą, co tak naprawdę się stało, tylko trzeba wyjaśnić, jak do tego doszło. Struktura też klasyczna - wątek z przeszłości prowadzony jest równolegle i stanowi klucz do tajemnicy. O spoiler postarał się sam wydawca, wrzucając na okładce: „Powiedzieli, że zabiła. Odsiedziała wyrok. A jeśli kłamali?” No, moi drodzy czytelnicy, czy daliście się nabrać na ten znak zapytania? I słusznie.

Niestety, przeciętność skończyła się, gdy przyszło do wyjaśnienia motywów, które kierowały sprawcami. Absurdy w zakończeniu sięgnęły takiego zenitu, że pani Blackhurst, z którą spotkałam się po raz pierwszy, od razu dołączyła do grona autorów, których będę omijać szerokim łukiem.

Może gdyby nie temperatura za oknem (a w domu jeszcze gorzej) chciałoby mi się wyliczyć wszystkie bzdury, błędy logiczne i niedorzeczności w szytej już nie grubymi nićmi, a sznurkiem konopnym intrydze, ale nie mam siły. Wielbicielom Fitzka czy Mroza absurdy nie będą przeszkadzać, wystarczy przecież, że akcja jakoś się toczy. Czytelnicy sceptycznie nastawieni do twórczości obydwu tych panów, mam nadzieję uwierzą mi na słowo - czytanie tej książki to strata czasu.

Dwója zamiast pały tylko za wyznanie autorki w posłowiu, że inspiracją do napisania książki były jej własne kłopoty związane z utratą tożsamości po tym, gdy została zwolniona z pracy po porodzie. Jedynie rys psychologiczny głównej bohaterki jakoś się w tej książce broni. Może gdyby Jenny Blackhurst napisała powieść obyczajową, nie siląc się na wymyślanie sensacyjnych intryg, które ją przerastają, pożytek dla czytelników byłby dużo większy.

piątek, 14 czerwca 2019

Peter Robinson „Dzieci rewolucji” Ocena 4/6


BEZ CHEMII
To jest bardzo solidna książka. Bardzo solidna. Ale im dłużej powtarzam sobie, że jest solidna, tym bardziej nie chce mi się o niej pisać. Piszę więc dla porządku, bo to dla mnie nowy autor, więc warto nie zapomnieć, że został „zaliczony”.

Wszystko niby jest na tak: logicznie przeprowadzona intryga, dwa tropy, a do końca nie wiemy, który doprowadzi do rozwiązania zagadki, akcja najpierw dość wolna, ale potem się rozkręca, detektyw porządny, jego ekipa ciekawa, choć może za bardzo świętoszkowata, i nawet czasy też ciekawe, bo śledztwo sięga górniczych strajków w Wielkiej Brytanii z epoki sprzed pani Thatcher: dzieci kwiaty, marihuana, ruchy marksistowskie, te klimaty.

Zupełnie nie mam się czego czepić, ale też nie potrafię się zachwycić. Ale powtarzam, książka jest solidnie napisana i obiektywnie może się podobać. Tylko pomiędzy mną i panem autorem jakoś zupełnie nie zaiskrzyło. Bywa.

środa, 29 maja 2019

Magda Stachula „Oszukana” Ocena: 4/6


BEZ KROPKI NAD „I”
Tylko na portalu Lubimy Czytać znalazłam dziewięć (!) powieści zatytułowanych „Oszukana”. No cóż, mało oryginalny tytuł może nie zachęca do sięgnięcia po książkę, ale przecież też nie odrzuca. Zawartość książki dorównała jednak oryginalnością tytułowi.

Nazwisko Magdy Stachuli od jakiegoś czasu obijało mi się o uszy, więc przyszła pora, aby przekonać się dlaczego.

„Oszukana” utkana jest z najbardziej popularnych motywów eksploatowanych na okrągło w thrillerach. Inna sprawa, że utkana jest naprawdę precyzyjnie i po mistrzowsku. Niestety, ktoś kto dużo czyta, zwłaszcza zagranicznych powieści w tym gatunku, co chwila będzie miał wrażenie deja vu. Na tle polskim porównanie wypada trochę lepiej.

Autorka wie, jak prowadzić narrację, aby czytelnik nie mógł się od książki oderwać. Wątki ładnie się przeplatają, zazębiają, nic nie dzieje się bez przyczyny i wszystko we właściwym czasie (no, prawie wszystko: gdyby na przykład informacja, jaki stosunek ma bohaterka do swojego byłego chłopaka nie została ujawniona tak szybko, bardziej byśmy się o nią martwili w późniejszych scenach). Autorka nie ma też skłonności do wodolejstwa, co ja akurat bardzo cenię. Intryga przeprowadzona konsekwentnie, logicznie i jest prawdopodobna – ewenement wśród polskich autorów (no dobrze, wyzłośliwiam się, innym czasami też się udaje).

Chciałabym zachwycić się tą powieścią bardziej, ale nie mogę, bo czegoś mi w niej brakuje. Próbuję więc dociec, co mogłoby być tą kropką nad „i”. Czy pomogłoby na przykład bardziej zamknięte zakończenie? Po namyśle odrzucam ten pomysł. Dalsze losy postaci zostały wystarczająco zasugerowane i w przypadku tej powieści to najlepsze rozwiązanie. Powiedzenie czegoś wprost zepsułoby klimat.

Dopiero po przespaniu się z problemem odkryłam, co mnie uwiera: brak stosunku emocjonalnego do głównej bohaterki. Przez większość książki wiem o niej tylko tyle, że ucieka, bo ma coś na sumieniu i ukrywa się, bo strasznie kogoś się boi. To mocny chwyt dramaturgiczny, ale gdy powtarzany jest zbyt często – bohaterka wszędzie widzi  wrogów, a czytelnik nie wie czy to prawda czy imaginacja - zaczyna się robić męczący. Nawet gdy dowiaduję się o Lenie trochę więcej, to wciąż zbyt mało, żeby ją polubić. Gdybym dostała taką szansę, dziewczyna interesowałaby mnie bardziej. O wiele dramatyczniejszą postacią jest Nikodem, szczególnie w kontekście postępowania jego matki (matka w ogóle kradnie show). Szkoda, że Lena nie jest tak wielowymiarowa i nie budzi takich emocji.

Na pewno będę śledzić dalsze poczynania Magdy Stachuli. Warsztat ma opanowany bardzo dobrze, drobne błędy pewnie wyeliminuje nabierając doświadczenia, a więc jest nadzieja, że oryginalniejsze pomysły pewnie też kiedyś przyjdą. Takie pomysły jednak rodzą się na kamieniach, więc niewykluczone, że trzeba będzie trochę poczekać.

Tagi: Magda Stachula „Oszukana”, Magda Stachula „Oszukana” opinie, Magda Stachula „Oszukana” recenzja

wtorek, 21 maja 2019

Jacek Galiński „Kółko się pani urwało” Ocena: 1/6


FANFARY
Fanfary dla bohaterki tej książki za zajęcie pierwszego miejsca w moim osobistym rankingu najgłupszych polskich detektywów wszechczasów.

Zofia Wilkońska – detektywka Galińskiego jest siostrą sisters detektywki Karoliny Morawieckiej z powieści „Śledztwo od kuchni…” (recenzja z 4 marca 2019) – obie aroganckie, wredne i głupie. Tak jakby na dwójkę autorów w tym samym czasie spłynęło takie samo objawienie: nikt jeszcze nie uczynił detektywem staruszki - wrednej idiotki, więc czymś się wyróżnię. Niestety, oboje wyróżnili się mało chwalebnie (Morawiecka kilka tygodni wcześniej).

Po przeczytaniu recenzji znajomych z portalu Lubimy Czytać (pozdrowienia dla Marzeny) wiedziałam, że lektura tej powieści, to będzie dowód masochizmu. Zamierzałam ją sobie odpuścić, ale przemknęła mi w sieci laudacja na temat  książki w wykonaniu Wojciecha Chmielarza.

Znany i ceniony autor pochwalił dzieło absolwenta prowadzonych przez siebie warsztatów z podstaw pisania kryminału. Mógł wykpić się inteligencją,  jak Michał Rusinek, który tak sprytnie chwalił słabiutką książkę Magdy Kuydowicz „Stało się”, aby przypadkiem nie pochwalić (szczegóły w recenzji z 16 listopada 2018). Ale nie. Chmielarz widocznie uznał, że internet nie będzie pamiętał i pojechał po bandzie: „To kawał świetnej komedii kryminalnej” – napisał. „ Ubawiła mnie ta książka. I to na kilku poziomach (…) broni się znakomicie jako powieść kryminalna (…) polecam”.

Cóż, skoro mistrz poleca, a ja i tak regularnie czytuję debiuty polskich autorów, więc chyba jestem masochistką. Co mi tam. I tę przeczytam.

Wyszło na to, że Chmielarz musi być jednak lepszym pisarzem, niż nauczycielem. Inaczej powiedziałby przecież swojemu uczniowi - chłopie, detektyw może być odrażający, brudny, zły, ale - na Boga! - nie ma prawa być kretynem!

O wiele ciekawsze niż śledztwo zaproponowane przez Jacka Galińskiego wydało mi się przeprowadzenie osobistego śledztwa: dlaczego Wojciech Chmielarz użył swego nazwiska do promocji tej książki? Od razu pojawiło się kilka hipotez:
Nie dostrzegł idiotyzmów.
Dostrzegł, ale nie chciał sprawiać przykrości autorowi i nic nie powiedział.
Dostrzegł, ale nie powiedział, bo lepiej niech inni wydają słabiznę, nie będzie przynajmniej rosła konkurencja.
Nie dał rady doczytać do końca i bał się przyznać.
Chciał, żeby Galińskiego rozszarpali równie wredni, jak jego bohaterka recenzenci.
Wisi Galińskiemu jakąś kasę.
Został zaszantażowany.
Moje śledztwo z braku wystarczających przesłanek nie przyniosło rezultatów. Drogi czytelniku, wybierz sobie ulubioną opcję.

Jacek Gawliński w zakończeniu zostawił sobie na szczęście furtkę, żeby do tej bohaterki już nie wrócić. Liczę na to, że będzie miał więcej instynktu samozachowawczego, niż jego bohaterka, i z niej skorzysta.

Uwaga, a teraz leci lista spoilerów, czyli streszczenie dla tych, którzy chcą zaoszczędzić trochę czasu. Przeczytajcie i oceńcie sami, czy dla was to śmieszne, czy żałosne, albo w tym momencie przestańcie czytać.

Obraźliwymi tekstami bohaterka zraża do siebie wszystkich ludzi oferujących pomoc. Lezie w ogień jak ćma, nie ma za grosz instynktu samozachowawczego.

Podpala śmietnik i wznieca pożar, musi przyjechać straż pożarna. Zachowanie ze wszech miar naganne, ale według autora mamy chyba ją usprawiedliwiać, bo ma misję do spełnienia.

Misja polega na tym, że trzeba się włamać. Drobna staruszka samiuteńka wyważa drzwi do mieszkania sąsiada. To pestka, przecież każda drobna staruszka przy pomocy lewarka potrafi to zrobić. To odwet za to, że wcześniej ktoś (w jej mniemaniu sąsiad) wyłamał drzwi do jej mieszkania. Drzwi były solidne i miały cztery (!) zamki, ale kaleka bez jednej nogi mógł spokojnie dokonać włamania, i na dodatek nikt na całej klatce tego nie usłyszał. Drugi sąsiad, z naprzeciwka, w czasie włamania przez kilkanaście minut siedział na kiblu i sikał (ha, ha, ha).

Staruszka jak się już włamie, okrada mieszkanie z wiktuałów sąsiada i w końcu znajduje go zamordowanego nożem. Oczywiście na kiblu (ha, ha, ha). Zaciera za sobą ślady przy pomocy mopa, przechowywanego w swoim domu. I dziwi się, że policja na to wpadła, i że strażak, którego opieprzyła doniósł policji, że ją widział w mieszkaniu denata jak sprzątała.

Autora w ogóle nie interesuje, aby jego historia miała jakikolwiek związek z rzeczywistością. Bohaterka zgłasza włamanie na lokalnym komisariacie, przyjeżdża posterunkowy, a potem okazuje się, że ten sam posterunkowy prowadzi śledztwo w sprawie trzech morderstw i w sprawie nielegalnych przejęć warszawskich kamienic. Tak, lokalny posterunkowy.

Policjant taki powinien być alfą i omegą, a rozumu mu brakuje tak samo, jak detektywce Wilkońskiej. Pozwala staruszce na prowokację w stosunku do gangsterów, nie ofiarowując żadnej pomocy i ochrony. Nie dlatego, że chce się jej pozbyć i oddać wilkom na pożarcie, tylko nie widzi zagrożenia. No bo gdzieżby tam ludzie, którzy bezwzględnie zabili już kilka osób, mogliby zabić jeszcze jedną wredną staruszkę. Do tego autor daje posterunkowemu do wykonania tajną misję, o której potem kompletnie zapomina (autor, nie policjant).

I co z tego, że czasem nawet niektóre teksty są dowcipne, kiedy o wiele częściej poziom humoru sięga rowu Mariańskiego. Gangster porywa babcię, trzyma ją w piwnicy przywiązaną do krzesła. Potem nagle babcia przestaje być zagrożeniem i wspólnie oglądają pornos. Tak! Gangster ogląda pornos ze staruszką siedzącą obok i komentującą film, i wcale mu to nie przeszkadza. Babcia nie orientuje się, że to pornos i lituje się nad dziewczyną z filmu. Potem staruszka zabija gangstera piórem, martwiąc się o to, że zniszczy się stalówka (ha, ha, ha). Gangster potyka się o kij bejsbolowy i umiera, a potem zmartwychwstaje. Zabili go i uciekł.

Rozwiązanie zagadki spada bohaterce z nieba. Przypadkiem odnajduje żonę gangstera na Polach Mokotowskich, z łatwością przekonuje ją, że jest zdradzana przez męża. Kobieta bez oporu wierzy babci i przypadkiem ma akurat dokumenty męża, które mogą go obciążyć. Oczywiście oddaje je naszej detektywce. Żadnej logiki w ciągu wydarzeń, same zbiegi okoliczności. Bzdura bzdurę bzdurą pogania.

Może te niewybredne dowcipy komuś wydadzą się śmieszne. Poczucia humoru się nie wybiera. Ale wbrew temu, co twierdzi Chmielarz, książka zupełnie się nie broni jako powieść kryminalna. Rozwiązanie zagadki – kto zabił – zostało wyciągnięte z kapelusza, jakby autor je pisał na kolanie. Po co ta cała kołomyja z warszawskimi kamienicami, skoro zabójcą okazuje się przypadkowy sąsiad, który z aferą nie ma nic wspólnego? Zemsta po tylu latach za zdradę? No dajcie spokój!

Aha, i jeśli autorowi wydaje się, że zaskoczył czytelnika wyjaśnieniem, kto za tym wszystkim stoi, to informuję, że czytelnik tylko odrobinę mądrzejszy od detektywki Wilkońskiej od razu łapie, że syn próbujący umieścić matkę w luksusowym domu starców, wyrasta na głównego podejrzanego.

Po tej zmęczeniu tej książki doszłam do wniosku, że masochizm ma jednak swoje granice. Składam spóźnione postanowienie noworoczne: szlaban na polskie debiuty kryminalne. Do odwołania.

Tagi: Jacek Galiński „Kółko się pani urwało”, Jacek Galiński „Kółko się pani urwało” opinie, Jacek Galiński „Kółko się pani urwało” recenzja, Wojciech Chmielarz warsztaty, najgłupszy detektyw

czwartek, 16 maja 2019

Allen Upward „Klub Domino” Ocena: 4/6


KOLEDZY SHERLOCKA
Dałam się nabrać.
Byłam przekonana, że czytam kolejną współczesną stylizację na angielską powieść z epoki, tym razem króla Jerzego V, a tymczasem okazało się, że jest to autentyk napisany przeszło sto lat temu! Bardzo dobrze to o książce świadczy. Mimo upływu lat, nie zestarzała się, tak jak na przykład sporo młodsza „Rebeka” Daphne du Maurier (recenzja z 23 lutego 2017).

Wielbiciele angielskich klimatów z czasów, gdy zagadki rozwiązywało się nie przy pomocy kodów DNA, lokacji telefonów komórkowych i przeszukiwaniu postów na Facebooku, a wyłącznie dzięki pracy szarych komórek, na pewno nie będą zawiedzeni.

Dostajemy klasyczną zagadkę kryminalną – zabójstwo wrednego typa, którego wiele osób miało prawo nienawidzić, ograniczony krąg podejrzanych, a do tego jeszcze zagadkę bonusową, w postaci niejasnej roli w tym wszystkim naszego głównego bohatera. Do końca nie mamy pewności, na ile możemy mu wierzyć, więc dreszczyk emocji jest trochę większy, niż gdyby chodziło o samo śledztwo. Ciekawe jest też uczynienie detektywem lekarza – specjalisty od trucizn.

Zaletą książki jest również jej dobrze wyważona objętość. W tamtych czasach powieści kryminalne były jeszcze jednowątkowe – detektyw, trup, podejrzani, morderca i tyle. Dziś musimy jeszcze poznawać całą rodzinę detektywa, nie omijając teściowej, dowiadywać się, co podejrzany jadł na obiad i czy mu smakowało, zachwycać się ołowianymi chmurami wiszącymi nad katedrą, której opis skopiowany z Wikipedii  ma dowodzić erudycji autora.

Ech… kiedyś to się pisało kryminały. Aż żal niestety, że ten autor żadnej już książki nie napisze.

sobota, 11 maja 2019

Robert Małecki „Skaza” Ocena 4/6


PRAWIE BEZ SKAZY
Zawsze bardzo się cieszę, kiedy wracam do polskiego autora po jakimś czasie i widzę, jak duże poczynił postępy, i jak coraz bardziej zaczyna doceniać swojego czytelnika.

Pierwsza powieść Małeckiego „Najgorsze dopiero nadejdzie” niespecjalnie mnie zachwyciła (recenzja z 19 lipca 2017), chociaż swoje zalety (w postaci wartkiej akcji) jednak miała, więc darowałam sobie kolejne książki z serii. „Skaza”, jak przeczytałam, to coś zupełnie innego, z nowym miejscem akcji i bohaterem. Dałam więc szansę autorowi jeszcze raz i tym razem się nie zawiodłam.

Okazało się, że Małecki wyeliminował niedociągnięcia, które przeszkadzały mi w czytaniu pierwszej serii (niedokończone wątki, nielogiczności w wyjaśnieniu motywacji mordercy, główny bohater, który wychodzi obronną ręką z każdej opresji, taki co to „zabili go i uciekł”). Tym razem mamy wiarygodnego bohatera z krwi i kości, policjanta ze swoimi zaletami i wadami, a nie supermana.  Akcja osadzona jest w małomiasteczkowych realiach, które, co można wyczuć bez problemu, są autorowi dobrze znane. Wszystko ocieka dojmującym realizmem, nawiązującym w stylistyce do najlepszych skandynawskich wzorów. Jeśli lubicie detektywa Wallandera, będziecie wiedzieli o co chodzi.

Historia współczesna przeplata się równolegle z historią z przeszłości, i chociaż dość szybko mamy przeczucie co do głównego podejrzanego, to jednak autor bardzo umiejętnie wodzi nas za nos. Nie ma zgrzytu, bo kiedy nawet domyślamy się kto, do końca nie wiemy jak i dlaczego.

W „Skazie” autor wykorzystał podobny motyw, jak w poprzedniej serii z dziennikarzem Markiem Benerem. Bohater ma swoją własną tajemnicę związaną z żoną, na której rozwiązanie pewnie pozostanie nam długo poczekać. W pierwszej serii żona dziennikarza zaginęła, w drugiej - żona policjanta została napadnięta i od dziesięciu lat jest w stanie śpiączki. W serii z Benerem pozostawienie tego wątku w stanie niedokończonym bardzo mi przeszkadzało. Tak bardzo, że odpuściłam kolejne powieści z cyklu. W drugiej serii, niby zabieg ten sam, a jednak uwiera znacznie mniej. Autor potrafił tym razem zachować odpowiednie proporcje. Wątek z żoną nie wybija się na pierwszy plan, nie mąci, nie drąży emocjonalnie, jest jednym z wielu dotyczących prywatnego życia bohatera. A bohater na tyle budzi zaufanie, że mamy pewność, że kiedyś dojdzie do prawdy, a my razem z nim. Ostrzegam jednak na zapas, że umieszczenie w następnej serii jakiejś kolejnej tajemnicy żony, może czytelnika mocno zdenerwować.

Gdyby jeszcze autor darował sobie kompletnie bezużyteczny prolog, w którym nie dowiadujemy się niczego istotnego, a który niepotrzebnie odwleka akcję i zdradza szczegóły, które o wiele ciekawiej byłoby odkryć później, to ideał byłby bliski.

Mam nadzieję, że Rober Małecki nie ustąpi w dążeniach do ideału.

niedziela, 5 maja 2019

John Grisham „Wyspa Camino” Ocena: 3/6


PRZEKRĘT MISIA PUCHATKA
Przy okazji „Baru Pod Kogutem” (recenzja z 28 czerwca 2018) pisałam, że ostatnio książki Grishama należałoby czytać co drugą. Raz kiepsko mu wychodzi, raz dobrze. Teoria w zasadzie się sprawdziła, chociaż nazwanie „Wyspy Camino” dobrą powieścią, to duża przesada. Książka jest po prostu lepsza od poprzedniej i można ją przeczytać bez bólu, ale gdzie jej tam do poziomu najlepszych powieści autora.

Tym razem Grisham zrezygnował z osadzenia akcji w środowisku prawniczym i to akurat wyszło książce na dobre. Dzięki temu wchodzimy w barwny światek amerykańskich pisarzy, księgarzy i wydawców, opisany sarkastycznie i z humorem. Podejrzewam, że dla wtajemniczonych będzie to powieść z kluczem, ale zwykły czytelnik, zwłaszcza nieamerykański, nie ma szans wzięcia udziału w zabawie odgadywania kto jest kim. I to by było na tyle, jeśli chodzi o plusy.

Intryga jest bardzo wątła: z biblioteki Uniwersytetu w Princeton zostają skradzione rękopisy F.S. Fitzgeralda. Zanosi się na przekręt w rodzaju „Ocean’s Eleven”, ale wszystko rozłazi się gdzieś na boki i robi się afera jak z Misia Puchatka; „im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”.

Autor nie może się zdecydować, kto jest głównym bohaterem tej powieści. Najpierw szczegółowo opisuje samą kradzież i osoby w nią zamieszane, potem wprowadza postać księgarza, a potem nagle tę postać porzuca, aby przedstawiać historię z punktu widzenia młodej pisarki, która ma do wypełnienia tajną misję, aż w końcu powraca do księgarza. Ani pisarki, ani księgarza nie mamy możliwości poznać na tyle dobrze, aby wczuć się w ich losy. Są nam obojętni, więc niespecjalnie nas obchodzi, kto wygra i dlaczego. Ot, zakończenie jakich wiele, a satysfakcji z tego nie ma za grosz.

Obawiam się, że również i tę „lepszą” książkę Grishama spokojnie możecie sobie darować, mając podobnie jak ja nadzieję, że następna będzie naprawdę lepsza. Zastanawiam się jednak, czy to nie jest ten moment, aby porzucić wszelką nadzieję. Przykro mi to pisać, ale mam wrażenie, że autorowi już zupełnie nie chce się wymyślać pasjonujących historii, chętnie by rzucił to pisanie i publikuje kolejne książki wyłącznie z poczucia obowiązku, bo podpisał nieopatrznie jakieś umowy.

Być może mamy tu do czynienia z sytuacją opisaną w „Wyspie Camino”. Dwie autorki piszące wspólnie szmatławe bestsellery miały świetny pomysł na poważną książkę, ale nie chciały jej oddać aktualnemu wydawcy, którego nie lubiły. Nie mogły zerwać umowy, która zobowiązywała do publikacji w tym wydawnictwie trzech tytułów, więc napisały szybko trzy szmatławce „na odczep się”, a tę poważną, zaraz po spełnieniu warunków umowy wydały gdzie indziej. Tylko, że szmatławce napisane na chybcika sprzedają się do dzisiaj, a poważna książka już dawno została zapomniana.

Czy John Grisham też chce wydać książkę u innego wydawcy, dlatego pisze na chybcika? Nawet jeśli, czytelnika zupełnie nie powinno to obchodzić. Czytelnikowi zależy tylko na tym, by czytać dobre książki, a nie uczestniczyć w grach, o których nie ma bladego pojęcia.

Tagi:  John Grisham „Wyspa Camino”, John Grisham „Wyspa Camino” recenzja, John Grisham „Wyspa Camino” opinie

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Maciej Siembieda „Gambit” Ocena: 3/6


POGADANKA NA WIELE TEMATÓW
Przeczytałam „Gambit” bez bólu zębów, ale też bez uniesień. Owszem, do pewnego momentu jakoś się to czytało, bo wydarzenie goniło za wydarzeniem, ale emocji zero. W końcu to powieść sensacyjna, szpiegowska, więc o emocje czytelnika autor powinien zadbać przede wszystkim. Nie udało się. Dlaczego?

Jest kilka powodów dlaczego moje pierwsze spotkanie z twórczością wypływającego ostatnio na szersze wody Macieja Siembiedy będzie jednocześnie ostatnim.

Autor nie potrafi budować wiarygodnych, pełnowymiarowych postaci. Mamy trójkę pozytywnych bohaterów, ale wszyscy są tak nijacy, że gdyby nie „ciekawe czasy”, z którymi muszą się zmierzyć, nikogo by nie zainteresowali tacy nudziarze. Czarny charakter pojawia się na krótko, jest tak samo mdły, jak pozytywni bohaterowie i nie czujemy w związku z tą postacią żadnego zagrożenia. Jest jeszcze rzekomy czarny charakter, ale istnieje tylko w wyobraźni głównej bohaterki i czytelnik od początku dobrze o tym wie, więc suspens nie istnieje.

Język powieści przypomina język podręcznika do historii albo artykułu prasowego. Autor beznamiętnie relacjonuje kolejne wydarzenia, jakby pisał życiorys dla drobiazgowego pracodawcy. Ponieważ w życiu głównej bohaterki sporo się wydarzyło, siłą rzeczy musi to być streszczenie. Na jednej stronie dowiadujemy się, że Wanda zimą „wyjeżdżała w pobliskie Alpy (…) wiosną odnalazła w sobie talent malarski (…) latem zaczęła żeglować (…) wcześniej ukończyła kursy kroju i szycia”. Wszystko w tej powieści napisane jest takim właśnie językiem „wyszła, spotkała się, zaczęła żeglować”.

W historii tej nie ma żadnej dramaturgii. Czyta się to gładko, bo język prosty i dużo się dzieje, więc nie ma czasu na nudę, ale napięcia nie ma. Ani razu nie mam odruchu, aby pomartwić się o głównych bohaterów, nie trzymam kciuków, żeby im się udało, wszystko mi jedno, co się z nimi stanie. Ponieważ nie mam stosunku emocjonalnego do bohaterów, więc tak od połowy coraz mniej mam ochotę dowiadywać się co będzie dalej. Dzieje się tak również dlatego, że przez cały czas nie wiem, o jaką stawkę toczy się gra.

Na samym początku zostaje zawieszona tajemnica: rok 1966 polski inżynier bardzo obawia się, że zostanie zgładzony przez ubecję, która powiąże go z tym, co zrobił jego brat zaraz po wojnie. Obawy inżyniera są ogromne, wręcz umiera ze strachu, co powoduje wrażenie, że przestępstwo brata miało skalę przynajmniej globalną, w rodzaju wykradnięcia formuły na bombę atomową. Balon podsycanej tajemnicy wisi przez cały czas, ale kiedy wreszcie na samym końcu dochodzi do wyjaśnienia, na czym polegało przewinienie brata – balon pęka. Wyjaśnienie jest banalne i od razu budzi niedowierzanie. Naprawdę inżynier tak bardzo się bał, z takiego powodu? W latach sześćdziesiątych, dawno po kilku amnestiach? To czasy gomułkowskiej małej stabilizacji, ubecja owszem działała na pełnych obrotach, ale nie mordowała bezużytecznych z ich punktu widzenia ludzi, z powodu przewinień członków rodziny, które nie różniły się niczym od podobnych przewinień tysięcy rodaków w tym czasie. Bohater tchórz czy ignorant?

Kolejny zarzut do autora, to brak umiejętności zachowania właściwych proporcji. Akcja toczy się od czasów przedwojennych do upadku berlińskiego muru i autor wcisnął do niej wszystko, co tylko przyszło mu do głowy: zdrada w szeregach AK w okupowanej Warszawie i wystawienie Niemcom generała Grota, losy Brygady Świętokrzyskiej, praca wywiadów angielskiego i amerykańskiego po wojnie, na terenie Niemiec oraz działania polskiej ubecji mieszającej im szyki, wybuch roby w Karlinie a nawet słynne porwanie izraelskich sportowców na olimpiadzie w Monachium i nieudana próba ich odbicia. 

Jesteśmy świadkami tak wielu wydarzeń historycznych, jakby celem autora była edukacja społeczeństwa, a nie napisanie „mistrzowskiego thrillera”, jak twierdzi wydawca. Cel zaiste zacny i z tego powodu dorzucam jedną gwiazdkę, chociaż beletrystyce takie zabiegi nie służą. Podobnie jak w przypadku „Fermy blond” Piotra Adamczyka (recenzja z 3 stycznia 2019) podtrzymuję twierdzenie, że powieść powinna przede wszystkim spełniać kryteria powieści (z pełnowymiarowymi bohaterami, dobrze skonstruowaną fabułą i poprawną dramaturgią), a nie pogadanki historycznej na tematy, które fascynują autora.

Czytajcie na własne ryzyko w celach edukacyjnych, ale jeśli historia najnowsza nie jest wam obca i trochę słyszeliście o wymienionych wyżej wydarzeniach, spokojnie możecie sobie „Gambit” darować. 

 Tagi: Maciej Siembieda „Gambit”, Maciej Siembieda „Gambit” recenzja, Maciej Siembieda „Gambit” opinie