wtorek, 21 maja 2019

Jacek Galiński „Kółko się pani urwało” Ocena: 1/6


FANFARY
Fanfary dla bohaterki tej książki za zajęcie pierwszego miejsca w moim osobistym rankingu najgłupszych polskich detektywów wszechczasów.

Zofia Wilkońska – detektywka Galińskiego jest siostrą sisters detektywki Karoliny Morawieckiej z powieści „Śledztwo od kuchni…” (recenzja z 4 marca 2019) – obie aroganckie, wredne i głupie. Tak jakby na dwójkę autorów w tym samym czasie spłynęło takie samo objawienie: nikt jeszcze nie uczynił detektywem staruszki - wrednej idiotki, więc czymś się wyróżnię. Niestety, oboje wyróżnili się mało chwalebnie (Morawiecka kilka tygodni wcześniej).

Po przeczytaniu recenzji znajomych z portalu Lubimy Czytać (pozdrowienia dla Marzeny) wiedziałam, że lektura tej powieści, to będzie dowód masochizmu. Zamierzałam ją sobie odpuścić, ale przemknęła mi w sieci laudacja na temat  książki w wykonaniu Wojciecha Chmielarza.

Znany i ceniony autor pochwalił dzieło absolwenta prowadzonych przez siebie warsztatów z podstaw pisania kryminału. Mógł wykpić się inteligencją,  jak Michał Rusinek, który tak sprytnie chwalił słabiutką książkę Magdy Kuydowicz „Stało się”, aby przypadkiem nie pochwalić (szczegóły w recenzji z 16 listopada 2018). Ale nie. Chmielarz widocznie uznał, że internet nie będzie pamiętał i pojechał po bandzie: „To kawał świetnej komedii kryminalnej” – napisał. „ Ubawiła mnie ta książka. I to na kilku poziomach (…) broni się znakomicie jako powieść kryminalna (…) polecam”.

Cóż, skoro mistrz poleca, a ja i tak regularnie czytuję debiuty polskich autorów, więc chyba jestem masochistką. Co mi tam. I tę przeczytam.

Wyszło na to, że Chmielarz musi być jednak lepszym pisarzem, niż nauczycielem. Inaczej powiedziałby przecież swojemu uczniowi - chłopie, detektyw może być odrażający, brudny, zły, ale - na Boga! - nie ma prawa być kretynem!

O wiele ciekawsze niż śledztwo zaproponowane przez Jacka Galińskiego wydało mi się przeprowadzenie osobistego śledztwa: dlaczego Wojciech Chmielarz użył swego nazwiska do promocji tej książki? Od razu pojawiło się kilka hipotez:
Nie dostrzegł idiotyzmów.
Dostrzegł, ale nie chciał sprawiać przykrości autorowi i nic nie powiedział.
Dostrzegł, ale nie powiedział, bo lepiej niech inni wydają słabiznę, nie będzie przynajmniej rosła konkurencja.
Nie dał rady doczytać do końca i bał się przyznać.
Chciał, żeby Galińskiego rozszarpali równie wredni, jak jego bohaterka recenzenci.
Wisi Galińskiemu jakąś kasę.
Został zaszantażowany.
Moje śledztwo z braku wystarczających przesłanek nie przyniosło rezultatów. Drogi czytelniku, wybierz sobie ulubioną opcję.

Jacek Gawliński w zakończeniu zostawił sobie na szczęście furtkę, żeby do tej bohaterki już nie wrócić. Liczę na to, że będzie miał więcej instynktu samozachowawczego, niż jego bohaterka, i z niej skorzysta.

Uwaga, a teraz leci lista spoilerów, czyli streszczenie dla tych, którzy chcą zaoszczędzić trochę czasu. Przeczytajcie i oceńcie sami, czy dla was to śmieszne, czy żałosne, albo w tym momencie przestańcie czytać.

Obraźliwymi tekstami bohaterka zraża do siebie wszystkich ludzi oferujących pomoc. Lezie w ogień jak ćma, nie ma za grosz instynktu samozachowawczego.

Podpala śmietnik i wznieca pożar, musi przyjechać straż pożarna. Zachowanie ze wszech miar naganne, ale według autora mamy chyba ją usprawiedliwiać, bo ma misję do spełnienia.

Misja polega na tym, że trzeba się włamać. Drobna staruszka samiuteńka wyważa drzwi do mieszkania sąsiada. To pestka, przecież każda drobna staruszka przy pomocy lewarka potrafi to zrobić. To odwet za to, że wcześniej ktoś (w jej mniemaniu sąsiad) wyłamał drzwi do jej mieszkania. Drzwi były solidne i miały cztery (!) zamki, ale kaleka bez jednej nogi mógł spokojnie dokonać włamania, i na dodatek nikt na całej klatce tego nie usłyszał. Drugi sąsiad, z naprzeciwka, w czasie włamania przez kilkanaście minut siedział na kiblu i sikał (ha, ha, ha).

Staruszka jak się już włamie, okrada mieszkanie z wiktuałów sąsiada i w końcu znajduje go zamordowanego nożem. Oczywiście na kiblu (ha, ha, ha). Zaciera za sobą ślady przy pomocy mopa, przechowywanego w swoim domu. I dziwi się, że policja na to wpadła, i że strażak, którego opieprzyła doniósł policji, że ją widział w mieszkaniu denata jak sprzątała.

Autora w ogóle nie interesuje, aby jego historia miała jakikolwiek związek z rzeczywistością. Bohaterka zgłasza włamanie na lokalnym komisariacie, przyjeżdża posterunkowy, a potem okazuje się, że ten sam posterunkowy prowadzi śledztwo w sprawie trzech morderstw i w sprawie nielegalnych przejęć warszawskich kamienic. Tak, lokalny posterunkowy.

Policjant taki powinien być alfa i omegą, a rozumu mu brakuje tak samo, jak detektywce Wilkońskiej. Pozwala staruszce na prowokację w stosunku do gangsterów, nie ofiarowując żadnej pomocy i ochrony. Nie dlatego, że chce się jej pozbyć i oddać wilkom na pożarcie, tylko nie widzi zagrożenia. No bo gdzieżby tam ludzie, którzy bezwzględnie zabili już kilka osób, mogliby zabić jeszcze jedną wredną staruszkę. Do tego autor daje posterunkowemu do wykonania tajną misję, o której potem kompletnie zapomina (autor, nie policjant).

I co z tego, że czasem nawet niektóre teksty są dowcipne, kiedy o wiele częściej poziom humoru sięga rowu Mariańskiego. Gangster porywa babcię, trzyma ja w piwnicy przywiązaną do krzesła. Potem nagle babcia przestaje być zagrożeniem i wspólnie oglądają pornos. Tak! Gangster ogląda pornos ze staruszką siedzącą obok i komentującą film, i wcale mu to nie przeszkadza. Babcia nie orientuje się, że to pornos i lituje się nad dziewczyną z filmu. Potem staruszka zabija gangstera piórem, martwiąc się o to, że zniszczy się stalówka (ha, ha, ha). Gangster potyka się o kij bejsbolowy i umiera, a potem zmartwychwstaje. Zabili go i uciekł.

Rozwiązanie zagadki spada bohaterce z nieba. Przypadkiem odnajduje żonę gangstera na Polach Mokotowskich, z łatwością przekonuje ją, że jest zdradzana przez męża. Kobieta bez oporu wierzy babci i przypadkiem ma akurat dokumenty męża, które mogą go obciążyć. Oczywiście oddaje je naszej detektywce. Żadnej logiki w ciągu wydarzeń, same zbiegi okoliczności. Bzdura bzdurę bzdurą pogania.

Może te niewybredne dowcipy komuś wydadzą się śmieszne. Poczucia humoru się nie wybiera. Ale wbrew temu, co twierdzi Chmielarz, książka zupełnie się nie broni jako powieść kryminalna. Rozwiązanie zagadki – kto zabił – zostało wyciągnięte z kapelusza, jakby autor je pisał na kolanie. Po co ta cała kołomyja z warszawskimi kamienicami, skoro zabójcą okazuje się przypadkowy sąsiad, który z aferą nie ma nic wspólnego? Zemsta po tylu latach za zdradę? No dajcie spokój!

Aha, i jeśli autorowi wydaje się, że zaskoczył czytelnika wyjaśnieniem, kto za tym wszystkim stoi, to informuję, że czytelnik tylko odrobinę mądrzejszy od detektywki Wilkońskiej od razu łapie, że syn próbujący umieścić matkę w luksusowym domu starców, wyrasta na głównego podejrzanego.

Po tej zmęczeniu tej książki doszłam do wniosku, że masochizm ma jednak swoje granice. Składam spóźnione postanowienie noworoczne: szlaban na polskie debiuty kryminalne. Do odwołania.

Tagi: Jacek Galiński „Kółko się pani urwało”, Jacek Galiński „Kółko się pani urwało” opinie, Jacek Galiński „Kółko się pani urwało” recenzja, Wojciech Chmielarz warsztaty, najgłupszy detektyw

czwartek, 16 maja 2019

Allen Upward „Klub Domino” Ocena: 4/6


KOLEDZY SHERLOCKA
Dałam się nabrać.
Byłam przekonana, że czytam kolejną współczesną stylizację na angielską powieść z epoki, tym razem króla Jerzego V, a tymczasem okazało się, że jest to autentyk napisany przeszło sto lat temu! Bardzo dobrze to o książce świadczy. Mimo upływu lat, nie zestarzała się, tak jak na przykład sporo młodsza „Rebeka” Daphne du Maurier (recenzja z 23 lutego 2017).

Wielbiciele angielskich klimatów z czasów, gdy zagadki rozwiązywało się nie przy pomocy kodów DNA, lokacji telefonów komórkowych i przeszukiwaniu postów na Facebooku, a wyłącznie dzięki pracy szarych komórek, na pewno nie będą zawiedzeni.

Dostajemy klasyczną zagadkę kryminalną – zabójstwo wrednego typa, którego wiele osób miało prawo nienawidzić, ograniczony krąg podejrzanych, a do tego jeszcze zagadkę bonusową, w postaci niejasnej roli w tym wszystkim naszego głównego bohatera. Do końca nie mamy pewności, na ile możemy mu wierzyć, więc dreszczyk emocji jest trochę większy, niż gdyby chodziło o samo śledztwo. Ciekawe jest też uczynienie detektywem lekarza – specjalisty od trucizn.

Zaletą książki jest również jej dobrze wyważona objętość. W tamtych czasach powieści kryminalne były jeszcze jednowątkowe – detektyw, trup, podejrzani, morderca i tyle. Dziś musimy jeszcze poznawać całą rodzinę detektywa, nie omijając teściowej, dowiadywać się, co podejrzany jadł na obiad i czy mu smakowało, zachwycać się ołowianymi chmurami wiszącymi nad katedrą, której opis skopiowany z Wikipedii  ma dowodzić erudycji autora.

Ech… kiedyś to się pisało kryminały. Aż żal niestety, że ten autor żadnej już książki nie napisze.

sobota, 11 maja 2019

Robert Małecki „Skaza” Ocena 4/6


PRAWIE BEZ SKAZY
Zawsze bardzo się cieszę, kiedy wracam do polskiego autora po jakimś czasie i widzę, jak duże poczynił postępy, i jak coraz bardziej zaczyna doceniać swojego czytelnika.

Pierwsza powieść Małeckiego „Najgorsze dopiero nadejdzie” niespecjalnie mnie zachwyciła (recenzja z 19 lipca 2017), chociaż swoje zalety (w postaci wartkiej akcji) jednak miała, więc darowałam sobie kolejne książki z serii. „Skaza”, jak przeczytałam, to coś zupełnie innego, z nowym miejscem akcji i bohaterem. Dałam więc szansę autorowi jeszcze raz i tym razem się nie zawiodłam.

Okazało się, że Małecki wyeliminował niedociągnięcia, które przeszkadzały mi w czytaniu pierwszej serii (niedokończone wątki, nielogiczności w wyjaśnieniu motywacji mordercy, główny bohater, który wychodzi obronną ręką z każdej opresji, taki co to „zabili go i uciekł”). Tym razem mamy wiarygodnego bohatera z krwi i kości, policjanta ze swoimi zaletami i wadami, a nie supermana.  Akcja osadzona jest w małomiasteczkowych realiach, które, co można wyczuć bez problemu, są autorowi dobrze znane. Wszystko ocieka dojmującym realizmem, nawiązującym w stylistyce do najlepszych skandynawskich wzorów. Jeśli lubicie detektywa Wallandera, będziecie wiedzieli o co chodzi.

Historia współczesna przeplata się równolegle z historią z przeszłości, i chociaż dość szybko mamy przeczucie co do głównego podejrzanego, to jednak autor bardzo umiejętnie wodzi nas za nos. Nie ma zgrzytu, bo kiedy nawet domyślamy się kto, do końca nie wiemy jak i dlaczego.

W „Skazie” autor wykorzystał podobny motyw, jak w poprzedniej serii z dziennikarzem Markiem Benerem. Bohater ma swoją własną tajemnicę związaną z żoną, na której rozwiązanie pewnie pozostanie nam długo poczekać. W pierwszej serii żona dziennikarza zaginęła, w drugiej - żona policjanta została napadnięta i od dziesięciu lat jest w stanie śpiączki. W serii z Benerem pozostawienie tego wątku w stanie niedokończonym bardzo mi przeszkadzało. Tak bardzo, że odpuściłam kolejne powieści z cyklu. W drugiej serii, niby zabieg ten sam, a jednak uwiera znacznie mniej. Autor potrafił tym razem zachować odpowiednie proporcje. Wątek z żoną nie wybija się na pierwszy plan, nie mąci, nie drąży emocjonalnie, jest jednym z wielu dotyczących prywatnego życia bohatera. A bohater na tyle budzi zaufanie, że mamy pewność, że kiedyś dojdzie do prawdy, a my razem z nim. Ostrzegam jednak na zapas, że umieszczenie w następnej serii jakiejś kolejnej tajemnicy żony, może czytelnika mocno zdenerwować.

Gdyby jeszcze autor darował sobie kompletnie bezużyteczny prolog, w którym nie dowiadujemy się niczego istotnego, a który niepotrzebnie odwleka akcję i zdradza szczegóły, które o wiele ciekawiej byłoby odkryć później, to ideał byłby bliski.

Mam nadzieję, że Rober Małecki nie ustąpi w dążeniach do ideału.

niedziela, 5 maja 2019

John Grisham „Wyspa Camino” Ocena: 3/6


PRZEKRĘT MISIA PUCHATKA
Przy okazji „Baru Pod Kogutem” (recenzja z 28 czerwca 2018) pisałam, że ostatnio książki Grishama należałoby czytać co drugą. Raz kiepsko mu wychodzi, raz dobrze. Teoria w zasadzie się sprawdziła, chociaż nazwanie „Wyspy Camino” dobrą powieścią, to duża przesada. Książka jest po prostu lepsza od poprzedniej i można ją przeczytać bez bólu, ale gdzie jej tam do poziomu najlepszych powieści autora.

Tym razem Grisham zrezygnował z osadzenia akcji w środowisku prawniczym i to akurat wyszło książce na dobre. Dzięki temu wchodzimy w barwny światek amerykańskich pisarzy, księgarzy i wydawców, opisany sarkastycznie i z humorem. Podejrzewam, że dla wtajemniczonych będzie to powieść z kluczem, ale zwykły czytelnik, zwłaszcza nieamerykański, nie ma szans wzięcia udziału w zabawie odgadywania kto jest kim. I to by było na tyle, jeśli chodzi o plusy.

Intryga jest bardzo wątła: z biblioteki Uniwersytetu w Princeton zostają skradzione rękopisy F.S. Fitzgeralda. Zanosi się na przekręt w rodzaju „Ocean’s Eleven”, ale wszystko rozłazi się gdzieś na boki i robi się afera jak z Misia Puchatka; „im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”.

Autor nie może się zdecydować, kto jest głównym bohaterem tej powieści. Najpierw szczegółowo opisuje samą kradzież i osoby w nią zamieszane, potem wprowadza postać księgarza, a potem nagle tę postać porzuca, aby przedstawiać historię z punktu widzenia młodej pisarki, która ma do wypełnienia tajną misję, aż w końcu powraca do księgarza. Ani pisarki, ani księgarza nie mamy możliwości poznać na tyle dobrze, aby wczuć się w ich losy. Są nam obojętni, więc niespecjalnie nas obchodzi, kto wygra i dlaczego. Ot, zakończenie jakich wiele, a satysfakcji z tego nie ma za grosz.

Obawiam się, że również i tę „lepszą” książkę Grishama spokojnie możecie sobie darować, mając podobnie jak ja nadzieję, że następna będzie naprawdę lepsza. Zastanawiam się jednak, czy to nie jest ten moment, aby porzucić wszelką nadzieję. Przykro mi to pisać, ale mam wrażenie, że autorowi już zupełnie nie chce się wymyślać pasjonujących historii, chętnie by rzucił to pisanie i publikuje kolejne książki wyłącznie z poczucia obowiązku, bo podpisał nieopatrznie jakieś umowy.

Być może mamy tu do czynienia z sytuacją opisaną w „Wyspie Camino”. Dwie autorki piszące wspólnie szmatławe bestsellery miały świetny pomysł na poważną książkę, ale nie chciały jej oddać aktualnemu wydawcy, którego nie lubiły. Nie mogły zerwać umowy, która zobowiązywała do publikacji w tym wydawnictwie trzech tytułów, więc napisały szybko trzy szmatławce „na odczep się”, a tę poważną, zaraz po spełnieniu warunków umowy wydały gdzie indziej. Tylko, że szmatławce napisane na chybcika sprzedają się do dzisiaj, a poważna książka już dawno została zapomniana.

Czy John Grisham też chce wydać książkę u innego wydawcy, dlatego pisze na chybcika? Nawet jeśli, czytelnika zupełnie nie powinno to obchodzić. Czytelnikowi zależy tylko na tym, by czytać dobre książki, a nie uczestniczyć w grach, o których nie ma bladego pojęcia.

Tagi:  John Grisham „Wyspa Camino”, John Grisham „Wyspa Camino” recenzja, John Grisham „Wyspa Camino” opinie

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Maciej Siembieda „Gambit” Ocena: 3/6


POGADANKA NA WIELE TEMATÓW
Przeczytałam „Gambit” bez bólu zębów, ale też bez uniesień. Owszem, do pewnego momentu jakoś się to czytało, bo wydarzenie goniło za wydarzeniem, ale emocji zero. W końcu to powieść sensacyjna, szpiegowska, więc o emocje czytelnika autor powinien zadbać przede wszystkim. Nie udało się. Dlaczego?

Jest kilka powodów dlaczego moje pierwsze spotkanie z twórczością wypływającego ostatnio na szersze wody Macieja Siembiedy będzie jednocześnie ostatnim.

Autor nie potrafi budować wiarygodnych, pełnowymiarowych postaci. Mamy trójkę pozytywnych bohaterów, ale wszyscy są tak nijacy, że gdyby nie „ciekawe czasy”, z którymi muszą się zmierzyć, nikogo by nie zainteresowali tacy nudziarze. Czarny charakter pojawia się na krótko, jest tak samo mdły, jak pozytywni bohaterowie i nie czujemy w związku z tą postacią żadnego zagrożenia. Jest jeszcze rzekomy czarny charakter, ale istnieje tylko w wyobraźni głównej bohaterki i czytelnik od początku dobrze o tym wie, więc suspens nie istnieje.

Język powieści przypomina język podręcznika do historii albo artykułu prasowego. Autor beznamiętnie relacjonuje kolejne wydarzenia, jakby pisał życiorys dla drobiazgowego pracodawcy. Ponieważ w życiu głównej bohaterki sporo się wydarzyło, siłą rzeczy musi to być streszczenie. Na jednej stronie dowiadujemy się, że Wanda zimą „wyjeżdżała w pobliskie Alpy (…) wiosną odnalazła w sobie talent malarski (…) latem zaczęła żeglować (…) wcześniej ukończyła kursy kroju i szycia”. Wszystko w tej powieści napisane jest takim właśnie językiem „wyszła, spotkała się, zaczęła żeglować”.

W historii tej nie ma żadnej dramaturgii. Czyta się to gładko, bo język prosty i dużo się dzieje, więc nie ma czasu na nudę, ale napięcia nie ma. Ani razu nie mam odruchu, aby pomartwić się o głównych bohaterów, nie trzymam kciuków, żeby im się udało, wszystko mi jedno, co się z nimi stanie. Ponieważ nie mam stosunku emocjonalnego do bohaterów, więc tak od połowy coraz mniej mam ochotę dowiadywać się co będzie dalej. Dzieje się tak również dlatego, że przez cały czas nie wiem, o jaką stawkę toczy się gra.

Na samym początku zostaje zawieszona tajemnica: rok 1966 polski inżynier bardzo obawia się, że zostanie zgładzony przez ubecję, która powiąże go z tym, co zrobił jego brat zaraz po wojnie. Obawy inżyniera są ogromne, wręcz umiera ze strachu, co powoduje wrażenie, że przestępstwo brata miało skalę przynajmniej globalną, w rodzaju wykradnięcia formuły na bombę atomową. Balon podsycanej tajemnicy wisi przez cały czas, ale kiedy wreszcie na samym końcu dochodzi do wyjaśnienia, na czym polegało przewinienie brata – balon pęka. Wyjaśnienie jest banalne i od razu budzi niedowierzanie. Naprawdę inżynier tak bardzo się bał, z takiego powodu? W latach sześćdziesiątych, dawno po kilku amnestiach? To czasy gomułkowskiej małej stabilizacji, ubecja owszem działała na pełnych obrotach, ale nie mordowała bezużytecznych z ich punktu widzenia ludzi, z powodu przewinień członków rodziny, które nie różniły się niczym od podobnych przewinień tysięcy rodaków w tym czasie. Bohater tchórz czy ignorant?

Kolejny zarzut do autora, to brak umiejętności zachowania właściwych proporcji. Akcja toczy się od czasów przedwojennych do upadku berlińskiego muru i autor wcisnął do niej wszystko, co tylko przyszło mu do głowy: zdrada w szeregach AK w okupowanej Warszawie i wystawienie Niemcom generała Grota, losy Brygady Świętokrzyskiej, praca wywiadów angielskiego i amerykańskiego po wojnie, na terenie Niemiec oraz działania polskiej ubecji mieszającej im szyki, wybuch roby w Karlinie a nawet słynne porwanie izraelskich sportowców na olimpiadzie w Monachium i nieudana próba ich odbicia. 

Jesteśmy świadkami tak wielu wydarzeń historycznych, jakby celem autora była edukacja społeczeństwa, a nie napisanie „mistrzowskiego thrillera”, jak twierdzi wydawca. Cel zaiste zacny i z tego powodu dorzucam jedną gwiazdkę, chociaż beletrystyce takie zabiegi nie służą. Podobnie jak w przypadku „Fermy blond” Piotra Adamczyka (recenzja z 3 stycznia 2019) podtrzymuję twierdzenie, że powieść powinna przede wszystkim spełniać kryteria powieści (z pełnowymiarowymi bohaterami, dobrze skonstruowaną fabułą i poprawną dramaturgią), a nie pogadanki historycznej na tematy, które fascynują autora.

Czytajcie na własne ryzyko w celach edukacyjnych, ale jeśli historia najnowsza nie jest wam obca i trochę słyszeliście o wymienionych wyżej wydarzeniach, spokojnie możecie sobie „Gambit” darować. 

 Tagi: Maciej Siembieda „Gambit”, Maciej Siembieda „Gambit” recenzja, Maciej Siembieda „Gambit” opinie

piątek, 26 kwietnia 2019

Robert Galbraith „Zabójcza biel” Ocena: 3/6


NOŻYCZKI POTRZEBNE OD ZARAZ
J.K. Rowling we wcieleniu Robert Galbright nie potrafi powstrzymać się przed gadulstwem, dlatego dla równowagi ja będę się streszczać.

Po „Zabójczą biel”, podobnie jak po pozostałe książki z Cormoranem sięgnęłam tylko z powodu Macieja Stuhra. Wysłuchałam pierwszej części cyklu w jego interpretacji i wsiąkłam. To jeden z niewielu lektorów, który nie tylko fantastycznie czyta, ale też odgrywa role wszystkich występujących w powieści postaci i to jeszcze tak, że każda jest inna. Prawdziwy teatr jednego aktora. Specjalnie poczekałam na audiobooka, a kiedy trafiła się wystarczająco długa podróż uzbroiłam się w cierpliwość, powiedziałam sobie, że przecież mi się nie spieszy i zaczęłam słuchać.

Uwagi mam takie same jak do poprzednich części: intryga w porządku, bohaterowie w porządku - Cormorana i Robin naprawdę lubię, zakończenie w porządku, ale po co tyle słów? Bardzo mnie irytują wątki bez żadnego wpływu na akcję (perypetie Robin i jej męża zaczynają mi wychodzić uszami) i powtarzanie tych samych rzeczy po kilka razy. No cóż, po napisaniu serii książek dla dzieci autorce pozostała chyba belferska maniera wyjaśniania wszystkiego tak, aby mieć pewność że uczeń na pewno zrozumie.

Gdyby nie Maciej Stuhr… Wiem, wiem, powtarzam się. A przecież streściłam już wszystko, co miałam do powiedzenia.

Tagi: Robert Galbraith „Zabójcza biel” recenzja, Robert Galbraith „Zabójcza biel” opinie, Cormoran Strike, J.K. Rowling

wtorek, 23 kwietnia 2019

Camilla Läckberg „Złota klatka” Ocena: 1/6


SZWECJA DRUGĄ POLSKĄ
Ta książka to kolejny dowód na to, że Szwecja jest coraz bliżej Polski. Albo Polska coraz bliżej Szwecji, wszystko jedno, ta sama zjednoczona Europa. I tu, i tu obowiązuje prawidłowość: jeśli jakaś pisarka kryminałów zostaje okrzyknięta królową, to znaczy, że jak najszybciej powinna przestać pisać i skupić się na panowaniu, bo czytelnik za moment może sobie poszukać innej królowej.

Najnowsza powieść Camilli Läckberg sprawia wrażenie, jakby królowa zamknęła się w złotej klatce (nomen omen), kompletnie ignorując potrzeby swoich poddanych i tracąc związek z rzeczywistością. Zamiast pisać to, co najlepiej jej wychodzi, tym razem postanowiła zmierzyć się z modnym gatunkiem i tematem. Niestety, na thrillerze psychologicznym poległa z kretesem.

Thrillera w tym wszystkim tyle, co kot napłakał, a psychologii brak. Absurd goni absurd, a autorka popełnia klasyczne błędy raczkujących pisarzy. Tak jakby zaczynała od zera i nigdy nie napisała wszystkich poprzednich książek. W pogoni za modą wprowadza do książki sceny seksu, chociaż nie ma pojęcia, jak się za to zabrać: „mocniej – stęknęła (…) – wal jak tylko możesz najmocniej”. Tak to we mnie walnęło, że teraz leżę i stękam, próbując się pozbierać z podłogi.

Zaczyna się od prologu, w którym już na pierwszych stronach dowiadujemy się o zbrodni. Tego typu sztuczki stosuje się w kryminałach w dwóch wypadkach: kiedy najpierw musi paść trup, bo dalej akcja się tak ślimaczy, że inaczej, bez tej zachęty czytelnik by nie zdzierżył i dawno przestał czytać, albo kiedy prolog jest zmyłą i ma wprowadzić czytelnika na fałszywy trop. W „Złotej klatce” mamy do czynienia z obydwoma przypadkami. Policjantka wyraża się tak: „(…) na tym etapie wszystko wskazuje na to, że pani były mąż Jack zabił waszą córkę”. Łapiesz, drogi czytelniku, co tu zostało powiedziane? Bardzo nieudolna ta manipulacja.

Dalej, przez połowę książki nic się nie dzieje. Obserwujemy przygody nimfomanki, do której nie czujemy ani grama sympatii, jej spotkania typu ple, ple, ple z psiapsiółkami tak bogatymi, że aż budzą obrzydzenie. Śledzimy losy kobiety, która nic a nic nas nie obchodzi. Dlaczego nie? Bo bardzo szybko się orientujemy, że to nie jest prawdziwa kobieta. To jest produkt stworzony na potrzeby wyimaginowanego czytelnika (a raczej czytelniczki), który w założeniu autorki nie jest zbyt bystry i nie zorientuje się, że Faye to wydmuszka. Nigdy nie uwierzę w postać, która w młodości jest dynamiczna, przebojowa, przebiegła i błyskotliwa, wie, czego chce, potrafi zmienić środowisko, zaadaptować się w nowym i jest zdolna do wszystkiego, a chwilę potem zamienia się w kurę domową, która nie zdaje sobie sprawy, że mąż ją zdradza (przez kilka lat!) i nie potrafi zadbać o swoje interesy, pozwala się zostawić po rozwodzie bez grosza przy duszy i błaga męża, żeby nie odchodził.

Gdy dowiaduję się w jednej trzeciej książki, jaki los spotyka poprzedniego chłopaka bohaterki, nie mam co do tej postaci żadnych wątpliwości i tym bardziej nie wierzę, że dała się tak wykiwać mężowi. Domyślam się, o co w tym wszystkim chodzi i czytam do końca tylko po to, by upewnić się, że się nie pomyliłam.

Intryga tej książki jest szyta bardzo grubymi nićmi. Wprawdzie z głębokim trudem, ale jednak potrafiłabym uwierzyć, że bohaterka przy dużym szczęściu, zaczynając kompletnie od zera, w ciągu trzech lat mogłaby zarobić grube miliony, ale inne propozycje fabularne są nie do przyjęcia. Autorka próbuje przekonać nas, że policjanci w Szwecji to idioci, którzy nie zorientują się, że dwie identyczne historie, w które zamieszana jest ta sama osoba mają coś ze sobą wspólnego. Albo, że łebski facet, który z łatwością doszedł do fortuny nie zorientuje się, że jedyną osobą, która mogła sprzedać kompromitujące go informacje jest jego żona. Bzdury i nielogiczności można by jeszcze długo wyliczać, ale po co?

Bardzo mi żal, że Camilla Läckberg popełniła coś takiego. To kompletna kompromitacja, której porządny agent albo wydawca nie powinien przepuścić w takiej formie. Wystarczyło zwrócić uwagę i poprosić o zmiany. Ktoś przepuścił, nie poprosił. Biznes przede wszystkim. Läckberg i tak się sprzeda, a że się skompromituje? Może zasłużyła?

Oto kolejny dowód na to, że nie ma żadnej różnicy między Polską i Szwecją. Wcale mnie to nie cieszy.

Tagi:  Camilla Läckberg „Złota klatka”, Camilla Läckberg „Złota klatka” opinie, Camilla Läckberg „Złota klatka” recenzja, królowa kryminału

wtorek, 16 kwietnia 2019

Fred Vargas „Dziki Hufiec” Ocena: 5/6


NORMANDIA TUŻ ZA ROGIEM
Jak mi się znudzi ruletka z debiutantami, sięgam po autorów, do których mam zaufanie.
Francuską autorkę ukrywającą się pod pseudonimem Fred Vargas odkryłam już wiele lat temu. Wracam do niej nieregularnie, bo cyklu nie trzeba czytać w kolejności, ale zawsze z przekonaniem graniczącym z pewnością, że nie będę narzekać. Tym razem również się nie zawiodłam.

Kilka elementów sprawia, że o powieściach Vargas mogę powiedzieć, że są one „w moim stylu”.

Bardzo lubię głównego bohatera. Adamsberg trochę buja w obłokach, co wypominają mu przyjaciele: „wystarczyłoby przeciąć tu i ówdzie nieliczne więzy ziemskie, żebyś uleciał między chmury, nie mając nawet ideałów. Jak balon.” Komisarz zna jednak swoje słabości i nie pozwala sobie na przecięcie więzów. Jest człowiekiem, który nie ma oporów, aby postępować w sprzeczności z prawem, ale również osobą, na którą zawsze można liczyć. Potrafi zaopiekować się poturbowanym gołębiem, pozwala zrobić mu gniazdo we własnym bucie i jeszcze wszczyna prywatne śledztwo, poszukując osobnika, który taką krzywdę gołębiowi wyrządził. Nasz człowiek, po prostu.

Lubię klimat tworzony przez współpracowników Adamsberga, którzy tworzą prawdziwą menażerię ludzką. Sam detektyw swój zespół opisuje w ten sposób: „jest chory na hipersomnię, który ni stad, ni z owąd pada, zoolog wyspecjalizowany w rybach, zwłaszcza rzecznych, bulimiczka, która co rusz znika, żeby porobić zapasy, stara czapla biegła w baśniach i legendach, umysłowy gigant nierozstający się z białym winem i tym podobni”.

Lubię wyrafinowane poczucie humoru autorki, która tak przedstawia kolejnego z policjantów:
„Noël jest zły i zajadły, umie przyssać się na dobre. Tego też potrzebujemy.
- Dzięki – rzekł Noël bez ironii, wysoko bowiem cenił swoje wady.”

Dobrze to rozumiem, bo sama również wysoko sobie cenię swoje wady. A tymczasem, w przypadku Vargas, nie mam nawet szans spożytkować mojej wady największej, czyli upierdliwości w czepianiu się nielogicznej fabuły. Wszystko jest idealnie poukładane i nawet fantastyczne z pozoru wizje średniowiecznego hufca rycerzy, który prześladuje współczesnych Francuzów znajdują sensowne uzasadnienie. Nic nie dzieje się bez powodu, a zakończenie satysfakcjonująco zaskakuje.

Akcja rozwija się niespiesznie, ale tej akurat autorce to wybaczam, bo rekompensatą są przewyborne dygresje i językowe smaczki, nie mniej ważne niż śledztwo, oryginalność intrygi, ciekawa zagadka i barwność bohaterów. Przekonajcie się sami. Może i wam uda się książki pani Vargas polubić. 


Tagi:  Fred Vargas "Dziki Hufiec", Fred Vargas "Dziki Hufiec" recenzja, Fred Vargas "Dziki Hufiec" opinie, Fred Vargas,  "Dziki Hufiec"

poniedziałek, 18 marca 2019

Stuart Turton „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” Ocena: 3/6


DZIEŃ SZALONEGO ŚWISTAKA
Sama tego chciałam.
To miała być odskocznia od wątłych polskich kryminałów z zagadkami dla myślących inaczej. Takie puzzle 1000 elementów ze 101 dalmatyńczykami, zamiast klocków duplo.

Opis na okładce zachęcił mnie skutecznie: „O jedenastej wieczorem Evelyn Hardcastle zostanie zamordowana. Masz osiem dni i osiem wcieleń. Pozwolimy ci odejść pod warunkiem, że odkryjesz, kto jest zabójcą.” To nie może być intryga dla przedszkolaków - pomyślałam.

I nie była! Sama łamigłówka rzeczywiście, i owszem, w porządku, ale całość… już niekoniecznie. Więc teraz będzie o tym, dlaczego nie mogę z czystym sumieniem polecić wam tej powieści.

Po przeczytaniu opisu byłam przygotowana na to, że wchodzę w świat, w którym rządzą bardzo specyficzne i dziwne reguły, ale nie przyszło mi do głowy, że prawie do samego końca nie będę wiedzieć jakie. I to właśnie uwierało mnie najbardziej.

Moje wrażenia najlepiej sformułował sam autor, który tak opisał odczucia głównego bohatera: „Gdy masz za mało informacji, jesteś ślepy, gdy za dużo, zostajesz oślepiony”. Tak właśnie się czułam czytając tę powieść – przez prawie cały czas byłam ślepa, a na końcu, ledwo gdy przejrzałam na oczy, natychmiast zostałam oślepiona. „Wiem, że nic nie wiem” - jeśli nie przeszkadza wam taka opcja w kryminałach – czytajcie na własne ryzyko. Zapewniam jednak, że marna to satysfakcja, jeśli się błądzi po omacku, jak kania dżdżu łaknąc wskazówek od autora i nie mając okazji samodzielnego dochodzenia do prawdy.

Błądząc po omacku przerzucam kartki bez przyjemności, tylko z obowiązku. Zaufałam autorowi i mam nadzieję, że może wreszcie przytrafi się coś, co przyspieszy bieg wydarzeń (nie zdziwię się, jeśli duża część czytelników nie okaże Stuartowi Turtonowi takiego zaufania). Coś tam się wydarza od czasu do czasu, ale suspensu długo brak. Dzieje się tak ponieważ prawie wcale nie znamy głównego bohatera, wiemy natomiast, że tak jak w grze komputerowej ma osiem żyć i nic mu się nie może stać. Co dzień wciela się w kogoś nowego, a jego własne ego ukryte jest tak głęboko, że nie mamy pojęcia czy kochać go, czy nienawidzić. W związku z tym odbieramy faceta jako przeciętniaka bez motywacji i jego los zupełnie nas nie obchodzi.

Konstrukcja powieści zapowiedziana w opisie sugeruje od razu, że zagadki muszą być dwie: pierwsza, klasyczna – kto zabił?, druga – specyficzna dla tej powieści – o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi? Dlaczego bohater budzi się codziennie w nowym wcieleniu i jak w „Dniu świstaka” przeżywa wciąż to samo, mając jednak wpływ na bieg wydarzeń.

O ile wyjaśnienie pierwszej zagadki mogę uznać za wystarczające (choć moja osobista wrażliwość cierpi, gdy trup ściele się zbyt gęsto, przez co obojętnieję na śmierć; autor nie ustrzegł się również błędów logicznych – Donald Davies nie miał jak zdobyć sojuszników, ale to drobiazgi, na które przymykam oko), to rozwiązanie drugiej zagadki kompletnie mnie nie satysfakcjonuje. Tak jakby autor całą energię włożył w namotanie jednej intrygi, a drugą skończył byle jak, bo może czytelnik tak bardzo skupi się na rozwikłaniu tej pierwszej, że nielogiczności drugiej nie zauważy.

Wyjaśnienie powodów, dla których bohater znalazł się w tej grze jest zupełnie absurdalne, rodem ze słabej powieści s-f w której ludzie żyją na Księżycu bez masek tlenowych, czyli wszystko, co autorowi przyjdzie do głowy jest możliwe. Już prędzej kupiłabym rozwiązanie, że rzeczywistość jest takim Matrixem, pewnym rodzajem komputerowej gry, w którą większość uczestników musi grać za karę. Stwarzanie pozorów, że wszystko dzieje się naprawdę zupełnie mnie nie przekonuje, jak również to, że organizatorzy nie mają wpływu na to, co się dzieje. Jeżeli sami niewiele mogą i są dziećmi we mgle, to po co w ogóle tam są i po co ta cała zabawa? No i, dajcie spokój, naprawdę nikt się nie zorientował o co chodzi przez trzydzieści lat?!

Bardziej jednak przeszkadza mi lukier, którym autor częstuje nas na zakończenie. W spektakularną przemianę bohaterów nie wierzę dlatego, że rzadko komu wierzę na słowo. A nie dostałam, niestety, wystarczających przesłanek, które by mi to umożliwiły.

Czy sięgnę po kolejną książkę autora? Oczywiście! Wyobraźni i inteligencji Stuartowi Turtonowi nie brakuje, i mam szczerą nadzieję, że umiejętności korzystania z obu tych zalet jednocześnie zdąży się jeszcze nauczyć.

Tagi:  Stuart Turton „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle”, Stuart Turton „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” opinie, Stuart Turton „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” recenzja

poniedziałek, 4 marca 2019

Karolina Morawiecka „Śledztwo od kuchni” Ocena: 1/6


PIEKŁO DLA WIELBICIELI AGATY
Ostatnio mamy jakiś wysyp polskich kryminałów z detektywkami na emeryturze, zainspirowanych postacią słynnej panny Murple. Dopiero co pisałam o „Pani Henryce” Katarzyny Gurnard (post z 28 listopada 2018), a już pojawiła się bohaterka nowa - Karolina Morawiecka, którą autorka nazwała… swoim nazwiskiem. Może zresztą jest odwrotnie – Morawiecka to tylko pseudonim, przyjęty od nazwiska bohatera. Pewności nie mam, ale i tak źle, i tak niedobrze. Bo co powiecie, drodzy czytelnicy, kiedy napiszę, że Karolina Morawiecka jest arogancka i głupia? Mam nadzieję, że znacie mnie już na tyle dobrze, żeby się nie popełnić błędu. Nigdy nie obrzucam przecież autorów inwektywami, tylko czasami, z uporem maniaka staram się ich przekonać, że powinni przestać pisać i zająć się innymi pożytecznymi zajęciami.

Trudno mi pojąć, dlaczego Karolina Morowiecka (autorka) zaproponowała nam tak skrajnie antypatycznego i irytującego głównego bohatera.

Morawiecka (detektywka) jest przekonana o własnej wielkości, wywyższa się i przy lada okazji daje innym odczuć, że są gorsi (nie ma to nic wspólnego z subtelną chełpliwością Herkulesa Poirot, przywoływanego na każdym kroku).

Mimo swej niepodważalnej głupoty uważa, że wszystkie rozumy zjadła i w związku z tym ma prawo i obowiązek pouczania bliźnich i udzielania im dobrych rad. O dziwo, każdy z jej rozmówców bez żadnych oporów daje sobą pomiatać i z kompletnie nieznanych mi przyczyn toleruje tę agresywną babę, zamiast odpowiadać pięknym za nadobne.

Jest wścibska, bezczelna i się narzuca (i znów nie ma to nic wspólnego z taktowną dociekliwością panny Murple, która również, jako wzór do naśladowania przywoływana jest wiele razy).

Morawiecka aspiruje do elity miasteczka (wdowa po aptekarzu), a NIE CZYTA książek, bo czytanie JEST GŁUPIE! Wiedzę o życiu czerpie głównie z seriali telewizyjnych. Nigdy nie słyszała o „Lalce” Prusa i nic nie mówią jej nazwiska Izabeli Łęckiej i Stanisława Wokulskiego. Naprawdę! Nie ściemniam, to taka baba. Nie czuję do niej sympatii za grosz, a ty, drogi czytelniku?

Autorka stworzyła pokraczne indywiduum, które nie mało prawa uchować się w przyrodzie. Chyba, że na innej planecie, albo w Czechosłowacji. Siedemdziesięcioletnia kobieta, nawet jeśli jakimś cudem w latach sześćdziesiątych nie przeczytała tej szkolnej lektury (wątpliwe, bo wtedy nie tyło telewizji i internetu, więc nie było nic innego do roboty i książki się czytało, a nawet dziś „Lalka” jest chyba jedyną z niewielu lektur akceptowanych przez młodzież, bo to po prostu świetna książka), to jako fanka telewizji nie mogła przeoczyć serialu Bera, który w czasach komuny na wszystkich dwóch kanałach telewizyjnych powtarzany był po kilkanaście razy. A więc bohaterka nie dość, że niedouczona i głupia, to jeszcze niewiarygodna. A już za zmuszanie swoich gości (w tym policjantów na służbie) do zdejmowania w jej domu butów i wciskanie „kapciuszków”, kazałabym jej czyścić szczoteczką do zębów bruk w piekle.

Stosunek autorki do czytelnika wyraża się już w tytule: „Śledztwo od kuchni czyli klasyczna powieść kryminalna o wdowie, zakonnicy i psie (z kulinarnym podtekstem)”. No tak, drogi czytelniku – odczytuję intencję autorki bez pudła - na pewno nie jesteś zbyt bystry, więc na wszelki wypadek od razu wyłożę ci wszystko kawa na ławę.

Jeżeli ktoś dobrze się czuje w roli przedszkolaka, któremu trzeba wszystko powtórzyć kilka razy, żeby zrozumiał, na pewno będzie książką usatysfakcjonowany. Najważniejsze to znaleźć motyw, znaleźć motyw, znaleźć motyw - powtarza detektywka przy każdej okazji. To musiała być zazdrość, na pewno zazdrość, na pewno zazdrość – odpowiada sobie natychmiast, bo przecież to takie oczywiste. No więc po co dalej to całe dochodzenie?

Śledztwo Morawieckiej polega na tym, że przeprowadza całą serię rozmów, z których albo nic nie wynika, albo wynika wciąż to samo: z tej, co ją zabili, to „niezłe ziółko było”. Czytelnik oczywiście musi to sobie utrwalić, więc powiadamiany jest o każdym bezskutecznym działaniu po kilka razy. Kiedy detektywka dociera wreszcie do istotnej informacji, autorka znów musi mieć pewność, że do czytelnika wszystko dotrze. Trzeba to przekazać w rozmowie z młodszym policjantem, starszym policjantem, z zakonnicą i jeszcze w monologu.

Morawiecka (autorka) uważa również, że im częściej powtarza się dowcip, tym robi się śmieszniejszy. Kiedy czytam po raz pierwszy dialog: „Jestem siostra Tomasza” (przedstawia się zakonnica) „Jakiego Tomasza”? (odpowiada zdezorientowany rozmówca, nie chwytając, że to forma żeńska męskiego imienia Tomasz) - to nawet się uśmiecham. Za drugim razem jeszcze jakoś to znoszę, ale za siódmym (!!!) zgrzytam zębami i mam ochotę tym razem Morawieckiej autorce wręczyć szczoteczkę do zębów i kazać polerować bruk w piekle.

Zakonnica – druga, o wiele sympatyczniejsza detektywka, odgrywająca rolę Watsona (i znów dowcip „kto tu jest Watsonem, a kto Sherlockiem” powtarzany jest tyle razy, że szkliwo na zębach aż starło mi się ze zgrzytania) mogłaby być jaśniejszy punktem tej opowieści, ale podobnie jak Morawiecka jest kompletnie niewiarygodna. Wyobrażacie sobie zakonnicę feministkę ze skłonnościami do gender? Jeśli naprawdę ma takie poglądy, to jak mogła z własnej i nieprzymuszonej woli wstąpić do zakonu, gdzie musi żyć w sprzeczności z wyznawanymi ideałami, i gdzie nie ma miejsca na bunt, bo obowiązuje zasada posłuszeństwa i pokory? Morawiecka (autorka) naprawdę nie wie, że zakon to takie wojsko, w którym wykonuje się rozkazy?

Mogłabym przymknąć oko na tę niedorzeczność, ze względu na sympatię do siostry Tomaszy, gdyby to był jedyny zarzut do tej powieści. Ale nie jest, absurdy wychodzą na każdym kroku. Morawiecka (detektywka) wysyła na przykład policjanta do Krakowa, zlecając wykonanie bezużytecznej pracy Herkulesa: ma sprawdzić we wszystkich (!) aptekach (których w tym mieście jest pewnie ze trzy razy więcej, niż kościołów), czy nie pamiętają gościa, który kupował bez recepty niebezpieczny lek. A wystarczyłoby przecież zapytać dziewczynkę z kim się spotkała.

Czytelnik, który nie jest przedszkolakiem, i który w przeciwieństwie do bohaterki wie, o co chodzi w „Lalce” Prusa, może domyślić kto jest mordercą już w dwóch trzecich powieści. Kiedy wreszcie sama autorka wyjaśnia łaskawie, kto zabił, dla większej skuteczności robi to trzy razy. Już nie tylko zgrzytam zębami. Wyję z rozpaczy.

A wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze? Nie dość, że wymęczyłam się niemiłosiernie czytając tę książkę, to potem jeszcze przeżywałam piekielne katusze, starając się napisać o niej coś konstruktywnego. Wybaczcie więc, że ta recenzja też jest taka... wymęczona. Ale przynajmniej krótsza.

Najgorszemu wrogowi nie życzę kontaktów z Morawiecką (detektywką) i Morawiecką (autorką). O Morawieckiej (osobie) się nie wypowiadam, bo nie znam. A nawet podejrzewam, że kiedy nie pisze, tylko gotuje, może być całkiem sympatyczna. I nie jest to wtręt antyfeministyczny, tylko aluzja do szeroko opisywanej pasji Morawieckiej (bohaterki).

poniedziałek, 25 lutego 2019

Anna Fryczkowska „Wdowinek” Ocena: 2/6


WIEŚ NIESPOKOJNA I NIEWESOŁA
Traktuję tę książkę jako wypadek przy pracy. Nawet najlepszemu autorowi zdarza się wejść na minę i to jest właśnie ten casus. Autorka chwalona przeze mnie za „Sześć kobiet w śniegu” (post z 31.10.2016) postanowiła zmierzyć się z tematem, który, odnoszę wrażenie, kompletnie jej nie leży i na którym poległa z kretesem.

Wydawnictwo „Świat Książki” sprzedaje tę książkę jako thriller psychologiczny i to jest największa ściema. Ani to thriller, ani psychologiczny. Autorka wprawdzie zgrabnie zawiesza na wstępie tajemnicę, ale potem napięcie zupełnie znika. Akcja wlecze się niemiłosiernie, nic się nie dzieje, nie dowiadujemy się niczego istotnego. Powodem jest szkolny błąd warsztatowy: Fryczkowska opowiada o tym samym, z punktu widzenia różnych osób. Taki zabieg sprawdza się wtedy, gdy każda z postaci ma coś zupełnie nowego do powiedzenia, kiedy obserwujemy sytuację z wielu różnych perspektyw. Ale kiedy wszyscy mówią w kółko o tym samym, czytelnik zaczyna ziewać i domagać się, żeby wreszcie coś zaczęło się dziać.

Intryga jest do bólu przewidywalna. Kiedy tak mniej więcej w jednej trzeciej powieści autorka uchyla w końcu rąbka tajemnicy, mnie ten rąbek wystarczy, żeby domyślić się, jak wszystko się dalej potoczy. Doczytuję do końca tylko dlatego, żeby się upewnić, czy miałam rację. I wcale mnie nie cieszy, że mogę powiedzieć: a nie mówiłam.

Jeżeli ktoś, tak jak ten recenzent, który dość ekstrawagancko polecał lekturę bardzo słabej książki Magdy Kuydowicz „Stało się”, twierdząc że to „jedyny i najlepszy kryminał jaki przeczytał” (post z 18.11.2018), nigdy nie miał do czynienia z thrillerem psychologicznym albo ani razu nie słyszał o przemocy w rodzinie, być może uzna powieść Fryczkowskiej za interesującą. Ale nawet początkujący czytelnik na pewno nie przeoczy spoilera w tytule. W wydawnictwie chyba wszyscy redaktorzy przysnęli w trakcie pracy nad tą książką, bo jak inaczej wytłumaczyć tak kardynalną wpadkę? Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby „Żmijowisko” było zatytułowane, na przykład, „Dzieciobójca”?

I tytuł, i brak suspensu dałoby się jakoś usprawiedliwić w przypadku powieści obyczajowej. Jednak również w tym gatunku „Wdowinek” zupełnie się nie sprawdza.

Polska wieś opisana jest tak, jakby zamieszkiwały ją wyłącznie bierne kobiety – ofiary brutalnych mężów. Wszystkie kobiety są szlachetne, a mężowie to ćwoki w gumiakach i damscy bokserzy (wyjątek potwierdza regułę).

Główna bohaterka nie budzi żadnych emocji. Andżelika, ledwo zostaje pełnoletnia ucieka z domu, i nie utrzymuje żadnych relacji z rodziną przez dziesięć lat. Pomijam już fakt, że jej krok jest tak drastyczny, że natychmiast się domyślam dlaczego to zrobiła (i znowu trafiam bez pudła, niestety), ale naprawdę chciałabym ją trochę lepiej poznać, wiedzieć jak sobie radziła przez te dziesięć lat. O dziewczynie, która po latach pobytu w mieście uznaje swe imię za wsiowe i każe się nazywać Anielą, w kwestii jej motywacji dowiaduję się jednak tak niewiele, że nie mam szansy się z nią zaprzyjaźnić, polubić albo znielubić, uwierzyć w sensowność jej działania. W konsekwencji - losy Andżeliki nic mnie nie obchodzą. To najgorsze, co może przytrafić się bohaterowi – czytelnik ma głęboko gdzieś, co się z nim stanie.

Aniela nie budzi emocji, bo jest niewiarygodna psychologicznie, wewnętrznie sprzeczna. Skoro zdobyła się na tak desperacki krok, jak zerwanie więzi z rodziną i w tym wytrwała, to znaczy, że jest osobą silną psychicznie i odważną (do tego zdolną: najlepsza uczennica w liceum, według nauczycielki). Skoro jest taka dzielna, to zupełnie nieprawdopodobne wydaje się to, że przez te dziesięć lat nie potrafiła ze swoim życiem zrobić niczego konstruktywnego. Naprawdę, taka trauma i wycofanie z powodu jednego „niegrzecznego” zachowania zapijaczonego tatusia i braku natychmiastowej reakcji mamusi? Zupełnie w to nie wierzę.

Sytuacja opisana w powieści, kiedy wszyscy o wszystkim dobrze wiedzą, nikt się nie wychyla i nikt nie ma problemu z tym, co się wydarzyło, również wydaje mi się oderwana od rzeczywistości. Wyparcie zbiorowe, czy zbiorowa hipnoza? Naprawdę, nikt nie zainteresował się losem zaginionych? Żyli w jakiejś alternatywnej rzeczywistości? Ta intryga jest szyta bardzo grubymi nićmi.

W tej książce nie znajdziemy żadnych niuansów ani odcieni szarości. Przemoc rodzi przemoc, bierność rodzi bierność, obojętność innych nas zabija, trudno się otrząsnąć z traumatycznego dzieciństwa  – i parę jeszcze innych dobrze znanych schematów i klisz. Jeżeli upieracie się, żeby się wynudzić, to czytajcie. Na własną odpowiedzialność.