środa, 28 grudnia 2022

Anna Klejzerowicz „Stara papiernia” Ocena: 4/6

SOLIDNA FIRMA

Annę Klejzerowicz bardzo cenię za to, że nie przegina. Nie wpycha na siłę zboczeńców, sadystów, pedofili tylko dlatego, że to akurat modne. Nie robi z detektywów Jamesów Bondów, którzy na swych rowerach-amfibiach przeszukują dno Atlantyku bez masek tlenowych, nie promuje też popaprańców-detektywów, którym nic w życiu nie wyszło, bo tylko ta praca, i praca, i wsadzanie do więzienia psychopatów. Klejzerowicz opowiada historie, które nam również mogłyby się przydarzyć.

Tym razem bohaterką – detektywką jest Felicja Stefańska - dziennikarka lokalnej gazety w małym miasteczku, osoba którą bez problemu można nie tylko polubić, ale nawet utożsamić się w wystarczającym stopniu, aby wspólnie z nią rozwiązywać zagadkę.

Anna Klejzerowicz potrafi również zachować odpowiednie proporcje. Nie ma u niej niepotrzebnego gadulstwa, zapychaczy, które służą tylko po to, by zwiększyć objętość książki, bo grube „lepiej się sprzedają”. Wszystkie wątki się kończą, rozwiązanie zagadki jest logicznie uzasadnione. Czytelnik nie czuje się wykiwany.

To piąta część serii. Zapewne, ze względu na wątki osobiste, lepiej zacząć od początku, ale ja tam zaczęłam od końca i zupełnie mi to nie przeszkadzało. Jak dla mnie – to wielka zaleta.

„Stara papiernia” to wciąż solidna robota mimo, że to już ochnasta książka autorki i miałaby prawo odpocząć i spuścić z tonu. Dobrze, że są jeszcze tacy autorzy.

Przed jednym tylko ostrzegam: nawet niech wam przez myśl nie przejdzie, aby sięgać po audiobook. Pierwszy raz przydarzyła mi się sytuacja, kiedy zaczęłam słuchać i przerwałam po kilkunastu akapitach, ze względu na lektora. Jeśli zastanawiacie się, czy to możliwe, żeby lektorka była gorsza niż prototyp syntezatora mowy, który nie zna pojęcia interpretacja tekstu, to zapewniam – tak, to możliwe. Monika Prześlakowska czyta nawet nie jak robot, tylko mechanicznie nakręcana zabawka, tak samo się zacinając w regularnych odstępach, co kilka zdań. Nie da się tego słuchać. Nie da.

 

czwartek, 24 listopada 2022

Marek Stelar „Góra kłopotów” Ocena: 1/6

PITOLENIE NA BOŻE NARODZENIE

Nie wiem, jak Marek Stelar mógł popełnić coś takiego. To nie jest książka dla jego czytelników, to jest książka dla wielbicielek Iwony Banach.

Jeżeli lubicie powieści, w których świat zaludniają wyłącznie idioci i bawi was naśmiewanie się z kretynów, to oczywiście czytajcie. Już nie wypominam, że kryminału w tym za grosz, bo wydawca sam ostrzega na okładce, że to historia „prawie” kryminalna. Ale niech chociaż byłaby jakaś akcja, choć jeden bohater, któremu można by kibicować (bo jakoś z żadnym, z dziwnych powodów, nie jestem w stanie się utożsamić), jakiś gram suspensu, jakichś kilka sensownych dialogów, jakiś pomysł, jakiś temat. A jest tylko nuda. No bo, jak długo jesteście w stanie znieść dialogi o niczym, w których chodzi tylko o to, żeby się popisać (wątpliwym) poczuciem humoru? Ile już było opowieści wigilijnych rozgrywających się w górskim domu zasypanym śniegiem, odciętym od świata?

Wytrzymałam dwie godziny audiobooka i przerzuciłam się na druk, żeby można było kartkować strony. Wciąż miałam nadzieję, że wreszcie coś zacznie się dziać, przecież to Marek Stelar. Nic z tego. Aby oszczędzić wam zawodu, zamieszczam krótkie streszczenie, żebyście wiedzieli, co możecie sobie darować.

Jadą. Gadają.

Dojeżdżają do pensjonatu w górach. Gadają.

Sypie śnieg.

Jedzą. Gadają.

Piją. Gadają.

Dołącza nieproszony gość. Nic z tego nie wynika. Gadają.

Hałas w łazience budzi wszystkich. Nic z tego nie wynika. Gadają.

Przynoszą choinkę z lasu. Gadają.

Dom już całkiem zasypany. Nie ma prądu. Jest prąd. Znowu nie ma prądu. Gadają.

Znajdują trupa. A co to za problem? Niech sobie leży. Gadają. Nie na temat.

Nic się nie dzieje. Trup nadal leży. Gadają.

Wychodzą na dach. Spadają z dachu. Gadają.

Ubierają choinkę. Choinka się przewraca. Ubaw po pachy.

Stop!

Uwaga! Spoiler!

 

 

 

Trup ożywa.

Hurra!

Wigilia. Kolacja. Kolędy. Pojednanie.

 

Kurtyna.

środa, 2 listopada 2022

Krzysztof Bochus „Czarna krew” Ocena: 1/6

PRZEPIS NA PAPKĘ

A pomyśleć, że kiedyś tak się zachwycałam debiutem Krzysztofa Bochusa („Czarny manuskrypt”). A pomyśleć, że z taką nadzieją sięgałam po jego książkę drugą („Martwy błękit”), ale nadzieja okazała się płonna. Dałam jednak autorowi jeszcze jedną szansę. I co?

Powiedzieć, że „Czarna krew” srogo mnie zawiodła – to nic nie powiedzieć. Gdy z wielkim mozołem dotarłam do ostatniej strony, miałam ochotę wytłuc wszystkie talerze w kuchni, rzucając nimi (celnie) w autora. Jak można tak rozmienić talent na drobne? Jak można tak lekceważyć czytelnika? Tania popularność naprawdę jest tak przyjemna? Naprawdę, trzeba co chwila publikować książki, nawet gdy się nie ma o czym pisać? Może jednak to nie „taniość” jest tu słowem kluczowym, tylko „popularność”, bo to ona przekłada się na kasę?

„Czarna krew” - to papka (termin zapożyczony od Raymonda Chandlera), produkowana dla czytelnika, który kupi wszystko, o ile to „wszystko” poleci instagramowa blogerka albo gdzieś mu się tam zakołacze nazwisko autora. A jeśli autor publikuje na tyle często, żeby jego nazwisko regularnie kołatało się po mediach społecznościowych, to koło fortuny zaczyna nakręcać się samo.

Czytajcie „Czarną krew”, jeśli chcecie poznać przepis na to, jak napisać książkę - papkę, kiedy nie ma się na nią żadnego pomysłu:

  1. Weź psychopatycznego mordercę, który będzie się mścić na przyszłych pokoleniach za jakiekolwiek zbrodnie z przeszłości. Może to być, na przykład, odwet za donos na Gestapo w czasach II wojny światowej, ale wszystko jest dopuszczalne, bo wariat, to wariat. Równie dobrze mógłby się mścić na cudownie odnalezionych potomkach Jagiełły za to, że po bitwie pod Grunwaldem ich prapradziad nie rozwiązał zakonu Krzyżaków.
  2. Wrzucaj sceny z przeszłości wtedy, gdy zabraknie ci konceptu, jak rozwijać współczesną akcję. Pisz, co chcesz, możesz w kółko o tym samym i bez związku z teraźniejszością, byle było dobrze udokumentowane. Czytelnik musi uwierzyć, że jesteś erudytą.
  3. Jak nie masz o czym pisać, pisz trzy razy o tym samym: najpierw z punktu widzenia mordercy, który od razu wyjawi swój motyw, żeby czytelnik nie musiał się wysilać, potem pokaż, jak do prawdy, którą czytelnik już dobrze zna mozolnie dochodzi detektyw, a potem jeszcze napisz, jak policjanci-idioci miotają się we mgle i nie potrafią dojść do wniosków, które czytelnik już dawno dostał na tacy. Trzeba w ten sposób dopieszczać czytelnika, żeby nie pomyślał czasem, że nie może rozwiązać zagadki, bo jest idiotą. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że trafisz na rzadki rodzaj czytelnika, który papki nie trawi i poczuje się niedoceniony. Możesz mu wtedy powiedzieć, że nie dla idiotów, to co najwyżej w Media Markt albo u Tokarczuk, ewentualnie.
  4. Niech główny bohater ma jakąś traumę, najlepiej, jeśli by kogoś zabił. Pamiętaj, żeby przynajmniej trzy razy przypomnieć o tym czytelnikowi. W końcu coś trzeba zrobić, żeby stron przybywało, a trauma zawsze dobrze się sprzedaje.
  5. Nie zapomnij, żeby psychopata był wybrańcem Pana Boga. Wszystko co zaplanuje musi mu się udać, przypadkiem coś usłyszy, przypadkiem okno będzie otwarte, przypadkiem ochroniarz zrobi sobie wolne, przypadkiem ktoś otworzy drzwi, bo czegoś nie zrozumie. Im bardziej Pan Bóg będzie pomagał i złoczyńcom, i policjantom – tym lepiej, w końcu, jak już nie ma w co wierzyć, zawsze pozostaje wiara w Pana Boga.
  6. Na koniec główny bohater musi wpaść w tarapaty. Taki jest papkowy standard. To nic, że przez cały czas był łebskim facetem. W zakończeniu ma okazać się idiotą, który chociaż wszystko wiedział i przewidział, to jednak właśnie teraz, bo tak sobie autor wymyślił, musi dać dupy.
  7. Ale nic to! Wreszcie koniec! Od czego ma się przyjaciół i Pana Boga? I oni wespół w zespół pomagają. I happy end! I hurra!

Moi Drodzy Czytelnicy! Recepta jest taka prosta, że z utęsknieniem czekam na wasze historie. Powodzenia.

wtorek, 18 października 2022

Kathryn Croft , „Nie pozwól mu odejść” Ocena: 3/6

NI TO, NI SIO

Odnotowuję tę książkę tylko dla celów archiwalnych. Zaraz bym zapomniała, że tę autorkę już przetestowałam i potem mogłabym się nabrać na atrakcyjny opis na okładce albo dałabym się przekonać entuzjastycznej recenzji.

Spokojnie, nie jest aż tak tragicznie, daje się to czytać i nawet ciekawa byłam, jak się wszystko zakończy (obiecywane przez niektórych recenzentów zaskoczenie), tylko jakieś to wszystko było … nijakie takie.

Autorka pisze w czasie teraźniejszym, co siłą rzeczy powoduje, że styl musi być ubogi. Tylko mistrzowie sobie radzą z taką formą, na przykład Alex Marwood. Katheryn Corft zapewne się wydawało, że dzięki temu akcja przyspieszy, ale to się nie udało.

Obiecanego thrillera nie ma (dopiero na samiutkim końcu coś zaczyna się dziać), ale ta zagrywka wydawców nie powinna już mnie dziwić. Zagadka nawet jest. W warstwie obyczajowej też jest jako tako. Można przeczytać i zapomnieć, albo nie przeczytać i też nie będzie straty.

Ja na panią Croft już raczej się nie skuszę.