poniedziałek, 25 lutego 2019

Anna Fryczkowska „Wdowinek” Ocena: 2/6


WIEŚ NIESPOKOJNA I NIEWESOŁA
Traktuję tę książkę jako wypadek przy pracy. Nawet najlepszemu autorowi zdarza się wejść na minę i to jest właśnie ten casus. Autorka chwalona przeze mnie za „Sześć kobiet w śniegu” (post z 31.10.2016) postanowiła zmierzyć się z tematem, który, odnoszę wrażenie, kompletnie jej nie leży i na którym poległa z kretesem.

Wydawnictwo „Świat Książki” sprzedaje tę książkę jako thriller psychologiczny i to jest największa ściema. Ani to thriller, ani psychologiczny. Autorka wprawdzie zgrabnie zawiesza na wstępie tajemnicę, ale potem napięcie zupełnie znika. Akcja wlecze się niemiłosiernie, nic się nie dzieje, nie dowiadujemy się niczego istotnego. Powodem jest szkolny błąd warsztatowy: Fryczkowska opowiada o tym samym, z punktu widzenia różnych osób. Taki zabieg sprawdza się wtedy, gdy każda z postaci ma coś zupełnie nowego do powiedzenia, kiedy obserwujemy sytuację z wielu różnych perspektyw. Ale kiedy wszyscy mówią w kółko o tym samym, czytelnik zaczyna ziewać i domagać się, żeby wreszcie coś zaczęło się dziać.

Intryga jest do bólu przewidywalna. Kiedy tak mniej więcej w jednej trzeciej powieści autorka uchyla w końcu rąbka tajemnicy, mnie ten rąbek wystarczy, żeby domyślić się, jak wszystko się dalej potoczy. Doczytuję do końca tylko dlatego, żeby się upewnić, czy miałam rację. I wcale mnie nie cieszy, że mogę powiedzieć: a nie mówiłam.

Jeżeli ktoś, tak jak ten recenzent, który dość ekstrawagancko polecał lekturę bardzo słabej książki Magdy Kuydowicz „Stało się”, twierdząc że to „jedyny i najlepszy kryminał jaki przeczytał” (post z 18.11.2018), nigdy nie miał do czynienia z thrillerem psychologicznym albo ani razu nie słyszał o przemocy w rodzinie, być może uzna powieść Fryczkowskiej za interesującą. Ale nawet początkujący czytelnik na pewno nie przeoczy spoilera w tytule. W wydawnictwie chyba wszyscy redaktorzy przysnęli w trakcie pracy nad tą książką, bo jak inaczej wytłumaczyć tak kardynalną wpadkę? Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby „Żmijowisko” było zatytułowane, na przykład, „Dzieciobójca”?

I tytuł, i brak suspensu dałoby się jakoś usprawiedliwić w przypadku powieści obyczajowej. Jednak również w tym gatunku „Wdowinek” zupełnie się nie sprawdza.

Polska wieś opisana jest tak, jakby zamieszkiwały ją wyłącznie bierne kobiety – ofiary brutalnych mężów. Wszystkie kobiety są szlachetne, a mężowie to ćwoki w gumiakach i damscy bokserzy (wyjątek potwierdza regułę).

Główna bohaterka nie budzi żadnych emocji. Andżelika, ledwo zostaje pełnoletnia ucieka z domu, i nie utrzymuje żadnych relacji z rodziną przez dziesięć lat. Pomijam już fakt, że jej krok jest tak drastyczny, że natychmiast się domyślam dlaczego to zrobiła (i znowu trafiam bez pudła, niestety), ale naprawdę chciałabym ją trochę lepiej poznać, wiedzieć jak sobie radziła przez te dziesięć lat. O dziewczynie, która po latach pobytu w mieście uznaje swe imię za wsiowe i każe się nazywać Anielą, w kwestii jej motywacji dowiaduję się jednak tak niewiele, że nie mam szansy się z nią zaprzyjaźnić, polubić albo znielubić, uwierzyć w sensowność jej działania. W konsekwencji - losy Andżeliki nic mnie nie obchodzą. To najgorsze, co może przytrafić się bohaterowi – czytelnik ma głęboko gdzieś, co się z nim stanie.

Aniela nie budzi emocji, bo jest niewiarygodna psychologicznie, wewnętrznie sprzeczna. Skoro zdobyła się na tak desperacki krok, jak zerwanie więzi z rodziną i w tym wytrwała, to znaczy, że jest osobą silną psychicznie i odważną (do tego zdolną: najlepsza uczennica w liceum, według nauczycielki). Skoro jest taka dzielna, to zupełnie nieprawdopodobne wydaje się to, że przez te dziesięć lat nie potrafiła ze swoim życiem zrobić niczego konstruktywnego. Naprawdę, taka trauma i wycofanie z powodu jednego „niegrzecznego” zachowania zapijaczonego tatusia i braku natychmiastowej reakcji mamusi? Zupełnie w to nie wierzę.

Sytuacja opisana w powieści, kiedy wszyscy o wszystkim dobrze wiedzą, nikt się nie wychyla i nikt nie ma problemu z tym, co się wydarzyło, również wydaje mi się oderwana od rzeczywistości. Wyparcie zbiorowe, czy zbiorowa hipnoza? Naprawdę, nikt nie zainteresował się losem zaginionych? Żyli w jakiejś alternatywnej rzeczywistości? Ta intryga jest szyta bardzo grubymi nićmi.

W tej książce nie znajdziemy żadnych niuansów ani odcieni szarości. Przemoc rodzi przemoc, bierność rodzi bierność, obojętność innych nas zabija, trudno się otrząsnąć z traumatycznego dzieciństwa  – i parę jeszcze innych dobrze znanych schematów i klisz. Jeżeli upieracie się, żeby się wynudzić, to czytajcie. Na własną odpowiedzialność.

wtorek, 5 lutego 2019

Nir Hezroni „Trzy koperty” – Ocena: 3/6


STRACH SIĘ BAĆ
Izraelskiego thrillera jeszcze nie czytałam, więc przyszedł wreszcie i na niego czas.

Ostrzegam lojalnie – ta książka kończy się w połowie. Albo w jednej trzeciej, nie wiem, co tam autorowi chodzi po głowie. Jeżeli nie lubicie takich numerów w powieściach szpiegowskich, poczekajcie aż autor napisze kontynuację i dopiero wtedy weźcie się za czytanie. Albo i nie. Nie mam przekonania, czy mogę wam „Trzy koperty” polecić. Dlatego ocena tak pośrodku, nijaka.

Z jednej strony książka opowiada o rzeczach niezwykle ciekawych (już same metody działania izraelskiego wywiadu by wystarczyły, a pomysły wywiadowcy do tego tak odlotowe, że czytam i coraz szerzej otwieram oczy ze zdumienia), ale z drugiej strony autor wprowadza w narracji elementy nieznośnie irytujące. Sny wariata (bo od początku wiemy, że bohaterem jest wariat) pojawiają się regularnie i w takim natłoku, że skutecznie odbierają tę przyjemność z lektury, która pojawia się w bardziej dynamicznych partiach.

Ja w każdym razie po część kolejną nie sięgnę, z trzech powodów:
1. Jak się ukaże kontynuacja, to już zapomnę, o co w części pierwszej chodziło.
2. Nie interesuje mnie, czy bohater okaże się naturalnym wariatem (bo wtedy jego motywacje są oczywiste), czy sztucznym i został tak „zaprogramowany” (bo w takie rzeczy nie wierzę). Może za dwadzieścia lat wyjdzie na jaw, że nie miałam racji i naukowcy znajdą pomysł, jak zmienić ludzi w armię klonów, programując nasz mózg tak, abyśmy stali się maszynkami do zabijania, ale póki co, to science–fiction, a tego w powieściach szpiegowskich bardzo nie lubię.
3. Lektura „Trzech kopert” sprawiła, że temat wywiadu izraelskiego wciągnął mnie na poważnie. Musiałam przecież dowidzieć się, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna wyobraźnia autora. Okazało się, że rzeczywistość daleko przerasta wyobraźnię. Dociekliwym proponuję przeczytać: „Powstań i zabij pierwszy. Tajna historia skrytobójczych akcji izraelskich służb specjalnych” Ronena Bergmana. To książka popularno-naukowa, pełna faktów, i nie jest tak przystępnie napisana, jak „Trzy koperty”, ale dopiero po tej lekturze włos naprawdę jeży się na głowie.

Strach się bać. 

Tagi:  Nir Hezroni „Trzy koperty” , Nir Hezroni „Trzy koperty” opinie, Nir Hezroni „Trzy koperty” recenzja