poniedziałek, 5 października 2026

Zbigniew Górniak „Książkowisko próżności” Ocena: 6/6

 

ILUZJA KRZYWEGO ZWIERCIADŁA

Ta książka jest tak diablo inteligentna i tak bosko dowcipna, że autor na pewno nie zrobi na niej kariery. Błyskotliwe dialogi, doskonały styl, najwyższej klasy groteska, ostrze satyry tnie z precyzją skalpela trzymanego w ręku przez najlepszego chirurga. Do tego jeszcze narracja w drugiej osobie, co na dzień dobry odrzuci miliony much i trafi tylko do nielicznych, którzy potrafią takie cymesy docenić.

„Książkowisko próżności” rozgrywa się w środowisku pisarzy i wydawców książek, i autor nie oszczędza nikogo. Ten światek przedstawiony jest z wyrafinowaną ironią, bez żadnej taryfy ulgowej, bez głaskania po głowie sponsorów i uznanych twórców. Dlatego jest tak wiarygodny. Wydaje się, że widzimy wszystko w krzywym zwierciadle, ale nie ufajcie pierwszemu wrażeniu - to najprawdziwsza rzeczywistość.

„Książkowisko próżności” - to powieść z kluczem. Najłatwiej będzie rozszyfrować wszystkie niuanse czytelnikom z tego samego pokolenia, co Zbigniew Górniak (czyli urodzonym jeszcze w poprzedniej epoce), bo wtedy wszystkie kody kulturowe będą czytelne. W tamtych czasach (wyjaśnienie dla młodzieży) rynek kultury nie był jeszcze zalewany szambem. Oglądało się te same dobre filmy, czytało te same dobre książki, słuchało tej samej dobrej muzyki, i o pewnych rzeczach po prostu nie wypadało nie wiedzieć.

Jeśli jesteście dużo młodsi i ta przyjemność wam umknie, nie przejmujcie się, bo warstwa współczesna ma dużo szerszy zakres i na pewno dostarczy wam dobrej zabawy. Bez trudu wpadniecie przecież kto ukrywa się pod pseudonimem Albin Chłodny, a odniesienia do wielkich portali czytelniczych kształtujących (pardon, wypaczających) gusta również wam nie umkną. Jeśli nawet nie wszystko będzie czytelne, nadal będzie fan. Informacja o pochodzeniu nazwy wydawnictwa „G&K” rozbawiła mnie do łez. Wzięła się ona od nazwisk wspólników, które brzmiały Groch i Kapusta. Trudno by było lepiej oddać zawartość publikowanych przez to wydawnictwo książek.

Jeśli do tego dodam, że jest tu ciekawy pomysł na fabułę (powieść w powieści i jeszcze raz w powieści, w tym jedna pisana przez ghostwritera, a druga przez robota), dobrze poprowadzona intryga i satysfakcjonujące zakończenie, nie będziecie już mieć żadnego pretekstu, żeby tej książki nie przeczytać.

Żeby nie było tak słodko, pomarudzę standardowo na trochę zbyt długo rozwijający się początek (nie znamy jeszcze dobrze bohatera, więc przeszłość i przyszłość odrobinę się miesza), ale to tak tylko dla zasady. W tym wypadku plusy skutecznie przesłoniły mi minusy, czego i wam życzę. Bawcie się!

P.S. Wrzucam maksymalną ocenę, żeby zrównoważyć głosy tych, którzy niczego nie zrozumieli.

niedziela, 20 września 2026

Izabela Szylko „Jak napisać kryminał i nie paść trupem” Ocena: 6/6

JAK NIE PAŚĆ TRUPEM

Niektórzy polscy autorzy nie tolerują krytyki swojej twórczości. Czasami, kiedy zamieszczam jakieś nieprzychylne recenzje na portalach społecznościowych, natychmiast włączają się do dyskusji, broniąc swoich dzieł mniej więcej w taki sposób: „Krytykować to może każdy głupi. Jak jesteś taka mądra – to sama napisz kryminał”. Po przeczytaniu książki „Jak napisać kryminał i nie paść trupem” zaczynam rozważać taką opcję.

Izabela Szylko ma lekkie pióro i zna zasady dramaturgii, jej poradnik czyta się więc lepiej niż niejeden polski kryminał. Nie ma lania wody, same konkrety podane w przystępny sposób, wzbogacone licznymi przykładami i anegdotami. Jak się czyta tę książkę, to wszystko wydaje się takie proste, że nic tylko siadać i pisać. Ale najpierw czytać, tak dużo, jak się da, bo „bez czytania nie ma pisania”.

Tę radę powtarzało wielu autorów, od Stevena Kinga po Remigiusza Mroza, żaden jednak z ich poradników nie zawierał konkretnych i bardzo praktycznych zasad tworzenia powieści kryminalnej. „Jak napisać kryminał…” to jedyny taki podręcznik dostępny na polskim rynku, w którym możecie prześledzić proces pisania kryminału, krok po kroku. Nawet książka Lesley Grant-Adamson „Jak napisać powieść kryminalną” jest tylko zbiorem refleksji autorki o powieściach kryminalnych i nie podpowiada, jak się zabrać do pisania. Obawiam się, że autorzy kryminałów po prostu zachowują pewne sekrety dla siebie, żeby nie ułatwiać życia konkurencji. Izabela Szylko, która przyznała mi się (nieoficjalnie), że to jej ostatnia książka, nie musi już konkurencji się obawiać, więc ujawnia wiele.

Od czego więc zacząć pisanie kryminału? Ha! Okazuje się, że jest na to wiele sposobów, ale ich nie zdradzę, bo byłby to spoiler.

Z tej książki dowiecie się, jak się tworzy postać detektywa, jak zawiązać intrygę, jakie zasady stworzone przez autorów kryminałów (Van Dime, Knox, Chandler) są wciąż obowiązujące, a na które można przymknąć oko. Jest wiele tricków, które można wykorzystać przy pisaniu i również je poznacie. Co gorsza (ale tylko dla marnych autorów) Izabela Szylko pastwi się również nad błędami, które nagminnie pojawiają się w powieściach. Chyba musiała dogłębnie zapoznać się z moim blogiem. Jak wiadomo, najlepiej uczyć się na błędach, ale lepiej na cudzych. Czytelnik, który chciałby napisać własną powieść, powinien wziąć to sobie do serca.

Z tej książki dowiecie się również, jak funkcjonuje rynek wydawniczy w Polsce. Izabela Szylko zjadła na tym zęby, wydając cztery własne książki, więc jej wierzę. Wreszcie staje się jasne, dlaczego książki są takie drogie, dlaczego cena na okładce jest z kosmosu. Jeżeli ktoś planuje selfpublishing, to też będzie wiedział, ile to kosztuje i czy warto wchodzić w taki biznes.

Jeśli nawet nie zamierzacie napisać (ani wydać) powieści kryminalnej, a tylko kochacie czytać kryminały, to i tak będziecie mieć satysfakcję z lektury „Jak napisać kryminał i nie paść trupem”. Istnieje jednak nadzieja, że po przeczytaniu tej książki (o ile nie padniecie trupem) zakiełkuje w was idea stworzenia własnej opowieści. I tego właśnie serdecznie wam życzę.

A tak w ogóle, to chętnie bym wzięła udział w warsztatach „Trup w każdej szafie, czyli jak napisać kryminał”, o których autorka wspomina w publikacji. Jeśli zorganizujecie je w swojej bibliotece, może się skuszę.

sobota, 12 września 2026

Michał Kuzborski „Złudzenie gracza” Ocena: 4-/6

 

PROPAGANDA SUKCESU KONTRA PIRACI

„Złudzenie gracza” zaskakuje, zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Najpierw będzie o plusach.

Włączam audiobook i co słyszę? Czyta autor. Chwila wątpliwości, które natychmiast zostają rozwiane. Autor czyta świetnie, lepiej niż niejeden lektor. Nie dość, że dobrze pisze, to jeszcze czytać potrafi! Brawo!

Intryga jest sprytnie poprowadzona, chociaż zbyt długo się zawiązuje, logiczna (z drobnymi wyjątkami, których nie warto wymieniać), są zwroty akcji i zaskoczenia. Kolejny plus.

Co nie zagrało? „Złudzenie gracza” nie ma już takiej siły rażenia jak „Paradoks kłamcy” (pierwsza część serii), z kilku powodów: niezależnych, ale też zależnych od autora. Nie zachwycam się już oryginalnym bohaterem i jego środowiskiem, bo dobrze je zdążyłam poznać w pierwszej książce (powód niezależny). Chciałabym czegoś więcej, i na początku nawet to dostaję. Bohater przenika do środowiska zawodowych podrywaczy, którzy organizują szkolenia „jak skutecznie wyrwać panienkę”, co jest bardzo ciekawym pomysłem. Michał Kuzborski za bardzo jednak skupia się na mechanizmach podrywu, zapominając, że pisze powieść sensacyjną i akcja szybciej powinna ruszyć z kopyta. Zabrakło dobrego redaktora, który podpowiedziałby cięcia w przydługim wstępie. I to jest uwaga do wydawcy, tak się składa, że również i autora.

Od autora zależy też kreowanie postaci głównego bohatera. O ile w pierwszej części tolerowałam jego wady, ponieważ zalet było więcej, to tym razem o wiele mniej znajduję w tej osobie powodów do akceptacji. Moim największym zarzutem jest to, że traktuje kobiety przedmiotowo. Gdyby podrywy były traktowane wyłącznie jako „zadanie szkoleniowe” i obie strony miałyby tego świadomość, wszystko byłoby w porządku. Ale w pewnym momencie podryw zamienia się w coś na kształt uczucia (przynajmniej tak mi to zostało przedstawione), a wtedy cynizm bohatera jest bardzo niewskazany. No chyba, że autor z jakichś powodów chce czytelnika (bardziej czytelniczkę) do bohatera zniechęcić, ale raczej nie o to chodziło. Drodzy panowie, jeśli spotykacie się z kobietą, która ma szansę zostać tą jedyną, to naprawdę, nie testujcie seksualnie innej panienki na boku.

A teraz długa dygresja zupełnie z innej beczki. Chciałam się czegoś więcej dowiedzieć o autorze i trafiłam na wywiad na YouTube. Michał Kuzborski chwali się, że jako wydawca zarobił na „Paradoksie kłamcy” 100 000 złotych! No nieźle, myślę sobie, ciekawe jak on to zrobił. Znajoma autorka, która również wydaje książki we własnym wydawnictwie twierdzi, że to działalność charytatywna na rzecz polskiej kultury, i że ledwo wychodzi na swoje. Może się czegoś dowiem i jej podpowiem, jak mogłaby wreszcie zarobić?

Zaczęłam liczyć i coś mi nie zgadzało. Żeby zarobić na czysto 100 tysięcy, to przy kosztach trochę niższych niż 50 tysięcy, do których wydawca/autor przyznaje się w wywiadzie, sprzedaż musiałaby być na poziomie 150 tysięcy złotych. Nakład papierowy wynosił 2000 egzemplarzy, cena okładkowa 40 złotych. Biorąc pod uwagę zdzierskie prowizje dystrybutorów, którzy zgarniają więcej niż połowę ze sprzedaży „papieru”, można by z tego segmentu uzyskać 40 tysięcy. Z audiobooków – może połowę tej kwoty, ale to i tak bardzo optymistyczne szacunki. E-booki się nie liczą, to mniej niż 10% rynku, zdominowanego przez piratów. Dotyczy to również audiobooków. Jakoś nie mogę się doliczyć kilkudziesięciu tysięcy.

Z tego samego wywiadu dowiedziałam się też, że planując wysokość nakładu kolejnej książki - „Złudzenia gracza”, wydawca/autor już był ostrożniejszy. To tylko 1000 egzemplarzy papierowych, a w nagraniu audiobooka nie brał już udziału drogi lektor (patrz: drugi akapit). Gdyby to były takie kokosy, to czy kolejna książka nie powinna wyjść wkrótce po pierwszej w większym nakładzie? A tymczasem autor czekał z wydaniem drugiego tomu 5 lat. Czyżby deklaracja dotycząca zysków to była propaganda sukcesu?

Nie wiem, być może się mylę, być może się nie orientuję w meandrach wydawniczych, ale w ogromne zyski z własnej działalności wydawniczej trudno mi uwierzyć, o ile nie ma się gigantycznych zasięgów w mediach społecznościowych (Kuzborski nie ma). Jeżeli wysłucha tego wywiadu jakiś początkujący autor i potencjalny wydawca, to może wpaść w duże tarapaty.

I jeszcze jedna dygresja. Kiedy Izabela Szylko wspominała mi w bardzo gorzkim wywiadzie „Czytelnicy i złodzieje” dla portalu nakanapie.pl, jak to usunęła z pewnego pirackiego portalu z gryzoniem w herbie ponad 1000 plików z jej książkami, trochę niedowierzałam. A tymczasem widzę, że Michał Kuzborski ma ten sam problem. 50 stron dotyczących jego książek, a na każdej stronie około 20 plików do pobrania za darmochę. No i jak ten biedny autor ma zarabiać?

Drodzy czytelnicy, bardzo was proszę, nie okradajcie autorów.

Errata:

Ponieważ autor w prywatnej wiadomości przekazał mi informację, że wysoka kwota dochodu wzięła się stąd, że książki papierowe sprzedawał głównie we własnych kanałach dystrybucji (bez pośrednictwa wielkich dystrybutorów) oraz że ogromną część przychodów wzięła się ze sprzedaży audiobooków, ze względu na szacunek dla autora, który podjął się niemożliwego, nie mogę nie zamieścić tego wyjaśnienia.

Moje wątpliwości jednak nie do końca się rozwiały. Sprzedaż audiobooków na platformach streamingowych rozliczana jest według zdzierskich przeliczników (to informacja od osoby, która miała z tym systemem rozliczeń do czynienia) więc dochód nawet z tysięcy odsłuchanych książek nie przekłada się na dochód ze sprzedaży detalicznej.

Jeśli jednak autor podtrzymuje, że naprawdę dobrze na wydaniu „Paradoksu kłamcy” zarobił, muszę się z nim zgodzić.

Wciąż jednak ciąży na mnie obowiązek ostrzeżenia potencjalnych autorów przed podjęciem wyzwania w postaci samodzielnego wydawania książki. Jeśli stać was, aby wydać 50000 złotych na publikację, a potem przez 5 lat czekać za zyski, które przyjdą albo nie – ryzykujcie. Mnie by się nie chciało, ale na szczęście nie mam wolnych pięćdziesięciu tysięcy do wydania.


sobota, 29 sierpnia 2026

Krzysztof P. Czyżewski „Strażnik Rafaela” Ocena: 1/6

JAK SIĘ POZBYĆ CIAŁA?

Ta książka wpisała się w czarną serię. Czwarta z kolei, której nie dało się czytać i musiałam ją porzucić po kilku rozdziałach. O pozostałych wpadkach nawet nie chciało mi się pisać, ale kiedy taki numer wykręca wydawnictwo Czarna Owca, a nie jakiś selfpublishingowy mastodont albo zdesperowany autor, który „zawsze marzył, żeby zostać pisarzem”, nie mogę nie zareagować. Nie wstyd wam produkować takich potworków? Drodzy recenzenci, czy naprawdę musicie zachwalać każdą książkę, którą otrzymacie w prezencie od wydawnictwa?

Bardzo lubię powieści przygodowe z historycznymi wątkami i „poszukiwaniem skarbów”, więc postanowiłam sprawdzić o co chodzi z tą Szkatułą Królewską księżnej Izabeli Czartoryskiej. Nie dowiedziałam się, bo musiałabym dotrwać do końca, a to było ponad moje siły. Pomijając błędy narracyjne (autor od samego początku wprowadza tak wiele tajemnic, że nie sposób ich wszystkich śledzić aż do rozwiązania, zbyt wiele postaci, by którąś przejąć się na poważnie), najpoważniejszym zarzutem jest to, że czytelnik traktowany jest jak idiota.

Dwójka antykwariuszy Łucja Rokosz i Alek Jung (student) ma za zadanie wycenić przedmioty odziedziczone przez klienta, wśród których znajduje się oryginalny zegarek z XVII wieku. Klient nie chce się przyznać skąd zegarek pochodzi, więc antykwariusze przeprowadzają własne śledztwo. Gdy kolejnym razem nie zastają klienta w domu, udaje im się skłonić bardzo nieufną sąsiadkę do otwarcia drzwi, zwracając się do niej po nazwisku. Tylko, skąd znali jej nazwisko? Pomogły siły nadprzyrodzone?

Sąsiadka zdradza, że matka klienta została zamordowana, ale policja uznała to za wypadek, i obiecuje, że da znać, jeśli będzie się działo coś niepokojącego. Kiedy kilka godzin później Łucja otrzymuje SMS z nieznanego numeru „przyjedźcie teraz”, od razu wie, że to od sąsiadki. Swobodnie jednak traktuje słowo „teraz” i jedzie na wezwanie, zupełnie się nie spiesząc. Czeka bowiem na studenta (bo oni tak z zasady podróżują dwójkami), a że najczęściej przemieszczają się komunikacją miejską, więc zajmuje im to trochę czasu. Od razu wiemy, że mamy do czynienia z kiepskimi amatorami.

Gdy Łucja, jednak odważnie, bez studenta, dociera na miejsce, sąsiadka nie otwiera, ale słychać zza jej drzwi dźwięk wibrującego telefonu. Ja nie słyszę wibracji, nawet jak mam telefon w kieszeni, ale co to dla kogoś, kto ma nadprzyrodzone zdolności. Detektywka postanawia zgłosić swoje zaniepokojenie o sąsiadkę na najbliższym komisariacie i znów zdarza się cud, udaje jej się dostać do policjanta, który przyjmuje zgłoszenia w ciągu kilku minut! W Polsce. W dużym mieście wojewódzkim. Próbowaliście kiedyś zgłosić kradzież roweru? Jeśli tak, to pewnie już nigdy więcej nie przyjdzie wam to do głowy.

Policja i tak odsyła ich z kwitkiem (student dotarł), bo nie chcą zgłosić zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Proszą więc tylko, żeby policjant obdzwonił szpitale, a policjant entuzjastycznie się zgadza.

W międzyczasie pojawia się wątek morderstwa. Autor pozostawia mordercę z zadaniem: „teraz tylko musiał się jakoś pozbyć ciała”. Czytam dalej tylko dlatego, aby się dowiedzieć, jak mu się to udało, bo morderca wydaje się być bardzo niegramotny.

Aż w końcu nasi, z Bożej łaski detektywi, przeprowadzają akcję w stylu Jamesa Bonda. Na kolejnym spotkaniu z klientem, Łucja zauważa, że „z jego kieszeni wystaje coś metalowego”. Wtedy Alek podrywa się, unieruchamia klienta i przyciska mu do szyi pistolet mówiąc „Rusz się, a długo nie będziesz tęsknić za matką” [matka nie żyje]. Ni z tego, ni z owego, w trakcie zwykłej konwersacji, do Bogu ducha winnego człowieka, który nie dał najmniejszego powodu, żeby go atakować i wcześniej nie sprawiał żadnych kłopotów. Takiej akcji nie usprawiedliwia nawet później podana informacja, że pistolet był atrapą. Urządzenie w kieszeni klienta to był inhalator. Ja bym zeszła na zawał i długo nie mogła dojść do siebie, ale tutaj natychmiast wszystko dobrze się kończy. Żadnych reperkusji, żadnych wątpliwości co do szalonych antykwariuszy. Incydent kończy się przeprosinami. Łucja przeprasza klienta za zachowanie Alka, a klient Łucję, że nie wszystko im powiedział. I nic się nie stało, wszyscy są znów szczęśliwi.

Głupota tej sceny tak mnie rozwaliła, że już miałam rzucić czytnikiem w kąt, ale przecież chciałam się dowiedzieć, jak morderca pozbył się ciała. Czytam więc dalej na szybkich obrotach.

Wracamy do mordercy, który jest w Nowym Jorku, a jego największym zmartwieniem jest to, do jakiego muzeum ma się udać. Zabił, żeby uzyskać awans (!), jeśli by kogoś to interesowało.

Mnożą się zupełnie niepotrzebne, nowe wątki, z przeszłości i teraźniejszości, pojawiają się dziesiątki (!) nowych zbędnych postaci, akcja przerzuca się do Niemiec, Austrii, Holandii, przedwojennej Czechosłowacji, chaos robi się nie do ogarnięcia. Tylko autor będzie wiedział o co chodzi, a i tak nie mam pewności. Właściwie, to mogę się nawet założyć, że nie będzie potrafił wyjaśnić kto, co, gdzie kogo i dlaczego.

Myślicie, że dowiedziałam się, jak morderca pozbył się zwłok? Niedoczekanie! Po co? Ten wątek w ogóle zniknął. Autor pewnie myślał, że w plątaninie innych wydarzeń, czytelnicy tego nie zauważą.

Miałam nadzieję, że po skaczących na pomarańczowych spadochronach chomikach w powieści Grega Krupy „Przeklęta rzeźba z Bolonii”, nic mnie nie będzie w stanie zaskoczyć. Myliłam się. Polscy autorzy są nieprzewidywalni.

piątek, 31 lipca 2026

Kacper Młyńczak „Wilczy bilet” Ocena: 3+/6

POPRAWNOŚĆ NIE TYLKO POLITYCZNA

To jest nawet całkiem poprawne. Trochę przegadane, ale niech tam.

Poprawny temat (rosyjscy szpiedzy zawsze na czasie), poprawna intryga (z wyjątkiem końcówki), na pierwszy rzut oka poprawne realia (drugi rzut może by i coś zmienił, ale przeciętny czytelnik nie rzuca okiem dwa razy na takie książki). Bohaterowie również są poprawni, ale w tym kontekście należy to czytać: nijacy, nudni, sztampowi, no tacy szpiedzy wersja standard. Poprawny język i styl, poprawna dramaturgia, nawet można się wciągnąć. Czy trzeba czytać?

Jeżeli ktoś lubi powieści szpiegowskie, nigdy nie czytał le Carré’a, Folletta czy nawet Severskiego, to będzie miał większą satysfakcję.

Największym minusem jest to, że książka kończy się w połowie. No niby dowiadujemy się co i jak, ale nie do końca. Tam gdzie powinno być wyraźne zakończenie mamy zwrot akcji, no bo przecież musi coś zostać na następny odcinek. Jeśli chodzi o mnie, to nic bardziej mnie nie zniechęca do przeczytania kolejnego tomu, jak takie pląsy.

„Wilczy bilet” to debiut autora. Jest na tyle niewyróżniający się w tłumie i przeciętny, że może odnieść sukces. W przeciwieństwie do „Paradoksu kłamcy” – błyskotliwego, wybijającego się oryginalnością debiutu Michała Kuzborskiego, o którym niedawno pisałam.

Szkoda, że tak się porobiło.

niedziela, 19 lipca 2026

Michał Kuzborski „Paradoks kłamcy” Ocena: 5/6

LEPIEJ PÓŹNO NIŻ PÓŹNIEJ

Na „Paradoks kłamcy” Michała Kuzborskiego wpadłam z sześcioletnim opóźnieniem. Jak mogłam to przegapić?! Jeśli tak miałyby wyglądać wszystkie polskie debiuty, bylibyśmy literacką potęgą.

To powieść bardziej sensacyjna niż kryminalna, z mocnym tłem obyczajowym, dopracowana pod każdym względem: językowym, redakcyjnym, dramaturgicznym. Książkę czyta się jednym tchem, intryga dopięta jest na ostatni guzik i nic w niej nie zgrzyta (prawie nic, ale wszystko w swoim czasie).

Jest to budujące również dlatego, że autor wydał tę książkę samodzielnie, we własnym wydawnictwie. Zadaje to kłam powszechnym, w większości niepozbawionym racji opiniom, że ludzie wydają w selfpublishingu książki słabe, które na normalnym rynku nie mogłyby zaistnieć. Autor, jak mniemam, wyszedł z założenia, że dobra książka zawsze się sprzeda, obawiam się jednak, sądząc po liczbie ocen na portalach czytelniczych, że nie zbił na tym tytule fortuny. Nie wziął chyba pod uwagę, że ta archaiczna zasada nie działa dziś na polskim rynku literackim. O wiele lepiej sprzedają się książki złe i głupie; inteligentnym nie pomoże nawet dobra promocja.

Najbardziej ujął mnie niekonwencjonalny główny bohater i rzadko wykorzystywane środowisko, w którym rozgrywa się akcja. Autor musi znać je od podszewki, ponieważ realia są wiarygodne aż do bólu. Tytułowy kłamca – to specjalista od czarnego PR zwany S. (dla ojca: Sebuś). Najczęściej gasi pożary. Gdy czyjś wizerunek zostaje nadszarpnięty, potrafi klienta wybielić, kiedy kogoś trzeba oczernić, wie jak to zrobić w białych rękawiczkach. Taki człowiek, oczywiście, musi pakować się w kłopoty. Jest thrill. Do tego barwna plejada postaci drugoplanowych, afery obyczajowe, gospodarcze i kryminalne, które przeplatają się, by na końcu zgrabnie połączyć.

Główny bohater to postać wielowymiarowa: brawurowo inteligentny, zachowujący się nagannie, ale też pełen ludzkich uczuć i słabości, co wzbudza empatię czytelnika. Moja sympatia do niego bierze się również stąd, że S. bardzo mi przypomina Saula Goodmana z serialu „Better Call Saul”. Co z tego, że czasami zachowuje się niemoralnie, skoro i tak mu kibicuję? Niełatwo stworzyć taką postać. Nie każdy to doceni.

I tylko jedna rzecz mi tu zazgrzytała: panie autorze, skąd ksiądz miał broń?

wtorek, 23 czerwca 2026

Richard Osman „Uśmiech fortuny” Ocena: 4/6

POWRÓT MUSZKIETERÓW

Czwartkowy Klub Zbrodni powrócił do aktywności po krótkiej przerwie.

Intryga sprytnie poprowadzona, chociaż niezbyt zawikłana.

Akcja toczy się bez fajerwerków, ale bohaterowie mają swoje lata, więc nie ma się czemu dziwić.

Klimat, który tak mnie wcześniej zauroczył, wciąż ten sam, więc zauroczenie pozostało i generuje chęć kolejnego spotkania z bohaterami, gdy tylko będzie taka możliwość. O! Jak chętnie obejrzałabym kolejny film z ulubioną czwórką.

I subtelny, angielski humor, który nieustannie mnie rozbraja. Zobaczcie sami:

„… bomby są kobietami. Jak raz wybuchną, to koniec. Mężczyźni przypominają bardziej pistolety, ciągle się przeładowują.”

„Skąd wzięłaś kokę? (…) Od gościa z jedną ręką. (…) Connie pamięta, jak Dan miał jeszcze obie ręce. I pomyśleć, ile kasy wydanej na tatuaże się zmarnowało.”

„Joyce, mówisz do siebie (…) To najlepszy sposób, by usłyszeć coś mądrego.”

Czytajcie. Najlepiej od początku. Całą serię (recenzja tu).

niedziela, 7 czerwca 2026

Piotr Górski „Ósmy grzech” Ocena: 3/6

ZAMIENIŁ STRYJEK SIEKIERKĘ NA KIJEK*

Dlaczego Piotr Górski zamienił komisarza Kruka na komisarza Dusznego? Co sprawiło, że postać charyzmatyczna, zapadająca w pamięć, z którą zaprzyjaźniłam się od pierwszego wejrzenia i dałabym się za nią pokroić na kawałki, gdyby była taka potrzeba, została zastąpiona osobą antypatyczną, nijaką i etycznie niejednoznaczną? I tylko nie mówcie, że on te wszystkie przekręty robi w zbożnym celu, no bo przecież przyjaciel. Plusy nie przesłoniły mi minusów. Duszny ma prawo źle się prowadzić (Kruk w końcu też święty nie był), ale te wszystkie drobne świństwa, traktowanie ludzi per noga i brak kręgosłupa moralnego, wszystko to sprawia, że nowy bohater Górskiego mało mnie obchodzi.

Dawniej pewnie, swoim zwyczajem, przeprowadziłabym prywatne śledztwo, dlaczego tak się stało, ale dziś, kiedy muszę się zmuszać do pisania (i czytania), pójdę na skróty. Autor ma prawo się znudzić swoim bohaterem, może eksperymentować, a czy nowa opcja się przyjmie, zadecydują czytelnicy.

Przeniesienie akcji z Gdańska do Sopotu ma swoje uzasadnienie, w końcu to jedno z niewielu miast z prawdziwym klimatem, który można by wykorzystać, ale mam wrażenie, że Górski robi to trochę na siłę. Tak jakby wydawca powiedział: weź pan i napisz coś w Sopocie, bo Sopot jest modny. Wniosek ten wysnuwam z faktu, że autor opisom miasta poświęca o wiele więcej miejsca, niż to konieczne, robi to drobiazgowo i bez zaangażowania. Po co dwa razy powtarzać Teatr Atelier imienia Agnieszki Osieckiej? Redaktor przysnął, i potem jeszcze kilka razy, ale spoko, nie będę się rozwodzić, moje zaangażowanie w pisanie tej recenzji jest również ograniczone.

Intryga, jak to u Górskiego, ładnie się łączy i zamyka, ale wprowadzenie wątków równoległych powoduje, że zbyt wcześnie domyślam się, kto za wszystkim stoi. Nie ma przecież innych podejrzanych, którym poświęca się tak dużo uwagi. Na szczęście do końca nie znam motywu działania sprawcy, więc czytam z zainteresowaniem, bo dramaturgia jak zwykle nie zawodzi.

Kiedy jednak przychodzi do zakończenia, czuję duże rozczarowanie. Naprawdę Piotr Górski to napisał? Naprawdę poszedł śladem Mrozów, Gorzków, Piotrowskich, Mossów i Kościelnych? Kolejna książka o psychopatach? Nawet się nie wkurzam, po prostu mi żal.

Mam niczym nieuzasadnione wrażenie, że autor trochę się męczył pisząc tę powieść, tak jak i mnie już męczy pisanie recenzji, które jest rzucaniem grochem o ścianę. Może i obchodzi to jakąś garstkę czytelników, ale świat (literacki) i tak będzie się staczał swoją drogą i nie mamy na to żadnego wpływu. Już Kopernik zauważył, że pieniądz gorszy wypiera lepszy. Z literaturą jest tak samo.

*ludowe

niedziela, 29 marca 2026

Jean-Claude Izzo „Solea” Ocena: 5/6

„NIEULECZALNA MELANCHOLIA”*

To nie jest kryminał. To jest nawet antykryminał. Nie ma zagadki. Od początku wiemy, kto stoi za morderstwami i mamy wszechogarniające przeczucie, że ta historia nie może skończyć się dobrze. „Solea”, czyli ostatnia część trylogii marsylskiej - to przejmująca opowieść o niespełnionej miłości, przyjaźni, śmierci i zemście (w tej właśnie kolejności) napisana przez poetę. Mroczniejsza niż noc zimowa za kręgiem polarnym. To książka dla ludzi o mocnych nerwach, którzy odważą się zanurzyć w ten mrok. Fabio Montale jest człowiekiem, który kocha prawdziwie i pragnie kochać, ale za brak szczęścia w miłości nieustannie obwinia siebie. Trudno się obcuje z bohaterem, który uważa, że jest „zawsze spóźniony, zawsze przegrany”.

„Życie cuchnie śmiercią. (…) Powąchałem rękę. Ten sam wstrętny odór. Ja też cuchnę śmiercią.”

„Solea” pochłonęła mnie totalnie. Jean-Claude Izzo należy do tych nielicznych pisarzy, z którymi łączy mnie metafizyczna więź. Czytam książkę i nurkuję w niej jak mogę najgłębiej, wstrzymując oddech, aż prawie tonę. Kiedy bohater słucha jazzu i ja wrzucam „In a Sentimental Mood” Coltrane’a i Ellingtona, żeby sobie leciało w tle. Kiedy Montale pije wino, sprawdzam, gdzie można je kupić, no i niestety okazuje się, że wina z tych apelacji nie są dostępne w Polsce. Czytam, i co chwilę zaginam rogi, żeby zaznaczyć fragmenty, które chciałabym zapamiętać. Wynotowuję je również dla was, może też uznacie je za ważne.

„Jak wytłumaczyć, że ‘kocham cię’ przez wierność dla miłości, której nigdy nie było różni się od ‘kocham cię’ w imię prawdy miłości, której szczęścia doznajesz każdego dnia?”

„Przede mną jeden prawdziwy prezent, jaki życie mi podarowało. (…) Morze i niebo. Nieskazitelne. Bez końca. I to zrodzone z nich (…) światło. Nieraz myślałem sobie, że wziąć kobietę w ramiona to tak, jakby przygarnąć do siebie całą tę radość idącą z nieba ku morzu.”

„Zawsze pojawiasz się za późno (…) Nie potrafisz dogonić śmierci. I życia też nie potrafisz dogonić. Ani przyjaźni. Ani miłości. Zawsze spóźniony, zawsze przegrany”.

„Za długo żyję bez wiary w życie. (…) Czy uwierzyłem, że drobne codzienne przyjemności wystarczą do szczęścia i dlatego zrezygnowałem z marzeń, prawdziwych marzeń? A tym samym skreśliłem przyszłość? Nie ma przede mną jutra, nie spodziewam się świtu, który teraz właśnie wstawał.”

„Teraz nie ma już w Marsylii ani jednej osoby, do której (…) mógłbym powiedzieć: ‘A pamiętasz…?’ Przyjaźń to właśnie to: suma wspólnych wspomnień, które można wyłożyć na stół obok pięknego okonia, zapiekanego w koprze. Tylko to ‘a pamiętasz…’ pozwala się zwierzać z najbardziej intymnych doznań (…).”

I jeszcze wiersz Louisa Brauquiera, cytowany przez głównego bohatera:

„Idę do ludzi mojej ciszy

Powoli idę do tych, o których mogę milczeć;

Przyjdę z daleka, wejdę i usiądę.

Zaczerpnę tego, co potrzebne, bym znów ruszył w drogę”.

Dalsza droga Jeana-Claude’a Izzo była, niestety, krótka. Zmarł dwa lata po publikacji książki.

Recenzent „Le Monde” tak napisał o „Solei”:

„Nieuleczalna melancholia. W niej cały urok i siła książek Izzo.”* Trudno o celniejsze podsumowanie.

Jeżeli przekonałam was do autora, to tylko podpowiadam, że trylogię marsylską najlepiej czytać po kolei: najpierw „Total Cheops”, potem „Szurmo” i „Solea”. Szczerze odradzam czytanie od końca.

wtorek, 24 marca 2026

Izabela Szylko "Copernicus Codex Quest" Rating: 6/6

A two‑volume edition of the books Seekers of the Seventh Book and The Mystery of the Seventh Book in English.

EVERYONE CAN WIN

Step into a world where you can become Indiana Jones — or Robert Langdon — if only you crave adventure, love a good mystery, and still carry a spark of Peter Pan’s curiosity. This book was written with you in mind.

Izabela Szylko knows exactly how to hook a reader. What seems to begin as a romantic comedy quickly transforms into a gripping, high‑stakes adventure. Jerzy, a London lawyer with a weakness for beautiful women, stumbles into trouble — but it’s Alicja, an astrophysicist fascinated by the history of astronomy, who becomes the true enigma. And trust me: she’s full of surprises.

These characters feel real — relatable, flawed, and instantly likable. Ordinary people thrown into extraordinary circumstances, forced to rise to the challenge. You can’t help but root for them.

This is the kind of book you inhale. The pages practically turn themselves, and every chapter leaves you hungry for the next.

The first part delivers a witty, fast‑paced adventure packed with humor and sprinkled with fascinating, accessible insights about Copernicus and his world. No dry lectures — only the clues you need to solve the mystery alongside the characters.

Then the story shifts gears. Suddenly you’re racing across the Atlantic, following both the hunters and the hunted as the plot accelerates like a Formula 1 Ferrari. The intrigue is perfectly woven; every thread matters and leads, in unexpected ways, to a spectacular finale. Dan Brown could take notes.

And what about Copernicus’s secret? The man himself steps aside, but his idea takes center stage. Alongside the breathless pace, we are offered a touch of astronomy, a hint of chemistry, a whisper of physics, and even a brush with philosophy, all in quantities perfectly measured and never intrusive.

“What if our Solar System is just an atom in someone else’s cosmos?” Fires up the imagination, doesn’t it? A mind‑bending question — and only the beginning of what this story dares to explore.

Copernicus Codex Quest is more than a pulse‑pounding thriller. It’s a book for curious minds, for readers searching for meaning in the vastness of the Universe. Perhaps, after reading it, they will accept defeat with greater calm and celebrate victory with a touch more humility.

niedziela, 22 marca 2026

Fernando Gamboa „Ostatnia krypta” Ocena: 1/6

PRECZ Z BESTSELLERAMI

To jest tak wtórne i głupie, że już trzy razy siadałam, żeby coś o tym pisać i za każdym razem szybko znalazł się dobry pretekst, żeby tego nie robić. Więc tylko krótkie ostrzeżenie, bo może przypadkiem przyszło by wam do głowy, żeby wydać na te wypociny jakieś pieniądze.

Temat zgrany do bólu - poszukiwania skarbu Templariuszy, który rzekomo trafił do Ameryki jeszcze przed Kolumbem – międlony wcześniej na setki sposobów, od Pana Samochodzika począwszy.

Postaci schematyczne, nudne i papierowe. Niby jest jakiś romans, ale jak tak ma wyglądać miłosna relacja, to już wolałabym spędzić w celibacie resztę życia i przeżywać romantyczne uniesienia czytając książki (inne oczywiście).

Język ubogi. Dramaturgii żadnej. Znajdują jakiś dokument, łatwo go rozszyfrowują, odnajdują miejsce ukrycia skarbu, a tam skarbu nie ma, tylko nowy dokument, który znów trzeba rozszyfrować i dalej szukać skarbu w innym miejscu i tak dalej, kilka razy. I tak sobie fruwają po całym świecie. Wiedzę o opisywanych miejscach autor czepie z Googli, więc lepiej od razu wskoczcie sobie w wyszukiwarkę, żeby pobuszować po Afryce czy Ameryce Środkowej.

Bohaterowie bez przerwy gadają o niczym, a podstawowa metoda na budowanie suspensu wygląda tak:

- Nigdy nie wpadniecie na to, co odkryłem!

- No rzeczywiście, to może nam powiesz.

- No dobrze, to powiem.

I tak w ten deseń, dziesiątki razy.

Intrygi nie ma, prawdopodobieństwo wydarzeń – zero. Dobrnęłam jakimś cudem do jakichś trzech czwartych, nie wiem po co (no może jednak znajdą ten skarb) i nadziałam się na jatkę. No i wtedy, o wiele za późno, pan Gamboa usłyszał ode mnie stanowcze: NIE! Rzuciłam czytnikiem w kąt!

Kiedy czytam w opisie, że to „nr 1 na hiszpańskim Amazonie i bestseller, który porwał ponad 500000 czytelników na całym świecie”, to bardzo współczuję tym czytelnikom. Kiedy pan Gamboa w prologu, nie wiadomo dlaczego tak nazwanym (przetłumaczonym), bo jest to ewidentnie przedmowa, odwołuje się do Artura Péreza-Revertego i sugeruje, że będzie to opowieść w podobnym klimacie, to najpierw się na to nabieram, ale bardzo szybko zaczynam ostrzyć scyzoryk, żeby wziąć odwet na autorze. Nie takie odczucia powinny budzić książki.

Żadnych więcej bestsellerów – znów to sobie obiecuję, może wreszcie dotrzymam słowa. Czytajcie tylko, jeśli uważacie, że „miliony much nie mogą się mylić”.

niedziela, 1 marca 2026

Anna Bińkowska „Cienie” Ocena: 2/6

ŚLEDZTWO BEZ ŚLEDZTWA

Chyba zbyt wiele po tej książce oczekiwałam i dlatego się zawiodłam. Akcja „Cieni” toczy się w przedwojennej Warszawie, a śledztwo prowadzi Regina Brywczyńska - „bogata wdowa o wielkiej ciekawości, uporze i szerokich kontaktach”, jak przeczytałam w opisie wydawcy. Czyli takie przeciwieństwo profesorowej Szczupaczyńskiej, detektywki z cyklu Maryli Szymiczkowej.

I tu był pierwszy zawód. Jak w poprzedniej recenzji („Rozdarta zasłona”) narzekałam na konserwatyzm Szczupaczyńskiej, tak i tym razem muszę ponarzekać na główną bohaterkę, która dla odmiany jest tak wyemancypowana, że aż niewiarygodna. Zachowuje się jak kobieta z dwudziestego pierwszego wieku, ma wiedzę dostępną współczesnym ludziom i w irytujący sposób robi z niej użytek, wygłaszając teorie na temat kierunków rozwoju świata, które – dziś o tym wiemy - są oczywiście trafne, ale w roku 1924 brzmiałyby fantastycznie. Aż w taką przenikliwość bohaterki zupełnie nie wierzę.

Autorka w ogóle nie dba o realia obyczajowe i zachowania współczesnych nam ludzi przenosi do rzeczywistości rozgrywającej się sto lat temu. Komendant policji nigdy nie zwróciłby się wtedy do kobiety z wysokich kręgów społecznych używając słów „odpieprz się”, a podwładny nigdy nie ośmieliłby się powiedzieć do swojej przełożonej „chyba pani odbiło”. Nawet dzisiaj to by było ryzykowne.

Drugi zawód – to tematyka. Tym razem to nie wina autorki, która nie przeczytała zapewne, w przeciwieństwie do mnie, „Rozdartej zasłony”, bo wtedy temat dziewcząt porywanych do burdeli w Ameryce wydałby jej się wtórny i oklepany. No niestety, znów mi się przydarzył taki zbieg okoliczności, że dwie powieści kryminalne poruszające identyczny problem przeczytałam jedną po drugiej, więc odczucie deja vu przeszkadzało w lekturze. W książce Szymiczkowej była jednak porządna, dobrze zapętlona intryga i wiarygodne psychologicznie postaci, a u Bińkowskiej bohaterowie są papierowi, intryga nie istnieje, nie wspominając o zwrotach akcji czy fałszywych tropach.

Śledztwa Reginy Brywczyńskiej praktycznie nie ma. Czegoś tam próbuje się dowiedzieć jej człowiek do specjalnych poruczeń - Juliusz Tumanek (ten, który twierdzi, że jej odbiło), ale dzieje się to na zasadzie: idę sobie na Kercelak, od razu mam szczęście i wpadam na właściwe osoby. I tak szczęście nie opuszcza go aż do końca. Tumanek jest przekonany, że dobrze wytypował przestępców, chociaż tak naprawdę nie ma na to żadnych dowodów. Policja robi na nich obławę na nie wiadomo jakiej podstawie, ale i tak im się nie udaje, więc można ich ścigać dalej. I tak to się ciągnie bez żadnego napięcia do absurdalnego finału, i nawet porwanie panny służącej akcji nie ożywia, bo to wątek wtrącony, który do niczego nie prowadzi.

Wyjaśnienie, dlaczego finał jest absurdalny, byłoby spoilerem, więc to sobie daruję. Być może jednak zechcecie przekonać się sami.

Na plus „Cieni” przemawiają jedynie wiernie oddane realia topograficzne przedwojennej Warszawy, ale to za mało, żeby skusić się na przeczytanie kolejnego tomu.

wtorek, 3 lutego 2026

Maryla Szymiczkowa „Rozdarta zasłona” Ocena: 3/6

NIECH ŻYJE WOLNOŚĆ

I tak, i nie.

Od dawna się przymierzałam do Maryli Szymiczkowej (duet Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński ukryci pod pseudonimem), ale wydawca z premedytacją unika ebooków i audiobooków, więc trzeba było poczekać na buszowanie po antykwariatach, żeby zdobyć tradycyjną książkę.

No niby to bardzo moje klimaty: Kraków, Młoda Polska, sentyment do cesarsko-królewskich, zamierzchłych czasów. Wszystko to tam jest, ale…

Proporcje. Złote proporcje. Widać, że autorzy (podobnie jak ja) są zakochani w tamtej epoce, i to zakochanie wychodzi na plan pierwszy. O wiele ważniejsze są ciekawostki z dawnych czasów, niemające żadnego wpływu na akację, chociaż jakoś tam budujące klimat, niż dbanie o dramaturgię, która sprawiłaby, że czytelnik nie chciałby oderwać się od lektury. Czytałam więc, no bo w końcu między innymi dla klimatu sięgnęłam po tę książkę, ale bez entuzjazmu.

I to by było tyle - na nie. Na tak – zręcznie skonstruowana intryga, z zaskoczeniem na końcu. Młodziutka, śliczna pokojówka profesorowej Szczupaczyńskiej zostaje zamordowana, a powody jej śmierci są na pierwszy rzut oka oczywiste, ale po głębszym spojrzeniu całkiem niezwykłe, co jednak może odkryć jedynie dociekliwa kobieta.

Profesorowa Szczupaczyńska w roli detektywa budzi mieszane uczucia. Dociekliwość jest zaletą, jednak mocno konserwatywne podejście do spraw politycznych i obyczajowych (antyfeministka, antysocjalistka) niekoniecznie zachęca, ale jest dowodem odwagi autorów w dzisiejszych czasach. Może bohaterka będzie się rozwijać.

Nie wiem jeszcze, czy mam ochotę na zgłębianie kolejnych jej przygód. Może coś dorzucę przy następnym przeszukiwaniu antykwariatów, kiedy trzeba będzie dodać do koszyka kolejną książkę, żeby mieć darmową dostawę. Ale tak, żeby zacząć od tej autorki (autorów) i dla niej dobierać kolejne książki, to raczej nie.

Możecie spróbować. Nie zachęcam, ale też nie odradzam. Niech żyje wolność!

poniedziałek, 5 stycznia 2026

James Kestrel „5 grudniów” Ocena: 5/6

EKLEKTYCZNE RETRO NOIR

Kiedy odkrywam takie perełki, najbardziej mnie wkurza, że muszę na nie wpadać przypadkiem. Drodzy wydawcy, nie możecie czegoś z tym zrobić?

Dawno nie czytałam tak ciekawej książki, i to pod względem zarówno tematyki jak i formy. Zaczyna się jak klasyczny kryminał. Tuż przed atakiem Japończyków na Pearl Harbor odnalezione zostają paskudnie okaleczone zwłoki dwojga młodych ludzi: Amerykanina i Japonki. Wydaje się, że głównym celem był mężczyzna – siostrzeniec admirała stojącego na czele amerykańskiej floty. Dość szybko udaje się odkryć, kto stoi za morderstwem, sęk w tym, że tożsamość tego człowieka jest fałszywa, a poza tym dawno opuścił Hawaje. Problem polega więc na tym, żeby go odnaleźć i dowiedzieć się dlaczego zabił.

Od tej pory opowieść detektywistyczna zamienia się w thriller szpiegowski i pościg za zabójcą. Detektyw McGrady rusza do Hongkongu, a tam zastaje go wojna. Gatunek powieści znów wydaje się zmieniać, opowieść wojenna zbliża się momentami do melodramatu, ale nie obawiajcie się - cel pozostaje wciąż ten sam – dopaść mordercę i rozwikłać zagadkę okrutnej zbrodni.

„5 grudniów” należy do tej ekskluzywnej grupy kryminałów, które najbardziej lubię, ponieważ oprócz nienagannej konstrukcji, dobrze poprowadzonej intrygi i zaskoczenia na końcu, ma również moją ulubioną wartość dodaną. Śledząc wartką akcję rozrzuconą między Hawaje, wyspy Pacyfiku, Hong Kong i Japonię przyswajam podskórnie i bezboleśnie dawkę solidnej wiedzy historycznej i geograficznej. Podążałam tropem detektywa z mapą Google na czytniku i zaraz też nabrałam ochoty, żeby doczytać szczegóły walk w czasie II wojny światowej w Azji południowo-wschodniej oraz na Pacyfiku, którymi na szczęście dla powieści autor nie epatował.

„5 grudniów” to amerykański wariant powieści retro w stylu noir. Jaki kraj, takie możliwości. Nasi rodzimi autorzy nie będą, oczywiście, mieli możliwości umieścić akcji w realiach tak egzotycznych, ale taki wielogatunkowy konglomerat, o ile będzie równie dobrze skomponowany, bardzo chętnie bym przeczytała. Potencjał jest.