Chyba zbyt wiele po tej książce oczekiwałam i dlatego się zawiodłam. Akcja „Cieni” toczy się w przedwojennej Warszawie, a śledztwo prowadzi Regina Brywczyńska - „bogata wdowa o wielkiej ciekawości, uporze i szerokich kontaktach”, jak przeczytałam w opisie wydawcy. Czyli takie przeciwieństwo profesorowej Szczupaczyńskiej, detektywki z cyklu Maryli Szymiczkowej.
I tu był pierwszy zawód. Jak w poprzedniej recenzji („Rozdarta zasłona”) narzekałam na konserwatyzm Szczupaczyńskiej, tak i tym razem muszę ponarzekać na główną bohaterkę, która dla odmiany jest tak wyemancypowana, że aż niewiarygodna. Zachowuje się jak kobieta z dwudziestego pierwszego wieku, ma wiedzę dostępną współczesnym ludziom i w irytujący sposób robi z niej użytek, wygłaszając teorie na temat kierunków rozwoju świata, które – dziś o tym wiemy - są oczywiście trafne, ale w roku 1924 brzmiałyby fantastycznie. Aż w taką przenikliwość bohaterki zupełnie nie wierzę.
Autorka w ogóle nie dba o realia obyczajowe i zachowania współczesnych nam ludzi przenosi do rzeczywistości rozgrywającej się sto lat temu. Komendant policji nigdy nie zwróciłby się wtedy do kobiety z wysokich kręgów społecznych używając słów „odpieprz się”, a podwładny nigdy nie ośmieliłby się powiedzieć do swojej przełożonej „chyba pani odbiło”. Nawet dzisiaj to by było ryzykowne.
Drugi zawód – to tematyka. Tym razem to nie wina autorki, która nie przeczytała zapewne, w przeciwieństwie do mnie, „Rozdartej zasłony”, bo wtedy temat dziewcząt porywanych do burdeli w Ameryce wydałby jej się wtórny i oklepany. No niestety, znów mi się przydarzył taki zbieg okoliczności, że dwie powieści kryminalne poruszające identyczny problem przeczytałam jedną po drugiej, więc odczucie deja vu przeszkadzało w lekturze. W książce Szymiczkowej była jednak porządna, dobrze zapętlona intryga i wiarygodne psychologicznie postaci, a u Bińkowskiej bohaterowie są papierowi, intryga nie istnieje, nie wspominając o zwrotach akcji czy fałszywych tropach.
Śledztwa Reginy Brywczyńskiej praktycznie nie ma. Czegoś tam próbuje się dowiedzieć jej człowiek do specjalnych poruczeń - Juliusz Tumanek (ten, który twierdzi, że jej odbiło), ale dzieje się to na zasadzie: idę sobie na Kercelak, od razu mam szczęście i wpadam na właściwe osoby. I tak szczęście nie opuszcza go aż do końca. Tumanek jest przekonany, że dobrze wytypował przestępców, chociaż tak naprawdę nie ma na to żadnych dowodów. Policja robi na nich obławę na nie wiadomo jakiej podstawie, ale i tak im się nie udaje, więc można ich ścigać dalej. I tak to się ciągnie bez żadnego napięcia do absurdalnego finału, i nawet porwanie panny służącej akcji nie ożywia, bo to wątek wtrącony, który do niczego nie prowadzi.
Wyjaśnienie, dlaczego finał jest absurdalny, byłoby spoilerem, więc to sobie daruję. Być może jednak zechcecie przekonać się sami.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz