środa, 9 stycznia 2019

Mariusz Szczygieł "Nie ma" Ocena: 1/6


PODOTYKAJMY SIĘ SIUSIAKAMI

Można by zacząć tak:
Szczygieł się starzeje, a ja dziecinnieję.

Ale można też inaczej:
Szczygieł dziecinnieje, a ja się starzeję.

Czytam. Odkładam. Wracam. Znów odkładam. Zmuszam się, bo jak to? Przecież to Szczygieł. Coś ze mną nie tak?

Pierwszy tekst i od razu rewelacja. Cieszę się. Szczygieł wkracza w nowe rejony. Już nie jest to zwykły reportaż, tylko najprawdziwsza literatura. Poprzeczka została zawieszona wysoko. Niepotrzebnie jednak już na samym początku, bo im dalej, tym gorzej. To, co tak urzekło w rozważaniach o poetce, nie sprawdziło się w przypadku trochę bardziej „zwyczajnych” ludzi. Forma przerosła treść.

Dlaczego tym razem Szczygieł do mnie nie dociera? Czego zabrakło, czego NIE MA? W każdym z tekstów brakuje czego innego, ale chyba w większości brak tego, co było tak charakterystyczne dla autora: precyzyjnego przechodzenia od szczegółu do ogółu. Wychodząc od historii jednego człowieka, dochodzimy do prawd, które są istotne dla wszystkich. Szukam tych prawd i z trudem mi to przychodzi. Szukam autentyczności, dawnej ciekawości świata i ludzi, a znajduję tezy, które autor chce mi na siłę zaimplantować.

Historia o siostrach Woźnickich, bliźniaczkach uratowanych z holokaustu. Ludwika - zapomniana pisarka, Zofia – jeszcze bardziej zapomniana dziennikarka. Obie popełniły samobójstwa. Ich losy przedstawione chaotycznie, poszatkowane licznymi dygresjami. Wśród nich – długa opowieść Chavy, która o siostrach dorzuca kilka istotnych szczegółów, a potem, niespodziewanie sama staje się bohaterką. Snuje długą opowieść o tym jak jej udało się przeżyć wojnę i o swoich relacjach z matką. To dobry temat na osobny reportaż, ale ile można pisać o żydowskich dzieciach uratowanych z holokaustu, więc pewnie dlatego historia ta nie dostała własnej szansy. Gdyby taki zabieg wprowadził debiutant, uznałabym, że to błąd, ale Szczygieł? Czy autor chciał mi przez to coś powiedzieć? To o siostrach Woźnickich tekst, również o tym, że przeżyły wojnę dzięki dobrym ludziom, czy muszę poznawać dramatyczny życiorys osoby tak słabo z nimi związanej? Niezależnie od tego, czy jest to opowieść o dobrych czy o złych Polakach (bardziej o dobrych), czuję się manipulowana i bardzo mi się to nie podoba.

Antykwariat w Budapeszcie przedstawiony jako sklep po umarłych. Prawda tak oczywista, że wypadało by ją ubrać w jakąś anegdotę, ludzką historię wartą uwiecznienia. NIE MA. Za to znów pojawia się teza i złote myśli, przed którymi przestrzega autora Hanna Krall, a których nie powstydziłby się Coelho.

Ale to wszystko przecież drobiazgi, ulotne, subiektywne odczucia, prywatne wątpliwości w żaden sposób nie uzasadniające krytycznego podejścia wyrażonego tak niską oceną. W książce jest przecież dużo więcej perełek, niż kiksów. Więc o co tej zołzie (mnie, znaczy) chodzi? O tę symboliczną łyżkę dziegciu, która zepsuła całą beczkę miodu.

„Śliczny i posłuszny” to tekst o młodej kobiecie, która zakatowała na śmierć kilkuletniego chłopca. Ja też (jak Donald Tusk i Bronisław Komorowski) po lekturze nie mogłam w nocy spać, ale nie ze względu na przedstawioną treść. Zarwałam noc przez rozmyślania, jak to możliwe, że tak bardzo ceniony przeze mnie Mariusz Szczygieł mógł coś takiego zrobić. Popełnić tekst propagandowy, na polityczne zamówienie (zanim się nie zgodzicie, doczytajcie do końca). Jeśli autor zrobił coś takiego świadomie, to w moich oczach całkowicie go dyskwalifikuje. Jeśli nieświadomie, to znaczy, że wykazał się naiwnością, którą w przypadku człowieka, który trochę lat już przeżył na tym świecie, należałoby nazwać o wiele dosadniej. Na pewno znajdziecie najbardziej pasujące wam słowo.

Historia sprzed trzydziestu lat: młoda nauczycielka katuje na śmierć syna swojego partnera. Zbrodnia potworna, nie ma najmniejszych wątpliwości. Chłopiec bity był przez nią już wcześniej, co również jest ze wszech miar naganne, ale wskazuje też na to, że może tym razem kobieta przeholowała, a więc mógł to być wypadek. Wezwała przecież do dziecka mieszkającą w tym domu lekarkę i pogotowie.

Zabójczynię skazano na piętnaście lat więzienia (wyszła po dziesięciu za dobre sprawowanie). Wyrok był tak niski, ponieważ w sądzie udowodniono, że kobieta sama była w dzieciństwie maltretowana fizycznie i psychicznie przez rodziców, więc nie mając innych wzorców przeniosła swoje doświadczenia na dziecko, które miała pod opieką. „Skazana nie rozumiała, że stawianym przez nią wymogom kilkuletnie dziecko nie było w stanie sprostać” – wyjaśnia sędzia, która wydała wyrok. „Stosowane wobec chłopca kary, w tym cielesne, miały – jej zdaniem – jedynie go dyscyplinować”.

Kobieta została ukarana, odpokutowała winę i chyba zrozumiała swój błąd, bo nigdy więcej nie popełniła ani podobnego, ani żadnego innego przestępstwa. Dziesięć lat po wyjściu z więzienia odbyło się zatarcie skazania, więc zgodnie z polskim prawem obywatel ma prawo do nowego życia, bez piętna mordercy. Dlaczego więc Szczygieł odgrzewa tę sprawę po tylu latach? Ponieważ kobieta zatrudniona jest jako nauczycielka i ekspert ministerstwa do spraw mianowania nauczycieli dyplomowanych. Morderczyni ma uczyć nasze dzieci? Do tej pory ciągle jeszcze próbuję stać po stronie autora, chociaż jego argumenty coraz mniej trafiają mi do przekonania.

Zastanawiam się, jaki sens ma przytaczanie cytatów szanowanych przodków kobiety, z którymi łączą ją tylko słabe więzy krwi? Żeby pokazać, że w dobrych rodzinach z tradycjami też się zdarzają patologie? To doskonale wiemy. Szczygieł sam się tłumaczy, że to trochę jak szukanie dziadka w Wehrmachcie. Nie trochę, tylko dokładnie to samo. A więc zdaje sobie sprawę z manipulacji, a jednak pisze.

Co mają wspólnego teologiczne fascynacje bohaterki z nauczaniem matematyki, skoro na lekcjach kompletnie do nich nie nawiązuje? Żeby pokazać, że żarliwy katolik też może być mordercą? To również nic nowego.

Metody bohaterki na dyscyplinowanie uczniów są bezwzględne i mogą się nie podobać (choć akurat nie widzę niczego zdrożnego w tym, że uczniowie muszą przebywać w klasie w bezwzględnej ciszy, a uszkodzenie czegokolwiek w sali uczeń musi naprawić na własny koszt), ale przynoszą efekty. Uczniowie doskonale opanowują matematykę i dobrze zdają egzaminy. Nie wiem, co lepsze - przyjazny pedagog, który niczego nie potrafi nauczyć, czy tyran-despota, który jest skuteczny. Najlepszy byłby oczywiście nauczyciel i przyjazny, i skuteczny, ale jesteśmy w Polsce i nie mówimy teraz o ideałach. Gdyby Szczygłowi zechciało się zagłębić w polski system oświaty odkryłby ze zdziwieniem, że podobni nauczyciele, bazujący na sadystycznej wręcz dyscyplinie, są w naszych szkołach powszechnym zjawiskiem, ale często nie są skuteczni. Ręka w górę, kto nie miał w szkole nauczyciela tyrana. Nie usprawiedliwiam metod pracy bohaterki, ale jeśli chodzi o tę kwestię, idealnie się mieści się ona w statystykach: połowa nauczycieli w państwowych szkołach jest w porządku, druga połowa powinna zmienić zawód.

Największym jednak, niewybaczalnym błędem tego tekstu jest jego jednostronność, brak obiektywizmu i przedstawienia stanowiska drugiej strony. Dlatego właśnie uważam, że to tekst propagandowy.

I tylko nie mówcie, że autor napisał maila do bohaterki tekstu, a ona odmówiła spotkania. To oczywiste, że nie chciała wracać do przeszłości. Ale, czy na tym polega dociekliwość dziennikarska? Zwróciliście uwagę ile wysiłku włożył autor, aby się skontaktować z „fałszywą kuzynką” pani Müllerovej w reportażu „Gwiazda wszystkich willi”? Mail do galerii, telefon do brata, telefon do kuzynki, chęć wyjazdu do wioski na północy Włoch, do Pragi, do Mediolanu, żeby tylko się z nią zobaczyć. Kilka maili, telefonów, odmów, żeby w końcu spotkać się w Rzymie. Można było? Można.

Tym razem, żeby porozmawiać z bohaterką, nie trzeba było lecieć do Rzymu. Wiadomo było, gdzie mieszka, gdzie pracuje. Wystarczyło poczekać pod szkołą i zagadać. Ale autor założył, że przecież to potwór, więc nie warto. Szkoda, bo to by było najciekawsze dla dziennikarza i czytelnika – jak ona teraz patrzy na swoje życie. Łatwiej było jeszcze raz dokonać egzekucji na tej kobiecie, kojarzonej z niepopularną w kręgach pewnej gazety opcją polityczną, bo takie było zamówienie (uwaga!: zupełnie nie chodzi tu o opcję – gdyby była inna, napisałabym dokładnie to samo). Autor uznał, że kobieta jest zła i udowodnił wszystko, co chciał. Mnie jednak zupełnie nie przekonał.

To prawda, mój gniew spowodowany lekturą tego reportażu zaważył na ocenie całości. Wszystkie inne teksty, lepsze lub gorsze przestały się nagle liczyć. Początkowo chciałam okiełznać emocje i nie wystawiać oceny tej książce. Z wybitnymi autorami jest przecież trochę tak, jak z osobami zmarłymi: wypada o nich mówić albo dobrze, albo wcale. Przeczytałam reportaż „Śliczny i posłuszny” jeszcze raz i zarwałam kolejną noc, bo zjadały mnie wyrzuty sumienia. Skoro jednak autor dał sobie prawo, aby upublicznić ten tekst, ponieważ nie mógł „przeboleć” (to jego słowo), że bohaterka pracowała dla ministerstwa, to ja dam sobie prawo wystawienia mu pały, bo nie mogę przeboleć, że bez skrupułów zniszczył człowieka.

Szczygieł tłumaczy się, że reportaż pełni rolę służebną, ma wpływać na rzeczywistość i „ma prawo do żerowania na cudzych nędzach” (cytuje Kąkolewskiego). No to i ja sobie pożerowałam. A teraz żeruję jeszcze raz, bo Mariusz Szczygieł podłożył mi się koncertowo.

Rozzłościł mnie Remigiusz Mróz, kiedy nazwał Wiesława Myśliwskiego jegomościem (recenzja z 13 grudnia 2018), ale Mróz jest jeszcze młody i wielu rzeczy może się nauczyć. W pewnym wieku należałoby jednak mieć większą świadomość, czego nie wypada. W reportażu „Wiele męskich scen” Szczygieł cytuje „odważnego” ojca swojego bohatera – rzeźbiarza Tomasza Górnickiego: „faceci muszą raz na jakiś czas wejść razem do sauny i podotykać się siusiakami”.

Chyba naprawdę się starzeję.

Tagi: 

Mariusz Szczygieł "Nie ma", Szczygieł "Nie ma" recenzja, Szczygieł "Nie ma" opinie, Szczygieł "Śliczny i posłuszny", Szczygieł opinie

4 komentarze:

  1. Nie wiem, w której ten pan bywa saunie. Na pewno - na szczęście - nie w tej, w której bywam ja.
    Ciekawa recenzja, kacie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piszesz o potwornej zbrodni dodając zwrot o przypadku... Zastanawiam się czy czytaliśmy ten sam rozdział w książce. Wiec przypomnę. Kobieta po, jak się ostatecznie okazało, ostatnim skatowaniu dziecka, położyła się obok i po prostu poszła spać. Przypomnę, za sanitariusz który przyjechał do konającego dziecka zemdlał, kiedy zobaczył w jak potwornym jest stanie i jak rozlegle ma obrażenia. Piszesz ze przecież sama wezwała lekarza... Ludzki pan chciałoby się powiedzieć. Bicie dziecka godzinami, żeby wreszcie domyśliło się ze ma odpowiedzieć oprawczyni ze odkupi za swoje pieniądze ze skarbonki zgubione sznurówki? Gdzie w tym wszystkim jest przypadek? Gdzie proporcja winy i kary? Czytałeś fragment mówiący o tym, że jeśli dziecko w czasie bicia zaczęło płakać łamało regulamin domowy który stanowił ze w takiej sytuacji kara była wymierzana od początku? Przecież to jakiś ordynarny sadyzm. Z książki wynikało, ze dziecko nie chodziło do przedszkola jeśli pani „przypadkowo” przeholowała i obawiała się ze ktoś może coś zauważyć. Przecież to wyrachowane, świadome działanie. Mówimy o systematycznym i metodycznym katowaniu. Piszesz ze kobieta odpokutowała winę. A dlaczego? Wnioskuje ze dlatego ze zgodnie z prawem mogła wyjść na wolność po 10 latach. A czemu nie po 3 albo 33? Magia cyfr... Ja nie wiem czy odpokutowała szczerze powiedziawszy. Odsiedziała w wiezieniu kare - tak (z reszta nie cala). Ale odpokutowała? Mocne słowo. Nie zaryzykowałbym zważenia tej potworności i ubrania jej w magiczna cyfrę 10. Oczywiście powiesz takie mamy prawo. Normy, są jakie są, może dobre, może nie, ale takie ustaliliśmy, trzymamy się ich i nie ma co dyskutować. Pewnie zgoda. Ale żeby stwierdzić, ze odpokutowała? Powtórzę, ja tego nie wiem. I wreszcie sedno, przynajmniej dla mnie. Może własnie o to tu chodzi. O pokazanie luki w prawie. O usankcjonowanej patologii. Kobieta zostaje pedagogiem w szkole. NAUCZYCIELEM. Lekcja matematyki to nie taka gdzie ktoś ma Cie tylko nauczyć dobrze „dodawać”. Nie każdy świetny matematyk jest świetnym nauczycielem. To są dwie ZUPEŁNIE rożne rzeczy. Piszesz ze w Polsce to pokutuje. WŁAŚNIE. Zatem róbmy wszystko żeby to zmienić. Koniec końców w życiu nie chodzi o wypełnianie testów i zdawanie egzaminów. W nauczycielstwie chodzi o wychowywanie ludzi i zbrodnia o której tu mówimy dla mnie dyskwalifikuje takiego człowieka na cale życie jako nauczyciela. Piszesz ze nie powtórzyła już zbrodni, czyli nie zamordowała w zwyrodniały sposób już żadnego człowieka. Moim zdaniem to nisko ustawiona poprzeczka. Chce wierzyć, ze kobieta wszytsko zrozumiala. Ale uważam ze prawo w tym wypadku nie zadziałało. Ludzie o tak skrzywionej psychice i dokonaniu takiej zbrodni powinni byc kontrolowani. Dopuszczenie do sytuacji w której po kilku latach nikt nie ma pojęcia o jej przeszłości i może ona swobodnie pracować w zawodzie, który powinien byc wrażliwy na tego typu kwestie jest dla mnie jakimś tragicznym nieporozumieniem. Piszesz, ze każdy miał takiego „ostrego” nauczyciela i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Tak długo jak jest to forma normalnej, zdrowej dyscypliny - pewnie tak. Ale czy masz pewność ze ta dyscyplina nie ocierała się o sadyzm np w formie psychicznej? Chciałbym, ale nie wierze ze kobieta, z tak skrzywiona psychika w czasie pobytu w wiezieniu wykorzeniła z siebie, całą poprzednia siebie. Przez 2,5 roku regularnego tłuczenia dziecka, bez poczucia robienia czegoś złego nagle się zmienia i jak za dotknięciem różdżki jest po prostu wymagającym, ale sprawiedliwym nauczycielem. Myślę, ze gdyby wykonywała gdzieś jakiś inny, mniej „wrażliwy”zawód, pewnie nie do końca rozumiałbym wywlekanie takiej sprawy po latach. Ale myślę też, ze od zresocjalizowanej osoby domagałbym się m.in. tego, ze sama z siebie, rozumiejac skale popełnionej zbrodni, nie obierała by takiej drogi zawodowej, która prowadzi ja dokładnie do miejsca, gdzie przed laty nie sprawdziła się zupełnie jako CZŁOWIEK. Gdzie jej CZŁOWIECZEŃSTWO w sposób druzgocący oblało kompletnie egzamin z życia. Niestety najwyższą cenę zapłacił ktoś inny, w tym wypadku bardzo mały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisałam, że bohaterka popełniła okropną zbrodnię, nie ma żadnych wątpliwości.

      Napisałam, że sąd uwzględnił okoliczności łagodzące ponieważ kobieta sama była w dzieciństwie maltretowana fizycznie i psychicznie przez rodziców, więc nie mając innych wzorców przeniosła swoje doświadczenia na dziecko. Autor reportażu ten wątek zupełnie pominął. Nie interesowały go żadne okoliczności łagodzące.

      Napisałam również, że bohaterka odpokutowała winę i zrozumiała swój błąd, bo na podstawie jej zachowania po wyjściu z więzienia mam prawo przypuszczać, że tak się stało. A autor nie podał żadnego dowodu na to, że jest inaczej. Nawet nie przyszło mu do głowy, żeby założyć, że ludzie mogą zmieniać się na lepsze i uczą się na błędach. Nie mam pewności, że tak było w tym przypadku, ale nie mam również żadnej pewności, że było inaczej. Nie dane mi było poznać najważniejszego punktu widzenia.

      I na tym właśnie polega mój zarzut do Mariusza Szczygła: przyjął, że kobieta była i jest nadal potworem, i to udowodnił. I ukarał ją po raz drugi za tę samą winę. Dał sobie prawo wystąpić w roli kata i zniszczyć jej życie. I na to się nie godzę.

      A ze zmiany prawa, zdaje się, nic nie wyszło, więc argument „służebnej roli” reportażu również odpada.

      Usuń