piątek, 30 października 2020

Maxime Chattam „Otchłań zła” Ocena 2/6

BEZ ŻALU

Kolejny, nowy autor, którego już po przeczytaniu (z wielkim mozołem) pierwszej książki odstawię do mojego osobistego lamusa. Nie, żeby był jakiś koszmarnie zły, tylko zupełnie między nami nie zaiskrzyło.

Nie podoba mi się lakoniczny sposób narracji i język przypominający sprawozdania, zniechęca mnie przesadna drobiazgowość w opisach. Jak sekcja zwłok, to musimy obserwować krok po kroku rozcinanie każdego kawałeczka ciała i dowiadywać się, co robi patolog. Jak ekshumacja – również niczego nam autor nie oszczędza. To nawet nie jest obrzydliwe, gorzej, to jest po prostu nudne. Autor zrobił dobry research i sprzedaje nam wiedzę z podręczników anatomii i kryminalistyki. Pewnych rzeczy warto się dowiedzieć, ale bez przesady.

Kompletnie nie leży mi temat tej powieści. Chattam wydał „Otchłań zła” kilka lat po tym, kiedy w kinach królował film „Siedem” – genialna opowieść o psychopatycznym, seryjnym mordercy, który prowadzi z policjantami wyrafinowaną grę. Trzeba mieć odwagę (albo tupet), żeby napisać książkę na ten sam temat (tylko ujęcie się zmienia). Autorzy zapewne liczą w takich wypadkach, że uda im się zdeklasować samego Trumana Capote. Nie sądzę, żeby to było możliwe, z dwóch powodów: aby napisać „Z zimną krwią” Capote poświęcił aż pięć lat swojego życia (a w tym czasie można było przecież wydać ze dwadzieścia książek), a także – nie każdy ma wystarczająco dużo talentu, aby stworzyć arcydzieło.

Bardzo nie lubię w kryminałach, kiedy autorzy idą na łatwiznę i morderca okazuje się psychopatą, ale nie cierpię wręcz, kiedy od początku o tym wiadomo. Zostajemy wtedy pozbawieni możliwości rozwiązania zagadki – kto zabił i dlaczego. Rozważania typu dlaczego wariat jest wariatem (trudne dzieciństwo i inne społeczne usprawiedliwienia) nie mają dla mnie sensu. Choroby psychicznej nie można nabyć, to jest zapisane w genach. Jeśli zabójcą jest totalny świr, po którym wszystkiego można się spodziewać, to odpada też element zaskoczenia. No bo przecież, jak nas coś ma zaskoczyć, skoro wariat jest nieobliczalny i może wydarzyć się wszystko? Kiedy nie ma ciągu przyczynowo-skutkowego, suspens nie istnieje.

Nie przekonuje mnie para głównych bohaterów, a w szczególności ich „love story” jak z powieści dla nastolatek. Najpierw podchodzą do siebie jak kot do jeża, ojej, czy on/ona mnie kocha? czy nie odrzuci? co on/ona sobie pomyśli?, a potem szybciutko konsumują związek, bo akurat okoliczności okazały się sprzyjające.

Nie znoszę również, kiedy prowadzący śledztwo jest mało rozgarnięty, i ja, jako czytelnik szybciej wpadam na oczywiste tropy, których policjant nie bierze pod uwagę, i już w połowie domyślam się rozwiązania. Detektyw wbija sobie do głowy jedną teorię i kurczowo się jej trzyma, nie biorąc pod uwagę, że mógł popełnić jakiś błąd. Całe szczęście, że jego kochanka – zupełna amatorka, jest o wiele bystrzejsza i ma szersze horyzonty. Do czasu. 

I to jest następna rzecz, która mnie w tej powieści razi. Kolejny tani chwyt stosowany przez autorów dla podkręcenia suspensu, bo koniec się zbliża i trzeba bohatera wpędzić w kłopoty, żeby czytelnik się trochę o niego pomartwił. Rozsądna, mądra osoba nagle zachowuje się jak totalny idiota, łamie wszelkie zasady bezpieczeństwa i na własne życzenie ładuje się poważne tarapaty. Efekt jest taki, że zamiast się niepokoić o jej losy myślę sobie: no i dobrze, za taką głupotę należą się baty, i wcale mi nie będzie żal, jeśli dostaniesz za swoje. No i nie jest mi żal. 

Jeśli chcecie się dowiedzieć, czego nie żałuję, musicie rozwiązać zagadkę: co łączy Akunina, Lemaitre’a i Bartosza Szczygielskiego.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza