wtorek, 2 lipca 2019

Jakub Ćwiek „Szwindel” Ocena: 1/6


WART PAC PAŁACA
Przeczytałam niedawno na portalu Lubimy Czytać, jak Jakub Ćwiek żalił się, ile to pracy (211 dni) i pieniędzy (też wyliczone skrupulatnie) włożył w swą najnowszą powieść: zakup książek zagranicznych niezbędnych do researchu, spotkania ze specjalistami, którym trzeba płacić za drinki i ciężka, mrówcza praca po 6-7 godzin dziennie, czyli samo pisanie. A potem, zaraz po publikacji zjawiają się piraci, książkę można sobie ukraść z internetu, a autor oczywiście nic z tego nie ma.

Wiedziona uczuciem empatii natychmiast zapłaciłam za książkę pokrzywdzonego autora, przeczytałam, i zaraz tego pożałowałam. Nie dlatego, że zapłaciłam, bo zawsze płacę za czyjąś pracę (a w abonamencie i tak taniej), ale ponieważ dałam się ponieść emocjom i niepotrzebnie straciłam czas na czytanie tej książki. Bilans wyszedł jednak na zero. Przynajmniej mam nauczkę, żeby nie dowierzać wylewającym żale autorom i że emocje należy trzymać na wodzy.

Od razu jednak zrobiło mi się autora żal. Tyle się napracował – a zupełnie niepotrzebnie. Remigiusz Mróz ten sam efekt osiąga przy nieproporcjonalnie mniejszym wysiłku. Wkład pracy to, jak widać, nie wszystko.

Analogia do twórczości najpłodniejszego polskiego twórcy kryminałów jest ewidentna. U Ćwieka, tak samo jak u Mroza akcja pędzi jak szalona, co chwila pojawiają się nowe tajemnice, nieskomplikowany język ułatwia czytanie, a dialogi są błyskotliwe. Kiedy jednak przychodzi do zakończenia i wyjaśnienia - jak i dlaczego coś się stało – otrzymujemy taką serię absurdów, że od razu przychodzi refleksja, że może autor powinien mniej czasu poświęcić na picie drinków ze specjalistami, a więcej na wymyślanie logicznej fabuły.

Problem może również tkwić w tym, że autor spotykał się z niewłaściwymi informatorami. O ile warstwa kryminalna (rodzaje przekrętów) wydaje się dobrze zdokumentowana, to cała reszta się chwieje. Trójka młodych ludzi działających w gangu wkłada masę pracy (fałszywe tożsamości, przebieranki, fałszywe zatrudnienie, opracowanie fałszywych stron internetowych i aplikacji) w przekręt, który przynosi im raptem 2000 złotych. Po prowizji centrali wypada jakieś pięć stów na głowę. Naprawdę warto ryzykować kiciem dla takiej kwoty, czy może pracują dla samego dreszczyku emocji? Przecież to inteligentni ludzie, mogliby uczciwie zarabiać dużo więcej, niekoniecznie na kasie w Biedronce. Profil psychologiczny przestępców jest zupełnie nieprawdopodobny.

Dramaturgia w tej powieści również nie istnieje. Mamy ciąg wydarzeń, owszem ciekawych, bo barwne przekręty muszą być ciekawe, ale nanizane są one na linię czasu, jak koraliki na sznurek w dziecięcej bransoletce. Różnią się tylko kolorem. Jedno zdarzenie nie wynika z drugiego, ułożenie ich w innej kolejności nie sprawiłoby różnicy.

Słabość dramaturgiczna wynika również z tego, że pojawia się tak wiele postaci pierwszoplanowych, które do tego jeszcze zmieniają imiona i zachowują się tak samo. To powoduje chaos. Dopiero w połowie można się zorientować kto jest kim.

Do końca nie mamy głównego bohatera, żadnej postaci nie poznajemy na tyle dobrze, żeby mieć do niej stosunek emocjonalny. Nie wiadomo z kim właściwie mamy trzymać w tej opowieści ani dlaczego. Autor wielokrotnie powołuje się na filmy „Vabank” i „Żądło” jako wzór do naśladowania, więc nie rozumiem, dlaczego nie skorzystał z tego wzoru. W obu tych filmach mieliśmy wyraziste postaci głównych bohaterów i od początku wiedzieliśmy z kim i dlaczego trzymamy. W „Szwindlu” wszystko to jest rozmyte. Jeśli miałabym porównać tę książkę do jakiegoś filmu, to chyba do równie nieudanej, co „Szwindel” „Volty” Juliusza Machulskiego. Też do końca nie wiadomo, o co komu chodzi.

Kolejny błąd dramaturgiczny, to uprzedzanie wydarzeń. Skąd pomysł, żeby spoilery ukazujące przyszłe losy naszych przekrętowiczów wrzucać do środka opowieści? Może autor chciał zmienić kolor koralika, bo uznał, że samo mnożenie przekrętów nie wystarczy? Przecież byłoby o wiele ciekawiej, gdybyśmy wszystkiego dowiedzieli się na końcu.

No i wreszcie zakończenie, które najbardziej mnie zirytowało. Rzeczywiście zaskakuje. Tylko, że jak budzę się rano, wyglądam przez okno i widzę morze, a wcześniej zawsze widziałam Pałac Kultury, to też jestem zaskoczona. Tylko, że to jest zaskoczenie w rodzaju WTF, a naprawdę nie o to w powieści kryminalnej chodzi.

Więc teraz wreszcie dlaczego odrzucam zakończenie, czyli paskudny spoiler, tym razem mój, nie autorski.

Przekręt, który zostaje przekręcony jeszcze większym przekrętem – to motyw bardzo popularny w literaturze gatunku. Jeśli ktoś chce się przekonać, jak mistrzowsko można to zrobić, powinien zobaczyć „Vabank 2”.

Przekręt główny, na który przez cały czas czekamy jest, niestety, bardzo słaby. W tym akurat miejscu autor zaoszczędził na dokumentacji, bo nie sprawdził ile kosztuje produkcja filmowa w Polsce i jak to się odbywa. Dwa miliony złotych za film z hollywoodzkimi aktorami? Nie każda polska produkcja musi kosztować dwadzieścia milionów, jak „Bitwa warszawska”, ale wystarczy wejść na stronę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, żeby dowiedzieć się, że cztery bańki to średni budżet, a osiem milionów nikogo nie dziwi. Koszty przygotowań inscenizacji na pewno były ogromne, tyle niepotrzebnego zachodu, a szanse powodzenia patykiem pisane. Szkoda, że autor nie zaprosił na piwo jakiegoś polskiego producenta filmowego. Na pewno dowiedziałby się, że wystarczy mieć dojścia, dobrze zbajerować potencjalnego inwestora, a utopi pieniądze w polskiej kinematografii bez mrugnięcia okiem. Zwłaszcza, jeśli to będą nie swoje pieniądze. Naprawdę nie trzeba do tego psich fundacji, fajerwerków i fałszywych hal zdjęciowych. Świat filmu przyciąga i już. Wielu naiwniaków na własne życzenie się w to pakuje.

Przekręt w przekręcie jest tak zagmatwany, że musiałam przeczytać zakończenie drugi raz, bo jednak chciałam się dowiedzieć o co chodzi. Nie dało rady. Autor założył zapewne, że większość czytelników tego nie zrobi i przyjmie jego bajania za dobrą monetę, bojąc się przyznać, że czegoś nie załapali. Wieloletnie doświadczenie w czytaniu kryminałów przypomniało mi jednak, że jeśli czegoś nie rozumiem, to nie dlatego, że to dla mnie za trudne, tylko dlatego, że autor nieudolnie sprawę wyjaśnił. Jakub Ćwiek istotnych wątków nie wyjaśnił w ogóle, bo po co?

Mikołaj - gość, który miał być tylko pionkiem, okazuje się mózgiem nad mózgami, który wymyślił przekręt w przekręcie. Autor twierdzi, że to zemsta socjopaty (klasyka, już słabszego powodu nie można wymyślić), ale kompletnie mnie do tego pomysłu nie przekonuje. Szwindel jest tak zakręcony, jakby stworzył go Albert Einstein przynajmniej, ale z drugiej strony tak głupi (po co te wszystkie kombinacje? po co? po co?) i wymagający tak wiele szczęścia i zbiegów okoliczności, żeby się udało, że nikt przy zdrowych zmysłach by się na coś takiego nie zdecydował. Czyli nasz bohater jest jednocześnie Einsteinem i idiotą?

Nagle, jak królik z kapelusza wyskakuje informacja, że ofiara przekrętu jest nieślubnym dzieckiem słynnego gangstera. No, motyw jak z telenoweli, po prostu. I ten gangster, bo ambitna matka chłopaka nie chciała pomocy od bandyty, sprawia, że synek wygrywa miliony w totka. Super pomysł! Poproszę o informację, jak to zrobił, chętnie skorzystam z patentu.

Końcowej jatki, czyli zemsty tatusia już nawet nie komentuję. Pasuje do konwencji jak pięść do nosa. I wszystkie te trupy dlatego, że tatuś się wkurzył?

To moje pierwsze tête-à-tête z panem Ćwiekiem, choć oczywiście nazwisko obiło mi się o uszy. Wcześniej jednak autor pisał powieści fantasy, a to gatunek, który programowo omijam. Mam nadzieję, że powróci do swojego sprawdzonego genre i znów ktoś inny będzie wydawać pieniądze na jego książki.

12 komentarzy:

  1. Jakubek <3. Ale za to jest taki męski, twardy i w mediach nigdy nie gryzie się w język. :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna recenzja - bardzo rzeczowa i konkretna :) Dodatkowo plusem jest, identyczna jak moja, ocena "twórczości" pana Mroza :) Fantasy pana Ćwieka czytywałam kiedyś, ale przestałam, bo uznałam, że moja inteligencja słabo ogarnia przedstawione przez autora światy - teraz widzę, że może ze mną wszystko w porządku... :) Lubię dobre kryminały, czytam dużo tego gatunku, więc pewnie jestem trochę wybredna i trudno mnie zaskoczyć - dzięki za ostrzeżenie, żeby Szwindla nie tykać :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno z Tobą wszystko w porządku😉.
      Nawet przeczytanie tej książki trzeci raz nie sprawi, że otworzą się oczy, bo po prostu nie ma na co. „Szwindel” to jest szwindel, ot co!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. A myślałam, że że mną coś nie tak bo nie czuje "genialnego" cwieka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo rozum czasami w „czuciu” przeszkadza 😉

      Usuń
  4. Uff, dziękuję. Myślałam, że to ze mną coś nie tak. Nie jestem w stanie przebrnąć przez tę książkę, odkładam nieprzeczytaną do końca.

    OdpowiedzUsuń
  5. Uff, dziękuję. To kolejna recenzja, która utwierdza mnie w przekonaniu, że czytacz.pl powinien mieć u mnie etykietę "omijać"; nasze gusta czytelnicze się rozmijają. Także czytam kryminały i nie tylko, także jestem wybredna. Może dlatego "Szwindel" mi się podobał - może nie na 6/6, ale z całą pewnością nie na 1/6, z takim zjadliwym komentarzem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Omijaj, kochana, omijaj! Zjadliwość, to moja wada wrodzona, a ponieważ bardzo sobie cenię moje wady, na pewno się jej nie pozbędę 😉

      Usuń
    2. A poważnie.
      Jeżeli ktoś nie widzi niczego niestosownego w wyliczaniu co do złotówki, ile przy pisaniu powieści wydał na drinki z informatorami, to sam sobie zasłużył na takie traktowanie.
      Chytry dwa razy traci.

      Usuń
    3. Ooo, kochana, to znaczy recenzja jest podyktowana osobistą sympatią do autora i tego, ugruntowanej sposobem komentowania procesu pozyskiwania informacji? Gratuluję. Dodam, że znakomity pisarz niemiecki Janosch żartował (w sposób nie do końca nieuzasadniony), że jakość jego książek jest wprost proporcjonalna do wypitych przy ich tworzeniu flaszek. Jest autorem pozycji: "Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny" (2 skrzynki dżinu). Cholonek jest wybitną książką niezależnie od tego, co autor mówił o procesie twórczym.

      Usuń
    4. Nie mam osobistej sympatii ani antypatii do autora, bo go nie znam. Przeczytałam jego wypowiedź, która zachęciła mnie do przeczytania książki. Działałam w dobrej wierze. Uwierzyłam autorowi, że jak tyle się napracował i tyle wydał pieniędzy, to musiał napisać dobrą książkę. Okrutnie się rozczarowałam. Książka jest słaba dramaturgicznie, chaotyczna, nie ma wyrazistych bohaterów, absurdalne zakończenie wyssane z palca. Gdybym nie czytała wcześniej zachęty autora, ocena byłaby taka sama. Ale przeczytałam, więc nie mogłam się do niej nie odnieść. Rozczarowanie okazało się podwójne - i co do książki, i co do autora.
      I nie chodzi mi o samo picie drinków, na zdrowie, tylko o wyliczanie, ile to kosztuje. To jest żenujące (w moim przekonaniu).

      Usuń