sobota, 29 sierpnia 2026

Krzysztof P. Czyżewski „Strażnik Rafaela” Ocena: 1/6

JAK SIĘ POZBYĆ CIAŁA?

Ta książka wpisała się w czarną serię. Czwarta z kolei, której nie dało się czytać i musiałam ją porzucić po kilku rozdziałach. O pozostałych wpadkach nawet nie chciało mi się pisać, ale kiedy taki numer wykręca wydawnictwo Czarna Owca, a nie jakiś selfpublishingowy mastodont albo zdesperowany autor, który „zawsze marzył, żeby zostać pisarzem”, nie mogę nie zareagować. Nie wstyd wam produkować takich potworków? Drodzy recenzenci, czy naprawdę musicie zachwalać każdą książkę, którą otrzymacie w prezencie od wydawnictwa?

Bardzo lubię powieści przygodowe z historycznymi wątkami i „poszukiwaniem skarbów”, więc postanowiłam sprawdzić o co chodzi z tą Szkatułą Królewską księżnej Izabeli Czartoryskiej. Nie dowiedziałam się, bo musiałabym dotrwać do końca, a to było ponad moje siły. Pomijając błędy narracyjne (autor od samego początku wprowadza tak wiele tajemnic, że nie sposób ich wszystkich śledzić aż do rozwiązania, zbyt wiele postaci, by którąś przejąć się na poważnie), najpoważniejszym zarzutem jest to, że czytelnik traktowany jest jak idiota.

Dwójka antykwariuszy Łucja Rokosz i Alek Jung (student) ma za zadanie wycenić przedmioty odziedziczone przez klienta, wśród których znajduje się oryginalny zegarek z XVII wieku. Klient nie chce się przyznać skąd zegarek pochodzi, więc antykwariusze przeprowadzają własne śledztwo. Gdy kolejnym razem nie zastają klienta w domu, udaje im się skłonić bardzo nieufną sąsiadkę do otwarcia drzwi, zwracając się do niej po nazwisku. Tylko, skąd znali jej nazwisko? Pomogły siły nadprzyrodzone?

Sąsiadka zdradza, że matka klienta została zamordowana, ale policja uznała to za wypadek, i obiecuje, że da znać, jeśli będzie się działo coś niepokojącego. Kiedy kilka godzin później Łucja otrzymuje SMS z nieznanego numeru „przyjedźcie teraz”, od razu wie, że to od sąsiadki. Swobodnie jednak traktuje słowo „teraz” i jedzie na wezwanie, zupełnie się nie spiesząc. Czeka bowiem na studenta (bo oni tak z zasady podróżują dwójkami), a że najczęściej przemieszczają się komunikacją miejską, więc zajmuje im to trochę czasu. Od razu wiemy, że mamy do czynienia z kiepskimi amatorami.

Gdy Łucja, jednak odważnie, bez studenta, dociera na miejsce, sąsiadka nie otwiera, ale słychać zza jej drzwi dźwięk wibrującego telefonu. Ja nie słyszę wibracji, nawet jak mam telefon w kieszeni, ale co to dla kogoś, kto ma nadprzyrodzone zdolności. Detektywka postanawia zgłosić swoje zaniepokojenie o sąsiadkę na najbliższym komisariacie i znów zdarza się cud, udaje jej się dostać do policjanta, który przyjmuje zgłoszenia w ciągu kilku minut! W Polsce. W dużym mieście wojewódzkim. Próbowaliście kiedyś zgłosić kradzież roweru? Jeśli tak, to pewnie już nigdy więcej nie przyjdzie wam to do głowy.

Policja i tak odsyła ich z kwitkiem (student dotarł), bo nie chcą zgłosić zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Proszą więc tylko, żeby policjant obdzwonił szpitale, a policjant entuzjastycznie się zgadza.

W międzyczasie pojawia się wątek morderstwa. Autor pozostawia mordercę z zadaniem: „teraz tylko musiał się jakoś pozbyć ciała”. Czytam dalej tylko dlatego, aby się dowiedzieć, jak mu się to udało, bo morderca wydaje się być bardzo niegramotny.

Aż w końcu nasi, z Bożej łaski detektywi, przeprowadzają akcję w stylu Jamesa Bonda. Na kolejnym spotkaniu z klientem, Łucja zauważa, że „z jego kieszeni wystaje coś metalowego”. Wtedy Alek podrywa się, unieruchamia klienta i przyciska mu do szyi pistolet mówiąc „Rusz się, a długo nie będziesz tęsknić za matką” [matka nie żyje]. Ni z tego, ni z owego, w trakcie zwykłej konwersacji, do Bogu ducha winnego człowieka, który nie dał najmniejszego powodu, żeby go atakować i wcześniej nie sprawiał żadnych kłopotów. Takiej akcji nie usprawiedliwia nawet później podana informacja, że pistolet był atrapą. Urządzenie w kieszeni klienta to był inhalator. Ja bym zeszła na zawał i długo nie mogła dojść do siebie, ale tutaj natychmiast wszystko dobrze się kończy. Żadnych reperkusji, żadnych wątpliwości co do szalonych antykwariuszy. Incydent kończy się przeprosinami. Łucja przeprasza klienta za zachowanie Alka, a klient Łucję, że nie wszystko im powiedział. I nic się nie stało, wszyscy są znów szczęśliwi.

Głupota tej sceny tak mnie rozwaliła, że już miałam rzucić czytnikiem w kąt, ale przecież chciałam się dowiedzieć, jak morderca pozbył się ciała. Czytam więc dalej na szybkich obrotach.

Wracamy do mordercy, który jest w Nowym Jorku, a jego największym zmartwieniem jest to, do jakiego muzeum ma się udać. Zabił, żeby uzyskać awans (!), jeśli by kogoś to interesowało.

Mnożą się zupełnie niepotrzebne, nowe wątki, z przeszłości i teraźniejszości, pojawiają się dziesiątki (!) nowych zbędnych postaci, akcja przerzuca się do Niemiec, Austrii, Holandii, przedwojennej Czechosłowacji, chaos robi się nie do ogarnięcia. Tylko autor będzie wiedział o co chodzi, a i tak nie mam pewności. Właściwie, to mogę się nawet założyć, że nie będzie potrafił wyjaśnić kto, co, gdzie kogo i dlaczego.

Myślicie, że dowiedziałam się, jak morderca pozbył się zwłok? Niedoczekanie! Po co? Ten wątek w ogóle zniknął. Autor pewnie myślał, że w plątaninie innych wydarzeń, czytelnicy tego nie zauważą.

Miałam nadzieję, że po skaczących na pomarańczowych spadochronach chomikach w powieści Grega Krupy „Przeklęta rzeźba z Bolonii”, nic mnie nie będzie w stanie zaskoczyć. Myliłam się. Polscy autorzy są nieprzewidywalni.