niedziela, 15 stycznia 2017

Daniel Dan „Czerwony kapitan” Ocena: 2/6


STARE PRZYGODY PANA SAMOCHODZIKA
         Naprawdę żałuję, że moje pierwsze spotkanie ze słowackim kryminałem skończyło się tak wielkim rozczarowaniem. Tym bardziej szkoda, bo tak dobrze się to zapowiadało. Niezłe wejście, fajne, barwne postaci detektywów, specyficzny „czeski humor”, chociaż słowacki, no i bulwersujący temat, którego w Polsce nikt jeszcze w powieści nie odważył się poruszyć – współpraca najwyższych władz kościelnych z bezpieką. Akcja dzieje się na początku lat 90-tych ubiegłego wieku, tuż po transformacji ustrojowej, klimat jak z „Psów” Pasikowskiego – nowi i starzy policjanci, nawet jeśli pozytywnie zweryfikowani, to nigdy nie wiadomo, czy można im ufać. Przyznajcie sami - można sobie było zaostrzyć apetyt. Aż tu nagle…
         Aż tu nagle, ni z gruchy, ni z pietruchy wyskakuje królik z kapelusza. Kiedy wydawałoby się, że wszystko zmierza do szczęśliwego rozwiązania niespodziewanie pojawia się… skarb Templariuszy. Tak! Dokładnie ten sam motyw z którym mieliście już do czynienia w stu piętnastu powieściach, poczynając od przygód Pana Samochodzika, a na wyczynach Roberta Langdona kończąc. Gdyby jeszcze ten do bólu zgrany temat podany był w jakiś strawny sposób, może jeszcze dałoby się to znieść. Ale autor po prostu przerywa narrację, żeby wpleść w książkę tasiemcowy wykład o historii zakonu. Nie pomógł nawet rewelacyjny, jak zawsze Maciej Stuhr (książkę tę miałam okazję poznać w wersji audio) – ponad godzinny wykład,  nawet w mistrzowskiej interpretacji ciągnął się jak okupacja Sejmu przez posłów opozycji i tak samo skończył – nijako.
         Na podstawie tej książki powstał film. Mam nadzieję, że scenarzyści mieli na tyle oleju w głowie, żeby przynajmniej w filmie dać spokój Templariuszom. Jakoś jednak zupełnie nie mam ochoty, żeby to sprawdzić.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza