wtorek, 13 września 2016

Katarzyna Puzyńska „Utopce” Ocena: 3/6


JAK NIE UTONĄĆ W UTOPCACH
„Utopce” zasadniczo mogłyby być niezłym kryminałem. Dlaczego zasadniczo i dlaczego mogłyby być? Katarzyna Puzyńska umie prawidłowo budować narrację, precyzyjnie motać watki po to, by potem zgrabnie je rozsupłać, stworzyła bohaterów, których w poprzednich powieściach zdążyliśmy już polubić. Do tego jeszcze akcja rozgrywa się w małym, zamkniętym środowisku, gdzie wszyscy się znają, więc atmosfera łatwo powinna się zagęszczać. Zakończenie zaskakuje, chociaż jego sugestia wisi w powietrzu przez cały czas. Co więc tu nie gra?
Odpowiedź podrzucił mi mój czytnik. Ślęczałam i ślęczałam nad tą książką pełna dobrej woli, bo przecież autorka w poprzednich powieściach zdołała mnie już do siebie przekonać. Czytałam po parę stron dziennie i czytałam, aż wreszcie na pasku czytnika pojawiło się magiczne 70%. Dopiero wtedy akcja ruszyła z kopyta i doczytałam „Utopce” do końca na jednym wydechu.
Wniosek?
Gdyby z pierwszych siedemdziesięciu procent wyrzucić połowę, autorka nie narażałaby naszej cierpliwości na ciężką próbę. Cały wątek z wampirem jest mocno naciągany, jak gdyby Katarzyna Puzyńska nie uwierzyła w moc opowiadanej przez siebie historii, tylko starała się na siłę ją uatrakcyjnić. Niepotrzebnie. O ile jeszcze mogę uwierzyć, że w latach 80-tych ubiegłego wieku zdarzały się gdzieś na zapadłej polskiej wsi jednostkowe przypadki ludzi, którzy wierzyli w wampiry i odczyniali uroki, to umieszczenie takich praktyk (na poważnie!) w dzisiejszych czasach jest kompletnie niewiarygodne. Dzisiaj w wampiry wierzą już chyba tylko dwunastolatki zakochane w sadze „Zmierzch”.
Mnożenie fałszywych tropów też nie zawsze się sprawdza – co za dużo, to niezdrowo.
Zalecenie?
Umiar w słowach i zachowanie odpowiednich proporcji.
Mam nadzieję, że Katarzyna Puzyńska potrafi uczyć się na błędach, bo potencjał twórczy ma spory.

sobota, 3 września 2016

„Komisja morderstw” Odcinek 1 Ocena: 1/6


ŚMIERĆ (Z NUDÓW) W BRESLAU
Telewizor włączam mniej więcej raz w tygodniu. Ostatnio przydarzyło mi się to we wtorek. Trafiłam na „Wiadomości”. Spokojnie, nie będzie o polityce.
Główne, wieczorne wydanie informacyjnego programu zaskoczyło mnie zapowiedzią nowego, kryminalnego serialu TVP. W czasach, gdy jeszcze oglądałam telewizję częściej zwiastuny programów i filmów pojawiały się, owszem, przed i po „Wiadomościach”, ale żeby informacja o emisji nowego serialu była newsem dnia? Podejrzane.
Zaintrygowana taką formą promocji zaraz sprawdziłam, kto za tym stoi. Najpierw strona literacka – to najważniejsze. Aż czterech scenarzystów podpisało się pod pierwszym odcinkiem! Niedobrze. To jasne, że seriale pisze się wspólnie, ale dotyczy to raczej tasiemcowych telenoweli. Kiedy, tak jak w przypadku kryminałów, odcinek ma być zamkniętą całością, dobrze jeśli odpowiedzialność za poprowadzoną intrygę ponosi jedna, góra dwie osoby. Wśród czterech nazwisk znalazłam jednak Waldemara Krzystka, który jako scenarzysta nigdy nie zawiódł. No dobrze, zaryzykuję. Obejrzałam.
Ryzyko opłaciło się pod tym względem, że już więcej nie popełnię dwóch błędów: nie dam się zwieść reklamie w „Wiadomościach” i nie obejrzę kolejnego odcinka „Komisji morderstw”. Jeżeli pierwszy odcinek, który ma przecież zachęcić do oglądania całości jest tak zły, że aż chce mi się płakać i wspominać z rozrzewnieniem porucznika Borewicza, to jakie mogą być następne?
Najbardziej kuleje, oczywiście, scenariusz (a było zaufać intuicji!). Zero suspensu, zero akcji, o przebiegu śledztwa dowiadujemy się z dialogów bohaterów, drętwych jak przemówienie najnudniejszego dyrektora na rozpoczęcie szkolnego roku. Tautologiczne retrospekcje, w których nie dość, że widzimy, w pseudoartystycznych, wirujących kadrach co się dzieje, to dodatkowo głos z offu jeszcze tłumaczy, co autor chciał powiedzieć – to robienie z widza idioty.
Aktorzy (dobrzy aktorzy!) snują się po ekranie jak mumie, nie wiadomo po co, wyraźnie zażenowani, że muszą wygłaszać takie drewniane kwestie. Reżyser, doświadczony na planie „Klanu” wyraźnie im nie powiedział, kogo mają zagrać. W „Klanie” nie musi, tam od kilkunastu lat aktorzy wiedzą, kogo grają. Tutaj wypadałoby udzielić wskazówek trochę bardziej rozbudowanych niż: „niech pani przejdzie od drzwi do okna i powie, co tam pani ma w scenariuszu napisane”. A tak to właśnie wygląda, z punktu widzenia tego gościa, co siedzi przed telewizorem i patrzy.
Żal mi Małgorzaty Buczkowskiej i Krzysztofa Pieczyńskiego, że muszą swoimi twarzami firmować tak nieudolną, pod każdym względem produkcję. Szkoda województwa dolnośląskiego, które wydało na tę produkcję kasę, tylko po to, żeby Wrocław był co chwila nazywany Breslau.
Pamiętam Buczkowską z drugoplanowej roli w serialu „Prokurator”. Grała niewidomą dziennikarkę i była świetna, bo przynajmniej wiedziała kogo grała. Ale to inny serial, inny scenarzysta, inny reżyser, chociaż stacja ta sama. Nawet w telewizji publicznej potrafią, jeśli chcą. Tym razem widocznie nie chcieli. Szkoda.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Agnieszka Lingas-Łoniewska „Piętno Midasa” Ocena: 3/6


CO ZA DUŻO, TO NIEZDROWO
Agnieszka Lingas-Łoniewska reprezentuje rzadki w polskiej literaturze kryminalnej podgatunek kryminału romantycznego, albo raczej romansu kryminalnego. Mnie to akurat nie przeszkadza, ale rozumiem, że czytelników bardziej męskich mocno rozbudowane wątki romansowe mogą drażnić. Bez żadnych uprzedzeń dałam się więc wciągnąć w sprawnie i dynamicznie rozwijającą się akcję, chociaż informacja autorki zamieszczona na wstępie, że książka ma dwa zakończenia i czytelnik będzie sobie mógł wybrać to, które mu się bardziej spodoba, trochę mnie zaniepokoiła. Niepokój okazał się uzasadniony. To, co w „Piętnie Midasa” kuleje najbardziej – to właśnie zakończenie.
Zakończenie jest pieczątką autora, jego podpisem, przesłaniem – tak, to właśnie chciałem powiedzieć, drogi czytelniku i taki ci chciałem zostawić przekaz. Kiedy zakończenia są dwa i do tego różniące się skrajnie, przekaz autorki jest mniej więcej taki: no tak, zagmatwałam, zagmatwałam i zupełnie nie wiedziałam jak z tego wybrnąć, więc coś tam sobie na pewno wybierzecie. Jako czytelnik czuję się takim podejściem zlekceważona.
Podwójny epilog uwierałby może mniej, gdyby wcześniejszy finał był logicznie uzasadniony. A tymczasem główny bohater – czterdziestoletni płatny zabójca, wykańczający swe ofiary precyzyjnie, z zimną krwią, nagle zachowuje się, jak okularnik z dobrego liceum, który pierwszy raz w życiu się zakochał. Rozumiem, że człowiek zakochany może stracić głowę, ale zupełnie nie wierzę, że takie głupstwo mógłby popełnić opisany wcześniej facet.
W przypadku wyboru epilogu pierwszego cały wątek ze szkoleniem Anny nie ma najmniejszego uzasadnienia (przez cały czas zastanawiałam się po co on to robi, dlaczego się dekonspiruje, jak może tak zaufać nieznanej osobie?), ale przynajmniej w finale bohater nie wychodzi na idiotę. Gdy zdecydujemy się na epilog drugi, motyw wychowywania sobie następcy ma sens (chociaż wątpliwości co do jego przypadkowego wyboru pozostają), za to postępowanie Midasa w stosunku do Karoliny jest absurdalne.
Brak logiki zabija kryminały. Może lepiej, żeby Agnieszka Lingas-Łoniewska skupiła się na pisaniu romansów.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Alek Rogoziński „ Jak cię zabić, kochanie?” Ocena: 2/6

STRESZCZENIE DLA GIMBAZY 

Najczęstszym błędem w polskich powieściach kryminalnych jest brak porządnie skonstruowanej intrygi. W przypadku „Jak cię zabić, kochanie?” mamy do czynienia ze zjawiskiem nowym. Wydaje się, że autor całą swą energię twórczą włożył w zaplanowanie przemyślnej konstrukcji, zupełnie zapominając o wszelkich innych elementach, bez których przecież żadna powieść obyć się nie może. Intryga, mimo, że solidnie zaplątana też zresztą na niewiele się zdała, bo zakończenie jest do bólu przewidywalne, a o klasycznych zagraniach z literatury tego gatunku, czyli zwrotach akcji i nieustannym podrzucaniu czytelnikowi mylnych tropów, autor chyba w ogóle nie słyszał.

Najbardziej uwiera w książce to, że zabrakło w niej świeżych tematów. I nic nie pomoże ubarwienie historii zagranicznymi wątkami. Przyznajcie sami, że opowieść, w której jeden z małżonków planuje wykończyć drugiego, nie zdając sobie sprawy, że ten drugi ma w stosunku do tego pierwszego podobne zamiary, nie powala oryginalnością. Wątek z amerykańskimi (!) zakonnicami w przebraniu też wałkowany już był tyle razy, że naprawdę można go sobie było odpuścić i nie narażać czytelnika na mdłości z powodu konsumpcji tak wiele razy odgrzewanego kotleta. A motyw gangstera wymuszającego zwrot długów, najpierw przy pomocy nieudolnego pomocnika, a potem przy użyciu pistoletu jest tak oklepany, że nawet szkoda wysilać się na złośliwy komentarz.

Cała książka sprawia wrażenie niedokończonego szkicu, jakby została napisana dla gimbazy, która czyta tylko streszczenia. Oprócz pary głównych bohaterów mamy kilkanaście drugoplanowych postaci, o których nic nie wiemy, oprócz tego, że pojawiły się na drodze naszej dwójki, żeby skomplikować ich życie. O głównych bohaterach też z zasadzie nie wiemy nic. Coś takiego jak psychologia postaci jest autorowi zupełnie obca.

Ktoś może powiedzieć, że w komediach kryminalnych nie o psychologię postaci chodzi, ale o to, żeby trochę się rozerwać. Tylko, że tutaj również intencje autora rozmijają się z odczuciami czytelnika. Jeżeli źródłem dowcipu ma być wyłącznie naigrywanie się z ekstremalnej głupoty wszystkich (co do wyjątku) występujących w książce postaci, to może jednak trochę za mało, żeby się dobrze bawić? Rozumiem, że są koneserzy takiego humoru, ale mnie takie chichy bardzo szybko zaczynają nudzić.

Jeśli do tego dodamy, że wiarygodność opisanych sytuacji balansuje na poziomie zero, a znajomość realiów autor czerpie chyba z oglądania kiepskich seriali, to wniosek nasuwa się sam - książkę pana Rogozińskiego należy omijać w księgarniach szerokim łukiem.