piątek, 4 września 2020

Ida Żmiejewska „Warszawianka” Ocena 5/6

KIEDY MISTRZOWIE ZAWODZĄ… 

…warto czytać debiuty.

Młodym (niekoniecznie wiekiem, ale literackim stażem) jeszcze się chce, jeszcze muszą walczyć, żeby zaistnieć, wiedzą, że muszą się starać i dopieszczają swoje pierwsze dzieło tak, że od razu widać, ile serca i pracy w to włożyli.

Taka jest właśnie „Warszawianka” Idy Żmiejewskiej. Autorka umieściła akcję w Warszawie, pod koniec (umowny) XIX wieku. Jeśli chcielibyście poczuć klimaty jak z „Lalki” Prusa, nie będziecie zawiedzeni. Żmiejewska doskonale zna epokę, którą opisuje i robi to z pieczołowitością ale jednocześnie z umiarem. Nie ma poczucia, że coś jest niepotrzebne lub przegadane, że historia przez duże W jest ważniejsza niż akcja. To wielka zaleta w przypadku autorów kryminałów.

Autorka już na samym początku pozytywnie mnie do siebie nastawiła takim drobiazgiem: lekarz patolog nazywa się Patkiewicz i jak mniemam, nie jest to zbieg okoliczności. Przypomnę, bo nie wszyscy muszą kojarzyć: tak w „Lalce” nazywał się student medycyny, który drażnił baronową Krzeszowską, stukając w jej okna trupią czaszką zawieszoną na sznurku. Mała rzecz, a cieszy.

Fabuła powieści została bardzo precyzyjnie skonstruowana i wszystko wyjaśnione, jak należy. Każdy wątek jest potrzebny i znajduje swoje uzasadnienie. Pamiętajmy, że akcja toczy się około półtora wieku temu, więc detektywi w śledztwie mogą posługiwać się wyłącznie swoimi szarymi komórkami, co mnie akurat nie przeszkadza, a wręcz ekscytuje.

Ważnym elementem powieści jest wątek miłosny. Panów uspokajam, że nienachlany i dobrze osadzony w realiach: seksu w tym tyle, co w „Lalce”, mniej więcej. Dla niektórych będzie to pewnie zaletą, dla innych wadą. Jedynie ten wątek nie zostaje zamknięty, co daje nadzieję na kontynuację, na którą już się cieszę.

Zwróciłam uwagę na tę powieść, gdyż została nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru. Ponieważ jednak zasadę ograniczonego zaufania stosuję w równym stopniu do czytelników, którzy w swoich opiniach uznają książki Mroza za arcydzieła, jak i do szacownej kapituły wybierającej najlepsze książki roku (tegoroczna nominacja do tej samej nagrody bardzo słabej „Wady” Małeckiego, to chyba przez zasiedzenie), dlatego z przeczytaniem „Warszawianki” ociągałam się tak długo. A szkoda.

Ostatnio staram się również nie przechwalać debiutantów. Niestety, często bywa tak, że pierwszą książkę wycyzelują jak należy, a kolejne piszą po łebkach (nie dotyczy Piotra Górskiego i serii z Krukiem, jak na razie). Zachwyciłam się „Czarnym manuskryptem” Krzysztofa Bochusa, a jego następna książka „Martwy błękit” była już tak przeciętna, że zrezygnowałam z kolejnych. Nieźle zabłysnął Leszek Herman przy okazji „Sedinum” (powieść rozwlekła, ale temat ciekawy), lecz „Latarnia umarłych” już nie nadawała się do czytania.

Trzymam kciuki za Idę Żmiejewską, mając nadzieję, że na jej kolejnych warszawskich kryminałach się nie zawiodę.

 

czwartek, 27 sierpnia 2020

Małgorzata Rogala „ Ostatni skok” Ocena: 1/6

PAN BÓG ZAPRACOWANY 

W tej książce Pan Bóg tyle razy schodził z nieba, aby pomóc jej bohaterom, że musiał chyba wyczerpać wszystkie limity dla polskich autorów.

Małgorzata Rogala znudziła się najwyraźniej bohaterami swojej udanej kryminalnej serii z Agatą Górską i Sławkiem Tomczykiem i postanowiła zacząć wszystko od nowa. Już w przypadku wcześniejszej próby („Kopia doskonała”) wyszło jej tak sobie, poniżej możliwości, ale „Ostatni skok” to już, niestety, kompletny niewypał.

Książka sprawia wrażenie, jakby była pisana lewą ręką przez prawe ramię, a pisarka nie miała pewności, czy pisze melodramat czy kryminał. Ani jedno, ani drugie jej nie wyszło.

Gdyby to miał być melodramat, powinniśmy odczuwać więcej empatii w stosunku do bohaterów, a tymczasem postaci są płaskie psychologicznie i niewiele dowiadujemy się o ich uczuciach. Dlatego zawiłości relacji Nadia – Igor niewiele nas obchodzą, a już w ogóle nie interesuje nas, czy będą razem, czy nie. I nie pomoże zakończenie rodem z najbardziej kiczowatej, brazylijskiej telenoweli.

Gdyby to miał być kryminał… tu lista zarzutów jest dłuższa.

Po pierwsze, prawie wszystko w tej powieści dzieje się chyba siłą woli. Przypadek goni przypadek. Mogę uwierzyć, że młoda policjantka przypadkiem jest świadkiem kradzieży, ale potem zaraz przypadkiem ogląda przedstawienie, które jest kluczowym dla dalszego przebiegu akcji. Następnie osoba biorąca udział w rzeczonym przedstawieniu znów przypadkowo pojawia się w miejscu przestępstwa, i tak dalej, i tak dalej, nie będę wyliczać, bo autorce teraz to już nie pomoże. Czujecie jak słowo „przypadek” drażni w tym jednym akapicie? Przypadki w tej książce drażnią tak samo. Trudno. Mleko się wylało. Kompletna niedoróbka poszła w świat i teraz trzeba się będzie mocniej napracować, żeby kolejną powieścią obłaskawić zawiedzionych czytelników.

Fabularnie książka leży na obu łopatkach. Zaskakujące (zapewne w mniemaniu autorki i czytelników Mroza) zakończenie zostało zbudowane na oszustwie. Tak nie uchodzi. Autorka z całych sił sugeruje nam, kto jest mordercą. Profil psychologiczny przestępcy tak bardzo jednak odbiega od profilu osoby sugerowanej, że dociekliwy czytelnik myśli sobie: albo to podpucha i zaraz wyskoczy jakiś królik z kapelusza, albo autorka próbuje nas traktować jak inteligentnych inaczej i od początku podpowiada rozwiązanie.

Do tego jeszcze mamy papierowych bohaterów. Młodsza policjantka przynajmniej sympatyczna i ma jakiś potencjał, ale starsza - zupełnie nijaka. No niby jest, ale nikt by nie zauważył, gdyby jej nie było. Przestępcy – bez jaj. Cyrk – główne miejsce akcji i środowisko bohaterów – kompletnie nieograne. Szkoda.

Droga autorko, nie idźcież tą drogą! Jeszcze jest szansa, żeby nie stracić czytelników.

wtorek, 11 sierpnia 2020

Jarosław Sokół „Wyspa zero” Ocena: 1/6

 

POWIEŚĆ TO NIE SERIAL

Jako scenarzysta „Czasu honoru” Jarosław Sokół sprawdził się znakomicie, dlatego też wiele sobie obiecywałam po jego powieści. Akcja toczy się tuż po zakończeniu II Wojny Światowej, w Świnoujściu – to już dobra rekomendacja. Juliusz Machulski obiecuje na okładce, że będzie klimat jak z filmu „Prawo i pięść” – jeszcze lepiej. Okazało się, że wyobrażałam sobie zbyt wiele. Rozczarowanie rosło z każdą przeczytaną stroną. Sam klimat, to trochę za mało, żeby stworzyć przekonującą opowieść. Od autora z takim doświadczeniem oczekiwałam profesjonalizmu w konstruowaniu fabuły, a tymczasem czytałam tę książkę zgrzytając zębami, ponieważ co chwila natrafiałam na szkolne błędy.

Najważniejsze, co zawodzi w tej powieści – to dramaturgia. Długo musimy czekać na zawiązanie akcji, ponieważ autor rozpoczyna książkę od przedstawienia kilkunastu postaci, wśród których przez długi czas trudno jest wyłowić głównego bohatera. Kilku polskich milicjantów wysłanych do Świnoujścia, żeby przejąć tam władzę, sowieckie dowództwo, które nic o tym nie wie, niemieckie władze miasta nominowane przez Rosjan, autochtoni. Gubimy się w natłoku bohaterów. Zamiast z zapartym tchem śledzić przebieg dochodzenia, obserwujemy zupełnie nieistotne dla akcji zmagania, w rodzaju kto ma właściwie prowadzić śledztwo w sprawie zabójstwa i przepychanki między Rosjanami i Polakami, kto tu właściwie rządzi.

Bardzo mi przeszkadzało również to, że autor spoileruje kluczowe dla akcji wydarzenia. Kiedy czytam już w pierwszych słowach, że komuś pozostała mniej niż doba życia, to mam ochotę przeskoczyć do następnego rozdziału, bo przecież wiem, co się wydarzy. Gdy autor najpierw zdradza przeczucia bohatera (to będzie „najgorszy dzień w jego życiu”), a potem te przeczucia się sprawdzają, ziewam z nudy, bo już wcześniej, dowiedziałam się, że będzie kiepsko. Albo coś takiego: „Gdyby wiedział, że ktoś go obserwuje, nie popełniłby tego błędu.” Czyli od razu wiemy, że będzie jakiś błąd. I po co mi ta wiedza? Dlaczego recenzentom wypomina się spoilery, a autorom uchodzi to na sucho?

Kiedy Sokół próbuje mnie przekonać, że życiu jednego z bohaterów coś zagraża, spokojnie patrzę na licznik i nawet nie drgnę, bo wiem, że nie uśmierca się tak ważnej postaci w jednej trzeciej powieści. Nie wierzę też w żadne z kolejnych zagrożeń. Niestety, bardzo nieudolne te próby wywołania suspensu. Wszystkie na to samo kopyto (aresztują - wypuszczają, aresztują - wypuszczają, aresztują…), więc powodują tylko ziewanie, a nie niepokój.

Już nie ziewam, a pienię się ze złości, gdy po raz siódmy czytam o pocztówce z Argentyny, i kiedy o tych samych rzeczach jestem informowana wielokrotnie. Hej, autorze, skąd przekonanie, że twoi czytelnicy nie załapią wszystkiego za pierwszym razem albo mają sklerozę?

Jarosław Sokół wrzucił w tę powieść tyle wątków i tematów, że można by nimi obdzielić kilka sezonów telewizyjnego serialu. Mamy i „zagospodarowywanie” Ziem Zachodnich zaraz po zakończeniu II wojny światowej, są obozy w Auschwitz, Ravensbruck, Dachau, mamy Katyń, sfingowane napady Polaków na Żydów w Warszawie przed utworzeniem getta, są oddziały specjalne SS, do których rekrutowano Polaków w czasie wojny, białoruska partyzantka, ukrywanie Żydów w czasie wojny i na dodatek jeszcze rozbudowany wątek miłosny. Dodam, że gatunkowo jest to kryminał. Doceniam zamysł edukacyjny i wkład pracy w dokumentację tematu, ale chyba jednak w powieści tego rodzaju podręcznikowa wiedza nie powinna górować nad historią fabularną, zwłaszcza jeśli na akcję nie ma żadnego wpływu.

Nie mogę też wybaczyć autorowi tego, że prowadzi z czytelnikiem nieuczciwą grę. Kryminałem rządzą konkretne prawa. Czytelnik chce prowadzić śledztwo równolegle z detektywem i to jego święte prawo, żeby otrzymał te same przesłanki co detektyw. Tym cytatem z „Dwudziestu zasad pisania powieści detektywistycznych” Van Dine’a podpierałam się wielokrotnie: „Nie można umyślnie wprowadzać czytelnika w błąd, stosując sztuczki inne niż te, których przestępca zasadnie używa wobec detektywa”. Jarosław Sokół nie dość, że umyślnie wprowadza czytelnika w błąd, aby w końcówce uzyskać efekt zaskoczenia, to jeszcze absurdalnością zakończenia dorównuje najwyższym standardom wyznaczonym przez Remigiusza Mroza. O szczegółach będzie na końcu, tylko dla wielbicieli spoilerów.

Nie potrafię dociec, dla kogo jest ta książka. Czytelnicy, którzy od książek wymagają tylko, żeby „łatwo się czytało” znudzą się po kilku rozdziałach, a jeśli dotrwają do końca, pogubią się w poskładaniu wszystkich wątków. Ci, który wymagają więcej, zorientują się, że wątków nie da się logicznie poskładać i zakończenie – to wielka lipa.

Może jednak lepiej by było, gdyby autor powrócił do pisania scenariuszy. Redaktorzy w wydawnictwach książkowych, jak widać, zupełnie się nie sprawdzają. W filmie jest większa szansa, że tekst zostanie poprawiony w na jakimś etapie produkcji. Może trafi się dobry reżyser, który wyrzuci niepotrzebne sceny, albo montażysta, który poukłada cegiełki tak, aby napięcie rosło. Może.

Uwaga! A teraz coś dla wielbicieli spoilerów:


Na końcu okazuje się, że prawie wszystkie występujące w książce postaci: Polacy, Rosjanie, Niemcy, były ze sobą powiązane. Bez żadnych problemów, w czasach największej zawieruchy (maj 1945 roku, tuż po oficjalnym zakończeniu wojny, kiedy wciąż wybuchały bomby, można było dostać kulkę zza węgła, a zdobycie środka transportu i pozwolenia na podróżowanie graniczyło z cudem) znaleźli się w tym samym czasie, w tej samej mieścinie na końcu świata. Cóż za cudowny zbieg okoliczności! Tak jakby skrzyknęli się na Facebooku, wsiedli w skrzydlate maszyny i pojechali na wycieczkę po strefie Schengen.

Nie poddaję w wątpliwość istnienia maszyny tabulacyjnej, kodującej dane i odczytującej informacje dotyczące więźniów obozów koncentracyjnych, bo nawet nie chce mi się tego sprawdzać. Natomiast pomysł, że na pocztówce z Argentyny w podanym adresie został zakodowany numer obozowy, że autorka listu mogła przypuszczać, że adresat pocztówki w ogóle na to wpadnie i rozszyfruje, że to właśnie jej numer, mogą się nabrać wyłącznie ci, którzy nie zrozumieli tego, co przeczytali.

Na koniec okazuje się, że gmatwanie tych wszystkich wątków nie miało żadnego sensu, bo mordercą okazuje się człowiek, który mści się za śmierć przyjaciela, ale tak naprawdę „chce przywrócić porządek” i opowiada się za świętą przemocą – czyli regularny wariat. Wariat, który liczbą odciętych palców u kolejnych ofiar szyfruje numer obozowy kobiety, w której kocha się główny bohater, a robi to dlatego, że znalazł przypadkiem adres na pocztówce i dziwnym trafem natychmiast domyślił się, że to właśnie kod. I jeszcze, los był tak łaskawy, że wszystkie osoby potrzebne mu do zemsty, znalazły się akurat w Świnoujściu.

Takie rozwiązanie nigdy nie przyszłoby czytelnikom do głowy (niektórzy może nawet ucieszą się, że zostali zaskoczeni), bo kiedy wariat ujawnia się pod koniec książki, już dawno zdążyliśmy o nim zapomnieć. Autor oszukuje nas, że gość przez cały czas leży nieprzytomny w szpitalu. A wariat tylko sprytnie wszystkich nabiera, że jest prawie denatem, i co chwila hyc, hyc, wyskakuje, żeby sobie pozabijać.

Przez cały czas otrzymujemy również fałszywe tropy, że to główny bohater – detektyw jest głównym podejrzanym, tylko o tym nie pamięta. Kiepski to pomysł. Detektyw/narrator – morderca to żaden wynalazek, Agata Christie już prawie sto lat temu coś takiego wymyśliła, tylko, że potrafiła wszystko logicznie uzasadnić, natomiast zabiegi Sokoła są tylko nieudolnymi próbami wyprowadzenia czytelnika w pole nieuczciwymi metodami.

Jeśli lubicie takie powojenne klimaty, oglądajcie „Prawo i pięść”. „Wyspę zero” naprawdę możecie sobie darować.

czwartek, 30 lipca 2020

Dror A. Mishani „Chłopiec, który zaginął” Ocena: 5/6

DLACZEGO W IZRAELU NIE PISZE SIĘ KRYMINAŁÓW

Kiedy ostatnim razem pisałam o izraelskim thrillerze dotyczącym działalności służb specjalnych (Nir Hezroni „Trzy koperty”) ruch na moim blogu zwiększył się dwudziestokrotnie. Nie, nie pomyliłam się w rachunkach. Chyba, że Google Analytics kłamie. Natychmiast wysnułam na ten temat pewne wnioski, które po lekturze „Chłopca, który zaginął” wciąż sprawiały wrażenie teorii spiskowych, ale jednak takich, które niebezpiecznie zbliżają się do rzeczywistości.

Główny bohater powieści - Awi Awraham zastanawia się, dlaczego nie ma książek o detektywach w Izraelu, i od oficera ze Służby Bezpieczeństwa Ogólnego otrzymuje taką odpowiedź: „…bo policjanci w Izraelu są odpowiedzialni za gówniane dochodzenia, o których nikt nie chce ani czytać ani pisać. A większość policjantów w dodatku nie jest dość bystra. Ważnymi śledztwami zajmują się detektywi z Szin Bet, a o nas nikt nic nie wie, a ci, którzy wiedzą nie mogą napisać pół słowa.”

Dror A. Mishani nie miał więc wyjścia, napisał powieść o „gównianym” dochodzeniu, ale tak napisał, że aż ciary przechodzą. I po tym właśnie można poznać prawdziwy talent. Nie potrzeba fajerwerków, żeby osiągnąć efekt wow, jak mawiają małolaty. Wystarczy banalny, wydałoby się sztampowy temat: zaginięcie nastolatka ze zwyczajnej rodziny. Wystarczy bardzo skromna liczba podejrzanych, którzy nawet nie są prawdziwymi podejrzanymi, nie potrzeba twistów ani cliffhangerów, a i tak autor gra na naszych emocjach tak, jak Mark Knopfler na gitarze.

Uprzedzam lojalnie: to jest powieść kryminalna z gatunku „nic się nie dzieje”. Nie chodzi o to, żeby akcja pędziła i bohater co chwila wpadał w kłopoty, albo, tak jak lubią wielbiciele Remigiusza, łatwo się czytało. Bez tanich chwytów autorowi udaje się do samego końca nami manipulować i utrzymywać w napięciu. Dzieje się tak dlatego, że Mishani stworzył stuprocentowo wiarygodne psychologicznie postaci i z każdą z nich mamy szanse w jakimś stopniu się utożsamić.

Bardzo ciekawy jest główny bohater. Detektyw Awraham różni się od jego europejskich i amerykańskich kolegów tym, że niewiele ma w sobie z supermana, za to dużo więcej ze zwykłego człowieka. Gdy poznajemy jego rozterki, od razu robi się nam bliższy. Przyznajcie sami, rzadko zdarza się policjant, który ma wyrzuty sumienia, ponieważ wydaje mu się, że nie okazał matce zaginionego dziecka wystarczająco dużo współczucia. Bardzo interesująca jest również narracja z punktu widzenia nauczyciela – niespełnionego pisarza, który pełni w tej powieści podwójną rolę. Nie powiem jaką, bo byłby to spoiler. Sami szybko odkryjecie, o co chodzi. A pomysł z listami – to prawdziwy majstersztyk.

Książek Drora A. Mishaniego nie można znaleźć w formie e-booka, więc trzeba trochę pokombinować, żeby je zdobyć. Jeżeli jednak macie ochotę przeczytać kryminał, który w żadnym calu nie będzie przypominać tego, co hurtowo produkują na zlecenie wydawców polscy i zagraniczni autorzy, wysiłek na pewno się opłaci. Otrzymacie kawałek prawdziwej literatury, książkę, po przeczytaniu której nie trzeba będzie się zastanawiać, jakie błędy popełnił autor i dlaczego mu nie wyszło, tylko będzie można zwyczajnie się nią zachwycić, bez poczucia zmarnowanego czasu. Zakończenie wbija w fotel i sprawia, że treść „Chłopca, który zaginął” nie uleci z pamięci, zaraz gdy tylko zamkniemy książkę po przeczytaniu ostatniego zdania.

Już sobie ostrzę zęby na kolejne powieści autora.