poniedziałek, 5 stycznia 2026

James Kestrel „5 grudniów” Ocena: 5/6

EKLEKTYCZNE RETRO NOIR

Kiedy odkrywam takie perełki, najbardziej mnie wkurza, że muszę na nie wpadać przypadkiem. Drodzy wydawcy, nie możecie czegoś z tym zrobić?

Dawno nie czytałam tak ciekawej książki, i to pod względem zarówno tematyki jak i formy. Zaczyna się jak klasyczny kryminał. Tuż przed atakiem Japończyków na Pearl Harbor odnalezione zostają paskudnie okaleczone zwłoki dwojga młodych ludzi: Amerykanina i Japonki. Wydaje się, że głównym celem był mężczyzna – siostrzeniec admirała stojącego na czele amerykańskiej floty. Dość szybko udaje się odkryć, kto stoi za morderstwem, sęk w tym, że tożsamość tego człowieka jest fałszywa, a poza tym dawno opuścił Hawaje. Problem polega więc na tym, żeby go odnaleźć i dowiedzieć się dlaczego zabił.

Od tej pory opowieść detektywistyczna zamienia się w thriller szpiegowski i pościg za zabójcą. Detektyw McGrady rusza do Hongkongu, a tam zastaje go wojna. Gatunek powieści znów wydaje się zmieniać, opowieść wojenna zbliża się momentami do melodramatu, ale nie obawiajcie się - cel pozostaje wciąż ten sam – dopaść mordercę i rozwikłać zagadkę okrutnej zbrodni.

„5 grudniów” należy do tej ekskluzywnej grupy kryminałów, które najbardziej lubię, ponieważ oprócz nienagannej konstrukcji, dobrze poprowadzonej intrygi i zaskoczenia na końcu, ma również moją ulubioną wartość dodaną. Śledząc wartką akcję rozrzuconą między Hawaje, wyspy Pacyfiku, Hong Kong i Japonię przyswajam podskórnie i bezboleśnie dawkę solidnej wiedzy historycznej i geograficznej. Podążałam tropem detektywa z mapą Google na czytniku i zaraz też nabrałam ochoty, żeby doczytać szczegóły walk w czasie II wojny światowej w Azji południowo-wschodniej oraz na Pacyfiku, którymi na szczęście dla powieści autor nie epatował.

„5 grudniów” to amerykański wariant powieści retro w stylu noir. Jaki kraj, takie możliwości. Nasi rodzimi autorzy nie będą, oczywiście, mieli możliwości umieścić akcji w realiach tak egzotycznych, ale taki wielogatunkowy konglomerat, o ile będzie równie dobrze skomponowany, bardzo chętnie bym przeczytała. Potencjał jest.

niedziela, 30 listopada 2025

Michal Sýkora, „To jeszcze nie koniec”, Ocena: 3/6

NI PIES, NI WYDRA…*

Kolejny kryminał nowo poznanego czeskiego autora pozostawił mnie z uczuciem niedosytu. Byłoby pewnie lepiej, gdyby Michal Sýkora potrafił się zdecydować, czy pisze powieść kryminalną czy obyczajową.

Jako kryminał ta książka średnio się sprawdza. Mamy ciekawy punkt wyjścia – okrutne morderstwo sprzed dwudziestu pięciu lat. Półroczne dziecko zostało pozbawione głowy przy pomocy piły tarczowej, a milicja (bo to się działo w Czechosłowacji, za czasów schyłkowej komuny) poszła na skróty i oskarżyła o zabójstwo matkę, która po tym oszalała i popełniła w więzieniu samobójstwo, co uznano za dowód jej winy. Wywarło to kolosalny wpływ na życie całej, wielopokoleniowej rodziny.

Dochodzenie zostaje nieoficjalnie wznowione. Prowadzi je podinspektor Marie Výrowá zwana Wielką Sową – postać wyjątkowo bezbarwna. O jej życiu praktycznie nic nie wiemy, za to poznajemy z najdrobniejszymi szczegółami, przy każdej możliwej okazji, listę utworów muzycznych, które pani policjantka aktualnie słucha. Oczywiście nie ma to żadnego wpływu na akcję.

Śledztwo toczy się bardzo niemrawo, autor wielokrotnie porusza te same tematy, które czytelnik już dawno zdążył przetrawić i zasymilować. Od początku pojawia się ważny wątek, który w dawnym w śledztwie został odpuszczony. Kiedy podobny manewr zostaje zastosowany we współczesnym dochodzeniu, uważny czytelnik zaczyna przypuszczać, że dzieje się tak nie bez przyczyny i okazuje się, że ma rację.

Historia robi się ciekawsza, kiedy poznajemy lepiej losy rodziny, która ucierpiała z powodu morderstwa. Gdyby Michal Sýkora od razu poszedł w tę stronę, mogłaby powstać interesująca powieść obyczajowa, ale niestety, ten temat pojawił się zbyt późno i został potraktowany po macoszemu. Poza tym, cały komplet rodzinnych bohaterów (trzej bracia, ich żony, kochanki i córki) jest tak antypatyczny, że naprawdę nie mam dla nich ani grama współczucia, z powodu tego, jak ta tragedia wpłynęła na ich losy. Byli tak samo głupi, krótkowzroczni, pazerni kiedyś, jak są teraz, nie przeszli żadnej przemiany, w związku z tym nic mnie nie obchodzą. Najbardziej żal mi dziadków, którzy i tak dawno nie żyją.

No cóż. Czechom i ich ambitnym wydawcom, mimo wszystko nadal będę kibicować.

*… coś na kształt świdra – ludowe, przypisywane Paskowi

niedziela, 16 listopada 2025

Weronika Mathia „Szept”, Ocena: 1/6

JAK ZACHWYCA, JEŚLI NIE ZACHWYCA?*

Jeżeli ktoś z jurorów Nagrody Wielkiego Kalibru przeczytał tę książkę do końca, zanim ją nagrodził, to gratuluję. A właściwie współczuję. Bo tego nie da się czytać.

Rozdział pierwszy – nie wiem o co chodzi.

Rozdział drugi – pojawiają się nowe postaci, nadal nie wiem o co chodzi.

Rozdział trzeci – kolejne nowe postaci, nic się nie dzieje, dalej nie wiem, o co chodzi.

Rozdział czwarty – i znów nowi bohaterowie i to samo pytanie – ale o co chodzi?

Chaos.

Gadanie o niczym.

Bardzo ładne zdania, ale tylko zdania. Ozdobniki zdań, z których nic z nich nie wynika. Przerost formy nad treścią, a właściwie zwycięstwo formy nad treścią, bo treści nie ma.

Z opinii kolegów recenzentów wnioskuję, że treść kiedyś jednak się pojawi, ale ja już tego nie doczekam. Podróż tym razem była krótka, więc porzucam audiobook po dwóch godzinach słuchania i nie widzę powodu, żeby czytać dalej. Postać detektywa (kobieta) ledwo się wyłoniła. Niewiele o niej wiem, nie dostałam szansy aby ją polubić (lub chociaż zrozumieć), nic mnie nie obchodzi. Śledztwo wątłe – ledwo się domyślam czego dotyczy (chłopak mylnie oskarżony o morderstwo, ale mogę się mylić). Gubię się w natłoku bohaterów – nie ma żadnego z którym mogłabym sympatyzować. Kompletnie nie mam motywacji, żeby dotrwać do zakończenia.

Recenzenci twierdzą, że zakończenie podobno wymiata, ale cóż z tego, kiedy mnie ono zupełnie nie interesuje. Dałam autorce naprawdę dużo czasu, żeby zachęciła mnie do lektury. Nie udało się. Wynudziłam się wystarczająco przez dwie godziny, nie zamierzam przysypiać przez następnych kilka. Zdrowiej będzie po prostu się wyspać.

Na portalu Rynek Książki przeczytałam, że Weronika Mathia otrzymała nagrodę Wielkiego Kalibru za: „mistrzowskie budowanie napięcia, wielowątkową fabułę oraz głębokie portrety psychologiczne postaci. Recenzenci podkreślają, że „Szept” to powieść, która wciąga od pierwszych stron i nie pozwala się oderwać aż do zaskakującego finału.

Ja się nie wciągnęłam i bez problemu oderwałam. Widocznie nie mam pojęcia, na czym polega „mistrzowskie budowanie napięcia”. Może wy macie inne kryteria.

*Witold Gombrowicz, „Ferdydurke”

niedziela, 26 października 2025

Jean-Claude Izzo „Total Cheops”, Ocena: 5/6

„JEŻELI BÓG ISTNIEJE, TO JESTEŚMY SKURWYSYNAMI”*

Zaryzykuję obrazoburcze stwierdzenie, że Izzo jest nawet lepszy niż Chandler. Napisał tylko trzy kryminały, i zaraz umarł. Nie miał tyle szczęścia (szczęścia, ha, ha!), co Stieg Larsson, autor trylogii „Millenium”, który też napisał trzy kryminały i zaraz umarł, ale trafił w swój czas i dzięki temu jego powieści wciąż żyją. Izzo nie trafił w swój czas, bo był poetą. Prawdziwym (pisał wiersze), ale również poetą kryminału. Chandler także był poetą kryminału, ale miał więcej szczęścia (ha, ha, szczęścia, człowiek, który zapił się na śmierć), bo pisał po angielsku i jakimś cudem ze swoimi mrocznymi, kryminałami noir trafił w swój czas.

Ta proza, czarna i gęsta jak smoła, trafia mnie prosto w serce, dlatego przymykam oko na niedoskonałości debiutanta (to pierwsza powieść Izzo).

Inspektor Fabio Montale, duchowy brat chandlerowskiego Philipa Marlowe’a próbuje rozwikłać zagadkę zabójstwa dwóch przyjaciół z dzieciństwa, z którymi łączyła go silna więź, chociaż ich drogi się rozeszły. To prywatne śledztwo, w policji Fabio wykonuje marginalną robotę. Wszystkie tropy prowadzą do mafii, ale…

Ktoś może zapytać: a po co on tyle o tej Marsylii opowiada? Bo kocha. Proste? A że to nie jest rajska wyspa? No nie jest. Taka prawda.

Ktoś może marudzić, że te konszachty mafijne takie skomplikowane, że trudno się połapać. Na szczęście, nie trzeba wszystkiego ogarniać, bo nie o to tutaj chodzi. Mafia mafią, ale emocje emocjami. Mafiozi się tłuką dla kasy, ale prawdziwa nienawiść z czegoś innego wypływa.

Chciałem stąd wyjść, znaleźć się w łódce, na szerokim morzu (…) Cała ludzkość wychodziła mi gardłem. Te wszystkie historie, to tylko znikoma cząstka nikczemności świata (…) Można by uwierzyć, że pierwszy człowiek tak dostał w kość, że zawładnęła nim nienawiść. Jeżeli Bóg istnieje, to jesteśmy skurwysynami.”*

To powieść skierowana do ludzi potrafiących czytać ze zrozumieniem, a nawet do tej specyficznej kategorii czytelników, którzy potrafią jeszcze czytać między wierszami. [„Z poduszką czy bez? – pytano przy rezerwacji miejsc w niektórych hotelach.” Ładne, prawda?] To książka dla tych, co potrafią zachwycać się słowem i docenią ironię.

Jeszcze kilka dni temu ten dom był domem starego kawalera, a teraz trzy kobiety grają tu sobie w remika, chociaż dochodzi północ. Posprzątane. Jedzenie przygotowane. Naczynia pozmywane. Na tarasie suszy się pranie. A przede mną marzenie każdego mężczyzny: matka, siostra i prostytutka. (…) Szkoda, że nie tworzą razem jednej, jedynej kobiety, którą bym pokochał.

Nie liczcie na światełko w tunelu. Fabio nie znajdzie ukojenia.

Kiedy mi opisała mężczyznę, o którym marzy (…) przestraszyłem się. Nie podobał mi się ten portret. To nie ja.”

Nareszcie znów ją widziałem. Po drugiej stronie śmierci. Zdechli ci, którzy ją zabili. (…) Noszę ją w sercu i będzie ze mną zawsze na tej ziemi, która każdego dnia daje ludziom szansę.”

Zaczęłam znajomość z Izzo od drugiej części trylogii ("Szurmo"), która, siłą rzeczy, była już lepiej dopracowana (mniej postaci, nie tak skomplikowane konszachty policyjno-mafijne) i już się nie mogę doczekać części trzeciej, i ostatniej, niestety.