poniedziałek, 4 marca 2019

Karolina Morawiecka „Śledztwo od kuchni” Ocena: 1/6


PIEKŁO DLA WIELBICIELI AGATY
Ostatnio mamy jakiś wysyp polskich kryminałów z detektywkami na emeryturze, zainspirowanych postacią słynnej panny Marple. Dopiero co pisałam o „Pani Henryce” Katarzyny Gurnard (post z 28 listopada 2018), a już pojawiła się bohaterka nowa - Karolina Morawiecka, którą autorka nazwała… swoim nazwiskiem. Może zresztą jest odwrotnie – Morawiecka to tylko pseudonim, przyjęty od nazwiska bohatera. Pewności nie mam, ale i tak źle, i tak niedobrze. Bo co powiecie, drodzy czytelnicy, kiedy napiszę, że Karolina Morawiecka jest arogancka i głupia? Mam nadzieję, że znacie mnie już na tyle dobrze, żeby się nie popełnić błędu. Nigdy nie obrzucam przecież autorów inwektywami, tylko czasami, z uporem maniaka staram się ich przekonać, że powinni przestać pisać i zająć się innymi pożytecznymi zajęciami.

Trudno mi pojąć, dlaczego Karolina Morowiecka (autorka) zaproponowała nam tak skrajnie antypatycznego i irytującego głównego bohatera.

Morawiecka (detektywka) jest przekonana o własnej wielkości, wywyższa się i przy lada okazji daje innym odczuć, że są gorsi (nie ma to nic wspólnego z subtelną chełpliwością Herkulesa Poirot, przywoływanego na każdym kroku).

Mimo swej niepodważalnej głupoty uważa, że wszystkie rozumy zjadła i w związku z tym ma prawo i obowiązek pouczania bliźnich i udzielania im dobrych rad. O dziwo, każdy z jej rozmówców bez żadnych oporów daje sobą pomiatać i z kompletnie nieznanych mi przyczyn toleruje tę agresywną babę, zamiast odpowiadać pięknym za nadobne.

Jest wścibska, bezczelna i się narzuca (i znów nie ma to nic wspólnego z taktowną dociekliwością panny Marple, która również, jako wzór do naśladowania przywoływana jest wiele razy).

Morawiecka aspiruje do elity miasteczka (wdowa po aptekarzu), a NIE CZYTA książek, bo czytanie JEST GŁUPIE! Wiedzę o życiu czerpie głównie z seriali telewizyjnych. Nigdy nie słyszała o „Lalce” Prusa i nic nie mówią jej nazwiska Izabeli Łęckiej i Stanisława Wokulskiego. Naprawdę! Nie ściemniam, to taka baba. Nie czuję do niej sympatii za grosz, a ty, drogi czytelniku?

Autorka stworzyła pokraczne indywiduum, które nie mało prawa uchować się w przyrodzie. Chyba, że na innej planecie, albo w Czechosłowacji. Siedemdziesięcioletnia kobieta, nawet jeśli jakimś cudem w latach sześćdziesiątych nie przeczytała tej szkolnej lektury (wątpliwe, bo wtedy nie tyło telewizji i internetu, więc nie było nic innego do roboty i książki się czytało, a nawet dziś „Lalka” jest chyba jedyną z niewielu lektur akceptowanych przez młodzież, bo to po prostu świetna książka), to jako fanka telewizji nie mogła przeoczyć serialu Bera, który w czasach komuny na wszystkich dwóch kanałach telewizyjnych powtarzany był po kilkanaście razy. A więc bohaterka nie dość, że niedouczona i głupia, to jeszcze niewiarygodna. A już za zmuszanie swoich gości (w tym policjantów na służbie) do zdejmowania w jej domu butów i wciskanie „kapciuszków”, kazałabym jej czyścić szczoteczką do zębów bruk w piekle.

Stosunek autorki do czytelnika wyraża się już w tytule: „Śledztwo od kuchni czyli klasyczna powieść kryminalna o wdowie, zakonnicy i psie (z kulinarnym podtekstem)”. No tak, drogi czytelniku – odczytuję intencję autorki bez pudła - na pewno nie jesteś zbyt bystry, więc na wszelki wypadek od razu wyłożę ci wszystko kawa na ławę.

Jeżeli ktoś dobrze się czuje w roli przedszkolaka, któremu trzeba wszystko powtórzyć kilka razy, żeby zrozumiał, na pewno będzie książką usatysfakcjonowany. Najważniejsze to znaleźć motyw, znaleźć motyw, znaleźć motyw - powtarza detektywka przy każdej okazji. To musiała być zazdrość, na pewno zazdrość, na pewno zazdrość – odpowiada sobie natychmiast, bo przecież to takie oczywiste. No więc po co dalej to całe dochodzenie?

Śledztwo Morawieckiej polega na tym, że przeprowadza całą serię rozmów, z których albo nic nie wynika, albo wynika wciąż to samo: z tej, co ją zabili, to „niezłe ziółko było”. Czytelnik oczywiście musi to sobie utrwalić, więc powiadamiany jest o każdym bezskutecznym działaniu po kilka razy. Kiedy detektywka dociera wreszcie do istotnej informacji, autorka znów musi mieć pewność, że do czytelnika wszystko dotrze. Trzeba to przekazać w rozmowie z młodszym policjantem, starszym policjantem, z zakonnicą i jeszcze w monologu.

Morawiecka (autorka) uważa również, że im częściej powtarza się dowcip, tym robi się śmieszniejszy. Kiedy czytam po raz pierwszy dialog: „Jestem siostra Tomasza” (przedstawia się zakonnica) „Jakiego Tomasza”? (odpowiada zdezorientowany rozmówca, nie chwytając, że to forma żeńska męskiego imienia Tomasz) - to nawet się uśmiecham. Za drugim razem jeszcze jakoś to znoszę, ale za siódmym (!!!) zgrzytam zębami i mam ochotę tym razem Morawieckiej autorce wręczyć szczoteczkę do zębów i kazać polerować bruk w piekle.

Zakonnica – druga, o wiele sympatyczniejsza detektywka, odgrywająca rolę Watsona (i znów dowcip „kto tu jest Watsonem, a kto Sherlockiem” powtarzany jest tyle razy, że szkliwo na zębach aż starło mi się ze zgrzytania) mogłaby być jaśniejszy punktem tej opowieści, ale podobnie jak Morawiecka jest kompletnie niewiarygodna. Wyobrażacie sobie zakonnicę feministkę ze skłonnościami do gender? Jeśli naprawdę ma takie poglądy, to jak mogła z własnej i nieprzymuszonej woli wstąpić do zakonu, gdzie musi żyć w sprzeczności z wyznawanymi ideałami, i gdzie nie ma miejsca na bunt, bo obowiązuje zasada posłuszeństwa i pokory? Morawiecka (autorka) naprawdę nie wie, że zakon to takie wojsko, w którym wykonuje się rozkazy?

Mogłabym przymknąć oko na tę niedorzeczność, ze względu na sympatię do siostry Tomaszy, gdyby to był jedyny zarzut do tej powieści. Ale nie jest, absurdy wychodzą na każdym kroku. Morawiecka (detektywka) wysyła na przykład policjanta do Krakowa, zlecając wykonanie bezużytecznej pracy Herkulesa: ma sprawdzić we wszystkich (!) aptekach (których w tym mieście jest pewnie ze trzy razy więcej, niż kościołów), czy nie pamiętają gościa, który kupował bez recepty niebezpieczny lek. A wystarczyłoby przecież zapytać dziewczynkę z kim się spotkała.

Czytelnik, który nie jest przedszkolakiem, i który w przeciwieństwie do bohaterki wie, o co chodzi w „Lalce” Prusa, może domyślić kto jest mordercą już w dwóch trzecich powieści. Kiedy wreszcie sama autorka wyjaśnia łaskawie, kto zabił, dla większej skuteczności robi to trzy razy. Już nie tylko zgrzytam zębami. Wyję z rozpaczy.

A wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze? Nie dość, że wymęczyłam się niemiłosiernie czytając tę książkę, to potem jeszcze przeżywałam piekielne katusze, starając się napisać o niej coś konstruktywnego. Wybaczcie więc, że ta recenzja też jest taka... wymęczona. Ale przynajmniej krótsza.

Najgorszemu wrogowi nie życzę kontaktów z Morawiecką (detektywką) i Morawiecką (autorką). O Morawieckiej (osobie) się nie wypowiadam, bo nie znam. A nawet podejrzewam, że kiedy nie pisze, tylko gotuje, może być całkiem sympatyczna. I nie jest to wtręt antyfeministyczny, tylko aluzja do szeroko opisywanej pasji Morawieckiej (bohaterki).

poniedziałek, 25 lutego 2019

Anna Fryczkowska „Wdowinek” Ocena: 2/6


WIEŚ NIESPOKOJNA I NIEWESOŁA
Traktuję tę książkę jako wypadek przy pracy. Nawet najlepszemu autorowi zdarza się wejść na minę i to jest właśnie ten casus. Autorka chwalona przeze mnie za „Sześć kobiet w śniegu” (post z 31.10.2016) postanowiła zmierzyć się z tematem, który, odnoszę wrażenie, kompletnie jej nie leży i na którym poległa z kretesem.

Wydawnictwo „Świat Książki” sprzedaje tę książkę jako thriller psychologiczny i to jest największa ściema. Ani to thriller, ani psychologiczny. Autorka wprawdzie zgrabnie zawiesza na wstępie tajemnicę, ale potem napięcie zupełnie znika. Akcja wlecze się niemiłosiernie, nic się nie dzieje, nie dowiadujemy się niczego istotnego. Powodem jest szkolny błąd warsztatowy: Fryczkowska opowiada o tym samym, z punktu widzenia różnych osób. Taki zabieg sprawdza się wtedy, gdy każda z postaci ma coś zupełnie nowego do powiedzenia, kiedy obserwujemy sytuację z wielu różnych perspektyw. Ale kiedy wszyscy mówią w kółko o tym samym, czytelnik zaczyna ziewać i domagać się, żeby wreszcie coś zaczęło się dziać.

Intryga jest do bólu przewidywalna. Kiedy tak mniej więcej w jednej trzeciej powieści autorka uchyla w końcu rąbka tajemnicy, mnie ten rąbek wystarczy, żeby domyślić się, jak wszystko się dalej potoczy. Doczytuję do końca tylko dlatego, żeby się upewnić, czy miałam rację. I wcale mnie nie cieszy, że mogę powiedzieć: a nie mówiłam.

Jeżeli ktoś, tak jak ten recenzent, który dość ekstrawagancko polecał lekturę bardzo słabej książki Magdy Kuydowicz „Stało się”, twierdząc że to „jedyny i najlepszy kryminał jaki przeczytał” (post z 18.11.2018), nigdy nie miał do czynienia z thrillerem psychologicznym albo ani razu nie słyszał o przemocy w rodzinie, być może uzna powieść Fryczkowskiej za interesującą. Ale nawet początkujący czytelnik na pewno nie przeoczy spoilera w tytule. W wydawnictwie chyba wszyscy redaktorzy przysnęli w trakcie pracy nad tą książką, bo jak inaczej wytłumaczyć tak kardynalną wpadkę? Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby „Żmijowisko” było zatytułowane, na przykład, „Dzieciobójca”?

I tytuł, i brak suspensu dałoby się jakoś usprawiedliwić w przypadku powieści obyczajowej. Jednak również w tym gatunku „Wdowinek” zupełnie się nie sprawdza.

Polska wieś opisana jest tak, jakby zamieszkiwały ją wyłącznie bierne kobiety – ofiary brutalnych mężów. Wszystkie kobiety są szlachetne, a mężowie to ćwoki w gumiakach i damscy bokserzy (wyjątek potwierdza regułę).

Główna bohaterka nie budzi żadnych emocji. Andżelika, ledwo zostaje pełnoletnia ucieka z domu, i nie utrzymuje żadnych relacji z rodziną przez dziesięć lat. Pomijam już fakt, że jej krok jest tak drastyczny, że natychmiast się domyślam dlaczego to zrobiła (i znowu trafiam bez pudła, niestety), ale naprawdę chciałabym ją trochę lepiej poznać, wiedzieć jak sobie radziła przez te dziesięć lat. O dziewczynie, która po latach pobytu w mieście uznaje swe imię za wsiowe i każe się nazywać Anielą, w kwestii jej motywacji dowiaduję się jednak tak niewiele, że nie mam szansy się z nią zaprzyjaźnić, polubić albo znielubić, uwierzyć w sensowność jej działania. W konsekwencji - losy Andżeliki nic mnie nie obchodzą. To najgorsze, co może przytrafić się bohaterowi – czytelnik ma głęboko gdzieś, co się z nim stanie.

Aniela nie budzi emocji, bo jest niewiarygodna psychologicznie, wewnętrznie sprzeczna. Skoro zdobyła się na tak desperacki krok, jak zerwanie więzi z rodziną i w tym wytrwała, to znaczy, że jest osobą silną psychicznie i odważną (do tego zdolną: najlepsza uczennica w liceum, według nauczycielki). Skoro jest taka dzielna, to zupełnie nieprawdopodobne wydaje się to, że przez te dziesięć lat nie potrafiła ze swoim życiem zrobić niczego konstruktywnego. Naprawdę, taka trauma i wycofanie z powodu jednego „niegrzecznego” zachowania zapijaczonego tatusia i braku natychmiastowej reakcji mamusi? Zupełnie w to nie wierzę.

Sytuacja opisana w powieści, kiedy wszyscy o wszystkim dobrze wiedzą, nikt się nie wychyla i nikt nie ma problemu z tym, co się wydarzyło, również wydaje mi się oderwana od rzeczywistości. Wyparcie zbiorowe, czy zbiorowa hipnoza? Naprawdę, nikt nie zainteresował się losem zaginionych? Żyli w jakiejś alternatywnej rzeczywistości? Ta intryga jest szyta bardzo grubymi nićmi.

W tej książce nie znajdziemy żadnych niuansów ani odcieni szarości. Przemoc rodzi przemoc, bierność rodzi bierność, obojętność innych nas zabija, trudno się otrząsnąć z traumatycznego dzieciństwa  – i parę jeszcze innych dobrze znanych schematów i klisz. Jeżeli upieracie się, żeby się wynudzić, to czytajcie. Na własną odpowiedzialność.

wtorek, 5 lutego 2019

Nir Hezroni „Trzy koperty” – Ocena: 3/6


STRACH SIĘ BAĆ
Izraelskiego thrillera jeszcze nie czytałam, więc przyszedł wreszcie i na niego czas.

Ostrzegam lojalnie – ta książka kończy się w połowie. Albo w jednej trzeciej, nie wiem, co tam autorowi chodzi po głowie. Jeżeli nie lubicie takich numerów w powieściach szpiegowskich, poczekajcie aż autor napisze kontynuację i dopiero wtedy weźcie się za czytanie. Albo i nie. Nie mam przekonania, czy mogę wam „Trzy koperty” polecić. Dlatego ocena tak pośrodku, nijaka.

Z jednej strony książka opowiada o rzeczach niezwykle ciekawych (już same metody działania izraelskiego wywiadu by wystarczyły, a pomysły wywiadowcy do tego tak odlotowe, że czytam i coraz szerzej otwieram oczy ze zdumienia), ale z drugiej strony autor wprowadza w narracji elementy nieznośnie irytujące. Sny wariata (bo od początku wiemy, że bohaterem jest wariat) pojawiają się regularnie i w takim natłoku, że skutecznie odbierają tę przyjemność z lektury, która pojawia się w bardziej dynamicznych partiach.

Ja w każdym razie po część kolejną nie sięgnę, z trzech powodów:
1. Jak się ukaże kontynuacja, to już zapomnę, o co w części pierwszej chodziło.
2. Nie interesuje mnie, czy bohater okaże się naturalnym wariatem (bo wtedy jego motywacje są oczywiste), czy sztucznym i został tak „zaprogramowany” (bo w takie rzeczy nie wierzę). Może za dwadzieścia lat wyjdzie na jaw, że nie miałam racji i naukowcy znajdą pomysł, jak zmienić ludzi w armię klonów, programując nasz mózg tak, abyśmy stali się maszynkami do zabijania, ale póki co, to science–fiction, a tego w powieściach szpiegowskich bardzo nie lubię.
3. Lektura „Trzech kopert” sprawiła, że temat wywiadu izraelskiego wciągnął mnie na poważnie. Musiałam przecież dowidzieć się, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna wyobraźnia autora. Okazało się, że rzeczywistość daleko przerasta wyobraźnię. Dociekliwym proponuję przeczytać: „Powstań i zabij pierwszy. Tajna historia skrytobójczych akcji izraelskich służb specjalnych” Ronena Bergmana. To książka popularno-naukowa, pełna faktów, i nie jest tak przystępnie napisana, jak „Trzy koperty”, ale dopiero po tej lekturze włos naprawdę jeży się na głowie.

Strach się bać. 

Tagi:  Nir Hezroni „Trzy koperty” , Nir Hezroni „Trzy koperty” opinie, Nir Hezroni „Trzy koperty” recenzja

środa, 30 stycznia 2019

Sławek Michorzewski "Urzędnik" Ocena: 1/6


SEPPUKU W GABINECIE LUSTER
Po pierwszej części (20%) już wiedziałam, że nie dam rady doczytać tej książki do końca. Nie chciało mi się nawet o niej pisać. Zerknęłam jednak na entuzjastyczne recenzje zamieszczone na portalu LC, o które, jak się domyślam, zatroszczyło się wydawnictwo (i proszę mi tu nie protestować), i zmieniłam zdanie. Skłoniła mnie do tego jedna z mniej zachwyconych czytelniczek – Katrina, która napisała: „Nie wiem dokładnie, co tu nie zagrało, ale ta książka po prostu niezwykle mnie odrzuca.”

Ja akurat potrafię sprecyzować, „co tu nie zagrało”, więc ta recenzja to ostrzeżenie dla tych czytelników, którzy w wyborze lektur kierują się podobnymi do moich kryteriami. Może zaoszczędzicie dzięki temu parę złotych. A już trochę czasu - na pewno.

Bohaterów w „Urzędniku” mamy tylu, co w plutonie wojska. Przez całą pierwszą część nie wiadomo, czyją właściwie historię autor opowiada. Żadna z postaci nie budzi sympatii, nie wybija się na pierwszy plan, nie wiem, co nimi kieruje. Kompletnie nie przejmuję się ich losami również dlatego, że nie są to prawdziwi ludzie, tylko karykatury. Schematyczni i przerysowani tak bardzo, że trudno w nich odnaleźć zwyczajne, ludzkie cechy.

Bohaterów odrzucam również z powodu ich bezdennej głupoty. Nieudolny włamywacz i jego żona – idiotka, wredny urzędnik skarbowy – kretyn i jego syn, z rodzaju tych, którym tatuś robi dzióbek, niedorozwinięta żona porwanego dyrektora, głupkowaci policjanci, półmózgi mafiozo, i jeszcze jeden niedorobiony gangster, znów w duecie z bezmyślną żoną – cała plejada durniów. Autorowi się wydaje, że to takie śmieszne, że ludzie są głupi i to wystarczy, żeby rozbawić czytelnika. Kto jednak byłby w stanie znieść dwugodzinny stand-up ulubionego komika, gdyby przez cały czas opowiadał ten sam dowcip i tylko zmieniał bohaterów? Wielokrotnie powtarzałam w recenzjach, że mnie takie eksponowanie głupoty nie bawi, bo nie wypada naśmiewać się z ludzi pokrzywdzonych przez los. Ale może to tylko kwestia poczucia humoru (lub jego braku).

Najbardziej przeszkadza w czytaniu tej książki brak dramaturgii, spowodowany nagromadzeniem absurdów sytuacyjnych. Nie ma logicznego ciągu wydarzeń. Fabuła polega na mnożeniu przypadków, pechów i zbiegów okoliczności w takiej ilości, i tak zakręconych, że czytelnik kompletnie obojętnieje na to, co się wydarzy. Bo skoro może zdarzyć się wszystko, to tak, jakby nie musiało wydarzyć się nic. A jeśli w kryminale suspens nie istnieje i nie znajduję w sobie ciekawości, by dowiedzieć się, jak to się skończy, to po co mam czytać? Przecież i tak zakończenie będzie zależało od przypadku (czytaj: wyobraźni autora). Że wyobraźnię autor ma bujną, zdążyłam się przekonać, ale nie tego od powieści oczekuję.

- Ale to przecież groteska – już słyszę w duchu głos oburzonego autora. Domyślam się, że to miała być groteska, ale, niestety, wyszła jej parodia. Pisząc powieść humorystyczną ukazującą świat w krzywym zwierciadle, tym bardziej trzeba uważać, żeby nawiązania do rzeczywistości były solidnie umocowane. Jeżeli wszystko jest krzywe, to jak znajdziemy punkt odniesienia? W gabinecie luster karykaturalne odbicia śmieszą tylko dlatego, że dobrze znamy nasz prawdziwy wizerunek. Bez tej wiedzy moglibyśmy dojść do przekonania, że tacy pokręceni po prostu jesteśmy. I wtedy to już tylko seppuku pozostanie, bo przecież z tym się nie da żyć.

Jeśli szukacie pretekstu, żeby popełnić seppuku – czytajcie „Urzędnika”.

Tagi:  Sławek Michorzewski "Urzędnik", Michorzewski "Urzędnik" opinie,  Michorzewski "Urzędnik" recenzja