wtorek, 11 sierpnia 2020

Jarosław Sokół „Wyspa zero” Ocena: 1/6

 

POWIEŚĆ TO NIE SERIAL

Jako scenarzysta „Czasu honoru” Jarosław Sokół sprawdził się znakomicie, dlatego też wiele sobie obiecywałam po jego powieści. Akcja toczy się tuż po zakończeniu II Wojny Światowej, w Świnoujściu – to już dobra rekomendacja. Juliusz Machulski obiecuje na okładce, że będzie klimat jak z filmu „Prawo i pięść” – jeszcze lepiej. Okazało się, że wyobrażałam sobie zbyt wiele. Rozczarowanie rosło z każdą przeczytaną stroną. Sam klimat, to trochę za mało, żeby stworzyć przekonującą opowieść. Od autora z takim doświadczeniem oczekiwałam profesjonalizmu w konstruowaniu fabuły, a tymczasem czytałam tę książkę zgrzytając zębami, ponieważ co chwila natrafiałam na szkolne błędy.

Najważniejsze, co zawodzi w tej powieści – to dramaturgia. Długo musimy czekać na zawiązanie akcji, ponieważ autor rozpoczyna książkę od przedstawienia kilkunastu postaci, wśród których przez długi czas trudno jest wyłowić głównego bohatera. Kilku polskich milicjantów wysłanych do Świnoujścia, żeby przejąć tam władzę, sowieckie dowództwo, które nic o tym nie wie, niemieckie władze miasta nominowane przez Rosjan, autochtoni. Gubimy się w natłoku bohaterów. Zamiast z zapartym tchem śledzić przebieg dochodzenia, obserwujemy zupełnie nieistotne dla akcji zmagania, w rodzaju kto ma właściwie prowadzić śledztwo w sprawie zabójstwa i przepychanki między Rosjanami i Polakami, kto tu właściwie rządzi.

Bardzo mi przeszkadzało również to, że autor spoileruje kluczowe dla akcji wydarzenia. Kiedy czytam już w pierwszych słowach, że komuś pozostała mniej niż doba życia, to mam ochotę przeskoczyć do następnego rozdziału, bo przecież wiem, co się wydarzy. Gdy autor najpierw zdradza przeczucia bohatera (to będzie „najgorszy dzień w jego życiu”), a potem te przeczucia się sprawdzają, ziewam z nudy, bo już wcześniej, dowiedziałam się, że będzie kiepsko. Albo coś takiego: „Gdyby wiedział, że ktoś go obserwuje, nie popełniłby tego błędu.” Czyli od razu wiemy, że będzie jakiś błąd. I po co mi ta wiedza? Dlaczego recenzentom wypomina się spoilery, a autorom uchodzi to na sucho?

Kiedy Sokół próbuje mnie przekonać, że życiu jednego z bohaterów coś zagraża, spokojnie patrzę na licznik i nawet nie drgnę, bo wiem, że nie uśmierca się tak ważnej postaci w jednej trzeciej powieści. Nie wierzę też w żadne z kolejnych zagrożeń. Niestety, bardzo nieudolne te próby wywołania suspensu. Wszystkie na to samo kopyto (aresztują - wypuszczają, aresztują - wypuszczają, aresztują…), więc powodują tylko ziewanie, a nie niepokój.

Już nie ziewam, a pienię się ze złości, gdy po raz siódmy czytam o pocztówce z Argentyny, i kiedy o tych samych rzeczach jestem informowana wielokrotnie. Hej, autorze, skąd przekonanie, że twoi czytelnicy nie załapią wszystkiego za pierwszym razem albo mają sklerozę?

Jarosław Sokół wrzucił w tę powieść tyle wątków i tematów, że można by nimi obdzielić kilka sezonów telewizyjnego serialu. Mamy i „zagospodarowywanie” Ziem Zachodnich zaraz po zakończeniu II wojny światowej, są obozy w Auschwitz, Ravensbruck, Dachau, mamy Katyń, sfingowane napady Polaków na Żydów w Warszawie przed utworzeniem getta, są oddziały specjalne SS, do których rekrutowano Polaków w czasie wojny, białoruska partyzantka, ukrywanie Żydów w czasie wojny i na dodatek jeszcze rozbudowany wątek miłosny. Dodam, że gatunkowo jest to kryminał. Doceniam zamysł edukacyjny i wkład pracy w dokumentację tematu, ale chyba jednak w powieści tego rodzaju podręcznikowa wiedza nie powinna górować nad historią fabularną, zwłaszcza jeśli na akcję nie ma żadnego wpływu.

Nie mogę też wybaczyć autorowi tego, że prowadzi z czytelnikiem nieuczciwą grę. Kryminałem rządzą konkretne prawa. Czytelnik chce prowadzić śledztwo równolegle z detektywem i to jego święte prawo, żeby otrzymał te same przesłanki co detektyw. Tym cytatem z „Dwudziestu zasad pisania powieści detektywistycznych” Van Dine’a podpierałam się wielokrotnie: „Nie można umyślnie wprowadzać czytelnika w błąd, stosując sztuczki inne niż te, których przestępca zasadnie używa wobec detektywa”. Jarosław Sokół nie dość, że umyślnie wprowadza czytelnika w błąd, aby w końcówce uzyskać efekt zaskoczenia, to jeszcze absurdalnością zakończenia dorównuje najwyższym standardom wyznaczonym przez Remigiusza Mroza. O szczegółach będzie na końcu, tylko dla wielbicieli spoilerów.

Nie potrafię dociec, dla kogo jest ta książka. Czytelnicy, którzy od książek wymagają tylko, żeby „łatwo się czytało” znudzą się po kilku rozdziałach, a jeśli dotrwają do końca, pogubią się w poskładaniu wszystkich wątków. Ci, który wymagają więcej, zorientują się, że wątków nie da się logicznie poskładać i zakończenie – to wielka lipa.

Może jednak lepiej by było, gdyby autor powrócił do pisania scenariuszy. Redaktorzy w wydawnictwach książkowych, jak widać, zupełnie się nie sprawdzają. W filmie jest większa szansa, że tekst zostanie poprawiony w na jakimś etapie produkcji. Może trafi się dobry reżyser, który wyrzuci niepotrzebne sceny, albo montażysta, który poukłada cegiełki tak, aby napięcie rosło. Może.

Uwaga! A teraz coś dla wielbicieli spoilerów:


Na końcu okazuje się, że prawie wszystkie występujące w książce postaci: Polacy, Rosjanie, Niemcy, były ze sobą powiązane. Bez żadnych problemów, w czasach największej zawieruchy (maj 1945 roku, tuż po oficjalnym zakończeniu wojny, kiedy wciąż wybuchały bomby, można było dostać kulkę zza węgła, a zdobycie środka transportu i pozwolenia na podróżowanie graniczyło z cudem) znaleźli się w tym samym czasie, w tej samej mieścinie na końcu świata. Cóż za cudowny zbieg okoliczności! Tak jakby skrzyknęli się na Facebooku, wsiedli w skrzydlate maszyny i pojechali na wycieczkę po strefie Schengen.

Nie poddaję w wątpliwość istnienia maszyny tabulacyjnej, kodującej dane i odczytującej informacje dotyczące więźniów obozów koncentracyjnych, bo nawet nie chce mi się tego sprawdzać. Natomiast pomysł, że na pocztówce z Argentyny w podanym adresie został zakodowany numer obozowy, że autorka listu mogła przypuszczać, że adresat pocztówki w ogóle na to wpadnie i rozszyfruje, że to właśnie jej numer, mogą się nabrać wyłącznie ci, którzy nie zrozumieli tego, co przeczytali.

Na koniec okazuje się, że gmatwanie tych wszystkich wątków nie miało żadnego sensu, bo mordercą okazuje się człowiek, który mści się za śmierć przyjaciela, ale tak naprawdę „chce przywrócić porządek” i opowiada się za świętą przemocą – czyli regularny wariat. Wariat, który liczbą odciętych palców u kolejnych ofiar szyfruje numer obozowy kobiety, w której kocha się główny bohater, a robi to dlatego, że znalazł przypadkiem adres na pocztówce i dziwnym trafem natychmiast domyślił się, że to właśnie kod. I jeszcze, los był tak łaskawy, że wszystkie osoby potrzebne mu do zemsty, znalazły się akurat w Świnoujściu.

Takie rozwiązanie nigdy nie przyszłoby czytelnikom do głowy (niektórzy może nawet ucieszą się, że zostali zaskoczeni), bo kiedy wariat ujawnia się pod koniec książki, już dawno zdążyliśmy o nim zapomnieć. Autor oszukuje nas, że gość przez cały czas leży nieprzytomny w szpitalu. A wariat tylko sprytnie wszystkich nabiera, że jest prawie denatem, i co chwila hyc, hyc, wyskakuje, żeby sobie pozabijać.

Przez cały czas otrzymujemy również fałszywe tropy, że to główny bohater – detektyw jest głównym podejrzanym, tylko o tym nie pamięta. Kiepski to pomysł. Detektyw/narrator – morderca to żaden wynalazek, Agata Christie już prawie sto lat temu coś takiego wymyśliła, tylko, że potrafiła wszystko logicznie uzasadnić, natomiast zabiegi Sokoła są tylko nieudolnymi próbami wyprowadzenia czytelnika w pole nieuczciwymi metodami.

Jeśli lubicie takie powojenne klimaty, oglądajcie „Prawo i pięść”. „Wyspę zero” naprawdę możecie sobie darować.

czwartek, 30 lipca 2020

Dror A. Mishani „Chłopiec, który zaginął” Ocena: 5/6

DLACZEGO W IZRAELU NIE PISZE SIĘ KRYMINAŁÓW

Kiedy ostatnim razem pisałam o izraelskim thrillerze dotyczącym działalności służb specjalnych (Nir Hezroni „Trzy koperty”) ruch na moim blogu zwiększył się dwudziestokrotnie. Nie, nie pomyliłam się w rachunkach. Chyba, że Google Analytics kłamie. Natychmiast wysnułam na ten temat pewne wnioski, które po lekturze „Chłopca, który zaginął” wciąż sprawiały wrażenie teorii spiskowych, ale jednak takich, które niebezpiecznie zbliżają się do rzeczywistości.

Główny bohater powieści - Awi Awraham zastanawia się, dlaczego nie ma książek o detektywach w Izraelu, i od oficera ze Służby Bezpieczeństwa Ogólnego otrzymuje taką odpowiedź: „…bo policjanci w Izraelu są odpowiedzialni za gówniane dochodzenia, o których nikt nie chce ani czytać ani pisać. A większość policjantów w dodatku nie jest dość bystra. Ważnymi śledztwami zajmują się detektywi z Szin Bet, a o nas nikt nic nie wie, a ci, którzy wiedzą nie mogą napisać pół słowa.

Dror A. Mishani nie miał więc wyjścia, napisał powieść o „gównianym” dochodzeniu, ale tak napisał, że aż ciary przechodzą. I po tym właśnie można poznać prawdziwy talent. Nie potrzeba fajerwerków, żeby osiągnąć efekt wow, jak mawiają małolaty. Wystarczy banalny, wydałoby się sztampowy temat: zaginięcie nastolatka ze zwyczajnej rodziny. Wystarczy bardzo skromna liczba podejrzanych, którzy nawet nie są prawdziwymi podejrzanymi, nie potrzeba twistów ani cliffhangerów, a i tak autor gra na naszych emocjach tak, jak Mark Knopfler na gitarze.

Uprzedzam lojalnie: to jest powieść kryminalna z gatunku „nic się nie dzieje”. Nie chodzi o to, żeby akcja pędziła i bohater co chwila wpadał w kłopoty, albo, tak jak lubią wielbiciele Remigiusza, łatwo się czytało. Bez tanich chwytów autorowi udaje się do samego końca nami manipulować i utrzymywać w napięciu. Dzieje się tak dlatego, że Mishani stworzył stuprocentowo wiarygodne psychologicznie postaci i z każdą z nich mamy szanse w jakimś stopniu się utożsamić.

Bardzo ciekawy jest główny bohater. Detektyw Awraham różni się od jego europejskich i amerykańskich kolegów tym, że niewiele ma w sobie z supermana, za to dużo więcej ze zwykłego człowieka. Gdy poznajemy jego rozterki, od razu robi się nam bliższy. Przyznajcie sami, rzadko zdarza się policjant, który ma wyrzuty sumienia, ponieważ wydaje mu się, że nie okazał matce zaginionego dziecka wystarczająco dużo współczucia. Bardzo interesująca jest również narracja z punktu widzenia nauczyciela – niespełnionego pisarza, który pełni w tej powieści podwójną rolę. Nie powiem jaką, bo byłby to spoiler. Sami szybko odkryjecie, o co chodzi. A pomysł z listami – to prawdziwy majstersztyk.

Książek Drora A. Mishaniego nie można znaleźć w formie e-booka, więc trzeba trochę pokombinować, żeby je zdobyć. Jeżeli jednak macie ochotę przeczytać kryminał, który w żadnym calu nie będzie przypominać tego, co hurtowo produkują na zlecenie wydawców polscy i zagraniczni autorzy, wysiłek na pewno się opłaci. Otrzymacie kawałek prawdziwej literatury, książkę, po przeczytaniu której nie trzeba będzie się zastanawiać, jakie błędy popełnił autor i dlaczego mu nie wyszło, tylko będzie można zwyczajnie się nią zachwycić, bez poczucia zmarnowanego czasu. Zakończenie wbija w fotel i sprawia, że treść „Chłopca, który zaginął” nie uleci z pamięci, zaraz gdy tylko zamkniemy książkę po przeczytaniu ostatniego zdania.

Już sobie ostrzę zęby na kolejne powieści autora. 

piątek, 17 lipca 2020

Julie Clark „Ostatni lot” Ocena: 2/6

ZNACIE? TO POSŁUCHAJCIE

Kolejny, amerykański wyrób thrilleropodobny dla zdesperowanych kobiet, które albo nigdy wcześniej nie miały do czynienia z powieściami tego typu, albo mają taką potrzebę, aby o pewnych rzeczach czytać po kilka razy, bo inaczej im się nie utrwali (panowie na dzień dobry mogą sobie odpuścić, chyba że najdzie ich nagła chęć na zgłębianie skomplikowanej natury kobiet).

Jeśli nic ci nie mówią nazwiska takich autorek jak: B.A. Paris, Jenny Blackhurst, Sheryl Browne czy Laura Lippman, możesz zaryzykować. Jeżeli czytałaś takie dzieła jak: „Za zamkniętymi drzwiami”, „Spalona słońcem” albo nawet „Wyrwa” Chmielarza, i bardzo ci się podobało – bierz się za lekturę. Będzie tak, jak lubisz, rozwlekle, nudno, schematycznie. Nic nowego.

Ile razy można pisać o kobietach maltretowanych przez mężów, które nagle wpadają na pomysł, żeby się od dręczyciela uwolnić? Ile razy można odkrywać prawdę, że jak się człowiek zaangażuje w handel narkotykami, to nie tak łatwo od tego uciec? Można, jak widać, w nieskończoność. „Ostatni lot” najlepszym tego przykładem.

Po zaciekawiającym początku, przez dwie trzecie książki autorka snuje ckliwą opowieść o trudnym dzieciństwie i młodości mało rozgarniętych bohaterek. Obie takie biedne, maltretowane przez los, no współczuj im czytelniczko. Jedna nawet nie znała rodziców, wychowywana w domu dziecka, próbuje dotrzeć do swoich korzeni, druga, opuszczona przez ojca, straciła matkę i siostrę w wypadku, w bardzo młodym wieku i nie może sobie z tym poradzić nawet po wielu latach. Obie próbują rozpocząć nowe życie z różnymi rezultatami.

Dopiero pod koniec pojawia się coś w rodzaju zagrożenia, ale słabiutkie ono, leciutkie i naciągane. Nie pierwszy to przypadek, kiedy bohaterom udaje się wyjść z opresji tylko dlatego, że los im sprzyja. Ach ci szczęściarze!

Jedyne, co przemawia na korzyść tej powieści, to dość sprawnie obmyślana intryga. Na szczęście, zawiązanie akcji, które w pierwszej chwili wydaje się absurdalne, na końcu okazuje się uzasadnione. To jednak za mało, żeby twórczością Julii Clark jeszcze kiedyś się zainteresować. Tej pani już dziękujemy.

piątek, 10 lipca 2020

John Grisham „Dzień rozrachunku” Ocena 2/6

„I TAK SIĘ TRUDNO ROZSTAĆ”*

Czytając tę książkę, już gdzieś w połowie zaczęłam zastanawiać się, co tu nie gra. Wszystko stało się jasne, gdy tylko jeden z bohaterów wspomniał o Williamie Faulknerze. Każdy pisarz gatunkowych bestsellerów musi chyba czasami marzyć o tym, żeby choć raz napisać książkę, która będzie „prawdziwą” literaturą. John Grisham postanowił dorównać Faulknerowi ale, piszę to z bólem, porwał się z motyką na słońce.

Na pewno macie ulubionych autorów, na których kolejne książki czekacie z wytęsknieniem i którym wybaczacie wiele błędów. Do tej pory nie odpuściłam żadnej powieści Grishama. Doceniam w nich nie tylko dobrą fabułę, ale przede wszystkim pasję autora, który walczy z niesprawiedliwościami tego świata. Od kilku lat obserwuję, że książki ulubionego pisarza są coraz słabsze, a jednak mój związek z nim ma chyba w sobie coś z uzależnienia, bo nie potrafię się odciąć, tak jak zerwałam z wieloma innymi. I teraz też nie potrafię się rozstać, ponieważ widzę dobre intencje autora i bardzo mi żal, że nie udało mu się napisać powieści, która sprostałaby wymaganiom, które sobie narzucił.

Grisham miał materiał na grecką tragedię. W tej historii jest wielki potencjał. Mamy i miłość, i śmierć, i zdradę i odpowiedzialność za swoje czyny. Niestety, autor tylko lekko potrącił za strunę, nie wydobywając pełnego dźwięku. Dlaczego mu nie wyszło?

Największą słabością „Dnia rozrachunku” jest forma. Odwrócona struktura dramaturgiczna: najpierw dowiadujemy się, co się wydarzyło, a potem, cofając się w czasie poszukujemy prawdy – tym razem się nie sprawdziła. Ciężko w retrospekcyjnej drugiej części śledzić z zainteresowaniem losy bohatera, skoro z pierwszej części dobrze wiemy, jak się to wszystko potoczyło. Motyw zbrodni też jest oczywisty, choć jak się potem okaże, nie tak bardzo, bo na końcu autor postanowił nas zaskoczyć. Finał, który w założeniu miał wstrząsnąć i zostawić w umyśle czytelnika głęboki ślad, powoduje tylko refleksję podobną, jak w przypadku lektury nieudanych kryminałów: ojej, a skąd to się wzięło? A wzięło się z tej przyczyny, że autor niepotrzebnie skupił się na losach kompletnie nijakich dzieci, a najważniejsza ofiara dramatu – żona – została zepchnięta na trzeci plan. Szkoda, bo to najciekawsza postać i to o niej powinna być ta książka.

Język powieści również nie pomaga w odbiorze. Autor stosuje suchą narrację obiektywną, opisując tylko wydarzenia i pomijając odczucia bohaterów. O życiu wewnętrznym postaci nic nie wiemy i przez to nie mamy do nich stosunku emocjonalnego. Wszystkie są nam obojętne. Trzeba być naprawdę mistrzem, żeby wydobyć głębię, pokazując bohaterów jedynie w działaniu. Hemingwayowi się to udawało, ale Grisham w tej powieści jest tak daleko od Hemingwaya, jak od Faulknera. Opisy działań wojennych wyglądają tak: „W ciągu całej wojny do Japonii przewieziono około 125000 alianckich jeńców. Spośród nich 21000 zmarło na statkach albo poszło z nimi na dno (…) Ocenia się, że amerykańskie torpedy zabiły 5000 amerykańskich jeńców zamkniętych w ładowniach japońskich statków.” To powieść, czy podręcznik do historii?

Książka ma jednak niezaprzeczalne walory edukacyjne. Jej wielką zaletą jest oddanie realiów życia na amerykańskim Południu w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Dla kogoś, kto nie zna twórczości Williama Faulknera, Harper Lee czy Carson McCullers może to być objawienie. Dla polskiego czytelnika ciekawe będzie również poznanie działań amerykańskiej armii na Filipinach w czasie II wojny światowej. Opisy okrucieństw Japończyków w stosunku do amerykańskich więźniów jednak tak bardzo przypominają dobrze znane wydarzenia z naszej własnej historii (transporty do Auschwitz w bydlęcych wagonach, głodzenie więźniów, komory gazowe, eksperymenty na ludziach, mord w Katyniu), że nie budzą przerażenia, tylko oczywistą refleksję: wojna jest tak samo okrutna w każdym zakątku świata.

Żal.

*„I tak się trudno rozstać. I tak się trudno rozstać.

Nas chyba tutaj zaczarować musiał deszcz.”

sł. Konstanty Ildefons Gałczyński, muz. Władysław Szpilman, śpiewa Irena Santor (i inni też)