wtorek, 28 września 2021

Joseph Conrad „Jądro ciemności” Ocena: 4/6

WITAJCIE W NIEDZISIEJSZYCH CZASACH

Dopiero kiedy odnalazłam tę książkę w swojej biblioteczce przypomniałam sobie, że już ją przecież czytałam. Tylko kompletnie wyleciało mi to z głowy. Czyżby nie zrobiła na mnie wrażenia?

Spoglądam na rewers okładki: naklejka z ceną 12000 zł. Czyli pewnie musiałam ją przeczytać przed reformą walutową, ponad ćwierć wieku temu. Dlaczego jednak po tej lekturze nic mi nie zostało w głowie? Jest wiele książek, które przeczytałam w zamierzchłej przeszłości, a przecież zostawiły w pamięci jakiś ślad.

Zaczęłam czytać późnym wieczorem i nie dałam rady. To książka z rodzaju tych, w których każde słowo się liczy. Nie wolno przeskakiwać wzrokiem do kolejnych akapitów, zanim nie dotrze do nas, co autor powiedział w poprzednim zdaniu.

Ranek przyniósł świeży umysł. Przez kilkanaście pierwszych stron zachwycałam się językiem, ale im dalej, tym było mi trudniej. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego powieść, która we wszystkich poważnych rankingach mieści się w pierwszej setce książek wartych przeczytania, nie robi na mnie oczekiwanego wrażenia.

Język powieści wcale nie jest tak archaiczny, jak można by się spodziewać, dziś też tak można by pisać. To, co najbardziej mnie uwierało, to proporcje między opisami, dialogami i refleksjami narratora. Gdyby były inne, ze wskazaniem na bardziej powściągliwe stosowanie tych ostatnich, miałabym więcej satysfakcji z lektury. Wolę po prostu, kiedy autor przedstawia bohatera w działaniu, mniej mnie interesują jego przemyślenia na wszystkie tematy. Ale to tylko moje subiektywne wrażenie, nie należy się nim sugerować.

Gdy dotarłam do pierwszego miejsca, w którym chciałam na kartce zagiąć róg (kto nigdy nie zaginał rogów niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem) zauważyłam, że ten sam róg już wcześniej został zagięty. Nadzieja wróciła. Może jednak będzie mi z Conradem pod drodze.

Charlie Marlow, narrator opowieści i alter ego autora, zostaje kapitanem parowca, który płynąc rzeką Kongo ma dotrzeć do serca Afryki, aby odebrać cenny ładunek – kość słoniową. Marlow jedzie tam wiedziony ciekawością, chce zobaczyć miejsca, które na mapie są tylko białą plamą. Wyprawa nie ma jednak w sobie nic z romantyzmu i przygody. Narrator znajduje się w centrum ostrej walki o handel i wpływy, musi zderzyć się z chciwością i fałszem białego człowieka. W książce nie pada nazwa kraju, ale Conrad pisał tę książkę na podstawie własnych doświadczeń, a właśnie w Kongo zamustrował się na pokład belgijskiego statku.

Podróż w głąb Afryki jest niezwykle niebezpieczną wyprawą do jądra ciemności. Człowiek musi się zmagać nie tylko z klimatem, zagrażającą na każdym kroku przyrodą, ze śmiertelnymi egzotycznymi chorobami (w czasie tego pobytu Conrad kilka razy chorował na febrę i dyzenterię), ale przede wszystkim walczy sam ze sobą. Chodzi o to, aby nie zostać trybem tej machiny, jednym z łupieżców, którzy traktują ludzi innego koloru skóry jak przedmioty. W tym osobistym zmaganiu największą rolę odgrywa poczucie odpowiedzialności za los innych. Opisy krzywd wyrządzanych lokalnej ludności przez kolonizatorów budzą przerażenie, a metody działania białych wyzyskiwaczy wołają o pomstę do nieba. Bez wątpienia, jest to niezwykle mocne potępienie kolonializmu, i musiało robić wielkie wrażenie w czasach, gdy książka została opublikowana. Powszechnie obowiązywały wtedy przecież poglądy, że Europejczycy pojawili się w Afryce „w celu krzewienia cywilizacji oraz dla innych humanitarnych i dobroczynnych celów”. A tymczasem Conrad opisuje, jak pod pozorem utrzymywania porządku przeprowadzano krwawe pacyfikacje, niszczono zasiewy i palono wioski, aby zmusić ludzi do wyznaczonej pracy, stosowano okrutne kary chłosty lub obcinania ręki, a powodem tego była zawsze chęć natychmiastowego zysku.

I to właśnie temat i sposób jego ujęcia – bardzo krytyczny w stosunku do norm propagujących „misję białego człowieka”, obowiązujących w ówczesnych czasach i długo, długo potem, sprawił, że książka ta trafiła do wszystkich kanonów literatury.

Patrząc na to z dzisiejszego punktu widzenia, sprawy już nie są tak oczywiste. Tylko czekać, aż na Conrada rzucą się ci sami aktywiści, którzy potępili Sienkiewicza za „W pustyni i w puszczy”. Jak można używać słowa Murzyn (prawie na każdej stronie), jak można pokazywać miejscową ludność jako takich dzikusów? Oczywiście, mocno ironizuję. Mam nadzieję, że aktywistom nie będzie się chciało przeczytać tej książki, w której, jeśli przyjęlibyśmy dzisiejsze, nadwrażliwe kryteria, poprawność polityczna nie istnieje. Ironizuję dlatego, że bardzo mnie złości, gdy ktoś przykłada współczesną miarę do oceniania zachowania ludzi albo interpretacji zjawisk, które miały miejsce w zupełnie innych czasach i okolicznościach.

A Conrad po prostu opisuje taką rzeczywistość, jaką widział. Trudno wymagać od ludzi, których świat ograniczał się do wioski w buszu, oddzielonych cywilizacyjnie od Europy o kilkaset lat (uprzedzam ataki), żeby zachowywali się jak dzisiejsi Afroamerykanie po Harvardzie. A ówcześni ludzie zachowywali się tak:

„- Złapać ich – wypalił Murzyn – i wytrzeszczył nabiegłe krwią oczy błyskając ostrymi zębami – złapać ich. Dać ich nam.

- Jak to, wam? – spytałem - a co byście z nimi zrobili?

- Zjeść ich – odrzekł zwięźle (…)”

Rzecz jasna, nie chodziło o antylopy. Conrad potrafi jednak zrozumieć takie podejście tubylców. „Czy znacie piekło przeciągłego głodu, jątrzące jego męczarnie, czarne myśli, ponure okrucieństwo? Otóż ja znam. Zwalczanie uczucia głodu pochłania wszystkie wrodzone siły człowieka. Łatwiej znieść utratę kogoś bliskiego, utratę honoru, potępienie niż tego rodzaju przeciągły głód.” Czyli nawet ludożerców można zrozumieć.

Kapitan Marlow również musi się dostosować do realiów:

„(…) w wolnych chwilach musiałam doglądać dzikusa, który sprawował obowiązki palacza. (…) jego widok oddziaływał równie budująco jak oglądanie psa w majtkach i kapeluszu z piórem, chodzącego na tylnych łapach. (…) Był użyteczny, ponieważ go wyszkolono, a oto na czym polegała jego wiedza: gdyby woda znikła z tej przezroczystej rzeczy, zły duch wewnątrz kotła wpadłby w gniew z powodu wielkiego pragnienia i zemściłby się straszliwie.”

Dla równowagi – opisy białych wyzyskiwaczy, chciwych, głupich, o morderczych skłonnościach, są równie plastyczne.

Powieść ma bardzo dobrą konstrukcję dramaturgiczną. Celem Marlowa jest nie tylko wykonanie przydzielonego mu przez kompanię zadania, ale również spotkanie z mitycznym Kurtzem – człowiekiem, przez jednych uwielbianym, a znienawidzonym przez drugich. Umiejętnie podsycana tajemnica – czy mamy do czynienia z wizjonerem, czy jak chcą inni – z wariatem powoduje, że czekamy na odsłanianie kolejnych elementów zagadki z coraz większą ciekawością. Długo wyczekiwane spotkanie celowo rozczarowuje – nie dostajemy jednoznacznego rozwiązania. Na szczęście, to nie koniec.

Kapitan Charlie Marlow to interesująca postać. Mówi o sobie tak: „(…) nienawidzę, nie cierpię, nie znoszę kłamstwa, nie dlatego, abym był bardziej prawy od reszty ludzi, ale po prostu dlatego, że kłamstwo mnie przeraża. Ma (…) jakąś cechę śmiertelności (…) o czym pragnę zapomnieć. Gdy stykam się z kłamstwem czuję się fatalnie i robi mi się mdło, zupełnie jakbym wziął do ust coś zgniłego”.

A jednak w ostatniej scenie książki Marlowe kłamie, i to do tego kobiecie. Może dlatego, że jak wcześniej stwierdził „(…) kobiety nie mają poczucia rzeczywistości. Żyją we własnym świecie, który właściwie nie istniał i istnieć nie może. Jest na to o wiele za piękny, a gdyby można taki świat zbudować, rozleciałby się przed zachodem słońca.” Romantyk z tego Conrada.

I dopiero ten spektakularny, domykający wszystkie wątki finał sprawił, że historia, którą śledziłam bez większych emocji, trochę jako ciekawostkę historyczno – etnograficzną (jednak!), nabrała dodatkowego wymiaru i szarpnęła za serce. Może i was poruszy.

#wyzwaniepodbatem #nakanapie.pl

 

czwartek, 16 września 2021

Ireneusz Iredyński „ Ryba płynie za mordercą” Ocena: 3/6

RYBA DRUGIEJ ŚWIEŻOŚCI

Od dawna chciałam  przeczytać tę książkę. Wznowienie w wersji elektronicznej ułatwiło sprawę. Iredyński wydał „Rybę…” w 1959 roku pod pseudonimem Umberto Pesco (nomen omen). W tym samym roku ukazał się pierwszy kryminał Macieja Słomczyńskiego „Powiem wam jak zginął” wydany pod pseudonimem Joe Alex. O ile nazwisko Alexa jest wielbicielom kryminałów dobrze znane, to Pesco został zapomniany. Może dlatego, że napisał tylko jedną książkę.

Obaj autorzy umieścili akcję swych powieści na Zachodzie (Iredyński we Włoszech, Alex w Anglii) i uczynili bohaterów prywatnymi detektywami. I stąd też zapewne pomysł na ukrycie się pod pseudonimami. Nie tylko dlatego, że kryminał był wtedy gatunkiem niegodnym ambitnego pisarza, ale chyba bardziej z tego powodu, że polsko brzmiące nazwisko autora byłoby niewiarygodne. W końcu oddzielała nas od Zachodu żelazna kurtyna, którą tylko nielicznym udawało się przekraczać, a i tak lepiej z tym było się nie afiszować.

Moja pierwsza refleksja po przeczytaniu tej książki nie spodobałaby się autorowi. Schemat powieści skopiowany jest z Raymonda Chandlera w stosunku praktycznie jeden do jednego. Narrację w pierwszej osobie prowadzi nadużywający alkoholu prywatny detektyw (nazwany tak samo jak autor Umberto Pesco), dla którego zapłata za robotę nie jest najważniejszym celem w życiu. Przyjaźni się z policjantem, który ułatwia mu prowadzić śledztwo, ma skłonność do kobiet fatalnych i do wybaczania im winy. Podobieństwo do Philipa Marlowe’a jest uderzające i tylko poczucie humoru obu detektywów trochę się różni. U Marlowe’a zabarwione jest głębokim, czarnym sarkazmem, Pesco posuwa się najdalej do ironii.

A sama historia? Daje radę, ale bez rewelacji. Kilka fałszywych tropów w kierunku błędów przeszłości, kilka mafijnych podpowiedzi i dość nieoczekiwany finał, w którym pobrzmiewają echa „Sokoła maltańskiego” Dashiella Hammetta.

Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że Chandler i Hammett zaczęli być wydawani w Polsce dopiero w latach siedemdziesiątych, więc dla ówczesnych czytelników, zmęczonych czasami socrealizmu, ta książka była na pewno powiewem świeżości. Dzisiejszego czytelnika zachęcam jednak, żeby sięgnął po amerykańskie oryginały.

poniedziałek, 30 sierpnia 2021

Katarzyna Bonda „Klatka dla niewinnych” Ocena: 1/6

A MATKA CZEKA W SAMOCHODZIE

No nie da się tego czytać. Bardzo mi przykro.

Przeczytałam kilka książek Katarzyny Bondy, zanim została królową kryminału, i nawet mi się podobały. Po „Pochłaniaczu” dałam sobie spokój. Zmęczyła mnie zupełnie niepotrzebna dla przebiegu akcji wielowątkowość tej historii i rozczarowało zakończenie wyjęte z kategorii science-fiction. Odpuściłam kolejne powieści z tej serii, odpuściłam z premedytacją eksperymenty pani Bondy z kryminalnymi romansami (nie tylko z powodu nawiązań do rzekomych romansów osobistych), ale przecież Hubert Meyer powrócił! Okazało się w ogóle, że powrócił w innej książce już pół roku temu, ale w zalewie nowości, jakoś to przegapiłam. Może więc dawna Katarzyna Bonda również powróciła? Płonne nadzieje.

„Klatka dla niewinnych” rozpoczyna się prologiem. Fatalnie. Wieloletnie doświadczenie podpowiada od razu, że jeśli w prologu pada trup, to znaczy, że autor za wszelką cenę stara się przyciągnąć uwagę czytelnika, bo dalej przez długi czas nic się nie będzie działo. Doświadczenie dobrze podpowiada. W pierwszym rozdziale „dzieje się” bowiem coś takiego:

 

Profiler Hubert Meyer przebiega pustą jezdnię w niedozwolonym miejscu. Z bramy wyjeżdża samochód, który zamiast spokojnie ominąć Meyera, bo jezdnia nadal jest puściutka, trąbi i zatrzymuje się na środku drogi. Kierowca wyskakuje z samochodu z okrzykiem: „Jak łazisz dziadu”. Szybko jednak traci impet, bo „dziad” okazuje się jego wykładowcą z uczelni. Kacper Dragan, obecnie funkcjonariusz więzienny, gorąco przeprasza profesora (wciąż na środku drogi) i zaczyna rozmowę. Przytomny Mayer sugeruje jednak, że środek jezdni to nie jest dobre miejsce na parkowanie samochodu, więc były student przestawia auto na chodnik. W samochodzie czeka jego matka.

I teraz zaczyna się „akcja”, czyli ciągnący się przez kilkadziesiąt stron dialog. Student i profesor wiodą długą, półgodzinną dyskusję, w której przypominają sobie zajścia z przeszłości. Przywołują w tej opowieści tak wiele wydarzeń, które nic czytelnikowi nie mówią, i tak wiele nazwisk, których nie sposób zapamiętać, że właściwie nie wiadomo, o czym rozmawiają. Tak jakby autorka założyła, że czytelnik ma w pamięci książkę telefoniczną z nazwiskami postaci i streszczenie wszystkich wątków, które pojawiały się w tej serii. Oni gadają, a ja się denerwuję, bo matka czeka w samochodzie.

 

Po dłuższym czasie do rozmowy na chodniku dołącza trzecia osoba – prokurator Weronika Rudy, która dorzuca do historii kolejne, liczne, współczesne wątki i nazwiska. Rozmowa znów trwa jakieś pół godziny. A matka czeka w samochodzie. A ja się martwię, że marznie, bo przecież zima, śnieg. Albo o zanieczyszczanie środowiska się martwię, jeśli silnik włączony.

 

Pani prokurator odchodzi, a Meyer z Draganem wciąż gadają na ulicy, o różnych śledztwach, ale też o pierdołach. Poczujcie tego bluesa. Kilkadziesiąt stron tekstu, który jest jednym, wielkim, chaotycznym dialogiem, nieudolnie streszczającym to, co działo się wcześniej. Przez cały czas próbujecie się skupić, domyślić, o co będzie chodziło w tej historii i dochodzicie do wniosku, że nic a nic was to nie obchodzi. I jeszcze ta matka w samochodzie.

Czytałam dalej tylko dlatego, żeby dowiedzieć się, czy matka nie zamarzła w tym aucie. Nie! Co za ulga. Mogę przerwać lekturę. Otóż syn łaskawie pozwolił jej w końcu wyjść, i przedstawił swojemu rozmówcy, co ten skwitował: „I od tego trzeba było zacząć, Klusku”.

I od tego trzeba było zacząć, pani Katarzyno. Ale, co się stało, to się nie odstanie.

Katarzyna Bonda napisała kiedyś podręcznik „Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania”. Latka lecą i skleroza ma prawo dopaść każdego, dlatego myślę, że to dobry pomysł, aby autorka zajrzała po latach do tego poradnika. Na pewno znajdzie się tam rozdział, jak budować napięcie, co to jest dramaturgia, albo do czego służą w powieści dialogi. To znaczy, tak mi się wydaje, bo przecież książki nie czytałam. I raczej nie przeczytam, bo gdybym nawet chciała kiedyś napisać kryminał, to jednak twórczość pani Bondy nie byłaby dla mnie wzorem do naśladowania.

 

czwartek, 19 sierpnia 2021

"MOŻE KIEDYŚ WYGRAM" - wywiad z Izabelą Szylko

Dziś, bardzo nietypowo, publikuję mój wywiad, który miał premierę na portalu nakanapie.pl. I portal, i autorka wyjątkowo godni polecenia.

Izabela Szylko

Dziennikarka, reżyserka, scenarzystka i pisarka. Pracowała m.in. w miesięczniku „Kino” i telewizyjnym „Ekspresie Reporterów”.

Jej debiut literacki „Madonna z hiacyntem” został wyróżniony w konkursie na powieść kryminalną miesięcznika „Detektyw”, a scenariusz będący adaptacją powieści „Łyżeczka” znalazł się w finale „Script Pro” – najważniejszego w Polsce konkursu dla scenarzystów.

Reżyserka i scenarzystka filmu „Niezawodny system”, nagradzanego na międzynarodowych festiwalach.

Uczy kreatywnego pisania.

MOŻE KIEDYŚ WYGRAM

Rzadko mi się zdarza, że po przeczytaniu zaledwie dwóch książek autora mam wrażenie, jakbym znała go od dziecka. Czy możemy przejść „na ty”?

Jasne. Ja mam podobne wrażenie czytając twoje recenzje.

Uprzejmości wymienione, teraz do rzeczy. Dlaczego nie lubisz wywiadów?

Tylko, kiedy sama muszę odpowiadać na pytania. Jeśli to ja występuję w roli pytającego – nie ma problemu. Wolę dowiadywać się czegoś nowego o ludziach, niż opowiadać o sobie. Taka natura.

Nie wróżę ci kariery z takim podejściem, ale ze mną nie będzie łatwo.

Tak podejrzewałam (westchnienie).

Dlaczego wydałaś tę książkę sama?

A musimy o tym rozmawiać?

Tak. Zgodziłaś się na wywiad, a ja uprzedzałam, że nie będzie łatwo.

Już teraz? Poczekaj, dojdziemy do tego. Musi być jakiś suspens.

Umiesz stopniować napięcie.

Tego akurat można się nauczyć.

No właśnie. Prowadzisz kursy pisarskie. Czy to ma sens? Czy pisania w ogóle można się nauczyć? Talent nie wystarczy?

Jeśli ktoś nie opanował w szkole podstawowej sztuki poprawnego składania zdań, to kurs pisarski na nic mu się nie przyda. Jeśli jednak ktoś ma iskrę Bożą, to taki kurs może pomóc uporządkować wiele rzeczy. Wystarczy poznać kilka technik, które ja nazywam „sztuczkami”, dzięki którym można pisać o wiele lepiej, oczywiście, jeśli się już ten talent ma. I jeśli komuś na tym zależy. Raymond Chandler ukończył kurs pisarski, podobnie jak noblista Kazuo Ishiguro, więc chyba ta wiedza nie przeszkadza w pisaniu.

A zdradzisz chociaż jedną taką „sztuczkę”?

Zawsze powtarzam uczestnikom moich kursów: najpierw pokazuj, potem wyjaśniaj. Jeśli opiszesz nagiego faceta biegnącego ulicą w środku nocy, od razu wzbudzisz zainteresowanie. Czytelnik będzie chciał się dowiedzieć, o co chodzi. To jakiś wariat czy ekshibicjonista? A może się z kimś założył? Albo został okradziony? Jeżeli najpierw wyjaśnisz, że to był tylko zakład, a potem pokażesz, że facet biegnie na golasa – to będzie powtórka, a więc nuda.

Gdy o tym mówisz, to wydaje się oczywiste, ale czytając książki polskich autorów, czasem mam wrażenie, że nigdy o tej zasadzie nie słyszeli.

Bo samemu często się tego nie widzi. Mówię to z własnego doświadczenia. Potrzeba kogoś, kto popatrzy na tekst świeżym okiem i zwróci uwagę na błędy. Każdemu autorowi przydałaby się taka Rudolfina, tylko zanim jeszcze książka trafi do księgarń.

O tak, już widzę, jak wydawcy rzucają się hurmem, abym pomogła im ulepszać książki bestsellerowych autorów. A potem zmuszają ich, aby poprawiali błędy. I obiecują, że będą wydawać pięć doskonałych książek rocznie zamiast dwudziestu byle jakich. To by mogłoby się wydarzyć w jakimś wszechświecie równoległym.

Chyba tak (śmiech). Jeżeli autorzy piszą pod presją deadline’ów, a wydawcy mają napięty harmonogram, nie ma czasu na poprawki.

A jeśli chodzi o co innego? Wydawcom nie chce się wysilać, bo uważają, że czytelnik i tak wszystko kupi, byle tylko „łatwo się czytało”?

Ale raczej nic się z tym nie da zrobić, prawda? No chyba, że rzeczywiście przeniesiemy się do alternatywnej rzeczywistości. A może wystarczyłoby cofnąć się w czasie? Dziesięć lat wystarczy. Wydaje mi się, że wtedy nie wydawało się tak wielu słabych książek, jak teraz.

Zostawmy te kuszące wizje. Czy dlatego właśnie pisanie „Damy z blizną” zajęło ci aż dwa lata?

Mówiąc szczerze, to nawet dłużej. Na pomysł wpadłam wiele lat temu. Zaczęłam się zastanawiać, co by było gdyby żona któregoś z tych polityków, którzy najgłośniej sprzeciwiają się aborcji została napadnięta, zgwałcona i zaszła w ciążę? Co on by zrobił? Czy radośnie wychowywałby dziecko psychopaty, jak swoje własne? Czy może zmieniłby swoje przekonania? Zaczęłam pisać szkic tej historii i utknęłam w momencie, kiedy polityk dowiaduje się, że żona jest w ciąży. Co dalej? Żona rodzi dziecko i mamy dramat rodzinny. Słabe to. Żona usuwa ciążę? Też dramat rodzinny, tylko innego rodzaju. Znów nic nowego. Żona traci dziecko w wyniku poronienia? Najłatwiejsze wyjście, ale też najsłabsze, z rodzaju deus ex machina. I pewnego dnia, siedząc na tarasie mojego domu na Mazurach, gdy już zapomniałam, że chciałam napisać taką historię, przyszło mi do głowy zupełnie niekonwencjonalne rozwiązanie. A gdyby właśnie w tym miejscu, nad tym jeziorem popełniono zbrodnię? I to jest odpowiedź na niezadane pytanie: skąd biorą się pomysły. Pomysły po prostu przychodzą i same nas znajdują, tylko trzeba na nie poczekać.

Pomysł przyszedł, więc potem poszło jak z płatka.

Żeby to było takie łatwe. Napisałam książkę, ucieszyłam się, że nareszcie mam to za sobą i dałam tekst do przeczytania kilku zaprzyjaźnionym osobom. I wszystkie stwierdziły, że nie przekonują ich motywacje głównych bohaterów. Uwagi były bardzo rzeczowe, więc nie miałam wyjścia, musiałam się z nimi zgodzić. Wyrzuciłam jedną czwartą tekstu do kosza, dodałam nowe wątki, które zmieniły wydźwięk powieści i wyjaśniły działania bohaterów.

Domyślam się, że to jeszcze nie koniec.

Zmusiłam przyjaciół do przeczytania nowej wersji i już nie mieli zarzutów, ale wyrazili żal, że jedyna naprawdę pozytywna postać w powieści okazuje się najbardziej przegrana. Nawet się z tym zgodziłam, ale nie miałam pomysłu, jak to zmienić. Dopiero później, gdy podobną uwagę zgłosiła redaktorka książki, przyszło mi do głowy co zrobić, żeby zakończenie nie było takie ponure.

I dzięki temu na końcu mamy jeszcze jeden twist, co, moim zdaniem, wyszło książce na dobre. „Dama z blizną” to mroczny kryminał, momentami thriller i dużo w tym polityki. „Szpilki za milion” to była czysta rozrywka z hiper-optymistycznym zakończeniem. Nie czytałam dwóch wcześniejszych twoich książek, „Łyżeczki” i „Madonny z hiacyntem”, ale z opisów wynika, że pierwsza – to powieść obyczajowa o toksycznej matce, a druga jest konwencjonalnym kryminałem. Zastanawia mnie, jak to możliwe, że twoje książki tak bardzo różnią się tematycznie i gatunkowo.

Pytasz dlaczego nie tłukę serii, wciąż w ten sam deseń?

Nie chciałam być aż tak dosadna.

Ja nie mam łatwości pisania. Zaczynam pisać dopiero wtedy, gdy uznam, że mam wystarczająco dobry pomysł, od początku do końca przemyślany, i kiedy historia jest dla mnie z jakichś powodów ważna. Pisanie na zadany temat, to byłaby straszna męczarnia, taka praca w fabryce, przy taśmie, niczym Charlie Chaplin w filmie „Dzisiejsze czasy”. Nie znoszę też deadline’ów, bo nie wyobrażam sobie, że można by nie dotrzymać terminu. A co, jeśli czas publikacji będzie się zbliżał nieuchronnie, a ja wciąż będę niezadowolona z efektów mojej pracy? Przecież nie oddam półproduktu.

Zaczynam się domyślać, dlaczego wydałaś tę książkę samodzielnie.

Po pierwsze - skłoniły mnie do tego bardzo złe doświadczenia z poprzednimi wydawcami. Dużo by o tym mówić, ale nie lubię narzekać, więc może opiszę to we wspomnieniach (śmiech). Po drugie - brak odzewu ze strony wydawnictw. Może za słabo się starałam.

Jak to? Przecież to świetna książka!

Tylko trzeba najpierw ją przeczytać, żeby się o tym przekonać. A przecież kryminał polityczny „się nie sprzedaje”, jak mi powiedziano w firmie dystrybucyjnej. Więc nawet nie warto otworzyć pliku. Po trzecie – chciałam mieć wreszcie sama wpływ na wszystko. Jeśli coś pójdzie nie tak, mogę mieć pretensje tylko do siebie.

I jakie to pretensje?

O tym też napiszę we wspomnieniach. To materiał na bestseller (śmiech). Rynek wydawniczy to dżungla. Może warto pokazać ją od środka, w krzywym zwierciadle, z uwzględnieniem wszystkich pułapek, które czyhają na naiwnego autora. Naprawdę, trzeba mieć oczy z tyłu głowy, żeby nie dać się wykiwać.

Domyślam się, że kolejna książka będzie również zupełnie inna niż poprzednie. Trudno mi sobie wyobrazić kontynuację „Damy z blizną”.

Dobrze się domyślasz. W następnej książce spełniam marzenia z dzieciństwa. Zawsze chciałam przeżyć wielką przygodę. I przeżywam, tyle że w wyobraźni. To powieść sensacyjno-przygodowa, z zagadką historyczną w tle, o wiele lżejszego kalibru niż „Dama z blizną”, ale poważniejsza niż „Szpilki za milion”. Jeżeli kochasz przygodę, to warto poczekać.

Czy również zamierzasz ją wydać sama?

Jeszcze nie wiem. Samodzielne wydanie książki wiąże się z morderczą pracą. Jeśli autor musi być jednocześnie wydawcą, księgowym, agentem reklamowym, handlowcem, informatykiem, montażystą dźwięku (bo właśnie skończyłam montować audiobook, który ukaże się we wrześniu), nie pozostaje czasu na pisanie. A jeszcze kilka pomysłów mam.

Jak sobie z tym wszystkim dajesz radę?

Gonię w piętkę. Ale, jak ta biegaczka Sifan Hassan, która przewróciła się na igrzyskach w Tokio w trakcie biegu na 1500 metrów, a potem podniosła, i wygrała ten wyścig, też się podnoszę. Może kiedyś wygram.