poniedziałek, 9 stycznia 2023
Håkan Nesser „Człowiek bez psa” Ocena: 2/6
Miałam świadomość, że będzie to „bardziej obyczajówka niż kryminał”, ale wcale mnie to nie zniechęciło. Jeśli strona obyczajowa jest perfekcyjna, zazwyczaj przymykam oko na wątłą zagadkę kryminalną.
Tym razem strona obyczajowa okazała się nienaganna, zagadka wcale nie wątła, a jednak książka jako całość zniechęciła mnie do autora na tyle, że raczej nie będę pogłębiać z nim znajomości.
Zaczyna się to bardzo dobrze, chociaż nie ma trupa. Poznajemy po kolei wszystkie osoby dramatu i jest to prezentacja doskonała pod względem stylistycznym i psychologicznym. Tylko, kiedy już wiemy kto jest kim, i to, że autor pięknym językiem pisać potrafi, coś wreszcie powinno zacząć się dziać. A tymczasem dalej mamy same smutasy: jedzą, piją, gadają o niczym, poznajemy kompletne listy prezentów urodzinowych. Zanim wreszcie dojdzie do zapowiedzianych w opisie tajemniczych zniknięć dwóch członków tej samej rodziny, autor wylewa morze wody, w którym można się utopić.
I wreszcie bęc! Doczekaliśmy się. Mamy śledztwo. Pojawia się inspektor Barbarotti, który ciekawe ma tylko nazwisko, po ojcu Włochu. Przeczytałam setki kryminałów przeróżnych autorów, ale po raz pierwszy trafiłam na detektywa, który jest tak totalnie nijaki. Nie ma zalet, nie ma wad, ani on mądry ani głupi, ani przystojny, ani brzydki, ani sympatyczny, ani wredny. Przeciętniacy też mogą się sprawdzić, jeśli wyznaczy im się jakiś cel i każe walczyć, aby go osiągnąć. Inspektor Barbarotti cel niby ma: rozwiązać zagadkę podwójnego zniknięcia, ale podchodzi do tego z takim zapałem, jak translator Google do tłumaczenia kryminału Remigiusza Mroza na suahili.
Obserwujemy żmudne śledztwo inspektora – nudziarza, z którego dowiadujemy się jeszcze raz tego, co już dobrze wiemy. A ponieważ po prezentacji rodziny wiemy dużo więcej niż inspektor, a nawet domyślamy się co się stało, cały środek książki, jakieś dwieście stron, praktycznie wszystko, co dotyczy śledztwa, nadaje się do wyrzucenia do kosza. No chyba, że ktoś lubi powtórki, albo trzeba mu powtarzać dwa razy, aby coś zrozumiał. Chyba tym Szwedom też ktoś powiedział, że grube książki sprzedają się lepiej, więc trzeba było nadmuchać objętość.
Do tego, w połowie książki, ni z gruchy, ni z pietruchy, pojawia się na moment narracja mordercy, która znów wyjaśnia czytelnikowi wszystko, a biedny inspektor na dotarcie do tego, co dobrze wiemy, potrzebuje kolejnych kilkudziesięciu stron.
Dopiero w końcówce coś zaczyna się dziać i wtedy kartki zaczynają przewracać się same. Niestety, autor ma niemiły zwyczaj uprzedzania faktów, więc znów otrzymujemy o wiele za wcześnie informacje, dzięki którym zakończenie jest łatwe do przewidzenia. Spoilery odautorskie – to nie jest metoda na pisanie kryminału. Jednak kryminału, co stoi jak wół na okładce, i na co nastawia się czytelnik kupując tę książkę. Nie wiem, czy to pocieszenie, że Szwedzi stosują tę samą manipulację, co polscy wydawcy, wrzucając do worka z kryminałami wszystko, co tylko stało na chwilę koło trupa.
Dobry pomysł, świetny styl i psychologia postaci – to za mało, aby powieść była dobra. Książka – to całość, a nie mozaika z dziurami. Pod względem dramaturgicznym „Człowiek bez psa” – jest totalną kichą. A wystarczyło zacząć od zniknięcia i pozwolić inspektorowi na dochodzenie prawdy, nie podając wcześniej czytelnikowi wszystkich informacji na tacy. Wtedy tę samą historię, o tym samym ładunku emocjonalnym, śledzilibyśmy z o wiele większym zaangażowaniem, nie przerzucając stron na szybkich obrotach.
Nie sądzę, aby autor wziął sobie do serca życzenia zanudzonych na śmierć czytelników (bo takich jak ja, sprawdziłam, jest dużo więcej). Nie podejrzewam również, aby inne książki autora różniły się od tej pod względem dramaturgicznym. Nie będę więc po raz drugi wystawiać cierpliwości na ciężką próbę i panu Nesserowi już teraz podziękuję.
środa, 28 grudnia 2022
Anna Klejzerowicz „Stara papiernia” Ocena: 4/6
Annę Klejzerowicz bardzo cenię za to, że nie przegina. Nie wpycha na siłę zboczeńców, sadystów, pedofili tylko dlatego, że to akurat modne. Nie robi z detektywów Jamesów Bondów, którzy na swych rowerach-amfibiach przeszukują dno Atlantyku bez masek tlenowych, nie promuje też popaprańców-detektywów, którym nic w życiu nie wyszło, bo tylko ta praca, i praca, i wsadzanie do więzienia psychopatów. Klejzerowicz opowiada historie, które nam również mogłyby się przydarzyć.
Tym razem bohaterką – detektywką jest Felicja Stefańska - dziennikarka lokalnej gazety w małym miasteczku, osoba którą bez problemu można nie tylko polubić, ale nawet utożsamić się w wystarczającym stopniu, aby wspólnie z nią rozwiązywać zagadkę.
Anna Klejzerowicz potrafi również zachować odpowiednie proporcje. Nie ma u niej niepotrzebnego gadulstwa, zapychaczy, które służą tylko po to, by zwiększyć objętość książki, bo grube „lepiej się sprzedają”. Wszystkie wątki się kończą, rozwiązanie zagadki jest logicznie uzasadnione. Czytelnik nie czuje się wykiwany.
To piąta część serii. Zapewne, ze względu na wątki osobiste, lepiej zacząć od początku, ale ja tam zaczęłam od końca i zupełnie mi to nie przeszkadzało. Jak dla mnie – to wielka zaleta.
„Stara papiernia” to wciąż solidna robota mimo, że to już ochnasta książka autorki i miałaby prawo odpocząć i spuścić z tonu. Dobrze, że są jeszcze tacy autorzy.
Przed jednym tylko ostrzegam: nawet niech wam przez myśl nie przejdzie, aby sięgać po audiobook. Pierwszy raz przydarzyła mi się sytuacja, kiedy zaczęłam słuchać i przerwałam po kilkunastu akapitach, ze względu na lektora. Jeśli zastanawiacie się, czy to możliwe, żeby lektorka była gorsza niż prototyp syntezatora mowy, który nie zna pojęcia interpretacja tekstu, to zapewniam – tak, to możliwe. Monika Prześlakowska czyta nawet nie jak robot, tylko mechanicznie nakręcana zabawka, tak samo się zacinając w regularnych odstępach, co kilka zdań. Nie da się tego słuchać. Nie da.
czwartek, 24 listopada 2022
Marek Stelar „Góra kłopotów” Ocena: 1/6
Nie wiem, jak Marek Stelar mógł popełnić coś takiego. To nie jest książka dla jego czytelników, to jest książka dla wielbicielek Iwony Banach.
Jeżeli lubicie powieści, w których świat zaludniają wyłącznie idioci i bawi was naśmiewanie się z kretynów, to oczywiście czytajcie. Już nie wypominam, że kryminału w tym za grosz, bo wydawca sam ostrzega na okładce, że to historia „prawie” kryminalna. Ale niech chociaż byłaby jakaś akcja, choć jeden bohater, któremu można by kibicować (bo jakoś z żadnym, z dziwnych powodów, nie jestem w stanie się utożsamić), jakiś gram suspensu, jakichś kilka sensownych dialogów, jakiś pomysł, jakiś temat. A jest tylko nuda. No bo, jak długo jesteście w stanie znieść dialogi o niczym, w których chodzi tylko o to, żeby się popisać (wątpliwym) poczuciem humoru? Ile już było opowieści wigilijnych rozgrywających się w górskim domu zasypanym śniegiem, odciętym od świata?
Wytrzymałam dwie godziny audiobooka i przerzuciłam się na druk, żeby można było kartkować strony. Wciąż miałam nadzieję, że wreszcie coś zacznie się dziać, przecież to Marek Stelar. Nic z tego. Aby oszczędzić wam zawodu, zamieszczam krótkie streszczenie, żebyście wiedzieli, co możecie sobie darować.
Jadą. Gadają.
Dojeżdżają do pensjonatu w górach. Gadają.
Sypie śnieg.
Jedzą. Gadają.
Piją. Gadają.
Dołącza nieproszony gość. Nic z tego nie wynika. Gadają.
Hałas w łazience budzi wszystkich. Nic z tego nie wynika. Gadają.
Przynoszą choinkę z lasu. Gadają.
Dom już całkiem zasypany. Nie ma prądu. Jest prąd. Znowu nie ma prądu. Gadają.
Znajdują trupa. A co to za problem? Niech sobie leży. Gadają. Nie na temat.
Nic się nie dzieje. Trup nadal leży. Gadają.
Wychodzą na dach. Spadają z dachu. Gadają.
Ubierają choinkę. Choinka się przewraca. Ubaw po pachy.
Stop!
Uwaga! Spoiler!
Trup ożywa.
Hurra!
Wigilia. Kolacja. Kolędy. Pojednanie.
Kurtyna.
środa, 2 listopada 2022
Krzysztof Bochus „Czarna krew” Ocena: 1/6
A pomyśleć, że kiedyś tak się zachwycałam debiutem Krzysztofa Bochusa („Czarny manuskrypt”). A pomyśleć, że z taką nadzieją sięgałam po jego książkę drugą („Martwy błękit”), ale nadzieja okazała się płonna. Dałam jednak autorowi jeszcze jedną szansę. I co?
Powiedzieć, że „Czarna krew” srogo mnie zawiodła – to nic nie powiedzieć. Gdy z wielkim mozołem dotarłam do ostatniej strony, miałam ochotę wytłuc wszystkie talerze w kuchni, rzucając nimi (celnie) w autora. Jak można tak rozmienić talent na drobne? Jak można tak lekceważyć czytelnika? Tania popularność naprawdę jest tak przyjemna? Naprawdę, trzeba co chwila publikować książki, nawet gdy się nie ma o czym pisać? Może jednak to nie „taniość” jest tu słowem kluczowym, tylko „popularność”, bo to ona przekłada się na kasę?
„Czarna krew” - to papka (termin zapożyczony od Raymonda Chandlera), produkowana dla czytelnika, który kupi wszystko, o ile to „wszystko” poleci instagramowa blogerka albo gdzieś mu się tam zakołacze nazwisko autora. A jeśli autor publikuje na tyle często, żeby jego nazwisko regularnie kołatało się po mediach społecznościowych, to koło fortuny zaczyna nakręcać się samo.
Czytajcie „Czarną krew”, jeśli chcecie poznać przepis na to, jak napisać książkę - papkę, kiedy nie ma się na nią żadnego pomysłu:
- Weź psychopatycznego mordercę, który będzie się mścić na przyszłych pokoleniach za jakiekolwiek zbrodnie z przeszłości. Może to być, na przykład, odwet za donos na Gestapo w czasach II wojny światowej, ale wszystko jest dopuszczalne, bo wariat, to wariat. Równie dobrze mógłby się mścić na cudownie odnalezionych potomkach Jagiełły za to, że po bitwie pod Grunwaldem ich prapradziad nie rozwiązał zakonu Krzyżaków.
- Wrzucaj sceny z przeszłości wtedy, gdy zabraknie ci konceptu, jak rozwijać współczesną akcję. Pisz, co chcesz, możesz w kółko o tym samym i bez związku z teraźniejszością, byle było dobrze udokumentowane. Czytelnik musi uwierzyć, że jesteś erudytą.
- Jak nie masz o czym pisać, pisz trzy razy o tym samym: najpierw z punktu widzenia mordercy, który od razu wyjawi swój motyw, żeby czytelnik nie musiał się wysilać, potem pokaż, jak do prawdy, którą czytelnik już dobrze zna mozolnie dochodzi detektyw, a potem jeszcze napisz, jak policjanci-idioci miotają się we mgle i nie potrafią dojść do wniosków, które czytelnik już dawno dostał na tacy. Trzeba w ten sposób dopieszczać czytelnika, żeby nie pomyślał czasem, że nie może rozwiązać zagadki, bo jest idiotą. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że trafisz na rzadki rodzaj czytelnika, który papki nie trawi i poczuje się niedoceniony. Możesz mu wtedy powiedzieć, że nie dla idiotów, to co najwyżej w Media Markt albo u Tokarczuk, ewentualnie.
- Niech główny bohater ma jakąś traumę, najlepiej, jeśli by kogoś zabił. Pamiętaj, żeby przynajmniej trzy razy przypomnieć o tym czytelnikowi. W końcu coś trzeba zrobić, żeby stron przybywało, a trauma zawsze dobrze się sprzedaje.
- Nie zapomnij, żeby psychopata był wybrańcem Pana Boga. Wszystko co zaplanuje musi mu się udać, przypadkiem coś usłyszy, przypadkiem okno będzie otwarte, przypadkiem ochroniarz zrobi sobie wolne, przypadkiem ktoś otworzy drzwi, bo czegoś nie zrozumie. Im bardziej Pan Bóg będzie pomagał i złoczyńcom, i policjantom – tym lepiej, w końcu, jak już nie ma w co wierzyć, zawsze pozostaje wiara w Pana Boga.
- Na koniec główny bohater musi wpaść w tarapaty. Taki jest papkowy standard. To nic, że przez cały czas był łebskim facetem. W zakończeniu ma okazać się idiotą, który chociaż wszystko wiedział i przewidział, to jednak właśnie teraz, bo tak sobie autor wymyślił, musi dać dupy.
- Ale nic to! Wreszcie koniec! Od czego ma się przyjaciół i Pana Boga? I oni wespół w zespół pomagają. I happy end! I hurra!
Moi Drodzy Czytelnicy! Recepta jest taka prosta, że z utęsknieniem czekam na wasze historie. Powodzenia.



