niedziela, 10 września 2023

Grzegorz Dziedzic „Gangway” Ocena: 3/6

 

SWEET HOME CHICAGO

Wyobrażam sobie, że kiedy Grzegorz Dziedzic otrzymał wiadomość, że wydawnictwo Agora chciałoby wydawać jego książki pomyślał, że złapał Pana Boga za nogi. I co? I jajco (excusez-moi).

Potężny koncern wydawniczy nie zadał sobie najmniejszego trudu, aby o książkach swego autora poinformować społeczeństwo, licząc zapewne na to, że skoro poprzednia powieść otrzymała Nagrodę Wielkiego Kalibru, to część druga sama się sprzeda. No niestety, dzisiaj to tak nie działa. Kiedy widzę, że na największym portalu czytelniczym „Gangway”, wydany przez koncern obracający milionami, mający nieograniczone możliwości reklamy w rozlicznych swoich mediach ma mniej więcej tylu czytelników, co Poszukiwacze siódmej księgi Izabeli Szylko, która promocją zajmuje się chałupniczo (excuse-moi, tym razem to do autorki), to ja już naprawdę nie wiem, o co chodzi. Może o to, że druga część chicagowskiego cyklu jest jednak dużo słabsza niż poprzednia?

Moje obawy co do problemów autora z dramaturgią, niestety się sprawdziły. Styl i język, na szczęście, znów nienaganny, ale kogo to dzisiaj obchodzi? Ile osób to potrafi docenić? Dla czytelników mrozów piękny język - to zbędny balast, domagają się suspensu. A napięcia w tej książce nie ma za grosz. Pardon, jest (jakoś ta francuszczyzna znów mi się wkrada), ale dopiero na kilkadziesiąt stron przed końcem. No nie, panie autorze, tak się nie robi.

Przez więcej niż trzy czwarte książki bohater snuje się po mieście szukając zaginionego przyjaciela, próbuje robić szemrane interesy, boksuje się z innymi gangsterami i wdaje się w wątły romans. Nie ma w jego działaniach związków przyczynowo-skutkowych, nie ma zwrotów akcji. Przestawienie kolejności wydarzeń nie zrobiłoby żadnej różnicy; nie ma znaczenia czy Rucki najpierw się kocha a potem bije i załatwia interesy, czy odwrotnie. Nieważne, kiedy i z kim się spotyka, bo i tak niczego się nie dowiaduje.

W tej części nie ma też dobrych bohaterów. No zaraz – oburzycie się – bohaterowie przecież ci sami, co w Żadnych bogów, żadnych panów. Wtedy byli dobrzy, a teraz nie? Właśnie tak! Roman - były ksiądz, alkoholik, który walczy z nałogiem, aby wyjść na prostą – to był gość. Roman alkoholik, który siedzi w zamknięciu i snuje swe pijackie wizje, co chwila wpadając w moralizatorski ton i zastanawiając się dlaczego w życiu mu nie wyszło – to jest nudziarz, ocierający się o kicz. Autorowi pomyliły się gatunki – miała być powieść gangsterska, a w tym wątku wyszedł wątpliwej jakości moralitet.

Teo - były gangster, który próbował przejść na jasną stronę mocy, ale w roli policjanta średnio sobie radził – to facet, któremu od początku kibicowaliśmy. Teo jako były policjant, aktualnie bokser, który bez dobrego powodu wchodzi w szemrane interesy, bo przecież przyjaciela i tak mógłby szukać, nie godząc się tak łatwo na propozycję gangsterów, do tego nic mu w tych interesach nie staje na przeszkodzie, bo wystarczy obić parę gęb konkurentom w biznesie i luzik - to postać bez motywacji, celu i kręgosłupa, która zupełnie mnie nie rusza, więc śledzę jej losy bez emocji.

Dopiero gdy czytelnik traci już nadzieję, że coś się zmieni i zastanawia się, czy książki nie porzucić, albo zaczyna marzyć o tym, żeby to wszystko wreszcie się skończyło, pojawia się znienacka zwrot akcji. I na ostatnich kilkudziesięciu stronach nareszcie dzieje się coś, co naprawdę przykuwa uwagę. O wiele za późno.

Na szczęście twist w zakończeniu jest na tyle dobry i otwierający tyle nowych możliwości, że na pewno skuszę się na część trzecią. Nawet mimo tego, że jedną z postaci drugoplanowych jest Al Capone, więc nietrudno się domyślić, do czego to będzie zmierzać. Może jednak Grzegorzowi Dziedzicowi uda się mnie zaskoczyć.

Życzę też autorowi, żeby trafił na dobrego redaktora prowadzącego, któremu będzie zależało, aby książka nie usypiała czytelnika, tylko wciągała od początku, i który podpowie, jak to zrobić. Obserwując zabiegi niepromocyjne wydawnictwa Agora mam jednak obawy, czy znajdzie się tam ktoś, komu na czymkolwiek zależy.

poniedziałek, 4 września 2023

Elly Griffiths „Puste jest piekło” Ocena: 5/6

WIESZCZBY KASANDRY

No i odkryłam kolejną autorkę, która idealnie trafia w mój gust czytelniczy, ale zapewne nie dane mi będzie jej książek dalej czytać. Podobnie było z Michaelą Klevisową („Kroki mordercy”, "Złodziejka opowieści"). Naprawdę świetne kryminały, ale co z tego? Polscy czytelnicy je olali, wolą mrozów, więc wydawnictwo, które nie jest instytucją charytatywną, przecież nie będzie publikować rzeczy, na których się nie zarabia.

„Puste jest piekło” to pierwsza część z cyklu; ja najpierw przeczytałam drugą. I nic mi to nie przeszkadzało. Książki łączy tylko osoba prowadząca śledztwo – pani sierżant detektyw Harbinder Kaur, którą już wcześniej zdążyłam polubić. Każda opowieść jest samodzielna. Nie ma niedokończonych wątków, nie ma streszczeń i spoilerów, co działo się w poprzednim odcinku. Dla mnie – cymes. Ale przecież masowego czytelnika tym się nie złapie. Jego trzeba zmobilizować do zakupu prymitywnymi, ale skutecznymi metodami. Wystarczy, że nie wiadomo, kto zabił, i już drugi tom się sprzeda. Trochę przesadzam, ale wiecie o co chodzi.

 

Dlaczego tak kasandrycznie wieszczę? Chciałam przeczytać wcześniejsze książki tej popularnej w Wielkiej Brytanii autorki, i klapa. Wydawnictwo Literackie wydało w 2011 roku tylko dwie pierwsze powieści z cyklu, który liczy 11 tomów. Widocznie się nie przyjęło. Widocznie zbyt inteligentne dla polskiego czytelnika, albo wydawca nie pomyślał, żeby rozreklamować autorkę. Nakład wyczerpany. E-booków brak. Na szczęście krążą po sieci używane egzemplarze, więc jakoś sobie poradzę, ale komu innemu będzie się chciało? Pytanie retoryczne. Nikomu.

I tak zostaniemy skazani na bzdety. No rzygać mi się chce z rozpaczy.

Ta książka jest perfekcyjnie skonstruowana, mimo narracji wielokrotnej w pierwszej osobie. Zawsze się tego czepiałam w przypadku polskich autorek (Ewa Przydryga „Mursz”, Magda Stachula „Oskarżona”), więc dlaczego teraz mi się to podoba? Ponieważ tym przypadku jest to świadomy zabieg stylistyczny. Elly Griffiths potrafi pisać w trzeciej osobie (patrz: drugi tom). Tutaj celowo używa takiej narracji, aby pokazać te same wydarzenia z punktu widzenia różnych osób. Każda dodaje coś nowego i wprowadza mylne tropy, które budują napięcie. Wszystkie narracje są wyraźnie od siebie oddzielone, a postaci na tyle zróżnicowane, że gdyby nawet nie podano na początku imienia narratora jasnym jest, kiedy opowiada historię nastolatka, a kiedy policjantka. Nie ma żadnej wątpliwości o kogo chodzi. No po prostu widać solidny warsztat pisarski, czego w przypadku rodzimych autorek nie uświadczysz. Piszą w pierwszej osobie, chociaż to nie ma sensu, bo inaczej nie potrafią.

Znów mamy smaczki dla koneserów, czyli liczne nawiązania do brytyjskiej literatury (dzięki za przypisy), a do tego klimat powieści gotyckiej i opowieść z dreszczykiem. Drogi Albatrosie, może wydacie jeszcze przynajmniej jeden tom? Bardzo was proszę.

poniedziałek, 21 sierpnia 2023

Elly Griffiths „PS. Dzięki za zbrodnie” Ocena: 5/6

PANNA MARPLE NIE ŻYJE

Ta książka naprawdę zasługuje na uwagę, więc za nic dojść nie mogę, dlaczego wydawnictwo Albatros nie kiwnęło nawet małym palcem, żeby poinformować o jej istnieniu czytelników. Takie, na przykład, bardzo słabiutkie „Morderstwo w księgarni” pod pretekstem, że to jest „w stylu Agathy Christie” (ha, ha) wyskakiwało mi nawet z kosza na śmieci. Na największym portalu książkowym oceniło je ponad sześć razy więcej czytelników niż „PS. Dzięki za zbrodnie”, a więc zapewne sześć razy więcej osób musiało tę książkę kupić. I teraz będziemy zalewani dalszymi głupotkami w tym stylu. Może więc reklama i inwestycja w dobrego grafika, który przygotuje zachęcającą okładkę się opłaca?

Wielbiciele Agathy tę książkę na pewno docenią. Ma doskonale skonstruowaną intrygę, wyrazistych, ciekawych bohaterów i zaskakujące zakończenie. Dodatkowy smaczek dodaje powieści to, że akcja toczy się w środowisku pisarzy kryminałów. Autorka wielokrotnie nawiązuje do mistrzów gatunku i garściami czerpie z dzieł niekryminalnych klasyków. Czytelnik, który potrafi odczytać kody kulturowe (angielskiemu na pewno łatwiej to przyjdzie), będzie miał dodatkową frajdę z lektury. Dla mniej oczytanych, na szczęście, przygotowano tak niecodzienne dzisiaj przypisy.

Już początek jest intrygujący. Umiera staruszka, wielbicielka kryminałów, która pomagała ich autorom w wymyślaniu zbrodni. Zwana była konsultantką do spraw zabójstw. Taka, wypisz, wymaluj panna Marple. Wprawdzie w wieku dziewięćdziesięciu lat ma się prawo umrzeć, ale ta śmierć jej znajomym wydaje się bardzo podejrzana. Zaczynają więc samodzielnie prowadzić śledztwo: Natalka – młoda, ukraińska opiekunka społeczna, prywatnie hackerka, Benedykt – uciekinier z katolickiego zakonu i Edwin – osiemdziesięcioletni gej, były dziennikarz radiowy. Do tego sikhijska policjantka Harbinder – która mając 35 lat wciąż mieszka z rodzicami. Bardzo ciekawa banda, aż chce się z nimi zakumplować.

Oczywiście, pojawia się drugi trup, a nawet trzeci, wszystkie wątki się zazębiają, zakończenie zaskakuje. Bardzo oryginalna historia oddająca współczesne brytyjskie realia; jest i wielokulturowość i sielska, angielska prowincja, która momentami wcale nie taka sielska.

Jak dla mnie – bomba. Już się zabieram za poprzedni tom, bo zaczęłam od końca i ciekawe, co z tego wyniknie.

 

poniedziałek, 14 sierpnia 2023

Lisa Marklund „Zimne bagno” Ocena: 3/6

NIEKOMERCYJNIE

Zasadniczo, to nie jest kryminał. Wątły trup pojawia się gdzieś tak w połowie i nie ma większego wpływu na akcję.

Zasadniczo, to nie jest thriller, bo zagrożenie jest równie wątłe, jak trup i niespecjalnie da się uwierzyć, że coś złego bohaterom może się przytrafić.

To nawet nie jest powieść szpiegowska, mimo tego, że wszystko ku temu zmierza.

Nie jest to również powieść obyczajowa, chociaż wątek osobisty (choroba detektywa), wprowadzony już na samym początku mógłby sugerować, że na tym właśnie skupiać się będzie autorka.

Jednak, gdy się zliczy te wszystkie „czym ta książka nie jest”, o dziwo, wychodzi mieszanka całkiem strawna, a to z powodu zakończenia, które przynosi satysfakcję czytelnikowi. To prawda, jest może zbyt „melodramatyczne”, jak na kryminał, ale co mi tam, w końcu nawet kryminały mogą czasami pozwolić odetchnąć od zbrodni. Zaskoczenia wielkiego nie ma, ale niespecjalnie mi to przeszkadzało.

Po niewypale „Farma pereł”, w której autorka postanowiła dorównać w liczbie głupot na stronę swojej koleżance Camilli Läckberg ("Złota klatka"), chyba zmuszona przez wydawcę aby zdobyć mniej wymagającego czytelnika, otrzymaliśmy książkę całkiem przyzwoitą. Całe szczęście, że Marklund nie poszła drogą czystej komercji. Tomy nowej serii rozpoczynającej się „Kręgiem polarnym” (pierwsza część jednak lepsza, z ciekawą, zaskakującą zagadką kryminalną i mocną warstwą historyczno-obyczajową) łączą się miejscem akcji (szwedzkie zadupie gdzieś na dalekiej północy) i niektórymi bohaterami, których losów nie trzeba jednak śledzić chronologicznie.

Szacun dla pani Marklund, że nie dała się zawojować wolnemu rynkowi, nie zamieszcza seksfotek na fejsbukach i wciąż troszczy się o swoich starych, wiernych czytelników.