sobota, 12 września 2026

Michał Kuzborski „Złudzenie gracza” Ocena: 4-/6

 

PROPAGANDA SUKCESU KONTRA PIRACI

„Złudzenie gracza” zaskakuje, zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Najpierw będzie o plusach.

Włączam audiobook i co słyszę? Czyta autor. Chwila wątpliwości, które natychmiast zostają rozwiane. Autor czyta świetnie, lepiej niż niejeden lektor. Nie dość, że dobrze pisze, to jeszcze czytać potrafi! Brawo!

Intryga jest sprytnie poprowadzona, chociaż zbyt długo się zawiązuje, logiczna (z drobnymi wyjątkami, których nie warto wymieniać), są zwroty akcji i zaskoczenia. Kolejny plus.

Co nie zagrało? „Złudzenie gracza” nie ma już takiej siły rażenia jak „Paradoks kłamcy” (pierwsza część serii), z kilku powodów: niezależnych, ale też zależnych od autora. Nie zachwycam się już oryginalnym bohaterem i jego środowiskiem, bo dobrze je zdążyłam poznać w pierwszej książce (powód niezależny). Chciałabym czegoś więcej, i na początku nawet to dostaję. Bohater przenika do środowiska zawodowych podrywaczy, którzy organizują szkolenia „jak skutecznie wyrwać panienkę”, co jest bardzo ciekawym pomysłem. Michał Kuzborski za bardzo jednak skupia się na mechanizmach podrywu, zapominając, że pisze powieść sensacyjną i akcja szybciej powinna ruszyć z kopyta. Zabrakło dobrego redaktora, który podpowiedziałby cięcia w przydługim wstępie. I to jest uwaga do wydawcy, tak się składa, że również i autora.

Od autora zależy też kreowanie postaci głównego bohatera. O ile w pierwszej części tolerowałam jego wady, ponieważ zalet było więcej, to tym razem o wiele mniej znajduję w tej osobie powodów do akceptacji. Moim największym zarzutem jest to, że traktuje kobiety przedmiotowo. Gdyby podrywy były traktowane wyłącznie jako „zadanie szkoleniowe” i obie strony miałyby tego świadomość, wszystko byłoby w porządku. Ale w pewnym momencie podryw zamienia się w coś na kształt uczucia (przynajmniej tak mi to zostało przedstawione), a wtedy cynizm bohatera jest bardzo niewskazany. No chyba, że autor z jakichś powodów chce czytelnika (bardziej czytelniczkę) do bohatera zniechęcić, ale raczej nie o to chodziło. Drodzy panowie, jeśli spotykacie się z kobietą, która ma szansę zostać tą jedyną, to naprawdę, nie testujcie seksualnie innej panienki na boku.

A teraz długa dygresja zupełnie z innej beczki. Chciałam się czegoś więcej dowiedzieć o autorze i trafiłam na wywiad na YouTube. Michał Kuzborski chwali się, że jako wydawca zarobił na „Paradoksie kłamcy” 100 000 złotych! No nieźle, myślę sobie, ciekawe jak on to zrobił. Znajoma autorka, która również wydaje książki we własnym wydawnictwie twierdzi, że to działalność charytatywna na rzecz polskiej kultury, i że ledwo wychodzi na swoje. Może się czegoś dowiem i jej podpowiem, jak mogłaby wreszcie zarobić?

Zaczęłam liczyć i coś mi nie zgadzało. Żeby zarobić na czysto 100 tysięcy, to przy kosztach trochę niższych niż 50 tysięcy, do których wydawca/autor przyznaje się w wywiadzie, sprzedaż musiałaby być na poziomie 150 tysięcy złotych. Nakład papierowy wynosił 2000 egzemplarzy, cena okładkowa 40 złotych. Biorąc pod uwagę zdzierskie prowizje dystrybutorów, którzy zgarniają więcej niż połowę ze sprzedaży „papieru”, można by z tego segmentu uzyskać 40 tysięcy. Z audiobooków – może połowę tej kwoty, ale to i tak bardzo optymistyczne szacunki. E-booki się nie liczą, to mniej niż 10% rynku, zdominowanego przez piratów. Dotyczy to również audiobooków. Jakoś nie mogę się doliczyć kilkudziesięciu tysięcy.

Z tego samego wywiadu dowiedziałam się też, że planując wysokość nakładu kolejnej książki - „Złudzenia gracza”, wydawca/autor już był ostrożniejszy. To tylko 1000 egzemplarzy papierowych, a w nagraniu audiobooka nie brał już udziału drogi lektor (patrz: drugi akapit). Gdyby to były takie kokosy, to czy kolejna książka nie powinna wyjść wkrótce po pierwszej w większym nakładzie? A tymczasem autor czekał z wydaniem drugiego tomu 5 lat. Czyżby deklaracja dotycząca zysków to była propaganda sukcesu?

Nie wiem, być może się mylę, być może się nie orientuję w meandrach wydawniczych, ale w ogromne zyski z własnej działalności wydawniczej trudno mi uwierzyć, o ile nie ma się gigantycznych zasięgów w mediach społecznościowych (Kuzborski nie ma). Jeżeli wysłucha tego wywiadu jakiś początkujący autor i potencjalny wydawca, to może wpaść w duże tarapaty.

I jeszcze jedna dygresja. Kiedy Izabela Szylko wspominała mi w bardzo gorzkim wywiadzie „Czytelnicy i złodzieje” dla portalu nakanapie.pl, jak to usunęła z pewnego pirackiego portalu z gryzoniem w herbie ponad 1000 plików z jej książkami, trochę niedowierzałam. A tymczasem widzę, że Michał Kuzborski ma ten sam problem. 50 stron dotyczących jego książek, a na każdej stronie około 20 plików do pobrania za darmochę. No i jak ten biedny autor ma zarabiać?

Drodzy czytelnicy, bardzo was proszę, nie okradajcie autorów.

sobota, 29 sierpnia 2026

Krzysztof P. Czyżewski „Strażnik Rafaela” Ocena: 1/6

JAK SIĘ POZBYĆ CIAŁA?

Ta książka wpisała się w czarną serię. Czwarta z kolei, której nie dało się czytać i musiałam ją porzucić po kilku rozdziałach. O pozostałych wpadkach nawet nie chciało mi się pisać, ale kiedy taki numer wykręca wydawnictwo Czarna Owca, a nie jakiś selfpublishingowy mastodont albo zdesperowany autor, który „zawsze marzył, żeby zostać pisarzem”, nie mogę nie zareagować. Nie wstyd wam produkować takich potworków? Drodzy recenzenci, czy naprawdę musicie zachwalać każdą książkę, którą otrzymacie w prezencie od wydawnictwa?

Bardzo lubię powieści przygodowe z historycznymi wątkami i „poszukiwaniem skarbów”, więc postanowiłam sprawdzić o co chodzi z tą Szkatułą Królewską księżnej Izabeli Czartoryskiej. Nie dowiedziałam się, bo musiałabym dotrwać do końca, a to było ponad moje siły. Pomijając błędy narracyjne (autor od samego początku wprowadza tak wiele tajemnic, że nie sposób ich wszystkich śledzić aż do rozwiązania, zbyt wiele postaci, by którąś przejąć się na poważnie), najpoważniejszym zarzutem jest to, że czytelnik traktowany jest jak idiota.

Dwójka antykwariuszy Łucja Rokosz i Alek Jung (student) ma za zadanie wycenić przedmioty odziedziczone przez klienta, wśród których znajduje się oryginalny zegarek z XVII wieku. Klient nie chce się przyznać skąd zegarek pochodzi, więc antykwariusze przeprowadzają własne śledztwo. Gdy kolejnym razem nie zastają klienta w domu, udaje im się skłonić bardzo nieufną sąsiadkę do otwarcia drzwi, zwracając się do niej po nazwisku. Tylko, skąd znali jej nazwisko? Pomogły siły nadprzyrodzone?

Sąsiadka zdradza, że matka klienta została zamordowana, ale policja uznała to za wypadek, i obiecuje, że da znać, jeśli będzie się działo coś niepokojącego. Kiedy kilka godzin później Łucja otrzymuje SMS z nieznanego numeru „przyjedźcie teraz”, od razu wie, że to od sąsiadki. Swobodnie jednak traktuje słowo „teraz” i jedzie na wezwanie, zupełnie się nie spiesząc. Czeka bowiem na studenta (bo oni tak z zasady podróżują dwójkami), a że najczęściej przemieszczają się komunikacją miejską, więc zajmuje im to trochę czasu. Od razu wiemy, że mamy do czynienia z kiepskimi amatorami.

Gdy Łucja, jednak odważnie, bez studenta, dociera na miejsce, sąsiadka nie otwiera, ale słychać zza jej drzwi dźwięk wibrującego telefonu. Ja nie słyszę wibracji, nawet jak mam telefon w kieszeni, ale co to dla kogoś, kto ma nadprzyrodzone zdolności. Detektywka postanawia zgłosić swoje zaniepokojenie o sąsiadkę na najbliższym komisariacie i znów zdarza się cud, udaje jej się dostać do policjanta, który przyjmuje zgłoszenia w ciągu kilku minut! W Polsce. W dużym mieście wojewódzkim. Próbowaliście kiedyś zgłosić kradzież roweru? Jeśli tak, to pewnie już nigdy więcej nie przyjdzie wam to do głowy.

Policja i tak odsyła ich z kwitkiem (student dotarł), bo nie chcą zgłosić zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Proszą więc tylko, żeby policjant obdzwonił szpitale, a policjant entuzjastycznie się zgadza.

W międzyczasie pojawia się wątek morderstwa. Autor pozostawia mordercę z zadaniem: „teraz tylko musiał się jakoś pozbyć ciała”. Czytam dalej tylko dlatego, aby się dowiedzieć, jak mu się to udało, bo morderca wydaje się być bardzo niegramotny.

Aż w końcu nasi, z Bożej łaski detektywi, przeprowadzają akcję w stylu Jamesa Bonda. Na kolejnym spotkaniu z klientem, Łucja zauważa, że „z jego kieszeni wystaje coś metalowego”. Wtedy Alek podrywa się, unieruchamia klienta i przyciska mu do szyi pistolet mówiąc „Rusz się, a długo nie będziesz tęsknić za matką” [matka nie żyje]. Ni z tego, ni z owego, w trakcie zwykłej konwersacji, do Bogu ducha winnego człowieka, który nie dał najmniejszego powodu, żeby go atakować i wcześniej nie sprawiał żadnych kłopotów. Takiej akcji nie usprawiedliwia nawet później podana informacja, że pistolet był atrapą. Urządzenie w kieszeni klienta to był inhalator. Ja bym zeszła na zawał i długo nie mogła dojść do siebie, ale tutaj natychmiast wszystko dobrze się kończy. Żadnych reperkusji, żadnych wątpliwości co do szalonych antykwariuszy. Incydent kończy się przeprosinami. Łucja przeprasza klienta za zachowanie Alka, a klient Łucję, że nie wszystko im powiedział. I nic się nie stało, wszyscy są znów szczęśliwi.

Głupota tej sceny tak mnie rozwaliła, że już miałam rzucić czytnikiem w kąt, ale przecież chciałam się dowiedzieć, jak morderca pozbył się ciała. Czytam więc dalej na szybkich obrotach.

Wracamy do mordercy, który jest w Nowym Jorku, a jego największym zmartwieniem jest to, do jakiego muzeum ma się udać. Zabił, żeby uzyskać awans (!), jeśli by kogoś to interesowało.

Mnożą się zupełnie niepotrzebne, nowe wątki, z przeszłości i teraźniejszości, pojawiają się dziesiątki (!) nowych zbędnych postaci, akcja przerzuca się do Niemiec, Austrii, Holandii, przedwojennej Czechosłowacji, chaos robi się nie do ogarnięcia. Tylko autor będzie wiedział o co chodzi, a i tak nie mam pewności. Właściwie, to mogę się nawet założyć, że nie będzie potrafił wyjaśnić kto, co, gdzie kogo i dlaczego.

Myślicie, że dowiedziałam się, jak morderca pozbył się zwłok? Niedoczekanie! Po co? Ten wątek w ogóle zniknął. Autor pewnie myślał, że w plątaninie innych wydarzeń, czytelnicy tego nie zauważą.

Miałam nadzieję, że po skaczących na pomarańczowych spadochronach chomikach w powieści Grega Krupy „Przeklęta rzeźba z Bolonii”, nic mnie nie będzie w stanie zaskoczyć. Myliłam się. Polscy autorzy są nieprzewidywalni.

piątek, 31 lipca 2026

Kacper Młyńczak „Wilczy bilet” Ocena: 3+/6

POPRAWNOŚĆ NIE TYLKO POLITYCZNA

To jest nawet całkiem poprawne. Trochę przegadane, ale niech tam.

Poprawny temat (rosyjscy szpiedzy zawsze na czasie), poprawna intryga (z wyjątkiem końcówki), na pierwszy rzut oka poprawne realia (drugi rzut może by i coś zmienił, ale przeciętny czytelnik nie rzuca okiem dwa razy na takie książki). Bohaterowie również są poprawni, ale w tym kontekście należy to czytać: nijacy, nudni, sztampowi, no tacy szpiedzy wersja standard. Poprawny język i styl, poprawna dramaturgia, nawet można się wciągnąć. Czy trzeba czytać?

Jeżeli ktoś lubi powieści szpiegowskie, nigdy nie czytał le Carré’a, Folletta czy nawet Severskiego, to będzie miał większą satysfakcję.

Największym minusem jest to, że książka kończy się w połowie. No niby dowiadujemy się co i jak, ale nie do końca. Tam gdzie powinno być wyraźne zakończenie mamy zwrot akcji, no bo przecież musi coś zostać na następny odcinek. Jeśli chodzi o mnie, to nic bardziej mnie nie zniechęca do przeczytania kolejnego tomu, jak takie pląsy.

„Wilczy bilet” to debiut autora. Jest na tyle niewyróżniający się w tłumie i przeciętny, że może odnieść sukces. W przeciwieństwie do „Paradoksu kłamcy” – błyskotliwego, wybijającego się oryginalnością debiutu Michała Kuzborskiego, o którym niedawno pisałam.

Szkoda, że tak się porobiło.

niedziela, 19 lipca 2026

Michał Kuzborski „Paradoks kłamcy” Ocena: 5/6

LEPIEJ PÓŹNO NIŻ PÓŹNIEJ

Na „Paradoks kłamcy” Michała Kuzborskiego wpadłam z sześcioletnim opóźnieniem. Jak mogłam to przegapić?! Jeśli tak miałyby wyglądać wszystkie polskie debiuty, bylibyśmy literacką potęgą.

To powieść bardziej sensacyjna niż kryminalna, z mocnym tłem obyczajowym, dopracowana pod każdym względem: językowym, redakcyjnym, dramaturgicznym. Książkę czyta się jednym tchem, intryga dopięta jest na ostatni guzik i nic w niej nie zgrzyta (prawie nic, ale wszystko w swoim czasie).

Jest to budujące również dlatego, że autor wydał tę książkę samodzielnie, we własnym wydawnictwie. Zadaje to kłam powszechnym, w większości niepozbawionym racji opiniom, że ludzie wydają w selfpublishingu książki słabe, które na normalnym rynku nie mogłyby zaistnieć. Autor, jak mniemam, wyszedł z założenia, że dobra książka zawsze się sprzeda, obawiam się jednak, sądząc po liczbie ocen na portalach czytelniczych, że nie zbił na tym tytule fortuny. Nie wziął chyba pod uwagę, że ta archaiczna zasada nie działa dziś na polskim rynku literackim. O wiele lepiej sprzedają się książki złe i głupie; inteligentnym nie pomoże nawet dobra promocja.

Najbardziej ujął mnie niekonwencjonalny główny bohater i rzadko wykorzystywane środowisko, w którym rozgrywa się akcja. Autor musi znać je od podszewki, ponieważ realia są wiarygodne aż do bólu. Tytułowy kłamca – to specjalista od czarnego PR zwany S. (dla ojca: Sebuś). Najczęściej gasi pożary. Gdy czyjś wizerunek zostaje nadszarpnięty, potrafi klienta wybielić, kiedy kogoś trzeba oczernić, wie jak to zrobić w białych rękawiczkach. Taki człowiek, oczywiście, musi pakować się w kłopoty. Jest thrill. Do tego barwna plejada postaci drugoplanowych, afery obyczajowe, gospodarcze i kryminalne, które przeplatają się, by na końcu zgrabnie połączyć.

Główny bohater to postać wielowymiarowa: brawurowo inteligentny, zachowujący się nagannie, ale też pełen ludzkich uczuć i słabości, co wzbudza empatię czytelnika. Moja sympatia do niego bierze się również stąd, że S. bardzo mi przypomina Saula Goodmana z serialu „Better Call Saul”. Co z tego, że czasami zachowuje się niemoralnie, skoro i tak mu kibicuję? Niełatwo stworzyć taką postać. Nie każdy to doceni.

I tylko jedna rzecz mi tu zazgrzytała: panie autorze, skąd ksiądz miał broń?

wtorek, 23 czerwca 2026

Richard Osman „Uśmiech fortuny” Ocena: 4/6

POWRÓT MUSZKIETERÓW

Czwartkowy Klub Zbrodni powrócił do aktywności po krótkiej przerwie.

Intryga sprytnie poprowadzona, chociaż niezbyt zawikłana.

Akcja toczy się bez fajerwerków, ale bohaterowie mają swoje lata, więc nie ma się czemu dziwić.

Klimat, który tak mnie wcześniej zauroczył, wciąż ten sam, więc zauroczenie pozostało i generuje chęć kolejnego spotkania z bohaterami, gdy tylko będzie taka możliwość. O! Jak chętnie obejrzałabym kolejny film z ulubioną czwórką.

I subtelny, angielski humor, który nieustannie mnie rozbraja. Zobaczcie sami:

„… bomby są kobietami. Jak raz wybuchną, to koniec. Mężczyźni przypominają bardziej pistolety, ciągle się przeładowują.”

„Skąd wzięłaś kokę? (…) Od gościa z jedną ręką. (…) Connie pamięta, jak Dan miał jeszcze obie ręce. I pomyśleć, ile kasy wydanej na tatuaże się zmarnowało.”

„Joyce, mówisz do siebie (…) To najlepszy sposób, by usłyszeć coś mądrego.”

Czytajcie. Najlepiej od początku. Całą serię (recenzja tu).

niedziela, 7 czerwca 2026

Piotr Górski „Ósmy grzech” Ocena: 3/6

ZAMIENIŁ STRYJEK SIEKIERKĘ NA KIJEK*

Dlaczego Piotr Górski zamienił komisarza Kruka na komisarza Dusznego? Co sprawiło, że postać charyzmatyczna, zapadająca w pamięć, z którą zaprzyjaźniłam się od pierwszego wejrzenia i dałabym się za nią pokroić na kawałki, gdyby była taka potrzeba, została zastąpiona osobą antypatyczną, nijaką i etycznie niejednoznaczną? I tylko nie mówcie, że on te wszystkie przekręty robi w zbożnym celu, no bo przecież przyjaciel. Plusy nie przesłoniły mi minusów. Duszny ma prawo źle się prowadzić (Kruk w końcu też święty nie był), ale te wszystkie drobne świństwa, traktowanie ludzi per noga i brak kręgosłupa moralnego, wszystko to sprawia, że nowy bohater Górskiego mało mnie obchodzi.

Dawniej pewnie, swoim zwyczajem, przeprowadziłabym prywatne śledztwo, dlaczego tak się stało, ale dziś, kiedy muszę się zmuszać do pisania (i czytania), pójdę na skróty. Autor ma prawo się znudzić swoim bohaterem, może eksperymentować, a czy nowa opcja się przyjmie, zadecydują czytelnicy.

Przeniesienie akcji z Gdańska do Sopotu ma swoje uzasadnienie, w końcu to jedno z niewielu miast z prawdziwym klimatem, który można by wykorzystać, ale mam wrażenie, że Górski robi to trochę na siłę. Tak jakby wydawca powiedział: weź pan i napisz coś w Sopocie, bo Sopot jest modny. Wniosek ten wysnuwam z faktu, że autor opisom miasta poświęca o wiele więcej miejsca, niż to konieczne, robi to drobiazgowo i bez zaangażowania. Po co dwa razy powtarzać Teatr Atelier imienia Agnieszki Osieckiej? Redaktor przysnął, i potem jeszcze kilka razy, ale spoko, nie będę się rozwodzić, moje zaangażowanie w pisanie tej recenzji jest również ograniczone.

Intryga, jak to u Górskiego, ładnie się łączy i zamyka, ale wprowadzenie wątków równoległych powoduje, że zbyt wcześnie domyślam się, kto za wszystkim stoi. Nie ma przecież innych podejrzanych, którym poświęca się tak dużo uwagi. Na szczęście do końca nie znam motywu działania sprawcy, więc czytam z zainteresowaniem, bo dramaturgia jak zwykle nie zawodzi.

Kiedy jednak przychodzi do zakończenia, czuję duże rozczarowanie. Naprawdę Piotr Górski to napisał? Naprawdę poszedł śladem Mrozów, Gorzków, Piotrowskich, Mossów i Kościelnych? Kolejna książka o psychopatach? Nawet się nie wkurzam, po prostu mi żal.

Mam niczym nieuzasadnione wrażenie, że autor trochę się męczył pisząc tę powieść, tak jak i mnie już męczy pisanie recenzji, które jest rzucaniem grochem o ścianę. Może i obchodzi to jakąś garstkę czytelników, ale świat (literacki) i tak będzie się staczał swoją drogą i nie mamy na to żadnego wpływu. Już Kopernik zauważył, że pieniądz gorszy wypiera lepszy. Z literaturą jest tak samo.

*ludowe

niedziela, 29 marca 2026

Jean-Claude Izzo „Solea” Ocena: 5/6

„NIEULECZALNA MELANCHOLIA”*

To nie jest kryminał. To jest nawet antykryminał. Nie ma zagadki. Od początku wiemy, kto stoi za morderstwami i mamy wszechogarniające przeczucie, że ta historia nie może skończyć się dobrze. „Solea”, czyli ostatnia część trylogii marsylskiej - to przejmująca opowieść o niespełnionej miłości, przyjaźni, śmierci i zemście (w tej właśnie kolejności) napisana przez poetę. Mroczniejsza niż noc zimowa za kręgiem polarnym. To książka dla ludzi o mocnych nerwach, którzy odważą się zanurzyć w ten mrok. Fabio Montale jest człowiekiem, który kocha prawdziwie i pragnie kochać, ale za brak szczęścia w miłości nieustannie obwinia siebie. Trudno się obcuje z bohaterem, który uważa, że jest „zawsze spóźniony, zawsze przegrany”.

Życie cuchnie śmiercią. (…) Powąchałem rękę. Ten sam wstrętny odór. Ja też cuchnę śmiercią.

„Solea” pochłonęła mnie totalnie. Jean-Claude Izzo należy do tych nielicznych pisarzy, z którymi łączy mnie metafizyczna więź. Czytam książkę i nurkuję w niej jak mogę najgłębiej, wstrzymując oddech, aż prawie tonę. Kiedy bohater słucha jazzu i ja wrzucam „In a Sentimental Mood” Coltrane’a i Ellingtona, żeby sobie leciało w tle. Kiedy Montale pije wino, sprawdzam, gdzie można je kupić, no i niestety okazuje się, że wina z tych apelacji nie są dostępne w Polsce. Czytam, i co chwilę zaginam rogi, żeby zaznaczyć fragmenty, które chciałabym zapamiętać. Wynotowuję je również dla was, może też uznacie je za ważne.

Jak wytłumaczyć, że ‘kocham cię’ przez wierność dla miłości, której nigdy nie było różni się od ‘kocham cię’ w imię prawdy miłości, której szczęścia doznajesz każdego dnia?

Przede mną jeden prawdziwy prezent, jaki życie mi podarowało. (…) Morze i niebo. Nieskazitelne. Bez końca. I to zrodzone z nich (…) światło. Nieraz myślałem sobie, że wziąć kobietę w ramiona to tak, jakby przygarnąć do siebie całą tę radość idącą z nieba ku morzu.”

„Zawsze pojawiasz się za późno (…) Nie potrafisz dogonić śmierci. I życia też nie potrafisz dogonić. Ani przyjaźni. Ani miłości. Zawsze spóźniony, zawsze przegrany”.

„Za długo żyję bez wiary w życie. (…) Czy uwierzyłem, że drobne codzienne przyjemności wystarczą do szczęścia i dlatego zrezygnowałem z marzeń, prawdziwych marzeń? A tym samym skreśliłem przyszłość? Nie ma przede mną jutra, nie spodziewam się świtu, który teraz właśnie wstawał.”

Teraz nie ma już w Marsylii ani jednej osoby, do której (…) mógłbym powiedzieć: ‘A pamiętasz…?’ Przyjaźń to właśnie to: suma wspólnych wspomnień, które można wyłożyć na stół obok pięknego okonia, zapiekanego w koprze. Tylko to ‘a pamiętasz…’ pozwala się zwierzać z najbardziej intymnych doznań (…).”

I jeszcze wiersz Louisa Brauquiera, cytowany przez głównego bohatera:

Idę do ludzi mojej ciszy

Powoli idę do tych, o których mogę milczeć;

Przyjdę z daleka, wejdę i usiądę.

Zaczerpnę tego, co potrzebne, bym znów ruszył w drogę”.

Dalsza droga Jeana-Claude’a Izzo była, niestety, krótka. Zmarł dwa lata po publikacji książki.

Recenzent „Le Monde” tak napisał o „Solei”:

„Nieuleczalna melancholia. W niej cały urok i siła książek Izzo.”* Trudno o celniejsze podsumowanie.

Jeżeli przekonałam was do autora, to tylko podpowiadam, że trylogię marsylską najlepiej czytać po kolei: najpierw „Total Cheops”, potem „Szurmo” i „Solea”. Szczerze odradzam czytanie od końca.

wtorek, 24 marca 2026

Izabela Szylko "Copernicus Codex Quest" Rating: 6/6

A two‑volume edition of the books Seekers of the Seventh Book and The Mystery of the Seventh Book in English.

EVERYONE CAN WIN

Step into a world where you can become Indiana Jones — or Robert Langdon — if only you crave adventure, love a good mystery, and still carry a spark of Peter Pan’s curiosity. This book was written with you in mind.

Izabela Szylko knows exactly how to hook a reader. What seems to begin as a romantic comedy quickly transforms into a gripping, high‑stakes adventure. Jerzy, a London lawyer with a weakness for beautiful women, stumbles into trouble — but it’s Alicja, an astrophysicist fascinated by the history of astronomy, who becomes the true enigma. And trust me: she’s full of surprises.

These characters feel real — relatable, flawed, and instantly likable. Ordinary people thrown into extraordinary circumstances, forced to rise to the challenge. You can’t help but root for them.

This is the kind of book you inhale. The pages practically turn themselves, and every chapter leaves you hungry for the next.

The first part delivers a witty, fast‑paced adventure packed with humor and sprinkled with fascinating, accessible insights about Copernicus and his world. No dry lectures — only the clues you need to solve the mystery alongside the characters.

Then the story shifts gears. Suddenly you’re racing across the Atlantic, following both the hunters and the hunted as the plot accelerates like a Formula 1 Ferrari. The intrigue is perfectly woven; every thread matters and leads, in unexpected ways, to a spectacular finale. Dan Brown could take notes.

And what about Copernicus’s secret? The man himself steps aside, but his idea takes center stage. Alongside the breathless pace, we are offered a touch of astronomy, a hint of chemistry, a whisper of physics, and even a brush with philosophy, all in quantities perfectly measured and never intrusive.

“What if our Solar System is just an atom in someone else’s cosmos?” Fires up the imagination, doesn’t it? A mind‑bending question — and only the beginning of what this story dares to explore.

Copernicus Codex Quest is more than a pulse‑pounding thriller. It’s a book for curious minds, for readers searching for meaning in the vastness of the Universe. Perhaps, after reading it, they will accept defeat with greater calm and celebrate victory with a touch more humility.

niedziela, 22 marca 2026

Fernando Gamboa „Ostatnia krypta” Ocena: 1/6

PRECZ Z BESTSELLERAMI

To jest tak wtórne i głupie, że już trzy razy siadałam, żeby coś o tym pisać i za każdym razem szybko znalazł się dobry pretekst, żeby tego nie robić. Więc tylko krótkie ostrzeżenie, bo może przypadkiem przyszło by wam do głowy, żeby wydać na te wypociny jakieś pieniądze.

Temat zgrany do bólu - poszukiwania skarbu Templariuszy, który rzekomo trafił do Ameryki jeszcze przed Kolumbem – międlony wcześniej na setki sposobów, od Pana Samochodzika począwszy.

Postaci schematyczne, nudne i papierowe. Niby jest jakiś romans, ale jak tak ma wyglądać miłosna relacja, to już wolałabym spędzić w celibacie resztę życia i przeżywać romantyczne uniesienia czytając książki (inne oczywiście).

Język ubogi. Dramaturgii żadnej. Znajdują jakiś dokument, łatwo go rozszyfrowują, odnajdują miejsce ukrycia skarbu, a tam skarbu nie ma, tylko nowy dokument, który znów trzeba rozszyfrować i dalej szukać skarbu w innym miejscu i tak dalej, kilka razy. I tak sobie fruwają po całym świecie. Wiedzę o opisywanych miejscach autor czepie z Googli, więc lepiej od razu wskoczcie sobie w wyszukiwarkę, żeby pobuszować po Afryce czy Ameryce Środkowej.

Bohaterowie bez przerwy gadają o niczym, a podstawowa metoda na budowanie suspensu wygląda tak:

- Nigdy nie wpadniecie na to, co odkryłem!

- No rzeczywiście, to może nam powiesz.

- No dobrze, to powiem.

I tak w ten deseń, dziesiątki razy.

Intrygi nie ma, prawdopodobieństwo wydarzeń – zero. Dobrnęłam jakimś cudem do jakichś trzech czwartych, nie wiem po co (no może jednak znajdą ten skarb) i nadziałam się na jatkę. No i wtedy, o wiele za późno, pan Gamboa usłyszał ode mnie stanowcze: NIE! Rzuciłam czytnikiem w kąt!

Kiedy czytam w opisie, że to „nr 1 na hiszpańskim Amazonie i bestseller, który porwał ponad 500000 czytelników na całym świecie”, to bardzo współczuję tym czytelnikom. Kiedy pan Gamboa w prologu, nie wiadomo dlaczego tak nazwanym (przetłumaczonym), bo jest to ewidentnie przedmowa, odwołuje się do Artura Péreza-Revertego i sugeruje, że będzie to opowieść w podobnym klimacie, to najpierw się na to nabieram, ale bardzo szybko zaczynam ostrzyć scyzoryk, żeby wziąć odwet na autorze. Nie takie odczucia powinny budzić książki.

Żadnych więcej bestsellerów – znów to sobie obiecuję, może wreszcie dotrzymam słowa. Czytajcie tylko, jeśli uważacie, że „miliony much nie mogą się mylić”.

niedziela, 1 marca 2026

Anna Bińkowska „Cienie” Ocena: 2/6

ŚLEDZTWO BEZ ŚLEDZTWA

Chyba zbyt wiele po tej książce oczekiwałam i dlatego się zawiodłam. Akcja „Cieni” toczy się w przedwojennej Warszawie, a śledztwo prowadzi Regina Brywczyńska - „bogata wdowa o wielkiej ciekawości, uporze i szerokich kontaktach”, jak przeczytałam w opisie wydawcy. Czyli takie przeciwieństwo profesorowej Szczupaczyńskiej, detektywki z cyklu Maryli Szymiczkowej.

I tu był pierwszy zawód. Jak w poprzedniej recenzji („Rozdarta zasłona”) narzekałam na konserwatyzm Szczupaczyńskiej, tak i tym razem muszę ponarzekać na główną bohaterkę, która dla odmiany jest tak wyemancypowana, że aż niewiarygodna. Zachowuje się jak kobieta z dwudziestego pierwszego wieku, ma wiedzę dostępną współczesnym ludziom i w irytujący sposób robi z niej użytek, wygłaszając teorie na temat kierunków rozwoju świata, które – dziś o tym wiemy - są oczywiście trafne, ale w roku 1924 brzmiałyby fantastycznie. Aż w taką przenikliwość bohaterki zupełnie nie wierzę.

Autorka w ogóle nie dba o realia obyczajowe i zachowania współczesnych nam ludzi przenosi do rzeczywistości rozgrywającej się sto lat temu. Komendant policji nigdy nie zwróciłby się wtedy do kobiety z wysokich kręgów społecznych używając słów „odpieprz się”, a podwładny nigdy nie ośmieliłby się powiedzieć do swojej przełożonej „chyba pani odbiło”. Nawet dzisiaj to by było ryzykowne.

Drugi zawód – to tematyka. Tym razem to nie wina autorki, która nie przeczytała zapewne, w przeciwieństwie do mnie, „Rozdartej zasłony”, bo wtedy temat dziewcząt porywanych do burdeli w Ameryce wydałby jej się wtórny i oklepany. No niestety, znów mi się przydarzył taki zbieg okoliczności, że dwie powieści kryminalne poruszające identyczny problem przeczytałam jedną po drugiej, więc odczucie deja vu przeszkadzało w lekturze. W książce Szymiczkowej była jednak porządna, dobrze zapętlona intryga i wiarygodne psychologicznie postaci, a u Bińkowskiej bohaterowie są papierowi, intryga nie istnieje, nie wspominając o zwrotach akcji czy fałszywych tropach.

Śledztwa Reginy Brywczyńskiej praktycznie nie ma. Czegoś tam próbuje się dowiedzieć jej człowiek do specjalnych poruczeń - Juliusz Tumanek (ten, który twierdzi, że jej odbiło), ale dzieje się to na zasadzie: idę sobie na Kercelak, od razu mam szczęście i wpadam na właściwe osoby. I tak szczęście nie opuszcza go aż do końca. Tumanek jest przekonany, że dobrze wytypował przestępców, chociaż tak naprawdę nie ma na to żadnych dowodów. Policja robi na nich obławę na nie wiadomo jakiej podstawie, ale i tak im się nie udaje, więc można ich ścigać dalej. I tak to się ciągnie bez żadnego napięcia do absurdalnego finału, i nawet porwanie panny służącej akcji nie ożywia, bo to wątek wtrącony, który do niczego nie prowadzi.

Wyjaśnienie, dlaczego finał jest absurdalny, byłoby spoilerem, więc to sobie daruję. Być może jednak zechcecie przekonać się sami.

Na plus „Cieni” przemawiają jedynie wiernie oddane realia topograficzne przedwojennej Warszawy, ale to za mało, żeby skusić się na przeczytanie kolejnego tomu.

wtorek, 3 lutego 2026

Maryla Szymiczkowa „Rozdarta zasłona” Ocena: 3/6

NIECH ŻYJE WOLNOŚĆ

I tak, i nie.

Od dawna się przymierzałam do Maryli Szymiczkowej (duet Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński ukryci pod pseudonimem), ale wydawca z premedytacją unika ebooków i audiobooków, więc trzeba było poczekać na buszowanie po antykwariatach, żeby zdobyć tradycyjną książkę.

No niby to bardzo moje klimaty: Kraków, Młoda Polska, sentyment do cesarsko-królewskich, zamierzchłych czasów. Wszystko to tam jest, ale…

Proporcje. Złote proporcje. Widać, że autorzy (podobnie jak ja) są zakochani w tamtej epoce, i to zakochanie wychodzi na plan pierwszy. O wiele ważniejsze są ciekawostki z dawnych czasów, niemające żadnego wpływu na akację, chociaż jakoś tam budujące klimat, niż dbanie o dramaturgię, która sprawiłaby, że czytelnik nie chciałby oderwać się od lektury. Czytałam więc, no bo w końcu między innymi dla klimatu sięgnęłam po tę książkę, ale bez entuzjazmu.

I to by było tyle - na nie. Na tak – zręcznie skonstruowana intryga, z zaskoczeniem na końcu. Młodziutka, śliczna pokojówka profesorowej Szczupaczyńskiej zostaje zamordowana, a powody jej śmierci są na pierwszy rzut oka oczywiste, ale po głębszym spojrzeniu całkiem niezwykłe, co jednak może odkryć jedynie dociekliwa kobieta.

Profesorowa Szczupaczyńska w roli detektywa budzi mieszane uczucia. Dociekliwość jest zaletą, jednak mocno konserwatywne podejście do spraw politycznych i obyczajowych (antyfeministka, antysocjalistka) niekoniecznie zachęca, ale jest dowodem odwagi autorów w dzisiejszych czasach. Może bohaterka będzie się rozwijać.

Nie wiem jeszcze, czy mam ochotę na zgłębianie kolejnych jej przygód. Może coś dorzucę przy następnym przeszukiwaniu antykwariatów, kiedy trzeba będzie dodać do koszyka kolejną książkę, żeby mieć darmową dostawę. Ale tak, żeby zacząć od tej autorki (autorów) i dla niej dobierać kolejne książki, to raczej nie.

Możecie spróbować. Nie zachęcam, ale też nie odradzam. Niech żyje wolność!

poniedziałek, 5 stycznia 2026

James Kestrel „5 grudniów” Ocena: 5/6

EKLEKTYCZNE RETRO NOIR

Kiedy odkrywam takie perełki, najbardziej mnie wkurza, że muszę na nie wpadać przypadkiem. Drodzy wydawcy, nie możecie czegoś z tym zrobić?

Dawno nie czytałam tak ciekawej książki, i to pod względem zarówno tematyki jak i formy. Zaczyna się jak klasyczny kryminał. Tuż przed atakiem Japończyków na Pearl Harbor odnalezione zostają paskudnie okaleczone zwłoki dwojga młodych ludzi: Amerykanina i Japonki. Wydaje się, że głównym celem był mężczyzna – siostrzeniec admirała stojącego na czele amerykańskiej floty. Dość szybko udaje się odkryć, kto stoi za morderstwem, sęk w tym, że tożsamość tego człowieka jest fałszywa, a poza tym dawno opuścił Hawaje. Problem polega więc na tym, żeby go odnaleźć i dowiedzieć się dlaczego zabił.

Od tej pory opowieść detektywistyczna zamienia się w thriller szpiegowski i pościg za zabójcą. Detektyw McGrady rusza do Hongkongu, a tam zastaje go wojna. Gatunek powieści znów wydaje się zmieniać, opowieść wojenna zbliża się momentami do melodramatu, ale nie obawiajcie się - cel pozostaje wciąż ten sam – dopaść mordercę i rozwikłać zagadkę okrutnej zbrodni.

„5 grudniów” należy do tej ekskluzywnej grupy kryminałów, które najbardziej lubię, ponieważ oprócz nienagannej konstrukcji, dobrze poprowadzonej intrygi i zaskoczenia na końcu, ma również moją ulubioną wartość dodaną. Śledząc wartką akcję rozrzuconą między Hawaje, wyspy Pacyfiku, Hong Kong i Japonię przyswajam podskórnie i bezboleśnie dawkę solidnej wiedzy historycznej i geograficznej. Podążałam tropem detektywa z mapą Google na czytniku i zaraz też nabrałam ochoty, żeby doczytać szczegóły walk w czasie II wojny światowej w Azji południowo-wschodniej oraz na Pacyfiku, którymi na szczęście dla powieści autor nie epatował.

„5 grudniów” to amerykański wariant powieści retro w stylu noir. Jaki kraj, takie możliwości. Nasi rodzimi autorzy nie będą, oczywiście, mieli możliwości umieścić akcji w realiach tak egzotycznych, ale taki wielogatunkowy konglomerat, o ile będzie równie dobrze skomponowany, bardzo chętnie bym przeczytała. Potencjał jest.

niedziela, 30 listopada 2025

Michal Sýkora, „To jeszcze nie koniec”, Ocena: 3/6

NI PIES, NI WYDRA…*

Kolejny kryminał nowo poznanego czeskiego autora pozostawił mnie z uczuciem niedosytu. Byłoby pewnie lepiej, gdyby Michal Sýkora potrafił się zdecydować, czy pisze powieść kryminalną czy obyczajową.

Jako kryminał ta książka średnio się sprawdza. Mamy ciekawy punkt wyjścia – okrutne morderstwo sprzed dwudziestu pięciu lat. Półroczne dziecko zostało pozbawione głowy przy pomocy piły tarczowej, a milicja (bo to się działo w Czechosłowacji, za czasów schyłkowej komuny) poszła na skróty i oskarżyła o zabójstwo matkę, która po tym oszalała i popełniła w więzieniu samobójstwo, co uznano za dowód jej winy. Wywarło to kolosalny wpływ na życie całej, wielopokoleniowej rodziny.

Dochodzenie zostaje nieoficjalnie wznowione. Prowadzi je podinspektor Marie Výrowá zwana Wielką Sową – postać wyjątkowo bezbarwna. O jej życiu praktycznie nic nie wiemy, za to poznajemy z najdrobniejszymi szczegółami, przy każdej możliwej okazji, listę utworów muzycznych, które pani policjantka aktualnie słucha. Oczywiście nie ma to żadnego wpływu na akcję.

Śledztwo toczy się bardzo niemrawo, autor wielokrotnie porusza te same tematy, które czytelnik już dawno zdążył przetrawić i zasymilować. Od początku pojawia się ważny wątek, który w dawnym w śledztwie został odpuszczony. Kiedy podobny manewr zostaje zastosowany we współczesnym dochodzeniu, uważny czytelnik zaczyna przypuszczać, że dzieje się tak nie bez przyczyny i okazuje się, że ma rację.

Historia robi się ciekawsza, kiedy poznajemy lepiej losy rodziny, która ucierpiała z powodu morderstwa. Gdyby Michal Sýkora od razu poszedł w tę stronę, mogłaby powstać interesująca powieść obyczajowa, ale niestety, ten temat pojawił się zbyt późno i został potraktowany po macoszemu. Poza tym, cały komplet rodzinnych bohaterów (trzej bracia, ich żony, kochanki i córki) jest tak antypatyczny, że naprawdę nie mam dla nich ani grama współczucia, z powodu tego, jak ta tragedia wpłynęła na ich losy. Byli tak samo głupi, krótkowzroczni, pazerni kiedyś, jak są teraz, nie przeszli żadnej przemiany, w związku z tym nic mnie nie obchodzą. Najbardziej żal mi dziadków, którzy i tak dawno nie żyją.

No cóż. Czechom i ich ambitnym wydawcom, mimo wszystko nadal będę kibicować.

*… coś na kształt świdra – ludowe, przypisywane Paskowi

niedziela, 16 listopada 2025

Weronika Mathia „Szept”, Ocena: 1/6

JAK ZACHWYCA, JEŚLI NIE ZACHWYCA?*

Jeżeli ktoś z jurorów Nagrody Wielkiego Kalibru przeczytał tę książkę do końca, zanim ją nagrodził, to gratuluję. A właściwie współczuję. Bo tego nie da się czytać.

Rozdział pierwszy – nie wiem o co chodzi.

Rozdział drugi – pojawiają się nowe postaci, nadal nie wiem o co chodzi.

Rozdział trzeci – kolejne nowe postaci, nic się nie dzieje, dalej nie wiem, o co chodzi.

Rozdział czwarty – i znów nowi bohaterowie i to samo pytanie – ale o co chodzi?

Chaos.

Gadanie o niczym.

Bardzo ładne zdania, ale tylko zdania. Ozdobniki zdań, z których nic z nich nie wynika. Przerost formy nad treścią, a właściwie zwycięstwo formy nad treścią, bo treści nie ma.

Z opinii kolegów recenzentów wnioskuję, że treść kiedyś jednak się pojawi, ale ja już tego nie doczekam. Podróż tym razem była krótka, więc porzucam audiobook po dwóch godzinach słuchania i nie widzę powodu, żeby czytać dalej. Postać detektywa (kobieta) ledwo się wyłoniła. Niewiele o niej wiem, nie dostałam szansy aby ją polubić (lub chociaż zrozumieć), nic mnie nie obchodzi. Śledztwo wątłe – ledwo się domyślam czego dotyczy (chłopak mylnie oskarżony o morderstwo, ale mogę się mylić). Gubię się w natłoku bohaterów – nie ma żadnego z którym mogłabym sympatyzować. Kompletnie nie mam motywacji, żeby dotrwać do zakończenia.

Recenzenci twierdzą, że zakończenie podobno wymiata, ale cóż z tego, kiedy mnie ono zupełnie nie interesuje. Dałam autorce naprawdę dużo czasu, żeby zachęciła mnie do lektury. Nie udało się. Wynudziłam się wystarczająco przez dwie godziny, nie zamierzam przysypiać przez następnych kilka. Zdrowiej będzie po prostu się wyspać.

Na portalu Rynek Książki przeczytałam, że Weronika Mathia otrzymała nagrodę Wielkiego Kalibru za: „mistrzowskie budowanie napięcia, wielowątkową fabułę oraz głębokie portrety psychologiczne postaci. Recenzenci podkreślają, że „Szept” to powieść, która wciąga od pierwszych stron i nie pozwala się oderwać aż do zaskakującego finału.

Ja się nie wciągnęłam i bez problemu oderwałam. Widocznie nie mam pojęcia, na czym polega „mistrzowskie budowanie napięcia”. Może wy macie inne kryteria.

*Witold Gombrowicz, „Ferdydurke”

niedziela, 26 października 2025

Jean-Claude Izzo „Total Cheops”, Ocena: 5/6

„JEŻELI BÓG ISTNIEJE, TO JESTEŚMY SKURWYSYNAMI”*

Zaryzykuję obrazoburcze stwierdzenie, że Izzo jest nawet lepszy niż Chandler. Napisał tylko trzy kryminały, i zaraz umarł. Nie miał tyle szczęścia (szczęścia, ha, ha!), co Stieg Larsson, autor trylogii „Millenium”, który też napisał trzy kryminały i zaraz umarł, ale trafił w swój czas i dzięki temu jego powieści wciąż żyją. Izzo nie trafił w swój czas, bo był poetą. Prawdziwym (pisał wiersze), ale również poetą kryminału. Chandler także był poetą kryminału, ale miał więcej szczęścia (ha, ha, szczęścia, człowiek, który zapił się na śmierć), bo pisał po angielsku i jakimś cudem ze swoimi mrocznymi, kryminałami noir trafił w swój czas.

Ta proza, czarna i gęsta jak smoła, trafia mnie prosto w serce, dlatego przymykam oko na niedoskonałości debiutanta (to pierwsza powieść Izzo).

Inspektor Fabio Montale, duchowy brat chandlerowskiego Philipa Marlowe’a próbuje rozwikłać zagadkę zabójstwa dwóch przyjaciół z dzieciństwa, z którymi łączyła go silna więź, chociaż ich drogi się rozeszły. To prywatne śledztwo, w policji Fabio wykonuje marginalną robotę. Wszystkie tropy prowadzą do mafii, ale…

Ktoś może zapytać: a po co on tyle o tej Marsylii opowiada? Bo kocha. Proste? A że to nie jest rajska wyspa? No nie jest. Taka prawda.

Ktoś może marudzić, że te konszachty mafijne takie skomplikowane, że trudno się połapać. Na szczęście, nie trzeba wszystkiego ogarniać, bo nie o to tutaj chodzi. Mafia mafią, ale emocje emocjami. Mafiozi się tłuką dla kasy, ale prawdziwa nienawiść z czegoś innego wypływa.

Chciałem stąd wyjść, znaleźć się w łódce, na szerokim morzu (…) Cała ludzkość wychodziła mi gardłem. Te wszystkie historie, to tylko znikoma cząstka nikczemności świata (…) Można by uwierzyć, że pierwszy człowiek tak dostał w kość, że zawładnęła nim nienawiść. Jeżeli Bóg istnieje, to jesteśmy skurwysynami.”*

To powieść skierowana do ludzi potrafiących czytać ze zrozumieniem, a nawet do tej specyficznej kategorii czytelników, którzy potrafią jeszcze czytać między wierszami. [„Z poduszką czy bez? – pytano przy rezerwacji miejsc w niektórych hotelach.” Ładne, prawda?] To książka dla tych, co potrafią zachwycać się słowem i docenią ironię.

Jeszcze kilka dni temu ten dom był domem starego kawalera, a teraz trzy kobiety grają tu sobie w remika, chociaż dochodzi północ. Posprzątane. Jedzenie przygotowane. Naczynia pozmywane. Na tarasie suszy się pranie. A przede mną marzenie każdego mężczyzny: matka, siostra i prostytutka. (…) Szkoda, że nie tworzą razem jednej, jedynej kobiety, którą bym pokochał.

Nie liczcie na światełko w tunelu. Fabio nie znajdzie ukojenia.

Kiedy mi opisała mężczyznę, o którym marzy (…) przestraszyłem się. Nie podobał mi się ten portret. To nie ja.”

Nareszcie znów ją widziałem. Po drugiej stronie śmierci. Zdechli ci, którzy ją zabili. (…) Noszę ją w sercu i będzie ze mną zawsze na tej ziemi, która każdego dnia daje ludziom szansę.”

Zaczęłam znajomość z Izzo od drugiej części trylogii ("Szurmo"), która, siłą rzeczy, była już lepiej dopracowana (mniej postaci, nie tak skomplikowane konszachty policyjno-mafijne) i już się nie mogę doczekać części trzeciej, i ostatniej, niestety.


wtorek, 7 października 2025

Joanna Szpak „Uśpienie”, Ocena: 1/6

ODZIEDZICZONE ZŁO

Nie wiem czy uwierzycie w taki zbieg okoliczności, ale w tym samym czasie, dosłownie jedna po drugiej, przeczytałam dwie książki na ten sam temat, z takim samym sposobem narracji (pierwsza to „Wszystko zostaje w rodzinie” Johna Marrsa).

Autorzy oddają głos maniakalnym mordercom, którzy mordują dla przyjemności, przekonani, że uszczęśliwiają swoje ofiary pozbawiając je życia. „Przesłanie” obojga autorów (przesłanie nie bez powodu umieszczam w cudzysłowie, bo scyzoryk mi się w kieszeni otwiera na takie przesłanie) jest takie, że zło jest dziedziczone. Ktoś morduje, bo tatuś/mamusia/dziadziuś przekazali im taki „dar” w genach i nasz biedny, skądinąd przecież tak wrażliwy psychopata też musi to robić. Oj, biedny!

Biorąc pod uwagę, że choroby psychiczne rzeczywiście mogą być dziedziczone (czasem objawia się to dopiero w trzecim pokoleniu), to autorzy nawet nie mijają się z prawdą. Ale próba usprawiedliwienia genetyką zachowań psychopatycznych i napawanie się mrocznymi, pokręconymi (żeby nie napisać po*ebanymi) umysłami, a zwłaszcza pozwalanie im na robienie kitłaszu w głowach naiwnych czytelników, to zupełnie inna sprawa.

Nataszka - bohaterka „Uśpienia” jest przecież taka sympatyczna. Kocha zwierzątka, jako jedyna z rodziny pomaga babci chorej na Alzheimera (och, jaka słodka jest ich relacja), ma problemy rodzinne i tylko ludzi nienawidzi tak, że mogłaby ich zabić. Taka drobna przypadłość. Może lepiej wysłać taką osobę do psychiatry albo na terapię, niż dawać jej możliwość wypowiadania się w roli również pozytywnego, skądinąd, bohatera?

Konstruując tę opowieść Joanna Szpak popełniła kardynalny błąd fabularny. Bohaterka znajduje dziennik sprzed lat, pisany prawdopodobnie przez kogoś z najbliższej rodziny, który może być dowodem zbrodni. Zamiast przeczytać go natychmiast, od deski do deski, zarywając noc (co zrobiłby KAŻDY; spróbujcie tylko postawić siebie na jej miejscu), Nataszka czyta sobie jeden rozdzialik, a potem snuje się po mieście. I tak, czyta sobie mniej więcej jeden rozdział co kilka dni, jakby to był nudny kryminał polskiego autora, a nie zapiski od których może zależeć jej życie. No nie ma takiej opcji. Oczywiście, żeby to zagrało, należałoby lepiej pogłówkować nad fabułą, tak, aby to bohaterka wszystko wiedziała, a czytelnicy już nie, ale to przerosło możliwości autorki. Zapewne wydawało jej się, że uda jej się w ten sposób dawkować napięcie, ale nie wyszło. Gdyby nie to, że słuchałam audiobooka w czasie podróży, odkładałabym czytanie tego snuja na potem, podobnie jak bohaterka czytając dziennik.

Nazywanie tej książki kryminałem lub thrillerem to grube nadużycie. Trup pojawia się tuż przed końcem (85% na czytniku), nie ma żadnych tropów, które pozwalałyby czytelnikowi wytypować zabójcę. Rozwiązanie zagadki dziennika jest banalne, zagadka kryminalna wyjaśnia się w epilogu, a rozwiązanie wyciągnięte jest jak królik z kapelusza.

Nie znajduję powodu, dla którego mielibyście przeczytać „Uśpienie”. Chyba tylko po to, żeby dać zarobić wydawnictwu i autorce.

Nawet się zastanawiałam, czy nie podwyższyć oceny za dobry język i styl, ale nie. To nawet gorzej, że ta bzdura została poprawnie po polsku napisana.

Drodzy autorzy, bardzo was proszę. Zanim zaczniecie pisać kolejną książkę o psychopatach, bo się wam to wyda takie oryginalne, poczytajcie najpierw trochę kryminałów. Może odejdzie wam ochota na wymyślanie historii, które inni opisali już na wszelkie możliwe sposoby.

wtorek, 30 września 2025

John Marrs „Wszystko zostaje w rodzinie” Ocena: 3/6

POKRĘCONE UMYSŁY

Przez długi czas (zdecydowanie za długi) ta książka wydawała się kolejną, schematyczną, przegadaną powieścią o seryjnym, psychopatycznym mordercy, któremu autor pozwala na rozwlekłe wynurzenia, ponieważ nie ma innego pomysłu na rozwój akcji. Na szczęście, gdzieś tak w połowie nastąpił zgrabny twist, i kiedy wydawało się, że już wszystko wiemy, nareszcie coś zaczęło się dziać.

Nie lubię książek o wariatach mordujących dla samej przyjemności zabijania, co wyjaśniane jest przez autorów misją zabójcy, która może być uzasadniona wyłącznie jego chorym umysłem. Takie powieści zwykle potępiam w czambuł, ale tutaj robię wyjątek, ze względu na pomysł (wyjaśnienie na czym on polega byłoby mega spoilerem; opis wydawcy ma się nijak do tematu) i precyzyjnie skonstruowaną intrygę, w której wszystkie tropy konsekwentnie prowadzą do celu.

Podwyższam ocenę za drugi twist i zakończenie, które zostało w wyważony sposób zasygnalizowane tak, aby czytelnik miał satysfakcję z tego, że jednak dał się zaskoczyć. Jeden z bohaterów od dłuższego czasu wydawał się podejrzany, a jednak nie przypuszczalibyśmy, że aż do tego może być zdolny.

Jeśli tolerujecie seryjnych morderców i nie przeszkadza wam ględzenie autorów o ich pokręconych umysłach, możecie pana Marrsa przetestować.

poniedziałek, 8 września 2025

Miika Nousiainen „Korzenie” Ocena: 3/6

W LEWO ZWROT

Podtytuł głosi, że jest po powieść genealogiczno-stomatologiczna. Powiedziałabym raczej, że stomatologiczno-podróżnicza, mocno lewicująca. Gdyby nie optymistyczne, poprawiające nastrój przesłanie, z którym pozostajemy po lekturze, czepiałabym się bardziej. A tak, tylko trochę ponarzekam, głownie na to, że wszystkie wymienione na wstępie składniki tej zadziwiającej mikstury są zbyt mocno skondensowane.

Z opisami leczenia zębów autor naprawdę przesadził, nie tylko ilościowo, ale również merytorycznie. Każdy z nas kiedyś musiał trafić do dentysty, więc trudno podzielać optymizm autora. Po jednym, leczonym kanałowo zębie pacjent pada na twarz, i nie wyobrażam sobie, żeby za jednym zamachem pozwolił sobie zrobić cztery zęby. Ja bym tego nie przeżyła. Nie wierzę też, żeby ktoś wysiedział na fotelu dentystycznym przez cały dzień, żeby sobie naprawić lub wymienić wszystkie zęby. Miika Nousiainen albo jest masochistą i myśli, że inni też tak mają, albo ma zbyt wybujałą wyobraźnię.

Poszukiwanie korzeni w odległych zakątkach świata jest na szczęście bardzo ciekawe, ale autor przesadził trochę ze swoim socjalistycznym podejściem do zjawisk społecznych. Nie, żebym miała jakieś zastrzeżenia do takiego światopoglądu („kto za młodu nie był socjalistą, ten na starość będzie sk****synem” – podobno Bismarck coś takiego powiedział), ale kiedy wciska się polityczne poglądy przy każdej okazji, to choćby były nie wiem jak słuszne, w pewnym momencie zaczyna się to robić mało strawne.

A tak poza tym, po zbyt długim, stomatologicznym wstępie powieść zaczyna wciągać i czyta się ją całkiem miło. Niezobowiązująca lektura akurat na wciąż jeszcze letni czas.