PROPAGANDA SUKCESU KONTRA PIRACI
„Złudzenie gracza” zaskakuje,
zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Najpierw będzie o plusach.
Włączam audiobook i co słyszę? Czyta autor. Chwila wątpliwości, które natychmiast zostają rozwiane. Autor czyta świetnie, lepiej niż niejeden lektor. Nie dość, że dobrze pisze, to jeszcze czytać potrafi! Brawo!
Intryga jest sprytnie poprowadzona, chociaż zbyt długo się zawiązuje, logiczna (z drobnymi wyjątkami, których nie warto wymieniać), są zwroty akcji i zaskoczenia. Kolejny plus.
Co nie zagrało? „Złudzenie gracza” nie ma już takiej siły rażenia jak „Paradoks kłamcy” (pierwsza część serii), z kilku powodów: niezależnych, ale też zależnych od autora. Nie zachwycam się już oryginalnym bohaterem i jego środowiskiem, bo dobrze je zdążyłam poznać w pierwszej książce (powód niezależny). Chciałabym czegoś więcej, i na początku nawet to dostaję. Bohater przenika do środowiska zawodowych podrywaczy, którzy organizują szkolenia „jak skutecznie wyrwać panienkę”, co jest bardzo ciekawym pomysłem. Michał Kuzborski za bardzo jednak skupia się na mechanizmach podrywu, zapominając, że pisze powieść sensacyjną i akcja szybciej powinna ruszyć z kopyta. Zabrakło dobrego redaktora, który podpowiedziałby cięcia w przydługim wstępie. I to jest uwaga do wydawcy, tak się składa, że również i autora.
Od autora zależy też kreowanie postaci głównego bohatera. O ile w pierwszej części tolerowałam jego wady, ponieważ zalet było więcej, to tym razem o wiele mniej znajduję w tej osobie powodów do akceptacji. Moim największym zarzutem jest to, że traktuje kobiety przedmiotowo. Gdyby podrywy były traktowane wyłącznie jako „zadanie szkoleniowe” i obie strony miałyby tego świadomość, wszystko byłoby w porządku. Ale w pewnym momencie podryw zamienia się w coś na kształt uczucia (przynajmniej tak mi to zostało przedstawione), a wtedy cynizm bohatera jest bardzo niewskazany. No chyba, że autor z jakichś powodów chce czytelnika (bardziej czytelniczkę) do bohatera zniechęcić, ale raczej nie o to chodziło. Drodzy panowie, jeśli spotykacie się z kobietą, która ma szansę zostać tą jedyną, to naprawdę, nie testujcie seksualnie innej panienki na boku.
A teraz długa dygresja zupełnie z innej beczki. Chciałam się czegoś więcej dowiedzieć o autorze i trafiłam na wywiad na YouTube. Michał Kuzborski chwali się, że jako wydawca zarobił na „Paradoksie kłamcy” 100 000 złotych! No nieźle, myślę sobie, ciekawe jak on to zrobił. Znajoma autorka, która również wydaje książki we własnym wydawnictwie twierdzi, że to działalność charytatywna na rzecz polskiej kultury, i że ledwo wychodzi na swoje. Może się czegoś dowiem i jej podpowiem, jak mogłaby wreszcie zarobić?
Zaczęłam liczyć i coś mi nie zgadzało. Żeby zarobić na czysto 100 tysięcy, to przy kosztach trochę niższych niż 50 tysięcy, do których wydawca/autor przyznaje się w wywiadzie, sprzedaż musiałaby być na poziomie 150 tysięcy złotych. Nakład papierowy wynosił 2000 egzemplarzy, cena okładkowa 40 złotych. Biorąc pod uwagę zdzierskie prowizje dystrybutorów, którzy zgarniają więcej niż połowę ze sprzedaży „papieru”, można by z tego segmentu uzyskać 40 tysięcy. Z audiobooków – może połowę tej kwoty, ale to i tak bardzo optymistyczne szacunki. E-booki się nie liczą, to mniej niż 10% rynku, zdominowanego przez piratów. Dotyczy to również audiobooków. Jakoś nie mogę się doliczyć kilkudziesięciu tysięcy.
Z tego samego wywiadu dowiedziałam się też, że planując wysokość nakładu kolejnej książki - „Złudzenia gracza”, wydawca/autor już był ostrożniejszy. To tylko 1000 egzemplarzy papierowych, a w nagraniu audiobooka nie brał już udziału drogi lektor (patrz: drugi akapit). Gdyby to były takie kokosy, to czy kolejna książka nie powinna wyjść wkrótce po pierwszej w większym nakładzie? A tymczasem autor czekał z wydaniem drugiego tomu 5 lat. Czyżby deklaracja dotycząca zysków to była propaganda sukcesu?
Nie wiem, być może się mylę, być może się nie orientuję w meandrach wydawniczych, ale w ogromne zyski z własnej działalności wydawniczej trudno mi uwierzyć, o ile nie ma się gigantycznych zasięgów w mediach społecznościowych (Kuzborski nie ma). Jeżeli wysłucha tego wywiadu jakiś początkujący autor i potencjalny wydawca, to może wpaść w duże tarapaty.
I jeszcze jedna dygresja. Kiedy Izabela Szylko wspominała mi w bardzo gorzkim wywiadzie „Czytelnicy i złodzieje” dla portalu nakanapie.pl, jak to usunęła z pewnego pirackiego portalu z gryzoniem w herbie ponad 1000 plików z jej książkami, trochę niedowierzałam. A tymczasem widzę, że Michał Kuzborski ma ten sam problem. 50 stron dotyczących jego książek, a na każdej stronie około 20 plików do pobrania za darmochę. No i jak ten biedny autor ma zarabiać?
Drodzy czytelnicy, bardzo was proszę, nie okradajcie autorów.

















